Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hit/shit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hit/shit. Pokaż wszystkie posty
środa, 3 stycznia 2024
Goście z galaktyki Arkana czyli Gosti iz galaksije
Ale bym się zdziwił, gdyby ktoś mi powiedział, że ogląda ten film nie dla beki, ale dlatego, że mu polecono (chyba że polecono, by oglądać dla beki). Pierwszy raz zobaczyłem ten film będąc dzieckiem, całkiem dosłownie, a nie jak Filibert dzieckiem jedynie podszyty. To było dawno temu, kiedy szczerze bawili mnie ludzie, którzy wpadli na absurdalny pomysł, by spotkać się ze przybyszami z kosmosu bez przyodziewku. Była to niejako wizja prorocza, bo rzeczywiście dużo czasu spędzam w Chorwacji na gołych plażach, choć nie po to, by nawiązać kontakt z alienami. Inna scena, którą dzisiaj oglądam bez specjalnych emocji, to przyjęcie weselne z udziałem nieproszonego monstrum, które dokonało potężnej demolki materiału ludzkiego i nie tylko. Dzieckiem będąc ubawiłem się setnie, a dzisiaj tylko jestem w stanie przyglądać się tej niezdarnej animacji i dziwić się, że odważyli się to pokazać. Gdyby ta niezdarność ograniczała się do tej animacji - byłoby może i nieźle. Rzecz w tym, że owi przybysze są materializacją pomysłu pisarza Roberta, co od razu dyskwalifikuje koncept jako poważną fantastykę. Z drugiej strony przecież widać, że nie o poważną fantastykę tu chodziło. A o co chodziło, tak naprawdę nie wiem, bo jako komedia film też nie bardzo dowiózł. Moja specyficzna podnieta w czasie oglądania brała się z konfrontacji mnie dzisiejszego ze mną sprzed lat. Jako podsumowanie nie przychodzi mi na myśl nic trafniejszego niż 1 Kor 13,11.
niedziela, 3 grudnia 2023
Duchy w Wenecji czyli A Haunting in Venice
Niejaka redaktor Marcinik raczyła kiedyś zauważyć, że Szekspir jest już passé, tylko ci reżyserzy teatralni przeoczyli ten fakt. Zgadzam się co do ducha, ale nie litery, bo dla mnie passé są Agatha i Arthur Conan, choć rozumiem ewentualną fascynację nimi w wieku szkolnym, a poza tym zrobiłbym wyjątek dla Sherlocka w wersji Ritchiego, bo wycisnął dowcip z ramoty. Branaghowi raczej nie chodziło o wyciskanie dowcipu z Agathy, a raczej o jakieś mroczne klimaty, w których biedny racjonalista Poirot musi zmagać się z mistycznymi zagadkami. W zasadzie Poirotowi się udaje, ale jakieś wątpliwości pozostają. Zarys historii jest taki, że do emerytowanego Poirota przyjeżdża stara znajoma pisarka, która namawia go na zdemaskowanie słynnej medium (ratunku, jaki od tego jest feminatyw?), która urządza seans w jednym z weneckich domów, a konkretnie u zubożałej diwy operowej (której głosu nie usłyszymy niestety). Dom ma ponurą historię, bo niegdyś służył za sierociniec, w którym onegdaj doszło do zajść dramatycznych. Będą trzy trupy nie licząc tych z przeszłości. Rzecz oczywiście się wyjaśni, ale żeby nie było tak prosto, rozwiązanie będziemy otrzymywać wieloetapowo, przy czym oczywiście (ziew) nie ci będą winni, którzy są najbardziej podejrzani. Mamy jedność akcji i miejsca, więc rzecz wygląda bardzo teatralnie. Nie wiem, jak było w książce, ale w filmie niemal wcale nie ma opisu tych błyskotliwych dedukcji, z których słynął choćby powieściowy Holmes. Poirot z tego filmu polega na intuicji - no i super, ale to nie robi na mnie wrażenia. W związku z tym życzymy Poirotowi udanej emerytury oraz tego, żeby nikt już go nie nękał rozwiązywaniem zagadek kryminalnych.
czwartek, 30 listopada 2023
Niewierni w Paryżu czyli Coup de Chance
Woody Allen umiał kiedyś sprawić, że turlałem się ze śmiechu (bardziej z powodu tego, co pisał, niż filmował), więc mam do niego sentyment. Wszelako po wielu ostatnich jego produkcjach przestałem liczyć na jego świetny sarkazm, bo to najwyraźniej się już w nim wypaliło. Filmy Woody'ego bez dowcipu są najczęściej manieryczne w zakresie gry aktorskiej - dziwnie często aktorzy próbują naśladować ten niezgrabny styl samego Allena z charakterystycznym wysławianiem się na granicy jąkania. A tu niespodzianka, bo w najnowszym filmie z francuskimi aktorami tego nie zauważyłem. To oczywiście należy policzyć na plus. Fabuła nie wygląda na zbyt oryginalną, rzecz toczy się w Paryżu, oto żona bogatego faceta spotyka miłość z dawnych lat i po niewielu interakcjach dochodzi do zdrady. Strasznie mnie znudził ten motyw z pierwszej części filmu. Potem robi się ciekawiej, bo mąż podejmuje kroki zaradcze, ale tu należy zawiesić relację. Nie wyjawię już, komu przytrafił się ów „łut szczęścia” z tytułu oryginalnego. Ów łut idzie w parze z czyimś „łutem pecha”, o czym też dokładniej nie napiszę. Chwila namysłu nad tym, o czym jeszcze nie napiszę... Na przykład o tym, że to jest bardzo dobry film, bo nie jest. A jaki jest? Dobry, ale nie bardzo dobry. Przyjemnie było obejrzeć coś po francusku, czyli w języku, który chciałbym rozumieć lepiej, niż mi się to obecnie udaje. Lekkim wyzwaniem jest dla mnie pytanie o szerszy przekaż płynący z twórczości Allena, w szczególności z tego filmu. Przychodzą mi na myśl tylko jakieś banały o nieprzewidywalności człowieczego losu (Anna German wynurza się z keczupu w futrze z golców piaskowych...).
środa, 29 listopada 2023
Końskie zaloty czyli Los agitadores
Ktoś w końcu na serio wziął tezę Kazi Szczuki o kibolach jako środowisku homoseksualnym spajanym poprzez ostro deklarowaną homofobię. Nie na serio, ale od bardzo długiego czasu ten motyw przewija się w produkcjach porno, gdzie jeden homofob posuwa konsensualnie drugiego, ale oczywiście żaden z nich nie jest gejem. Co miło ogląda się w wersji porno, niekoniecznie musi się sprawdzić w zwykłym filmie. Opowieść dotyczy grupy około dziesięciu latynoskich facetów przebywających w hacjendzie jednego z nich (raczej dzianego, bo to jakaś willa z basenem, choć znowu nie tak obszerna, by chłopaki mogły spać w pojedynkę. Jest alkohol i wygłupy, a kobiet mało, choć pojawiają się na chwilę i znikają. Te wygłupy stają się dość monotonne, bo niemal nieustannie sprowadzają się do parodiowania seksu homo, dla przykładu wiele śmiechu wywołuje opublikowanie w sieci zdjęcia śpiącego kolegi, któremu we śnie włożyli rękę do majtek drugiego. Czaicie, o co chodzi. Tymczasem żarty żartami, ale gdzieś w tam krzakach dochodzi do prawdziwej akcji. Łatwo odgadnąć, że się wyda i że będą konsekwencje - i to dość brutalne. W tym miejscu widzę pewien problem, bo chciałbym lepiej zrozumieć motywacje. Ale co stoi na przeszkodzie? - zapytacie. Po pierwsze, przestaję rozumieć ludzkie interakcje, jeśli w grę wchodzi naraz więcej niż sześć osób (plus to, że te interakcje polegają głównie na tym, o czym napisałem wyżej). Po drugie, jest za mało danych, żeby jednoznacznie zinterpretować finał. Czy chodzi o ciężką homofobię, czy o zranione, choć głęboko skrywane uczucia? Podejrzewam, że tego nie wiedziałby nawet Artur Baranowski.
wtorek, 28 listopada 2023
Nuovo Olimpo
Zacznę tak, jak się nie powinno: jakże to piękny, klasyczny melodramat! Jest utracona miłość, ale nie taka, którą zapomnimy po paru latach, bo pamięć o niej trwać będzie przez dziesięciolecia. Zakochani tymczasem niby to ułożą sobie życie z innymi osobami, ale w końcu dojdzie do ponownego spotkania, a stare uczucie powróci z nową siłą, choć oczywiście dawni kochankowie nie mogą tak zwyczajnie wpaść sobie w ramiona, bo wiadomo: rodzina, dzieci. Zagalopowałem się, dzieci akurat nie ma, bo scenarzystom nie chciało się komplikować sytuacji bohaterów. Jedna zmienna w tym obrazku jest mniej standardowa, mianowicie to, że kochankami jest para facetów. Jeden z nich okazał się niereformowalnym gejem, znanym filmowcem, który znalazł sobie nadzwyczaj urodziwego (i w dodatku prawdziwie kochającego) partnera, podczas gdy drugi wybrał heteroseksualny styl życia i poślubił kobietę. Jeśli historia zahacza o biografię reżysera Ozpetka, to na miejscu jego partnera (lub partnerki) byłbym zaniepokojony, bo niefafuśnie jest mieć taką mocną konkurencję do miejsca w sercu ukochanego. Jest jeszcze nasz ulubiony motyw, kiedy partner (lub partnerka) jednego z kochanków mówi mu: biegnij za nim! Patrzyłeś na niego z taką miłością, z jaką nigdy nie spojrzałeś na mnie. I pobiegnie. Historia opowiedziana w filmie ma walor nostalgiczny, a tytułowe Nuovo Olimpo to kino, w którym w latach siedemdziesiątych spotykali sie rzymscy geje. Interesujące przemilczenie dotyczy dekady lat osiemdziesiątych, która w filmach amerykańskich (i nie tylko) przedstawiana jest jako WGW, wielkie gejowe wymieranie spowodowane HIV-em. Ryzykowny zabieg polegał na pozostawieniu tych samych aktorów grających młodzianków oraz postaci starsze o ponad trzydzieści lat. Możemy jedynie westchnąć z żalem skierowanym do nikogo, że nie starzejemy się tak jak bohaterowie w tym filmie. Dodatkowa radość dla zboków: fiutki pokazywali (rzadkość w melodramatach).
poniedziałek, 27 listopada 2023
Nie martw się, kochanie czyli Don't Worry Darling
Alicja, jak wiele innych żon, pędzi sielski żywot u boku męża, który, jak inni mężowie, codziennie wyjeżdża do pracy, by utrzymać rodzinę (w jej przypadku bezdzietną). Wygląda to wszystko jak słodki obrazek z lat pięćdziesiątych, ale jest trochę dziwne. Mężowie nigdy nie mówią o swoim miejscu pracy, bo to podobno wielka tajemnica państwowa lub korporacyjna, a miasteczko położone jest na środku pustyni, z której jakoś nie da się wydostać. Społeczność jest mała, na jej czele stoi Frank, który wygląda bardziej na przywódcę sekty niż szefa korporacji. Dobry nastrój psuje jedna z żon, która najwyraźniej nie ma ochoty się podporządkować i wywołuje ferment w życiu Alicji. O dalszych perypetiach nie wypada tu pisać, ale wszystko wskazuje na to, że ten świat jest jakimś mirażem, za którym ukryta jest prawda. Spokojnie widzu, wszystko zostanie wyjaśnione, ale w taki sposób, że na koniec będzie więcej wątpliwości niż na początku. Problem w tym, że te wątpliwości obejmują również intencje scenarzystów, którzy mieli zapewne ambitne zamiary, ale sklecili historyjkę średnio sensowną. Nie wchodząc w szczegóły rzucę takie pytanie: czy można naprawdę chcieć takiego fałszywego życia, jakie wybrał mąż Alicji i to bez jej zgody? Osoby, które powiedziałyby, że owszem, tak, mają dziwnie pofałdowane zwoje, przynajmniej moim skromnym zdaniem. [X]
niedziela, 12 listopada 2023
Brutalna szczerość czyli You Hurt My Feelings
Wyobraźcie sobie, że macie dziecko, niech to będzie sześcioletnia Zosia, która kreśli niezdarne szlaczki w zeszyciku, a wy jej mówicie, że takich pięknych szlaczków nikt inny nie narysuje. Albo, wariant drugi, powiecie, że mogłaby ładniej. Zosia podrosła, jest teraz trzydziestoletnią kobietą i roni łzy na kozetce u psycho-szamana, bo - w wariancie pierwszym - rodzice wmawiali jej talenty, których nie miała, a w wariancie drugim - rodzice nigdy jej w niczym nie wspierali, nawet głupie szlaczki krytykowali. Relacja rodzice-Zosia ma oczywiście szerszy zasięg, obejmuje na przykład kochających się współmałżonków, z których jeden czyta literackie próby drugiego (ewentualnie chory blog, który ten drugi uparł się pisać). Co zrobić, jeśli uważasz wypoty ukochanego lub ukochanej za poronione? Kierować się prawdą, która, hm, może nas wyzwolić w tym sensie, że wyzwoli z małżeństwa, lub wspierać i chwalić wbrew własnej opinii? Rzec by można, że są to dylematy przyziemne, więc może przesadą jest kręcić o tym cały film. Z drugiej strony, nierzadko większe głupoty producenci biorą na tapet, więc wypada przyznać, że w przypadku tego filmu przynajmniej chodzi o coś uchwytnego, nawet jeśli w zakresie filmowej fantazji dostaniemy coś w rodzaju bigosu z kajzerką. Uprzedzam, że film nie powala jako komedia, ale miał jeden czy dwa momenty poruszające. A poruszenia duszy, jak wiemy z wiersza Szymborskiej o zmarłym Stalinie, trudno oddać w znakach drukarskich zwanych fontami.
niedziela, 5 listopada 2023
The Palace
Rzecz jest zaskakująca, bo nie spodziewaliśmy się podobnych „wzruszeń” na filmie Polańskiego, który specjalizuje się raczej w historiach mrocznych lub dających do myślenia. Na filmwebie zaklasyfikowali tę komedię jako dramat, co być może miało oznaczać, że jest to dramat w oczach krytyków, czyli produkcja poniżej poziomu. Polański zwykle robi filmy na podstawie książek. Nie wiem, czy tak było tym razem, ale jeśli tak, to musiały to być wspomnienia jakiegoś menagera hotelowego, będące zbiorem anegdot z wielu lat pracy. Polański dokonał selekcji i teraz oglądamy około pięciu wątków, ale równie dobrze mogłoby to być pięć innych. Hotel położony jest w malowniczych Alpach, a czas akcji to Sylwester przed rokiem 2000, w którym z powodu pluskwy milenijnej miał się skończyć świat. Smakowity detal dotyczy Rosjan, którzy przeżywają chwile przełomowe, bo Jelcyn właśnie ogłosił przejście na emeryturę, a na następcę wyznaczył Putina, który w pierwszym przemówieniu do narodu przedstawił się jako orędownik swobód obywatelskich, wolności prasy, słowa i takich tam. W innym wątku mamy polskiego hydraulika, który wpadł w oko podstarzałej hrabiance. Większość sytuacji jest przewidywalnych, bo sprowadzają się do tego, że ci wszyscy bogaci ludzie mają idiotyczne zachcianki i kretyńskie problemy, ale trzeba wokół nich skakać, bo taka rola personelu hotelowego. Moim zdecydowanie ulubionym wątkiem są perypetie pracownika bankowego, który wbrew swoim oczekiwaniom poluzował gorsecik, do czego skłoniły go wyluzowane rosyjskie niewiasty. Jako komedia film wypadł nieźle, choć nie zarzuciłbym mu oryginalności ani głębi. Być może głębia tkwi w obserwacji, że porządne sejfy otwiera się tylko od zewnątrz - kto widział, wie, o co chodzi.
poniedziałek, 30 października 2023
Tolkien (fabularny film biograficzny)
Ta pozycja filmowa mnie nieco zirytowała, ale wkurzenie moje nie jest bezzasadne. Mam taki pogląd, że biopiki (od biopic, angielskiego określenia filmów biograficznych) powinny być ciekawe w oderwaniu od postaci, którym są poświęcone. Czy Tolkien dowozi w tym względzie? Śmiem twierdzić, że nie. Młody pasjonat języków starogermańskich musi oderwać się od swojego ulubionego zajęcia, by wziąć udział w wojnie. Przedtem mamy jakieś tło i przyjaciół, którzy w większości tragicznie zginą. Na nasze szczęście Tolkien ocalał, dzięki czemu mamy Hobbita, Władcę pierścieni i inne książki, które - wbrew krytykom zgrzytającym zębami - są czytane często i chętnie (w odróżnieniu od rzeczy cenionych przez krytyków). Według filmu Tolkien wrócił z wojny okaleczony psychicznie, co podobno znalazło wyraz w jego twórczości (a pośród frontowych dymów przed oczyma Tolkiena ukazują się powidoki Balrogów). Książki Tolkiena czytałem bez znajomości jego biografii, a zapoznanie się z nią (historią w sumie banalną, bo podobne losy były udziałem setek tysięcy) nic nie zmieni w moim stosunku do twórczości pisarza. Maniacy mogą wmawiać, że te wszystkie wojny i bitwy u Tolkiena są echem jego przeżyć, ale doprawdy nie trzeba mieć takich doświadczeń za sobą, wystarczy tylko przekartkować parę podręczników do historii. Na koniec zachowałem gwóźdź programu, czyli słowa samego Tolkiena ze wstępu do Władcy pierścieni.
Moja opowieść nie jest alegorią ani aluzją do aktualnych zdarzeń i sytuacji. (...) wojna rozpoczęta w 1939 roku oraz jej konsekwencje nie wywarły żadnego wpływu na jej [tj. książki] treść, a jeśli ją zmodyfikowały, to jedynie w znikomym stopniu. (...) z całego serca nie cierpię alegorii we wszelkich formach i zawsze jej unikałem, odkąd osiągnąłem z wiekiem przezorność, która mi umożliwia wykrywanie jej obecności.
niedziela, 29 października 2023
Asteroid City
Zacznijmy od największej zalety/wady (niepotrzebne skreślić) tego filmu. Wszystko w nim, od fabuły po postacie jest maksymalnie sztuczne i papierowe. Tatuś trojga dzieci mówi im, że ich mama zmarła dwa tygodnie wcześniej - oglądamy to z emocjami bardziej stonowanymi niż te, które towarzyszyły mi dzisiaj przy obieraniu grejpfruta. Są lata pięćdziesiąte, w Asteroid City trwa zlot uzdolnionej naukowo młodzieży, w czasie którego dochodzi do zdarzenia wstrząsającego - jak odebraliby to zwykli ludzie, a bohaterowie jak gdyby nigdy nic, nadal flirtują, nadal wcinają breakfasty i lunche, a uzdolniona młodzież gra w swoją dziwną grę, od której atrakcyjniejsze wydaje mi się czyszczenie kibli. Wspomniany wcześniej tatuś nawiązuje romans z gwiazdą kina, czemu sprzyjają warunki lokalowe jakby wyjęte wprost z pięknego snu patodewelopera. Mamy też drugi plan, czyli szarą rzeczywistość pokazaną w ujęciach czarno-białych, w których widzimy realizatorów inscenizacji wcześniej wspomnianej fabuły. Zdaje się, że jeden z odtwórców głównych postaci dostał rolę, bo przespał się producentem (a może reżyserem). Nawet jeśli, to jako aktor wypadł świetnie. Obejrzałem więc kino pięknie wystylizowane, koncepcyjnie dopieszczone, ale kompletnie nie angażujące widza emocjonalnie. Czy to źle? Niekoniecznie, w końcu o takich Dziennikach gwiazdowych Lema można by rzec coś podobnego (czy ktoś w ogóle mógłby zasmucić się lub ucieszyć jakimś zwrotem akcji w przygodach Tichego?). Dzienniki jednak tym różnią się od filmu, że nie udają głębi, są bezpretensjonalne. O Asteroid City tego bym nie powiedział. Nie wiem, czy ogarniam do końca przeslanie, ale dzień czy dwa po obejrzeniu coś mi ciągle brzęczało w tyle głowy. Kolejne postacie powtarzają to samo objawienie: nie możesz przestać śnić, skoro nie zacząłeś. I wtedy właśnie...
poniedziałek, 23 października 2023
Randka, bez odbioru czyli Ghosted
Ghosted znaczy coś w stylu „olany”, ale to nic. Olany został niejaki Cole, romantyk, któremu nie przeszkadza seks na pierwszej randce. Wybranką jego członka jest Sadie, dopiero co poznana. Rację ma siostra Cole'a, że znowu spartoli będąc mega nachalnym gostkiem, który nęka Sadie dziesiątkami esemesów (wliczając w to emoty). Ponieważ Sadie nie daje znaku życia, Cole udaje się za nią do Londynu, chcąc sprawić jej niespodziankę (wcale nie wydałby się jeszcze bardziej denerwującym namolem, nie?). Skąd wiedział, gdzie ją namierzyć? Tego durnego detalu fabuły nie zdradzę, za to powiem, że od tej pory akcja rusza z kopyta. Cole wpada w środek szpiegowskich intryg z seriami walk, pościgów i jadowitymi owadami. Stawką jest ocalenie ludzkości. (Znowu? 🥱) Jest „funny cha cha”, bo Cole nie jest agentem, ale Sadie owszem i dzięki niej uratuje tyłek, choć nie jest to wysoka pozycja na liście jej priorytetów, co będzie tematem przekomarzań. Koń się nie uśmiał, tylko patrzył z lekkim zakłopotaniem, bo film jest całkiem nieoryginalny, choć gdyby nie to, że jest pińcet piździesiątą wariacją na temat, to rzeklibyśmy: dobre to! Jest też inny powód, że tak nie powiemy. Film z Evansem, na którym nie zobaczymy jego klaty, jest po prostu marnowaniem materiału ludzkiego. Takiej nierozumnej strategizacji priorytetów wybaczyć nie sposób.
piątek, 20 października 2023
Szczęście dla początkujących czyli Happiness for Beginners
Podobno indywidualny poziom poczucia szczęścia zależy dużo bardziej od pracy gruczołów niż od naszej woli, co dziwne nie jest, ale też słabo zależy od warunków życiowych. Pamiętamy panią Jadwigę na zasiłku, która opowiadała w telewizji o swoim udanym życiu pośród przyjaciół, którzy wspomogą ją w biedzie. Potem było cięcie na prokurator Natalię, która siedząc za kółkiem mazdy uświadomiła nam, że ludzie pracujący w wymiarze sprawiedliwości nie są w stanie godnie żyć za swoje wynagrodzenie. „Sytuacja jest krytyczna” - rzekła. Mocno wątpię, że Natalia zmieni zdanie pod wpływem Szczęścia dla początkujących. Głównym łososiem mojego zwątpienia jest to, że choć film stara się być momentami bardzo poważny, to wygląda raczej na kpinę, bo tak odbieram modne lajfstajlowe kołczingi. Że niby pojadę na pieszą wycieczkę w te Appalachy z przypadkowymi ludźmi i to zmieni moje życie? A ludzie okażą się nieprzypadkowi, bo jeden z nich, facet dojrzały, jest skrycie zakochany w głównej bohaterce. Ona zrazu będzie popychadłem, ale w momencie próby zachowa zimną twarz, czy jak to się mówi. Po drodze będziemy sobie wyznawać nasze niemiłe przypadłości i wspominać niechlubną przeszłość i to nas zbliży. Scenariusz powstał z kartek wydartych z pamiętnika jakiejś panny idealistki o umyśle czystym, niezbrukanym sarkazmem czy ironią. Jeszcze nie dorosłem do tego rodzaju twórczości.
czwartek, 19 października 2023
Czy poślubisz moje zwłoki? czyli 關於我和鬼變成家人的那件事
Otóż tak: gdyby Mao Pang-Yu zaufał Mao Cheng-Kuo, zamiast razem z Mao Chen A-lan z góry zakładać homofobiczne nastawienie, i gdyby do tego lepiej komunikował się z Chen Chia-Hao w temacie uczuć do siebie żywionych, to nie musiałby jako duch dręczyć Wu Ming-Hana, wciągając tego ostatniego w swoje niedokończone za życia sprawy, a zamiast tego mógłby się spokojnie reinkarnować jako mól spożywczy. Wu i bez tego ma od cholery problemów w pracy za przyczyną Lin Tzu-ching i Changa Yung-kanga, czyli koleżanki z komisariatu i szefa. Przytoczyłem tytuł oryginalny - i dobrze, bo translator wyrzuca coś dużo lepszego od tytułu polskiego i angielskiego, które są po prostu kretyńskie. W sprawie wypowiedziało się już Polskie Stowarzyszenie Nekrofilów, które nie odnalazło w filmie treści zapowiedzianych w tytule. Film jest dużo lepszy od jego tytułu, ale jako komedia dostaje jedynie cztery banany na dziesięć. Ten słaby wynik jednak nadrobił jako wyciskacz łez w finalnych partiach, gdzie wykroczył poza skalę otrzymując dwanaście cebul na dziesięć. Czy film jest dobrą pozycją dla obleśnych gejów? Jest trochę golizny, a chłopcy nawet trochę poćwiczyli, więc w sumie nieźle, ale na pewno nie tak dobrze jak w parafii w Dąbrowie Górniczej.
piątek, 21 lipca 2023
Pan Samochodzik i templariusze
Jako dziecię lubiłem książki o Panu Samochodziku, którego sekretem jest to, że tak naprawdę był Panem Amfibiakiem. Akcja filmu toczy się w PRL-owskim entourage'u z lekkim zacięciem minoderyjnym. (Postanowiłem użyć tego słowa, nawet jeśli trochę bez sensu.) Dzieci powinny być ostrzegane, że filmowe realia mają niewiele wspólnego z prawdziwym PRL-em. Już zresztą książki Nienackiego słabo kontaktowały z rzeczywistością, ale przecież nie o kontakt w nich chodziło. Może ciekawe byłoby wrócić do książki i sprawdzić, ile idiotyzmów dopisali scenarzyści filmu. Ale nie mam o to najmniejszych pretensji, bo idiotyzmy wydają się zrośnięte z twórczością filmową, przynajmniej tą, która nie ma ambicji być niczym więcej niż rozrywką. W świecie Pana Samochodzika poszukiwanie skarbów budzi wielkie społeczne emocje, urządza się konferencje prasowe, a szefowa Muzeum Narodowego pełni bez mała rolę podobną do dyrektora brytyjskiego MI6, ma na usługach agentów w rodzaju Tomasza, który pragnie odnaleźć przyszłe muzealne eksponaty - najpiękniejsza w oczach władz muzeum forma istnienia zabytkowych przedmiotów. Odnoszę wrażenie, że historyków sztuki kształci się na AWF-ie, bo najważniejsze ich kompetencje to wykop z półobrotu i inne elementy MMA. O skarbie templariuszy podejrzanie wiele wie pewna Jaćwingini (czyli Jaćwing w formie kobiety), która urządza casting na poszukiwaczy zaginionych dóbr. W sprawę wmieszają się harcerze w wieku wczesno nastoletnim, co lekko zgrzyta, skoro ów czarny charakter, przeciwnik Tomasza, jest prawdziwym bandziorem o morderczych skłonnościach. Jest więc trochę infantylnie, a trochę brutalnie - i ten idiotyzm, w przeciwieństwie do innych jest mocno niestrawny. Oczywiście obowiązuje schemat z Indiany Jonesa: wróg pierwszy dotrze do skarbu, ale ostatecznie wygra dobro. Dobra wiadomość: nie chodzi o Świętego Graala. Umiarkowanie zła: chodzi o coś lekko głupiego w sensie konceptu. Do roli głównej wybrano faceta o twarzy podobnej do nikogo - gdyby przeszedł obok mnie, spokojnie minąłbym nie rozpoznając gościa. Podczas jednej z walk Tomasz chce unieszkodliwić napastnika roztrzaskując mu na czaszce jeden z przedmiotów w pomieszczeniu urządzonym ze zbyt wielkim smakiem. Wazon według przedwojennego projektu - odpada. Misa z inkrustacjami - tym bardziej. W końcu znalazł się jakiś bubel artystyczny. Czy film jest tak słaby, że zasłużył na te okropne bęcki na filmwebie? Bilbo ująłby to jakoś tak: z połową widowni zgadzam się nawet bardziej niż połowie, a mniej niż połowa reszty oceniła film o połowę gorzej, niż ja bym to uczynił.
czwartek, 20 lipca 2023
Indiana Jones i artefakt przeznaczenia czyli Indiana Jones and the Dial of Destiny
Gdybyż tłumacze wiedzieli, że każdy egzemplarz gazety „Fakt” jest artefaktem, to może tak ochoczo nie szafowaliby tym określeniem. Jest rzeczywiście problem ze spolszczeniem dial. Ja zaryzykowałbym „tarczę” lub „frytkę”. Frytka przeznaczenia? Podłożona przez motyla zemsty? Prrr. Nowy film o Indym powraca do wszystkich znanych schematów. Złole to naziole, które już, już kładą swoje brudne łapy (ma się rozumieć, moralnie brudne, bo pod każdym innym względem - czyste i wypielęgnowane) na cudownym antycznym przedmiocie, ale Indy jak zwykle jest pierwszy. Oczywiście potem naziole przechwytują przedmiot, ale kiedy go aktywują - zawsze wychodzi inaczej, niż się spodziewali. Tak naprawdę tylko dzięki Indiemu udaje im się przedmiot odnaleźć, bo jedynie on potrafi rozkminić zagadki sprzed wieków. Jak pamiętamy, w poprzednich częściach mieliśmy Arkę Przymierza, Święty Graal i kryształową czaszkę, za to nie pamiętam, o co biegało w części drugiej, prócz bijących serc wyjmowanych z otwartych klatek (widzom oszczędzono widoku łamanych żeber, bez czego do serduszka nie dotrzesz... - no i mamy suchar: jak dotrzeć do serca kobiety? - przez wyłamane żebra) i zupy z małpich oczu (na pewno małpich?). Googlu, pomóż. Święte kamienie bogini Kali? Jasiu, staraj się bardziej. Tu dodam, że w dwójce nie było nazioli, ale złole byli. W pierwszych sekwencjach mamy (jeszcze) młodego, a raczej cyfrowo odmłodzonego Indianę, kiedy w ręce wpada mu wskazówka, która może pomóc odnaleźć „tarczę Archimedesa”, urządzenie pozwalające na podróże w czasie. Niby tego nie wiadomo, ale pada taka sugestia, a żelazne filmowe prawo mówi, że za sugestiami kryje się prawda. Potem przenosimy się do czasów rewolucji 68 roku, Indy wygląda jak Harrison Ford dzisiaj i pędzi żywot niewesoły, bo syn poległ w Wietnamie, a żona Marion (ta rozrywkowa panna z jedynki, która wygrywała w pijackich zawodach) opuściła go. Czyżby dlatego, że na jaw wyszedł romans Indiego z dwójki? Trochę trudno sobie wyobrazić, że Indy w wersji dziaduniowej wywoła te same emocje jak ten przystojniak z lat osiemdziesiątych. Twórcy wpadli na pomysł, żeby Indiemu towarzyszyła Helena, córka współpracownika sprzed lat. Skoro tę postać zgodziła się zagrać Waller-Bridge, to musiała być ona nietuzinkowa. Trochę zadziorna, trochę krętaczka, ale da się ją polubić. Na podobną opinię nie zasłużył Mikkelsen w roli głównego czarnego charakteru - no niestety, jest schematyczny do bólu i bardziej głupkowaty niż groźny. Jeśli czyta to Spielberg lub Lucas, to przestrzegam: Waller-Bridge jest bardzo ok, ale nie myślcie, koledzy, że uda wam się zastąpić nią Indiego w kolejnych częściach. No chyba że przedmiotem pożądania będzie astrolabium Kopernika lub przęślik Rzepichy. Na zakończenie, spełniając życzenie patriotów polskich, zauważę po trzykroć: naziole byli Niemcami, naziole byli Niemcami, naziole byli Niemcami.
niedziela, 4 czerwca 2023
Living
Cofnęliśmy się w czasie zaledwie 70 lat, ale dla uzyskania efektu wiarygodności nie wystarczyłoby zmienić paru detali. To naprawdę była inna epoka, której odtworzenie wymagało nakładu środków w scenografię i kostiumy - albo w dobre CGI. Wielkich środków za to nie wymagała od aktorów inwestycja w odegranie bohaterów, bo tu nie ma żadnych niespodzianek - zakapelusieni dżentelmeni, którzy połknęli kij. Postaci kobiece są trochę mniej sztywne, choć nadal takie, jakich oczekiwalibyśmy w tej epoce - żadnych wulgaryzmów, szaleństwo w ryzach przyzwoitości, której granicą jest pozwolenie sobie na zamówienie drogich lodów w restauracji. Tragedia pana Williamsa w tych realiach obywa się bez epatowania emocjami - ot, popłacze się biedaczek w czasie śpiewu. Wiemy oczywiście, że oszczędność emocjonalna daje nieraz lepszy efekt niż nadmiar, ale nie mogę szczerze rzec, że w tym przypadku się udało. Zbyt wiele konwenansów pęta te postaci. Pan Williams zdobędzie się na czyn szlachetny i szalony w kierowanym przez siebie biurze londyńskiego ratusza - i zasłuży na czułe wspomnienie w pamięci podwładnych. Wyobraźmy sobie więc Williamsa w szeregu bohaterów masowej wyobraźni: Achilles, Hamlet, Williams. To zestawienie wynika z moich niskich pobudek, choć chciałbym mieć wyższe. Naprawdę rozumiem w czym rzecz, że refleksja nad życiem, którym nie umiemy się cieszyć, że straciliśmy umiejętność kontaktu z bliskimi. Ów Ishiguro, autor scenariusza (przeczytałem przed chwilą, że to brytyjski pisarz, który dostał Nobla w dziedzinie literatury - a nie choreografii? Lub kartografii?) jest dla mnie jakimś fenomenem. Nic nie czytałem tego autora, bo po Nie opuszczaj mnie byłem mocno zniechęcony. Po tym filmie jestem zniechęcony jeszcze mocniej, ale przyznam, że ujęcia pociągu ciągniętego przez parowóz były niezwykłej piękności. Przejechałbym się.
niedziela, 23 kwietnia 2023
Próba czyli El Test
Główny temat filmu jest określony w pierwszej jego minucie. Przystojna facetka z nadmierną pewnością siebie ogłasza, że są dwa rodzaje ludzi. Ci, którzy dzielą ludzi na dwa rodzaje, i ci, którzy tego nie czynią? - pomyślałem sobie. Nie: ci, którzy kontrolują swoje popędy, i ci, którzy są kontrolowani przez popędy. Dwie sekundy namysłu wystarczą, żeby zdać sobie sprawę z idiotyzmu tego stwierdzenia. Fabuła filmu jest w zasadzie tego ilustracją, więc nie można zarzucać twórcom, że chcą nam wpychać uproszczony obraz świata, ale wizja, że ta niewiasta jest autorką bestsellera i porywa tłumy w czasie swoich wystąpień, jest mocno dziecinna. W jej ujęciu stary pomysł „odroczonej gratyfikacji” sprowadza się do pytania: czy wybierzesz sto tysięcy od razu, czy milion za dziesięć lat? Odpowiedź na to pytanie ma tyleż sensu, co odpowiedź na pytanie, czy oddam życie za ojczyznę. Na szczęście małżeństwo Pauli i Héctora nie musi gdybać, bo ich nadziany przyjaciel Toni składa im taką właśnie ofertę. Pieniądze przydałyby im się bardzo i natychmiast, więc mają orzech do zgryzienia. Podobne filmy określiłem kiedyś „dramatami biesiadnymi”, akcja toczy się w wąskich ramach czasowych i przestrzennych, a momenty zwrotne dotyczą tajemnic przeszłych i aktualnych, które sobie wychodzą na jaw - tutaj dość chaotycznie i średnio sensownie (np. średnio rozgarnięty gość nie powinien atakować kogoś, o kim dobrze wie, że może mu się odwinąć wyjawiając sekret sprzed lat). Tak się składa, że ta znakomita psycholożka ze wstępu to Berta, dziewczyna Toniego. Twórcy mieli chyba nadzieję, że tą postacią rozbawią widzów, oto bowiem orędowniczka kontroli popędów ma wyraźny problem z alkoholem, papierosami i medykamentami. Cóż, mnie bardziej chciało się płakać, ale - stwierdzam z dumą - nie uległem temu popędowi.
niedziela, 16 kwietnia 2023
Dungeons & Dragons: Złodziejski honor czyli Dungeons & Dragons: Honor Among Thieves
Niewiele wiem o grze, na podstawie której powstał ten film. To nic, bo komiksów Marvela też nigdy nie miałem w rękach, ale nie widzę powodu, by nie omawiać filmów. Widzowie w kinie mają od graczy tyle wygodniej, że nie muszą zadaniować postaci, bo tym już zajęli sie scenarzyści. W moim odczuciu - udało im się. Ale to jeszcze za mało, by powstał przyzwoity film. Aby widz strawił fabułę nie dostając zatwardzenia, zastosowano środek zapobiegawczy w postaci humorku. I to niewątpliwie wypaliło. Podkręcono dialogi i sytuacje, na przykład sceny rozmów z nieboszczykami (choć jednego z nich potraktowano nadzwyczaj podle), a pomysł na smoka mieli naprawdę odlotowy. U boku Edgina mającego do wyrównania porachunki z niejakim Forgem sprzymierzonym z czarownicą staną: Holga, waleczna niewiasta, zmiennokształtna druidka, niefortunny młodociany czarownik i - niestety tylko przez chwilę - niejaki Xenk, odstępca z mrocznego zakonu rycerskiego. Niestety, bo gra go śliczny Regé-Jean, któremu chętnie potarmosilibyśmy uszy i którego oglądalibyśmy z zachwytem, nawet gdyby recytował przemówienia z XIX-wiecznej Izby Lordów. Film wygląda na bardzo udany początek serii, ale postanowiłem nie cieszyć się na sequele i prequele, bo juz nieraz się przekonałem, że otrzymujemy podróbki i niedoróbki, bo po co się starać, skoro publika złapała się na haczyk.
piątek, 14 kwietnia 2023
Infini
Mamy do czynienia ze średniobudżetową produkcją sajens-fikszyn z elementami thrillera. Główny bohater to Whit Carmichael, który dla zarobku zaciągnął się do formacji militarnej, biorącej udział w eksploracji kosmosu za pomocą cudownej technologii pozwalającej przenieść człowieka momentalnie z Ziemi do miejsc odległych o setki lat świetlnych. Co więcej, kiedy na Ziemi mija pół minuty, nasi bohaterowie przeżyli w odległej miejscówce paręnaście godzin. To w sumie nie takie ważne, bo istotniejsze jest to, że w owej odległej kopalni doszło do jakiejś tragedii. Wysłany tam Whit jakimś cudem przeżył, a na jego ratunek oddelegowano kolejny oddział. Zagrożenie, z jakim się zetkną wysłani, to coś w rodzaju znanych nam typowych alienów, ale jest to analogia mocno przybliżona. Będzie trochę zbyt wiele mordobicia, choć należy przyznać, że aktor Ford grający Chestera w tych scenach nieco nas ubawił. Z kolei aktor MacPherson w roli głównej wywołał u nas efekt kotka ze Shreka: wyrządzenie krzywdy komuś z taką ładną buzią i smutnymi oczami po prostu byłoby świństwem. Plusem filmu jest moment, w którym trudno jest się domyślić, co będzie dalej. Minusem: to, co było dalej, a co opiszę przez analogię. W filmie Marsjanie atakują! prezydent SZA wygłasza przejmującą mowę do Marsjanina, który wszedł do bunkra, ostatniego schronienia przywódcy SZA. Po co tyle złości, tyle agresji, czy nie możemy po prostu współpracować w zgodzie i poszanowaniu wzajemnym? Burton w Marsjanach zrobił sobie z tego kpinę, za to w Infini mamy to na poważnie. Mały problem polega na tym, że bardzo poważnie uważamy, że z pewnych rzeczy nie wypada nie kpić.
niedziela, 9 kwietnia 2023
Pani z przedszkola
Wspominam o tej produkcji z kronikarskiego obowiązku, raczej po to tylko, żeby został ślad, że obejrzałem, i sugestia, abym już do tego filmu nie wracał. Dojrzały bohater wspomina peerelowskie dzieciństwo, a w szczególności panią z przedszkola, która namieszała w życiu jego i jego rodziców. Teraz wylądował na kozetce u psychologa i leczy się z seksualnych obsesji nabytych w dzieciństwie. Wasowski inputował Przyborze, że wątki erotyczne w jego twórczości były skutkiem niewyżycia się w dzieciństwie. Ale wiecie, to były takie żarty, które twórcy filmu wzięli na serio i zrobili z tego komedię. Przykro mi, że to uczynili.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















