Nie wiem po co ten tytuł

              

piątek, 21 września 2018

Tully

Jak pamiętamy, filmy M. Nighta Shyamalana mają tę cechę, że ich suspens może być zabity jednym zdaniem, a w przypadku Tully wystarczy jedno słowo. Tego słowa nie ujawnię, za to w sposób zawoalowany mogę powiedzieć, że opowiadanie Vonneguta Stylowe wnętrze ma nieco podobny temat. Główna bohaterka Marlo jest przede wszystkim zmęczoną matką w ciąży, a poza dzieckiem w środku ma jeszcze syna i córkę na zewnątrz. Zwłaszcza syn, w wieku poniżej dziesięciu lat, przysparza jej trosk, bo jest, powiedzmy, nietypowy, a na moje wyczucie chodzi o łagodny autyzm. Marlo i jej mężowi powodzi się raczej średnio, ale jej bardziej dziany brat dał jej w prezencie talon na „nocną nianię”, czyli osobę, która przez parę pierwszych tygodni opiekuje się noworodkiem w nocy, a poza tym tylko przez krótkie chwile przerywa matce sen w porach karmienia. Taką nianią jest właśnie Tully. Różne podejrzenia przychodziły mi do głowy, że okaże się psychopatką, manipulatorką lub uwiedzie męża. Sama Marlo jest postacią sympatyczną, pomimo swojej sytuacji życiowej potrafi być dowcipna i ironiczna, a z razem z Tully tworzy zgrany duet. Jest też w filmie motyw dwóch postaci, z których każda myśli, że ta druga jej nie znosi, choć to niekoniecznie prawda. Na koniec poczułem się zrobiony w konia, ale w sumie nie żałuję.

czwartek, 13 września 2018

Postmodernizm nasz powszedni

Dnia 4 września upubliczniono produkt redaktora Tomasza Stawiszyńskiego o nazwie „audycja radiowa”, w dalszym zwany „audycją”, w ramach cyklu pod wspólna nazwą „Kwadrans Filozofa”. Tematem audycji był postmodernizm, czyli koncepcja płynnej prawdy, w ujęciu prawicowym. Podstawowa teza postmodernizmu to względność prawdy, dlatego zamiast o niej lepiej mówić o „narracjach”, które są uwarunkowane kulturowo. (Czy redaktor zauważył, że ta koncepcja podważa samą siebie? Do sprawdzenia.) Koncepcje dotyczące tego, co uznawane jest za prawdę, mają ograniczony zasięg, czy to geograficzny, czy społeczny. Nauka jest jedną z narracji, ale - jak zauważa redaktor - jest jednak coś zastanawiającego w tym, że teoria lotu samolotów działa wszędzie - nawet tam, gdzie nikt o niej nie ma bladego pojęcia (czyli prawie wszędzie, bo kto pamięta prawo Bernoulliego?). Zastanawiające jest również według redaktora to, że często na względność prawdy powołują się prawicowi chłopcy i dziewczynki, którzy z kolei uważają za niepodważalne pewne prawdy dotyczące zbawienia ich dusz. Za audycję tę redaktor został oceniony bardzo dobrze, choć zalecamy krytyczne podejście do oprawy muzycznej, która przywodzi na myśl trabanta w czasie rozruchu.

poniedziałek, 10 września 2018

Jak zaludniła się Ziemia?

Julia Sweeney w Letting Go of God opowiadała o swojej nauce ewolucji w szkole katolickiej. Z dumą podkreślała, że katolicy nie odrzucają teorii ewolucji, a to, czego się dowiedziała, brzmiało mniej więcej tak: w toku ewolucji pojawiła się pierwsza para ludzi, wtedy Bóg dał im dusze, a reszta przebiegła tak, jak to opisano w Biblii. Czyli pierwsi ludzie żyli paręset lat. Ale to pomijając, można by pomyśleć, że owszem, ma to sens. Tyle że nie ma, bo tak naprawdę nie wiadomo, co to są „pierwsi ludzie”. Zmiany ewolucyjne są tak drobne, że nowy gatunek nie powstaje w jednym pokoleniu. Jeśli byli jacyś ludzie, to ich rodzicami też byli ludzie. Specjalistą nie jestem, ale byłbym skłonny przypuszczać, że inny gatunek, to znaczy taki, z którym niemożliwe byłoby krzyżowanie się, istniał parędziesiąt tysięcy pokoleń wstecz. Wróćmy do Biblii z naszym pytaniem zasadniczym: w jaki sposób cała ludzkość powstała z jednej pary? No cóż, kazirodztwo. W Księdze Rodzaju 5,4 jest mowa o synach i córkach Adama, choć ani słowa o tym, że się ze sobą ciupciali. Jak pisze autor we wskazanym linku, w tamtych czasach kazirodztwo nie było groźne, bo ci pierwsi ludzie byli czyści, czy coś, nie to co teraz. W każdym razie znowu jest okazja do polewu z religii, bo sztandarowy argument przeciw gejom to pierwsza para, ale gdyby ktoś zapytał, czy Bóg potępia kazirodztwo, to trzeba by robić piruety myślowe, bo ta wspomniana czystość pierwszych ludzi jest wyssana z penisa. Bo nie z Biblii. Sytuacja zresztą się powtórzyła po potopie, kiedy znowu kazirodztwo pozwoliło jeszcze raz zaludnić Ziemię. Wtedy też pewno była czystość.

Żyrafa (Lucie Brock-Broido)

Uwaga! To jest moje amatorskie tłumaczenie wiersza o żyrafie Marius zabitej w kopenhaskim zoo, o czym już pisałem. Ambicje miałem skromne: żeby się dało bez bólu przeczytać. Wiersz mi się spodobał między innymi dlatego, że zawiera sporo informacji o żyrafach w historii. Gdyby wiersz był o wielbłądzie, można by wspomnieć o okazie Mieszka I. Szkoda, że nie trafił do herbu Polski.

W innym życiu była ulubienicą Cezara, może darem Kleopatry,
Wracającej do Rzymu
Z włosami słonymi i mieniącymi się
Po kąpieli, z kajalem oskrzydlającym oczy rozmazane
W upale.
Inne życie pędziła w Somalii,
Gdzie godzinami oglądała chmury
O kształtach szalonych akrobatów stąpających po linach
Skręconych z wielbłądziego włosia i juty.
Jej oczy przepastne, przyjazne.
Jej rzęsy długie niczym język kolibra.
Jej pęciny nabrzmiały od galopu, ogon wygięła do góry
Ucieszona strumieniem wśród barwnych traw
Na złocistej sawannie.

Czy też uważasz, że jestem tak powabna?

Kiedyś, w innym życiu w Serengeti, wyciągała szyję
Po smaczne gałązki akacji, mimozy, dzikiej moreli.
Była łagodna, o sercu wielkim
Jak ludzkie ramię.
Nocą jej pobratymcy nawoływali się poprzez
Las; a jak właściwie – nie wiemy do dziś,
Lecz jeszcze słyszę te śpiewne odgłosy.
Jak pisał Pliniusz Starszy,
Na arenie krwawych widowisk w starożytnej Grecji
Nic by jej nie groziło.
Umieszczono ją wszak wśród kuriozów.
Dom Medicich dostrzegł jej wyjątkowość,
I cieszyła ich ogromnie.

Czy też uważasz, że ucieszy cię moja opowieść?

Tak, nawet na statku do Francji
Marynarze wycięli kwadratowy otwór
W pokładzie nad ładownią, aby mogła swoją głowę
Przezeń trzymać w górze.
Po przybyciu wystroili ją w szaty królewskie
Na marsz przez siedemset długonogich kilometrów
Z Marsylii do Paryża, by mogła pokazać się
Królowej,
Która własnymi rękami karmiła ją płatkami róż.
W Tebach, w grobowcu w Dolinie Królów
Ujęto ją w hieroglifie, z nogami luźno spętanymi
Przez dwóch niewolników, z zieloną małpką uczepioną szyi niczym dziecko
Gotowe na przejażdżkę.

Czy uważasz, że to wytwór mojej wyobraźni?

W drzeworycie, niedyś
W kręgu wczesnoholenderskim
Pojawia się z krokodylem, jednorożcem i wańką-wstańką
Z ogonem i chwytnymi stopami.
Kiedy indziej, w Chartumie
Wygięła szyję w dół, aż sięgnęła do mleka w cynowej misie
Trzymanej przez syna sudańskiego rolnika.
Wieki później,
Na Picadilly Circus, zdjęto ją z Karuzeli;
Wszystkim się podobała, lecz któż zdołałby wspiąć się tak wysoko.

Jeśli wrócimy z innego świata do tego –
Niebo w Danii, wśród pogody w kratkę, jest atramentowe
Przez wiele lutowych dni.
W Kopenhaskim Zoo imiona daje się zwierzętom, które osiągnęły
Siłę wieku, ale – w tym życiu – nazwano ją
Marius, choć miała ledwie dwa lata.
Widziała wówczas szarą, kamienną
Wieżę pobliskiej katedry,
Czy wspominała życie okolone grzywą
Ciepła w blasku słońca Numidii?
Gdy nasycona
Mrużyła powieki,
A jej rzęsy rzucały długie,
Różowe cienie na twarz.

Czy uważasz, że to zmyśliłam?

Dyżurny weterynarz, Mads Bertelsen, oddał w jej stronę tylko jeden strzał.
Ubicie jej było niezbędne – jej typ genów, ich rodzaj
Został powielony już wystarczająco, rzekł Bengt Holst,
Dyrektor Zoo.
W tym samym dniu,
Po południowym ciastku w szkole popitym herbatą,
Zaprowadzono duńskie dzieci do siedziby Ogrodów,
By się naocznie uczyły
O anatomii.
Opiekunowie rozkroili ją, by odsłonić wnętrze szyi, język, serce
(O wadze skromnych dziewięciu kilogramów).
Dzieci stłoczone dokoła, opatulone w jasne, wełniane szale
Okrywające ich otwarte usta poziomymi pręgami,
W rękawiczkach, wpatrywały się zaciekawione.

Czy też uważasz, że jestem ciekawa?

Gdy zapadł nordycki zmrok, tak wcześnie,
Dzieci, w bieli kołder, spały niespokojne łkając.
Nie padał śnieg tej nocy.
Co takiego we mnie
Każe mi mówić ci o tych wizjach.

czwartek, 6 września 2018

Dziękuję za świńskie oczy (Dariusz Gzyra)

Po tę książkę sięgnąłem po przeczytaniu bardzo dobrego posłowia Gzyry w Zjadaniu zwierząt Foera. Tytuł jest cytatem wziętym z tamtej książki, który jest z kolei cytatem z księgi pamiątkowej amerykańskiej rzeźni, a podziękowania złożyło dziecko wzruszone tym, że mogło sobie te oczy rozkroić i poznać ich budowę. Zanim przejdę dalej zrobię wyznanie osobiste: nie przepadam za zwierzętami. Mogę pogłaskać kotka lub pieska, ale nie widzę siebie w roli opiekuna zwierzątka w trybie 24/7, a tym bardziej takiego, przy którym zwierzę byłoby szczęśliwe. Używając niefortunnych kategorii mógłbym rzec, że książka Foera to „baza”, a Gzyry - „nadbudowa”, i w takiej kolejności lepiej je czytać. Zjadanie zwierząt pełne jest faktów i opisów, a Świńskie oczy - wyjaśnień, jak to jest możliwe. Językowe kamuflaże, tradycja wspierana religią, wychowanie, wypieranie, brak refleksji (na przykład nad tym, czemu konie czy psy nie są zwierzętami rzeźnymi) - wszystko to sprawia, że „przemysł produktów zwierzęcych” postrzegamy według schematu: po lewej wesołe kurki, świnki i krówki, po prawej smaczne mięsko, mleczko i jajeczka, a między nimi biała, nieprzenikniona kurtyna, za którą się po prostu nie zagląda (pomijam to, że lewa strona obrazka sama w sobie jest już potężnie zafałszowana). Autor na tym nie poprzestaje, bo omawia inne aspekty kontaktów zwierząt ludzkich z pozaludzkimi (jak sam mówi łamiąc tabu językowe). Nawet te hołubione tak zwane zwierzęta towarzyszące jak psy lub koty są sprowadzane do jakichś funkcji i oczekiwań, od spełnienia których zależy nich los. Opisany przez autora przypadek pieska oddanego na wakacje do hotelu dobrze to ilustruje: najdroższa karma nie zastąpi prawdziwej opieki. Piesek zapewne i tak miał szczęście, że nie był z rasy brachycefalicznej, jak mopsy, które mają zwykle problemy z oddychaniem, nie wspominając o innych przypadłościach spowodowanych ostatecznie przez program hodowlany człowieka. Oczywiście postulat „wygaszenia” rasy takich stworzeń brzmi jak najbardziej sensownie, ale - zauważa autor - wyobraźmy sobie to samo w odniesieniu do (przykładowo) grupy zwierząt ludzkich ze skośnymi oczami lub piegami. Ciarki przebiegają po plecach. Znamienny jest przykład żyrafy Marius z kopenhaskiego zoo, która w wieku dwóch lat została zabita w 2014 roku. Był to osobnik zdrowy, ale jego utrzymywanie przy życiu zdaniem dyrekcji zoo nie miało sensu, gdyż jego pula genowa dyskwalifikowała go z reprodukcji z uwagi na zagrożenie chowem wsobnym. „Eliminacji” Mariusa mogli przyglądać się zwiedzający, w tym dzieci pod opieką rodziców. Wiedząc o planowanym zabójstwie, krakowskie zoo zaoferowało przejęcie Mariusa wraz z pokryciem kosztów, ale nie doszło do tego, bo zapewne przeważył argument puli genowej. Przykłady można mnożyć: cyrki, konie pociągowe rozsławione wydarzeniami ze szlaku do Morskiego Oka, hodowanie zwierząt na futra (w czym Polska staje się niechlubnym liderem, bo ewakuują się do nas hodowcy z Holandii, gdzie od 2024 ma być całkowity zakaz), myślistwo, niedźwiedzie hodowane dla żółci cenionej w tradycyjnej chińskiej medycynie. Jeszcze jeden myślowy eksperyment autora: wyobraźmy sobie, że nasze mięso, jaja i mleko pochodzą od stworzeń trzymanych w godnych warunkach, że mają możliwość wychodzenia na obszerny wybieg, że przebywają w stadach, czyli żyją w najlepszych warunkach, jakie możemy im zapewnić. (Foer wspomina o takim podejściu do hodowli.) Czy odbieranie życia takim zwierzętom można nazwać „dobrym”? Może to niestosowne, ale pomyślmy: gdyby nazistowscy Niemcy zapewnili Żydom parę lat życia w szczęściu, a potem ich gazowali, to byłoby lepiej? Maksymalizm etyczny w sprawie zwierząt pozaludzkich to nie jest opcja, więc ich obrońcy muszą poprzestawać na drobnych kroczkach, kiedy na przykład udało się uchwalić prawnie zwiększenie klatek dla kur niosek o parędziesiąt centymetrów kwadratowych. Brzęczy mi w głowie myśl Szymborskiej o obdarzonych wolą życia roślinach - raczej ubogie duchem usprawiedliwienie dla zabijania zwierząt. Wysokie wymagania etyczne wobec artystów to niedawny wynalazek, ale, jak widzimy, poetka nie zawsze robiła użytek z wyobraźni. Podsumowując, nie mam wątpliwości, że siła perswazyjna książki Foera jest większa niż Świńskich oczu, co nie znaczy, że odradzam przeczytanie. Książka Gzyry jest skomponowana z samodzielnych, publikowanych wcześniej tekstów, więc miałem wrażenie, że autor momentami się powtarza. Lepsza byłaby książka napisana „od zera”, ale na razie takiej nie będzie.

[801]
Krowy nie będą gwałcić kobiet, żeby te rodziły dzieci o delikatnych jadalnych ciałach i miały laktację, którą zapakuje się w karton z napisem „prosto od kobiety” i spożytkuje się na rzecz cieląt. Zwierzęta nie są w stanie zachować się tak podle jak ludzie.

[1222, o tym jak konina dostała się do „zwykłego” mięsa, afera z początku 2013 roku]
(...) widmowy towar z Luksemburga pochodzący od francuskiej firmy, która kupiła go od handlarza na Cyprze, który otrzymał go od ubojni w Rumunii za pośrednictwem handlarza z Holandii.

[2382]
Parafrazując: „Nie jest jasne, co papież Franciszek dokładnie ma na myśli, gdy jest w duchowej harmonii z całym stworzeniem”.
Chodzi o słowa papieża Franciszka: „Niebo jest otwarte dla wszystkich stworzeń bożych”, co chyba jest dość mocnym naruszeniem doktryny. Ktoś chyba się przy okazji zagalopował mówiąc o „wegańskim papieżu”.

[2451, o obłudzie sprzeciwu wobec uboju rytualnego]
Tak, jakby cywilizowane i nowoczesne odbieranie życia w standardowych rzeźniach, pokrapianych święconą wodą przez katolickich księży, nie było współczesną formą barbarzyństwa – ze względu na skalę, stosowane metody, obrzydliwy i cyniczny utylitaryzm rzezi i wygodne milczenie większości nad tym przerażającym apogeum przemocy wobec bezbronnych.

[2535]
Mówili: wystarczy, że Marek Raczkowski to skomentował.
Chodzi o tekst Terlikowski pod tytułem Zwierzęta, nawet w Wigilię, praw nie mają.
[2613]
Kiedy w Daszynie wmurowywano kamień węgielny pod budowę największej w Polsce rzeźni tak zwanego drobiu (o koszmarnej nazwie Royal Chicken), również dokonano święcenia. Na zdjęciach widać uśmiechnięte twarze duchownych. Jak chwalił okolicznościowy artykuł w lokalnym medium, zakład ma zabijać dziennie 500 tysięcy zwierząt, co daje 27 tysięcy na godzinę 13. Zamknij oczy i wyobraź sobie pół miliona zwierząt zabitych każdego dnia. A potem wyszepcz: „Zwierzęta są stworzeniami Bożymi. Bóg otacza je swoją opatrznościową troską. Przez samo swoje istnienie błogosławią Go i oddają Mu chwałę. Także ludzie są zobowiązani do życzliwości wobec nich” [Katechizm Kościoła Katolickiego, 2416 - G.].

[3634, o podejściu dyrekcji TPN do koni męczonych na trasie do Morskiego Oka]
Mogłyby to być choćby meleksy, których zastosowanie dla Tatrzańskiego Parku Narodowego wydaje się w tej chwili przedsięwzięciem logistycznym i problemem technicznym na miarę wyprawy na Marsa.

[4441, zwierzę pozaludzkie współautorem publikacji? - czemu nie]

Jack Hetherington dodał [kota Chestera] jako autora swojego artykułu w czasopiśmie naukowym „Physical Review”. Zrobił to, ponieważ nie chciało mu się zamieniać w tekście wszystkich „my” i „nasze” na pierwszą osobę liczby pojedynczej.

Gay shorts II

Kolejny festiwalowy zlepek krótkich metraży o tematyce homo. Zostań na noc to szwedzka opowiastka o chłopcach, którzy wyglądają na dobrych kumpli, a gdy spędzają noc w jednym łóżku, jeden intensywnie przygląda się drugiemu. I tyle. Ślimak wystawił oczko z muszelki, rozejrzał się nieśmiało i znowu schował. Przesłanie tego filmu jest zdecydowanie subtelniejsze niż haj po naparze z rumianku. W Obowiązku (choć lepsze byłoby „zobowiązanie”, skoro po angielsku jest to „commitment”) mamy parę gejów, którzy oczekują na dziecko od kobiety deklarującej chęć oddania go po urodzeniu. Tym razem się nie uda, partnerów czeka parę trudnych chwil, widzów też, bo to bardzo ckliwa historyjka. Wyobrażam sobie podobne przejścia bezpłodnej pary hetero, a twórcy zapewne chcieli mnie naciągnąć na wzruszenia, bo to o gejach. Kolejna pozycja to hiszpański Ślub, o parze gejów, którzy właśnie się pobrali, ale w czasie wesela przed babcią na wózku inwalidzkim odgrywają komedię, że to niby urodziny jednego z nich. Babcia głupia nie jest, a filmik okazuje się komedyjką z filuternym zakończeniem. W Dwóch rybach widzimy dwóch przyjaciół, jeden właśnie wrócił z Europy, a drugi zerwał z dziewczyną. Kiedy nieoczekiwanie dochodzi między nimi do zbliżenia, można przypuszczać, że to początek czegoś głębszego. Albo i nie. Może nie jest to tak subtelne jak Zostań na noc, ale niewiele mniej. Ostatni to Zmienny (kontrowersyjne tłumaczenie hiszpańskiego „versátil”), co tu ma oznaczać faceta, który lubi brać i dawać. Alex i Hugo są w związku od pół roku, pierwszy jest w seksie aktywny, ale ma ochotę być wyciupciany. Okazuje się to większym problemem, niż się wydawało na wstępie. Z początku miałem wrażenie, że temat jest zbyt hermetyczny, żeby zainteresować szerszą widownię. Ale jak się zastanowić, podobne kwestie mogą pojawić się w związku hetero, kiedy jedna ze stron ma ochotę na nietypowy seks. Dla ludzi o otwartych głowach może to być film interesujący.

sobota, 1 września 2018

Agentka specjalnej troski czyli Raid dingue

Tłumacz google'a twierdzi, że tytuł francuski to „szalony nalot”. Nie chodzi o nalot na języku, ale najazd. Typowy problem z komediami, zwłaszcza francuskimi, to głupkowatość bohaterów - nie wszystkich w równym stopniu, ale jednak. Tak już chyba mają od czasów de Funesa, jeśli nie Moliera. Główną postacią jest Johanna, policjantka, która marzy o karierze w RAID, autentycznej, elitarnej jednostce policyjnej do zadań specjalnych. Nadaje się tam jak kalafior do tyłka, bo jest mało rozgarnięta, naiwna i niezdarna, choć pełna zapału. Myśl o użyciu protekcji tatusia ministra nie przeszła jej przez głowę, ale tatusiowi owszem. Ma niby być przyjęta tylko na szkolenie, ale po zabawnych nieporozumieniach szef RAID na złość ministrowi zatrudnia jego córkę na stałe. Szkolenie prowadzi Eugène, któremu mało pasuje kobieta w jego zespole, ale od pierwszych chwil wiadomo, że skończą razem, mimo że Johanna ma narzeczonego i zaplanowany ślub w bliskiej przyszłości. Schemacie-kacie, oczywiście, że w najważniejszej chwili ciamajda Johanna wykaże się sprytem, determinacją i odwagą, za co zostanie doceniona. A za przeciwników ma serbski gang, który między innymi napadł na sklep jubilerski, a tuż potem wmieszał się w paradę równości w odpowiednim przyodziewku w postaci wyzywających kiecek i peruk, nie powiem, bardzo twarzowych. I to był jeden z momentów, z powodu których nie żałuję, że obejrzałem. Inny to sceny z muzyką z Le Bourgeois gentilhomme Lullego, która jest piękna i pasuje do wszystkiego. [X]
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger