Nie wiem po co ten tytuł

              

wtorek, 25 maja 2021

Eurowizja 2021

Ja to się tym w ogóle nie przejmuję i mam spokój - taki komentarz miałem pod którymś z tekstów o Eurowizji. Trochę przyłączam się do tej opinii, co nie znaczy, że Eurowizja mnie nudzi. Przed 2014 unikałem Eurowizji jak anioł smoły piekielnej, a gdyby ktoś mi z fusów przepowiedział, że będę się na niej za parę lat nieźle bawił, to bym dopytał, czy też wygram w lotka i to bez wydawania na kupony. Rzuciłem okiem na ranking i stwierdziłem, że nie jest tak źle, bo często wygrywają niezłe utwory spoza mainstreamu, którym jest euro-happy-pop, mam na myśli Jamalę, Sobrala i Laurence'a. Ciekawe, czemuż to w tym roku Eurowizję olali Słowacja, Węgry, Białoruś (jest opisana w wikipedii, he he, piosenka polityczna - stwierdzili apolitycznie organizatorzy) oraz Watykan. Może też mają problem z selekcją, jak Polska, i stwierdzili, że nie ma się z czym pchać? Podobno najlepszy polski kandydat ostatnich lat, czyli Szpak, został przepchnięty szturmem internautów, wbrew woli wysokiego gremium decyzyjnego. Tulia w 2019 była propozycją oryginalną, choć te panie są zaskakująco nużące w swojej wokalnej manierze, a w tym roku zapewne chcieliśmy się wpisać w średnią, i cóż, wyszło średnio i po katolicku, bo już w następnym numerze półfinału męski balecik Mołdawianki Gordienko ociekał seksem, czyli całkiem inaczej niż u Brzozowskiego. Uwielbiam tych instrumentalnie traktowanych facetów. Polska nie jest seksowna i nawet nie stara się być. A teraz bardziej szczegółowe impresje ułożone w listę.
  • Belgowie, czyli Hooverphonic, to rzadka okoliczność, że znam wykonawcę przed jego występem na Eurowizji. Mało tego, ja ich uwielbiam za album Jackie Cane. Od razu wiedziałem, że przepadną, choć mieli przyzwoitą piosenkę w swoim stylu. Również portugalski zespół The Black Mamba jest podobno znany w świecie, choć nie moim. Fajny wokal, niezły kawałek w stylu The Beatles, jak zauważył Kwiatek.
  • Litwini, czyli The Roop, pokazali, jak połączyć świetny show z przyjemną muzyką.
  • Medal imienia Miecia Szcześniaka przyznaję Francuzce Barbarze Pravi za bezkompromisowe podejście „ja tu śpiewam i przeżywam - i to jest mój show”. Przypomnijmy, że medal dostałby zwycięski Sobral, gdybym go rozdawał w zeszłych latach. A jeśli do finału wszedłby Gruzin Tornike Kipriani, to też miałby medal Szcześniaka.
  • Kto szorował dno rankingu? Brytol James Newman, mężczyzna Rubensa, który dostał zero. ZERO - za piosenkę, która nie powalała, ale wcale nie była zła. Lubię takie sekcje dęte, jak w tym kawałku, a podobna była u Niemca Jendrika, też z dna tabeli, co nieco bardziej ogarniam. Jendrik to chłopiec uśmiechnięty i sympatyczny, ale jak, dziewczynko, skończyłaś dziesięć lat, to już zbyt dojrzała jesteś na tę twórczość.
  • Łotewka Samanta Tīna z drugiego półfinału w tym roku stanowi największą rozbieżność między moimi pozytywnymi wrażeniami a oceną jury i publiczności. Określenie jej propozycji jako popu na poziomie światowym jest trochę przesadne, ale cóż, podbiła obydwie moje półkule.
  • Na ogół występy przedstawicieli jury krajowych są nudne, ale, Boshe moj, ten Islandczyk był naprawdę śmieszny!!! Był lepszy nawet od Afro-Holendra Jeangu Macrooya śpiewającego w pidżynie.
  • Zwycięzca w punktacji jury, Szwajcar Gjon's Tears, to rzeczywiście najlepszy wokal tego roku. Jakby Pavarotti zaszedł w ciążę z Celine Dion, to by urodzili Gjona.
  • Wygrana Włochów, czyli Måneskin, cieszy mnie, bo ja mam duszę bardziej rockową niż popową. Taką muzykę grało się pięćdziesiąt lat temu w czasach Led Zeppelin i, proszę, już mamy ją na Eurowizji. (Z tego punktu widzenia rapper Flo Rida w utworze Sanmarinianki Senhit wydaje się wtryskiem mocno przedwczesnym.) Ostro grali też Finowie, taki klon Evanescence.
  • Ucieszył mnie dobry wynik ukraińskiego Go A. Widać, że to ludzie z charyzmą, podobnie jak Rosjanka Maniża. Wielu innych wykonawców wyglądało przy nich jak ciastko z foremki czyichś wyobrażeń o sukcesie na Eurowizji z umizgami do najbardziej miałkiego, czyli szwedzkiego, popu.
  • Ogólna koncepcja, czyli prowadzący i spektakle ekstra to były nuuudy... Gwiazdy sprzed lat występują na dachach, a wcześniej udzielają wywiadów, które postawiłbym jako wzorzec banału w Sèvres. Tak być nie musi, co pokazała Ukraina w 2017. Miała wprawdzie dobry sztab pomocników z zewnątrz, ale umiała ich dobrze wykorzystać, co też jest sztuką.

Apologeci mówią

And Jesus said unto them, "And whom do you say that I am?" They replied, "You are the eschatological manifestation of the ground of our being, the ontological foundation of the context of our very selfhood revealed." And Jesus replied, "What?."

Quotation of the minute z infidels.org.

Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla? (Janina Bąk)

Na matematyce może znam się nieźle, ale ze statystyki jestem noga, taka, wiecie, jedna z pięciu, które średnio mam, kiedy idę z moim pająkiem Wackiem na spacer. Czy przeczytanie tej książki coś zmieni w zakresie mojej identyfikacji z odnóżami? Trochę tak, ale nie do końca: nadal noga, ale już taka mniejsza, motyla noga. Marzy mi się niemożliwy podręcznik do statystyki, pisany z użyciem wzorów, ale w niepowtarzalnym stylu Janiny Bąk. Jeden z moich kolegów swego czasu zagłębił się w pewne matematyczne rozważania, mózg jego opuścił zwykłe rejony doczesności, a z ust jego płynęły frazy w rodzaju: „a teraz ta funkcja separuje nam te ciulowe punkty od pozostałych”. Doczesność nie zbulwersowała się przesadnie, bo żadna wrażliwa koleżanka nie miała szczęścia znaleźć się w pobliżu. Nie wiem, czy Janina Bąk jest wybitną statystyczką, ale nie ulega wątpliwości, że jest genialną facecjonistką, miary Billa Brysona, jeśli nie większej. Książkę wypełniają porównania i peryfrazy cięte jak głowy w rewolucji francuskiej, z których część tylko odnosi się do tematu głównego, czyli statystyki jako metody dociekania prawdy w naukach empirycznych. Oczywiście o wielu rzeczach już wiedziałem wcześniej, na przykład o tym, że korelacja często nie oznacza związku przyczynowego (przykład: w czasie spaceru moknę prawie zawsze wtedy, gdy tworzą się kałuże - co tu jest przyczyną czego?), bo jest jeszcze parę innych możliwości. W przyzwoitym omówieniu błędów poznawczych nie powinno zabraknąć efektu Forera, o którym już wspomniałem. Mnie ten efekt kojarzy się z horoskopami pisanymi na tyle ogólnikowo, że mało kto powie o nich, że to bzdury. Julia Sweeney wspomina, że jako nastolatka czytała swoje horoskopy dla znaku Panna, dokładnie odpowiadające jej wyobrażeniom o sobie. Mając lat bodaj trzynaście usłyszała, że jej prawdziwym znakiem zodiaku jest Waga, bo fałszując datę urodzin mama (nadmieńmy, że gorliwa katoliczka) mogła wysłać ją wcześniej do przedszkola. Zaczęłam więc czytać horoskopy dla Wag, które również pasowały do mnie jak ulał - wyznaje Julia. Część dowcipów Janiny wymaga znajomości angielskiego, bez którego nie rozbawi nas odkrycie irlandzkich studentów, że Polish people eat a lot of yaykos [2971]. Jak ktoś ma nastrój do zabawy, to doceni również żart wydawcy ebuka: „patrz przypis na str. 265”. Na północy Serengeti, tuż obok rosochatego hebanowca, leży kupa słonia, a pod nią spoczywa kamień, którym możesz, drogi wydawco, puknąć się w główkę, jeśli byłbyś tak miły.

[502, o artykule, który zapoczątkował ruch proepidemiczny]
Wszystko zaś ułożyło się w naprawdę sensowną całość, gdy okazało się, że Wakefield otrzymał za publikację swojego artykułu 435 000 funtów od prawników, którzy działali w imieniu rodziców domagających się odszkodowań za rzekome szkody wywołane przez szczepionki. Niemniej z pewnym smutkiem muszę odnotować, że to wszystko wiemy nie dzięki wybitnemu zaangażowaniu naukowego świata, ale dzięki dziennikarskiemu śledztwu, które przeprowadził Brian Deer z „The Sunday Times”. 

[585]
Bo wiecie, mój mąż, Wojciech, to chłopiec miły, grzeczny, ale jednak z politechniki. A w życiu najbardziej ceni sobie precyzję. Pochylmy wspólnie głowy, by uczcić tych bohaterów, którzy nigdy nie usłyszeli zakończenia historii opowiadanych przez mojego męża, bo po drodze umarli ze starości. Wojtuś wychodzi bowiem z założenia, że historie należy opowiadać dokładnie, precyzyjnie, a im więcej po drodze można wymienić szczegółów, tym lepiej.

[656]
Wynik [ankiety na Facebooku] może być szczególnie niemiarodajny, jeśli w owej ankiecie pytamy o kluczowe przekonania i opinie. A to ze względu na coś, co nazywamy HOMOFILIĄ W SIECIACH SPOŁECZNYCH. Co po ludzku oznacza tyle, że wykazujemy tendencję do przyjaźnienia się z ludźmi, którzy mają podobne upodobania, poglądy i opinie do naszych. Tak, to te słynne bańki, w których żyjemy.

[791]
[W 1967 roku] opublikowano osobiste dzienniki Malinowskiego z jego wypraw. Treść tych zapisków nie pozostawiała żadnych złudzeń. No raczej nie zaprosilibyśmy go na herbatkę do własnej cioci (cudzej w sumie też nie). Ten (jak dotychczas się wydawało) otwarty, tolerancyjny badacz, zakochany w idei zrozumienia drugiego człowieka i odmiennej kultury, okazał się megalomanem o skrajnie rasistowskich poglądach.

[927]
Pierwsze zajęcia w roku akademickim zawsze były dla mnie trudne, a to głównie za sprawą miejsca, gdzie odbywała się owa pedagogiczna prywatka, rewia najdoskonalszych popisów w zakresie szkolnictwa wyższego i prywatny benefis mojego edukacyjnego geniuszu, czyli że za sprawą Irlandii. Takie zajęcia trzeba było bowiem zaczynać od sprawdzenia obecności, a to zawsze trauma. Z jakiegoś powodu Amnesty International nigdy nie chciało przyznać, że nazywanie dzieci Aoibheann, Caoilfhionn czy Feidhlimidh jest wyrazem prowadzonej przez Irlandczyków polityki nienawiści wobec innych narodowości. Choć tak po prawdzie to to nie jest jakiś ogromny kłopot, bo czytanie irlandzkich imion wymaga jedynie odrobiny intuicji. Na przykład takie przyjemne imię jak Méadhbh czyta się dokładnie tak, jak się pisze, tj. Maeve.

[1214]
Boże mój, człowiek zaczyna analizować ten wykres z niemowlakiem na rękach, a gdy kończy, to ten ma pretensje, że nie przyszło się na jego osiemnastkę.
[1295]
Jedną z najwspanialszych inicjatyw fundacji [Smarter Poland założonej przez Przemysława Biecka] jest coroczny konkurs na Najgorszy Wykres Roku. To w sumie takie Złote Maliny statystyki, tylko że w internecie, dzięki czemu nikt z nas nie musi wychodzić z piwnicy do tego niebezpiecznego świata (zwanego też prawdziwym), w którym nikt nie śmieje się z wybornego żartu o tym, że wchodzi całka oznaczona do pociągu, a to nie jej przedział.

[1835]
Moim ulubionym błędem poznawczym jest zaś haptic metaphor effect, który występuje nie tylko w badaniach ankietowych, lecz także jest tak szalenie interesującym błędem, że bezapelacyjnie zasługuje na przytoczenie w tej książce. Występuje on mianowicie wtedy, kiedy na nasze odpowiedzi wpływają… dotyk i wszelkie fizyczne odczucia. Na przykład jeśli chwilę przed spotkaniem z inną osobą potrzymamy w dłoniach gorący napój, to częściej ocenimy naszego towarzysza jako osobę o ciepłym usposobieniu, niż gdybyśmy sobie przed tym spotkaniem potrzymali kostki lodu.

[1839]
(...) daleka byłabym od rezygnacji z tego powodu z badań ankietowych. W końcu gdybyśmy to zrobili, to nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że 11% (z 2392 ankietowanych) Amerykanów myśli, że HTML to choroba przenoszona drogą płciową.

[2520]
Istnieje wiele prostych narzędzi statystycznych, które rozwiązują ten problem, a których Bennett zapomniał zastosować (charakteryzują się tym, że mają długie nazwy: poprawka Bonferroniego, poprawka Holma-Bonferroniego czy procedura Benjaminiego-Hochberga). Myślcie o tych narzędziach jak o niezwykle skutecznych plastrach na krwawiącą ranę błędnych analiz. Serio, bo jak tylko Bennett i jego naukowa drużyna zastosowali odpowiednią korektę do swoich obliczeń, to mózg łososia natychmiast wrócił do prawidłowego, bardzo martwego stanu.
Bennett odkrył, że martwy łosoś w fMRI reaguje na obrazy podsuwane mu przed oczy. Martwy łosoś zapewne zmartwiłby się tym akapitem, w którym jest sprzeczność. W końcu Bennett zapomniał o poprawkach, czy je zastosował?

[2762]
Doskonale pokazuje to [czyli efekt autorytetu] przykład Elisabeth Holmes, bohaterki jednego z większych skandali w Dolinie Krzemowej. Od 2004 roku oszukiwała inwestorów, opinię publiczną, partnerów biznesowych i media. Twierdziła, że skonstruowany przez nią niewielki aparat o nazwie Edison będzie w stanie wykonywać ponad 270 testów diagnostycznych z kilku kropli krwi kapilarnej. Zainteresowanym polecam doskonały dokument o tej historii Wynalazczyni: Dolina Krzemowa w kropli krwi (2019) dostępny na HBO.

[2852]
Musimy zacząć się komunikować w sposób pozbawiony pogardy, nawet w przypadku najdziwniejszych teorii, niepewności i pytań. WSZAK HISTORIA NIE ZNA TAKICH PRZYPADKÓW, ŻE KTOŚ SIĘ CZEGOŚ NAUCZYŁ, BO GO UPOKORZYLIŚMY.

[3526, przypis 62]
Ja rozumiem, że łabędzie nie pływają po morzu, ale tym bardziej czyni to tę metaforę tragiczną.
Zgadzamy się. Ale tylko do momentu, kiedy zauważymy, że chodzi o łabędzia gumowego.

wtorek, 4 maja 2021

Whiplash

Oskarowy film sprzed siedmiu lat o Andrew, początkującym perkusiście jazzowym, i Fletcherze, sadystycznym nauczycielu w najlepszej szkole dla muzyków jazzowych w kraju. Metoda Fletchera ma dopingować młodych ludzi do pracy nad sobą, ale nie ulega wątpliwości, że przekracza on granice. Przez połowę czasu oglądamy dość techniczne aspekty doskonalenia warsztatu muzycznego. Dla laików takich jak ja jest to lekko nużące, a dla profesjonalistów - zgaduję, że śmieszne. Jazz nie jest moją fascynacją, ale akurat Caravan Armstronga, wałkowany w filmie, jest jednym z moich ulubionych standardów. Na drodze kariery Andrew wydarzają się różne wypadki, w tym samochodowe. Nie zdradzę, czy się w końcu podda, ale ostatecznie dojdzie do jego konfrontacji z Fletcherem, która skończy już poza filmem, więc widz może sobie pofantazjować. Jako osobnik małostkowy nie pobiegłbym do nich z życzeniami wielu lat życia w łasce bożej, bo obaj bohaterowie są antypatyczni. Film wywołał u mnie parę skojarzeń z życia i nie tylko. Mojej wychowawczyni z liceum daleko było do Fletchera, ale bywała okropną jedzą. Nie wiem, czy w ten sposób kogokolwiek do czegokolwiek zmotywowała, ale jedno jest pewne: nie wspominam tego czasu miło. Mam od tamtych lat awersję do określenia „wychowawca”, a wychowawczy efekt tej pani jest taki, że stała się dla mnie antywzorem. Inne wspomnienie to miła polonistka, która była uczennicą starszej polonistki uczącej w tym samym liceum. Jak wiadomo, można znaleźć klucz do serca każdej polonistki. W przypadku tej starszej były to fantazje typu „obudziłam się jako Zosia w Soplicowie”, prowokujące tę młodszą do kpin, do czego by nie doszło, gdyby starsza choć trochę przypominała Fletchera. Kolejne skojarzenie to Dyrygent Wajdy. Jak pamiętamy, kiedy młody i narwany Seweryn musiał oddać batutę miłemu, starszemu, ale uznanemu Gielgudowi, atmosfera się od razu poprawiła, a z nią - efekt artystyczny. Wniosek: nie trzeba być Fletcherem, żeby osiągnąć satysfakcjonujący rezultat. Z małym zastrzeżeniem: Fletcher chciał kształtować indywidualności, co nie było ambicją miłego Gielguda. Ostatnie skojarzenie: to.

Prawda i sprawiedliwość czyli Tõde ja õigus

Ktoś nieco bardziej przejęty misją zrobiłby lustrację tego dzieła, które wygląda, jakby Estończycy sfilmowali swoją epopeję w stylu Chłopów Reymonta. Nie będę dociekał, czy był pierwowzór książkowy, ale nawet jeśli go nie było, to trochę mi tu szeleścił papier. Główny bohater, Andres, nie uważa się za chłopa, nazywają go „panem”, ale wraz z żoną Krõõt ciężko tyra na tym polu, dzierżawionym od prawdziwego pana, i mieszka w zwykłej chłopskiej chacie krytej strzechą. Opowieść rozciąga się na ponad dwadzieścia lat, w czasie których jedno jest niezmienne: konflikt Andresa z sąsiadem Pearu, w którym cierpią głównie niewinne zwierzątka, a zatargi notorycznie kończą się w sądzie parafialnym, jak to ujęto w polskim tłumaczeniu. Priitowi Loogowi, odtwórcy roli Andresa, wróżyłbym karierę międzynarodową, gdyby nie to, że - jako Estończykowi - raczej mu to nie grozi. Papier szeleścił na przykład wtedy, gdy jeden z drugoplanowych bohaterów tłumaczył mściwość Andresa jego dewocyjnym czytaniem Biblii, bo podobno - parafrazując - duch miłości bożej zamienia serce w kamień. Inny moment to finalna rozmowa z synem, która brzmiała, jakby prowadzili ją intelektualiści wyjęci z Manna (Tomasza, nie Wojciecha). I oczywiście te dialogi, chwilami zbyt wyrafinowane w ustach prostych wieśniaków. W końcowych słowach pada refleksja o podróży życia, kiedy to wędrowiec staje całkiem zagubiony w miejscu, z którego nie potrafi wrócić. Wówczas trzeba zacząć podróż na nowo. Brzmi ładnie, ale kiedy zapytałem towarzystwo, z którym oglądałem film, czy są lub byli w takim miejscu - chyba olany zostałem. Może to znak, żeby zacząć na nowo?

Miłość i potwory czyli Love and Monsters

Na samym początku zostajemy wrzuceni w realia tego świata, nad którym kontrolę przejęły spotworniałe istoty zmiennocieplne, od gadów po owady, które stały się wielkie i głodne ludzkich klusek. Niedobitki klusek przeżyły i chowają się w bunkrach, od czasu do czasu wychodząc na polowania. Jakimś cudem mają jeszcze elektryczność, więc Joel drogą radiową odkrył, że jego miłość sprzed siedmiu lat rezyduje w bunkrze oddalonym zaledwie o sto parędziesiąt kilometrów. Postanawia więc się do niej przedostać, ale jego sukcesu nikt zdrowy na mózgu by nie obstawiał, bo to ostatnia łamaga, jeśli chodzi o kontakty z potworami. Sfilmowani opowiadali, że tu wcale nie chodzi o te walki z monstrami, ale ja się nie zgadzam. To jest gwóźdź programu, ale na plus filmowi należy zaliczyć to, że ostateczne rozwiązania fabularne odbiegły od szablonu, a co najlepsze - był moment na plaży, w którym naprawdę nie wiedziałem, co zdarzy się dalej, a twist, jaki nam zaserwowali, był całkiem przyzwoity. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy ten film działa jako horror, to pozwolę sobie zauważyć, że mamy wyjątkowo zimny maj. Ostatni horror, który mnie przestraszył, oglądałem, kiedy Morze Martwe było jeszcze chore.

Mam dziwne poglądy

Okoliczność przyznawania się do jakichkolwiek poglądów jest zadziwiająca. Ostatnio mam wrażenie, że poglądów się nie nabywa drogą rozumową, a raczej ogląda się je jak na wystawie. O, ten pogląd mi się podoba, więc będę go głosił i udawał, że mam dla niego jakieś uzasadnienie. A może jest trochę tak, że przyswajamy właśnie takie poglądy, które umiemy uzasadnić? Wątpię. Przechodzę do konkretów. Podobno w jakiejś bańce internetowej Polska, że tak metonimicznie ujmę obecny rząd tego kraju, zdobyła uznanie sprzeciwiając się unijnemu projektowi wprowadzenia trzeciej płci w oficjalnych dokumentach. Każdego, kogo boli pupa z powodu trzeciej płci, pytam, dlaczego to jest dla niego ważne? A mój dziwny pogląd jest taki: nie widzę sensu wpisywania płci do dokumentów. A jeśli już, to wpisywanie „helikopter bojowy” w rubryce „płeć” powinno być jak najbardziej dopuszczalne, bo to powiększa nasze swobody obywatelskie. Oczywiście nie twierdzę, że nie ma płci biologicznej, poza tym kwestia płci pozostaje urzędowo ważna dopóty, dopóki system dyskryminuje mężczyzn pod względem wieku emerytalnego. Wyobrażam sobie prawo napisane całkiem bez pojęcia płci, w którym prawa specjalne byłyby formułowane na przykład tak: „osobie, która urodziła dziecko, przysługuje urlop opiekuńczy”. Czy to ważne, że ta osoba uważa się za helikopter? Inny mój argument przeciw wpisywaniu płci do urzędowych dokumentów jest taki, że nikt przecież nie legitymuje potencjalnego kandydata do fikania w łóżku, żeby określić jego płeć. I czy literka „M” w dowodzie zobowiązuje mnie do czegokolwiek? Na pewno nie do tego, żeby do fikania wybierać kobiety. Zmiana tematu. Podobno sam fakt bycia Polakiem obliguje mnie do wyznawania poglądu, że Polska jest pięknym krajem o wspaniałych tradycjach, świetnej historii i seksownych symbolach narodowych. A tu niespodzianka: nie obliguje mnie! To nie znaczy, że nie jest krajem wyjątkowym (jest, jak każdy inny), atoli nie wszystkie aspekty tej wyjątkowości uważam za pozytywne. Wiele z nich - owszem, tak, ale dla przykładu ta historia? Trochę pofyrtany ten naród, co se dał tak państwo rozebrać i jeszcze w tym pomagał. Powód do dumy jak cholera. A ta flaga, z czego tu być dumnym? Prawie każda trójkolorowa jest lepsza pod względem estetycznym. Jako kolegę po poglądach pozwolę sobie przywołać Herberta:
Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:
na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną
Niby pisze o miłości, ale widać, że nie jest ona bezkrytyczna. I o to głównie mi chodzi.

Palmer

Dramat opiekuńczy - tak bym określił nowy gatunek filmowy, który jest szalenie schematyczny, ale działa na emocje dzisiejszego widza. Szkielet fabuły jest taki, że pod opiekę dojrzałej osoby niedoświadczonej w obsłudze małoletnich łamane przez niepełnosprawnych, zazwyczaj faceta po przejściach, trafia dziecko lub osoba upośledzona (na przykład Zak w Sokole). Z początku rola piastuna nie przypada gościowi do gustu, ale po niedługim czasie żyć bez siebie nie mogą, a wtedy pojawia się państwo, matka ćpunka lub inne pokraki bez serca, którzy chcą rozdzielić „zakochanych”. Wtedy jest dramat. Palmer jest takim modelowym dramatem opiekuńczym, co jeszcze obelgą nie jest, bo schemat można wypełnić smacznym nadzieniem lub resztkami z wczorajszego obiadu, które przegryzł i wypluł wasz trzylatek. W tym przypadku nadzienie jest w porządku, tytułowy Palmer po odsiadce trochę zbyt szlachetny na nasz gust (choć apetyczny, bo to przecież Justin!), a strzałem w dziesiątkę jest chłopaczek, który jest rezolutny i mało identyfikujący się ze swoją płcią. Dziecina nie ma lekko, bo otoczenie daje mu ciągle do zrozumienia, że coś jest z nim niehalo. Tyle bym powiedział o fabule, a dodam jeszcze, że czasu spędzonego na obejrzenie filmu nie uważam za stracony.

poniedziałek, 3 maja 2021

Od szczeniaka do psa - projekcja tendencji wzrostu

Świadek (Robert Rient)

Trudno na podstawie samego tytułu odgadnąć, że chodzi o świadka Jehowy, którym autor był przez dwadzieścia parę lat (choć formalnie do sprawy podchodząc, świadkiem Jehowy zostaje się w momencie chrztu, zazwyczaj w wieku lat nastu, więc prawdziwym świadkiem był autor lat paręnaście). Drugie rozumienie tytułu to świadek jako uczestnik zdarzeń, z których poznajemy relację - też słuszne. Kiedyś zauważyłem, że amerykańscy protestanci trzymają sztamę, więc jeśli baptysta pójdzie na mszę (czy raczej nabożeństwo?) do ewangelików lub zielonoświątkowców, to wielkiego zdziwienia nie będzie, ale tylko jakieś pomniejsze, bo obrządki się jednak różnią, nie wszędzie mówi się językami, jak u zielonoświątkowców. Mam natomiast mocne przekonanie, że baptysta nigdy by nie poszedł na mszę katolicką, ani na spotkanie świadków Jehowy. Katolicy według wielu protestantów to nawet nie chrześcijanie, a świadkowie Jehowy to zupełnie inna para kaloszy. Mają jakieś nabożeństwa z czytaniem Biblii i swojej „literatury”, nawet chyba śpiewają, ale ich doktryna jest po prostu dla większości zbyt ciężkostrawna. Żadnych świąt, nawet Bożego Narodzenia, poza uczczeniem śmierci Jezusa, żadnych świeckich imprez, urodzin, imienin, z małym wyjątkiem na wesela. Alkohol tylko w małych dawkach, papierosy to grzech poważny, a seks - jak wszędzie u chrześcijan, tylko małżeński. Obowiązuje pogląd, że państwo jako takie, to dzieło Szatana, więc nie ma mowy o działalności politycznej, ani patriotyzmie w jakiejkolwiek formie. Będąc dzieckiem w podstawówce autor nigdy nie jadł cukierków rozdawanych na urodziny, a kiedy zadaniem było namalowanie flagi państwowej, narysował kwiatek, żeby nie oddawać czci „bałwanom”. Kiedy przeczytałem, że szkoła dla jehowickich kadr nazywa się Gilead, to od razu nasunęło mi się skojarzenie z Opowieścią podręcznej. Przyznam, że jest ono nieco krzywdzące, bo świadkowie Jehowy brzydzą się przemocą, ale gdyby właśnie tę przemoc dołożyć do ich doktryny, to mielibyśmy Gilead z Podręcznej. Przy tych swoich wszystkich doktrynalnych osobliwościach świadkowie patrzą z góry na pobożnych żydów z ich 613 micwami ze Starego Testamentu. I na tak zwanych światusów takoż. Ponieważ sam autor swego czasu w wywiadach do tego się przyznawał, bez obciachu wyjawię, że najtrudniejszą sprawą dla niego była własna homoseksualność. Jego odejście od wiary nie wiązało się z argumentacją typu filozoficznego (z pytaniem naczelnym: dlaczego to jest prawda?), bardziej z nieznośnym napięciem między tym, czego oczekuje Bóg (a raczej ludzie, którzy mówią za niego), a tym, jakim go ów Bóg uczynił. Piekła, jakie przeszedł Rient, nawet jeśli w jego opisach jest egzaltacja, nie umiem porównać z niczym, czego sam doświadczyłem. Podobno religia niesie ludziom ukojenie... Ateizm ukojenia nie dostarcza, ale przynajmniej wyzwala od religijnych traum. Nie wiem, czy autor uważa się za ateistę, w każdym razie od forów ateistycznych go odrzuciło, bo żarliwość byłych wierzących bywa równie wkurzająca co gorliwość wierzących. A co zabawne, byli świadkowie Jehowy powielają dawne struktury organizacyjne na swoich platformach, na których są zamknięte kręgi dostępne dla bardziej zasłużonych w niewierze. Z drugiej strony autor ma odwagę publicznie krytykować religię, ale i psychologię w wydaniu praktycznym (chyba znalazłby wspólny język ze Stawiszyńskim), zob. [TEDx], [Raczek].

[13]
Dawno temu w Babilonie król Nabuchodonozor zbudował ogromny złoty posąg. I powiedział, że kto się przed nim nie pokłoni, „zostanie natychmiast wrzucony do rozpalonego pieca” (Dn 3:6). Szadrak, Meszak i Abed-Nego, żydowscy słudzy Jehowy, nie kłaniali się i jeszcze mówili do króla, że jak Bóg zechce, to ich wybawi. A nawet jeśli tego nie zrobi, oni i tak wolą umrzeć. Nabuchodonozor był wściekły, kazał rozpalić piec siedem razy mocniej i wrzucić tam Szadraka, Meszaka i Abed-Nego. Wtedy pojawił się między nimi anioł i ogień się ich nie imał.
Który katolik zna tych starotestamentowych bohaterów? A dla świadków Jehowy to odniesienie oczywiste, jedno z uzasadnień tezy, że polityka to narzędzie Szatana.

[17]
Adolf Hitler powiedział podobno w Berlinie: „Tę hołotę [świadków Jehowy] w Niemczech wytępię”.
Powód miał oczywisty, bo ŚJ nie mają szacunku dla władzy, choć oczywiście w stopniu minimalnym respektują prawa państwowe. Swego czasu trafiali w Polsce do więzienia za odmowę służby wojskowej. Ojciec mój ma zwyczaj chwalić ŚJ za potępienie Hitlera, ale przecież oni doktrynalnie potępiają jakiekolwiek formy rządów (jako narzędzie Szatana), a poza tym potępienie przez ŚJ postaci, która otwarcie przeciw nim się zwracała, było najzupełniej naturalne.

[37]
Świadkowie nie chrzczą niemowląt, ponieważ Jezus powiedział, by przyszłego wyznawcę najpierw nauczać (Mt 28:19,20).

[39]
Istnieje nieformalna lista książek zakazanych, do których należy ta, którą właśnie czytasz, wszelkie publikacje wypowiadające się negatywnie na temat świadków Jehowy oraz te napisane przez byłych wyznawców.

[52]
Zakaz przyjmowania krwi świadkowie Jehowy opierają na dwóch fragmentach z Biblii: „Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom, od krwi, od tego, co uduszone” (Dz 15:29) i „Nie wolno wam tylko jeść mięsa z krwią życia” (Rdz 9:4). Nigdzie w Biblii nie pojawia się informacja o przetaczaniu krwi jako takiej.
Pominąwszy nieszczęsną indoktrynację religijną, to jest najbardziej kontrowersyjny punkt doktryny ŚJ. Jeśli dorosły chce umrzeć, bo odmawia transfuzji, to jeszcze można znieść. Jeśli ten dorosły skazuje na śmierć swoje dziecko - jest problem (a były takie przypadki). Z książki niestety nie dowiemy się, czy w Polsce respektuje się ten absurd. Zajrzałem do sieci, ale na szybko nie da się tego ustalić. Poza tym, wyżej przytoczone biblijne wersy zdają się wyjątkowo słabym uzasadnieniem dla zakazu transfuzji.

[54]
W „Strażnicy” z sierpnia 1968 roku można było przeczytać: „Zbliża się ostateczny kres starego systemu rzeczy. W ciągu co najwyżej kilku lat spełni się końcowa część proroctw biblijnych co do »dni ostatnich«”.
(...)
Rok 1975 minął, podobnie jak 1914, 1918, 1920 i 1925, kiedy to miał nadejść koniec świata.
Jak słyszałem, ŚJ przestali już wyznaczać daty końca świata. Teraz podobno twierdzą, że Armagedon trwa w najlepsze od 1919 roku. Chyba przeczytali to u Miłosza.

[90]
Każdy dostaje tajną książkę w błękitnej okładce, zatytułowaną Jaśniejcie jako źródło światła na świecie.
ŚJ umieją w tytuły. Z tej pozycji wynika, że prowadzi się dość dokładną dokumentację wizyt ŚJ w domach w czasie działalności misjonarskiej.

[95]
[Kobiety mogą] jak mężczyźni zgłaszać się i odpowiadać na zadane pytania, mogą głosić, ale przede wszystkim powinny się uczyć „w cichości z całym poddaniem się ” (1 Tm 2:11). Kobietom nie wolno publicznie przemawiać, modlić się, prowadzić wykładów, krytykować wypowiedzi braci starszych. „Kobiety mają na tych zgromadzeniach milczeć; nie dozwala się im bowiem mówić, lecz mają być poddane” (1 Kor 14:34).

[96]
Jest w końcu Biblijna Szkoła Strażnicy – Gilead, w której nauka trwa pięć miesięcy. Zajęcia odbywają się w Ameryce, w Centrum Szkoleniowym Towarzystwa Strażnica w Patterson.

[166]
W 2007 roku Lisa Myers i Richard Greenberg z NBS News w Waszyngtonie poinformowali o dziewięciu pozwach przeciwko polityce organizacji świadków Jehowy, którzy nie zawiadomili władz o znanych im przypadkach pedofilii. Tak było w przypadku J. Hendersona, który został zdjęty z funkcji starszego zboru za czyny pedofilskie. Zwierzchnicy organizacji nigdy jednak nie zgłosili tej sprawy policji, w związku z czym Henderson molestował dzieci przez ponad dwie dekady.
Czyli podobnie jak w KK, dla ochrony wizerunku dopuszczamy się niebywałych świństw. W organizacji ŚJ nie ma celibatu, który napędza pedofilię, a i to nie pomogło.

[201, reakcja na wieść, że syn jest gejem]
W nocy przychodzi esemes: „Czy trzeba wejść do szamba, żeby stwierdzić, że to jest gówno? Zostaw to gówno albo stracisz nas. Rodzice”. A później jeszcze jeden: „Lepiej, żebyś był mordercą”.

[212]
22 stycznia 2004 roku, po ponad dwudziestu latach służby dla Jehowy, za niesubordynację [ojciec] traci stanowisko starszego zboru. Ląduje na samym dole hierarchii, niżej niż kilkunastoletni chłopcy biegający w trakcie zebrania z mikrofonem między odpowiadającymi na pytania.
Za co? Za to, że pojechał na ślub swojego syna, który odrzucił wiarę ŚJ.

[215, pisane o sobie w trzeciej osobie]
Jeszcze tego nie wie, ale właśnie znalazł nową religię. Psychologię. Wymienia słownik w swojej głowie. 
 Religia mówi: Gdy wszystko wyznasz, Bóg ci wybaczy. Grzeszysz. Potrzebujesz zbawienia. Jesteś na drodze do doskonałości.
 Psychologia mówi: Gdy wszystko wyznasz, będziesz uzdrowiony. Cierpisz. Potrzebujesz pomocy. Doskonal się cały czas.

Biblia dla ubogich duchem

Sdz 19:1–30
Józka żona, Baśka, zwiała do Wiednia, do ojca, całkiem niedługo po ślubie. Józek odczekał parę miechów i w końcu pojechał do Wiednia. Stefan, Baśki ojciec, ucieszył się, bo z Józkiem zawsze dobrze się piło. Po trzech dniach Józek chce wracać do Wrocławia, ale Stefan mu mówi, no weź, nie jedź, tylko ze mną wypij. No i Józek został. I tak samo następnego dnia. Ale piątego dnia Józek mówi dość i pojechał z Baśką do domu do Wrocławia. Po drodze zatrzymali się w Ostrawie, bo Józek nie lubił po ciemku prowadzić. A w Ostrawie pusto, nie ma gdzie przekimać, ale zobaczył ich stary Karol i mówi, nie stój tu człowieku, chodź do mnie na noc, obalimy flachę. Godzinę później rozniosła się o tym wieść i mieszkańcy miasta poszli pod blok Karola i zaczęli wołać, daj nam tego Józka, bo chcemy go wyciupciać. A Karol im na to, czy wam odjechało? Jak już musicie, to weźcie sobie Baśkę, albo jeszcze lepiej, moją córkę Asię, która jest dziewicą. Józek się spietrał i wystawił Baśkę za drzwi, a wtedy mężczyźni z Ostrawy zrobili jej przez noc gangbang i bukkake. Po wszystkim Baśka doczołgała się pod drzwi lokalu Karola i legła na wycieraczce. Rano Józek wstał, zobaczył ją i mówi, wstawaj Barbara, bo musimy jechać. Baśka jakaś nieruchawa była, to ją wrzucił na tylne siedzenie seicento i pojechał. Gdy już dojechał do Wrocławia, pokroił ją na szesnaście kawałków i rozesłał do wszystkich województw, żeby wszyscy się dowiedzieli, jaka jest gościnność w Ostrawie.

Mk 4:10-13
„Wy, koledzy, już wiecie, co i jak, no ale innym będę tak to mówił, że nic nie skumają i się nie połapią, o co chodzi, za to głębia przekazu będzie. Więc nie dziwcie się, że będę niby głupio gadał, ale my tu mamy swoją tajemniczkę, i po co ktoś miałby coś z tego zrozumieć?”

Mk 14:51-52
Ostro zabalowali na tej Ostatniej Wieczerzy, bo gdy żandarmi eskortowali Jezusa, to szedł za nimi jakiś niedopieszczony gostek owinięty tylko w prześcieradło. Chcieli go złapać, ale on uciekł goły, bo w prześcieradle by go schwytali.

1 P 3:15
A jak was będą wypytywać, czemu wierzycie w Jezusa, to nie wolno wam tego mieć w odbycie, ani udawać, że nie słyszycie. Możecie rozkminiać te cytaty, co je wyżej widać. Możecie też wyjaśnić, jak to niby niegramotny Piotr napisał te listy w czystej grece, czyli w nie swoim języku. Tylko proszę nie mówcie, że wierzycie, więc to prawda, bo tak może równie dobrze powiedzieć muzułmanin, buddysta, animista, mbomboista, dźinista, hinduista, zoroastrianin, sikh, scjentolog oraz żyd reformowany.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger