Nie wiem po co ten tytuł

              

środa, 18 stycznia 2023

Feminatywy czyli pan niania dał listonosz

Zmagam się z feminatywami od „ojciec”, „mężczyzna” i „He-Man”. „Ojczyni”, „mężczyźnina”, „She-Woman”? Proszę o pomoc.

Tymczasem oddajmy głos Stefanii Grodzieńskiej, która w 1960 roku popełniła felieton pod tytułem Dałam listonosz. Oto obszerny cytat.
Nie jestem na tyle zarozumiały, abym się łudził, że zmienię istniejący stan rzeczy (przypominam, że literat Grodzieńska jest autorem tego felietonu), wybieram więc mniejsze zło. Jeżeli chcemy uniknąć „pudrującego nos elektrotechnika Karasińskiej", musimy się zgodzić na „pudrującą nos elektrotechnik Karasińską", tak jak prosimy do telefonu magister w odróżnieniu od magistra. Zdaję sobie sprawę z doniosłości problemu, jako córka profesora i profesor.

Oto więc fragment mojej nowej powieści z życia kobiet pracujących:

— Doktór kazała powtórzyć doktór, żeby doktór wstąpiła do doktór, to doktór już doktór powie, czego doktór od doktór potrzebuje — powiedziała instruktor, oddała klucze felczer, zostawiła polecenie dla monter i wyszła ze szpitala.

Instruktor nie było lekko na sercu.

Podejrzewała, że mąż zdradza ją z introligator. Nie mogła przestać o tym myśleć od czasu, kiedy niechcący podsłuchała rozmowę inżynier z mechanik. Miała dosyć powodów, żeby wierzyć w te plotki, gdyż nie byłby to pierwszy wypadek zdrady z jego strony. Kiedy rok temu przyłapała go z kierownik po prostu oszalała. W porywie rozpaczy uderzyła kierownik, ale potem okazało się, że niesłusznie. Przygoda męża z kierownik była zupełnie bez znaczenia, gdyż poważnie romansował on wówczas z redaktor. Wobec tego instruktor przeprosiła kierownik i zbiła redaktor. A teraz znów będzie przeprawa z introligator...

Tak rozmyślając, instruktor doszła do domu. Na schodach natknęła się na listonosz, która wręczyła jej depeszę. Instruktor dała listonosz pięć złotych i gorączkowo przeczytała. Depesza podpisana była przez męża:

„Żegnaj stop uciekam z technik dentystyczny”.
[Źródło]

O tekście Grodzieńskiej wspomniał Maciej Makselon – do zobaczenia w poniższym filmiku. Intelektualne tarło byłoby satysfakcjonujące samo w sobie, ale w imieniu zboczeńców i zboczenic apeluję do Macieja, by swój następny talk poprowadził topless.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Na noże czyli Knives Out

Oto zagadka logiczna: mamy sześć łańcuchów o czterech ogniwach. Można je złączyć w jeden łańcuch otwierając, a potem zamykając tylko cztery ogniwa. Jak to zrobić? Przytaczam, bo to ładne, a znalazłem, kiedy szukałem tych łamigłówek logicznych, w których byli na przykład Jan, Kasia, Piotr i Anna, a na podstawie tego, że Kasia jest wyższa od Piotra, Jan pił to samo co Anna, a przynajmniej troje z nich nie jest w ciąży z Piotrem, należało odgadnąć, kto z nich jeździ toyotą. Film Na noże mocno przypomina takie łamigłówki, ale z lekką modyfikacją, bo w pewnym momencie wychodzi na jaw, że Anna wcale nie ma czerwonych majtek, a właśnie na tej przesłance zbudowaliśmy naszą misterną logiczną konstrukcję. Więc budujemy na nowo. W filmowej łamigłówce bierze udział spory tłum osób powiązanych z pisarzem Harlanem, który dorobił się majątku na swoich kryminałach. Dzieci, synowe, zięciowie, wnuki, nawet wiekowa matka, oraz Marta, opiekunka Harlana, z racji wieku wymagającego pielęgniarki, i Benoit, wymawiaj benua, genialny detektyw, który rozwiąże zagadkę zgonu Harlana - przynajmniej taką mamy nadzieję. Detektywa gra Craig, któremu wyznaczyli zadanie aktorskie, by udawał Teksańczyka. Być może uszy mam do remontu, ale jakoś mnie do siebie nie przekonał. Nie ma wielkiego sensu wchodzić w detale fabuły, wiele scenek obejrzymy po dwakroć lub trzykroć, za każdym razem z nowym szczegółem przybliżającym nas do wyjaśnienia. Nie przepadam za tym filmowym zabiegiem, kiedy dowiadujemy się prawdy od detektywa, którego opowieść jest ilustrowana powtórką z przebiegu zdarzeń, oczywiście tym razem bez krętactw i niedopowiedzeń. Chciałem rzec, że zdziwiła mnie ta historia wyjęta jakby z Agathy Christie, ale to niezbyt trafna paralela, bowiem humorek wskazywałby raczej na inspirację Joanną Chmielewską. Wśród twórców mignęło polskie nazwisko, więc może to nie takie niedorzeczne przypuszczenie. Obsada filmu składa się z wielu naprawdę znanych nazwisk, ale niestety nie zauważyłem efektu synergii.

wtorek, 3 stycznia 2023

Top Gun: Maverick

Opatrzność sprawiła, że ominął mnie Top Gun z 1986, a nigdy tego nie nadrobiłem, więc do sequela zasiadłem bez krzty sentymentu do legendy. Mój wyrok: lepiej sobie darować. Po latach Maverick jest wciąż chodzącą sławą i wciąż tylko kapitanem, bo wyższe stopnie wiążą się z pracą za biurkiem - a to nie dla niego. Jako wirtuoza lotów wysyłają go do trenowania zespołu mającego udać się na samobójczą misję, w trakcie której należy zniszczyć wrogi ośrodek wzbogacania uranu, co stanowi zagrożenie dla bliżej nieokreślonego sojusznika. Nie znalazło się w czasie seansu żadne bystre dziecię, które wyjaśniłoby mi, jak robi się symulację lotu w krętym wąwozie podczas rzeczywistych lotów w terenie bazy szkoleniowej. W każdym razie napatrzymy się na (przestarzałe) latające maszyny F-18, i to ponoć dech w piersi zapiera, bo to niby prawdziwe ujęcia. Całą moją zdolność do fascynacji lotnictwem pochłonęło już dawno temu prawo Bernoullego, czyli opis fizyczny zjawiska, dzięki któremu możliwe są loty. Więc guzik z zapartego tchu. A więc może ten psychologiczny dramat między młodym Roosterem a Maverickiem? Banalne i przewidywalne. Romans z barmanką? Serio? No to chociaż ci pięknie wyrzeźbieni chłopcy ze sceny na plaży? Pięknie wyrzeźbionych chłopców jest od cholery w necie, a w filmie pokazywali ich głównie pod słońce, więc można było to sobie darować. Podczas samej misji będą oczywiście komplikacje, ale wątpię, że przebodźcowany widz współczesny dozna na ich widok duchowego wzwodu. Ponieważ ogólne podsumowanie historii sprowadza się do tego, że dzielne amerykańskie chłopaki nadstawiają karku dla dobra świata - jeśli chodzi o ducha, to raczej mi sflaczał. W filmie wystąpił schorowany Kilmer, ale już nie McGillis, amantka z 1986 roku, z której podobno publika miała bekę, kiedy zestawiano dzisiejsze zdjęcia jej i Cruise'a. Warto posłuchać opowieści Raczka o tym, czemu jest to marny powód do żartów.

C'mon C'mon

Oświadczam, że nie mam zamiaru chodzić do kina na czarno-białe filmy. Zaczekam sobie spokojnie, aż pojawią się w streamingu, a jeśli nie - to na ogół niewielka strata, bo jest co oglądać. Mocno irytujący jest ten pseudo-artyzm, który próbuje się wykreować w czarno-białej manierze. Żaden film nie stanie się ciekawy z powodu usunięcia kolorów. W C'mon C'mon parę ujęć naprawdę straciło na tym posunięciu, na przykład kolorowa parada w Nowym Orleanie. Kawał filmu minął zanim główny bohater Johnny trafił tam razem z siostrzeńcem Jessem. Podjął się opieki nad chłopcem, bo jego matka Viv pojechała do ojca Jessego, który w innym mieście przeżywa psychiczny dołek. Zajmowanie się Jessem jest wyzwaniem, bo chłopiec jest chimeryczny, choć nieprzeciętnie inteligentny. Rozmowy Johnnego z Jessem wypełniają praktycznie cały film, a w ramach odskoczni słuchamy dzieci i nastolatków pytanych o to, jak sobie wyobrażają przyszłość, co jest reporterskim projektem Johnnego. Wyjaśnia się też sprawa konfliktu między Johnnym a Viv po śmierci matki. Mógłbym przyznać, że film jest miłą odmianą po romkomach i marvelach, ale musiałbym dodać, że jest przegięty w drugą stronę. Nie ma tu postaci, która ma jakieś cele lub marzenia, nie ma bohatera negatywnego, który wprowadziłby trochę zamętu. Jest tylko niespieszny dryf w stronę finałowego banału. Dużo lepiej bawiłem się na filmie W drogę!, w którym też było niezwykłe dziecko. I nadal wolę Joaquina ze Znaków.

poniedziałek, 2 stycznia 2023

Black Adam

Ważna uwaga: to nie jest film Marvela, ale zapewne w przyszłości będzie zaliczony do marveli przez małe „m”, podobnie jak bicykle w Polsce stały się rowerami. Marvele nudzą mnie bardzo i to już chyba się nie zmieni. No chyba, że powstanie film o superbohaterce, która będzie umiała wyłupywać ludziom oczy na odległość (wspomniałem o tym tutaj). Technicznie marvele zaliczają się do SF, tym gorzej dla SF. Problem mój z marvelami polega na tym, że te wizje świata przyszłości lub alternatywnego są dla mnie całkowicie niewiarygodne, a dobra SF powinna choć w stopniu minimalnym starać się być przekonująca. Mogę bez wielkiego trudu uwierzyć w świat Pandory z Avatara, ale w gostka, który spopiela wrogów spojrzeniem - za cholerę nie. Mój wyobrażony dyskutant odpowiada: ok, ja też nie wierzę, ale czy marvele nie są kolejną formą mitu? Jeśli lubisz Władcę pierścieni lub Nowy testament, to czemu nie Avengersów? Odpowiadam: dobre mity wychodzą tylko spod ręki mistrzów. Marvele nie startują w tej kategorii (choć Black Adam akurat ma takie ambicje), bo ich konstrukcja fabuły opiera się na tym, że jest jeden ziomek, który ma taką supermoc, a tu jest dziunia z inną supermocą, a będą razem walczyć ze złolem z jeszcze inną supermocą. Jeśli komuś tyle wystarcza, by doznać cudu immersji w świat przedstawiony, to zapewne niedługo chodzi po tym świecie. W filmie Black Adam pojawia się próba stworzenia mitu, bo coś się wydarzyło dwa i pół tysiąca lat przed naszą erą, a skutki tego zobaczymy w świecie po pięciu tysiącach lat w mieście o tej samej nazwie, choć wydaje mi się ono fikcyjne. Tytułowy bohater zyskał cudowne moce dzięki magii, a w świecie przyszłości stanie przeciw niemu drużyna dobrych i szlachetnych superbohaterów. Co za nowość! Bo już myśleliśmy, że ów Adam jest dobry i szlachetny. To niby spojler, ale oczywiście, że taki się okaże i w decydującym momencie pomoże ocalić świat przed tyranem. Ani przez chwilę w to nie wątpiłem. Setnie się wynudziłem patrząc na te nieustanne walki pokazywane w teledyskowym montażu. Gdyby je wyciąć, zostałby może kwadrans filmu, niewykluczone, że interesujący. Z pożytkiem mogliby film obejrzeć lewicowi bojownicy o SS (sprawiedliwość społeczną), którzy cechują się moralną zawziętością i skazują na wieczne potępienie za milimetrowe odstępstwo od dogmatów lub za wypowiedź po pijaku sprzed piętnastu lat. A gdybym z kolei po latach szydzenia z religii oświadczył, że wpuściłem Jezusa Chrystusa do swego serca, to zapewne zostałbym powitany z radością w gronie zbawionych. Bardzo bym się ucieszył, gdyby okazało się, że jestem w błędzie co do bojowników, ale wolę nie łudzić się na zapas.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger