Nie wiem po co ten tytuł

              

wtorek, 6 czerwca 2017

Stephen Colbert komentuje Donalda Trumpa


W innym klipie Colberta można się zapoznać z komunikatem Białego Domu nasączonym podejrzanym erotyzmem.

Małgorzata Sadurska zasiądzie w zarządzie (być może)

Chodzi o zarząd PZU. A dlaczego nas to cieszy? Bo pani Sadurska
miała zwyczaj wypowiadać się publicznie,
choć sklecenie czegokolwiek gramatycznie
poprawnego przerastało ją tragicznie.
(Przypadkiem mi się zrymowało i to po trzykroć, więc przepraszam.) Ja tam nie żałuję jej tych dziewięćdziesięciu patoli miesięcznie, byle jej już nie słuchać. Jak przypomina nam Fakt, posłanka Sadurska jeszcze w opozycji wywnętrzyła się mówiąc z sejmowej ambony o liście wstydu 428 nazwisk działaczy partyjnych PO i PSL zatrudnionych w spółkach skarbu państwa. Król jest nagi jak widać na załączonych materiałach.

niedziela, 4 czerwca 2017

Obóz Jezusa czyli Jesus Camp

Mówili mi obejrzyj, obejrzyj, no to obejrzałem. Tytuł odnosi się do indoktrynacyjnego obozu dla dzieci w wieku około dziesięciu lat, na którym wpaja się im miłość do Jezusa. Metaforycznie chodzi o szersze zjawisko, bo „obóz Jezusa” to inne określenie na fundamentalistów w SZA. Szczerze mówiąc film się zestarzał, fundamentaliści przenieśli się do jutuba i stąd bardzo dobrze wiem o ich istnieniu. Metody utrwalania wiary u najmłodszych są całkiem przewidywalne. Jezus cię kocha, więc ty kochaj go w zamian, jeśli chcesz trafić do Nieba - to wszystko podawane w wielkich emocjach, jakby chodziło o najważniejszą sprawę w życiu (co jest dla wierzących subiektywnie oczywiste). Katolicyzm w Polsce w tym aspekcie wydaje się niemrawy, ale w odróżnieniu od SZA, ma wsparcie państwa w postaci lekcji religii w szkołach. Film skupia się na zielonoświątkowcach, co jest pójściem na łatwiznę ze strony autorów, bo spośród wszelkich odłamów chrześcijaństwa ten akurat jest szczególnie fanatyczny (wiem to od Lee Lemon). To właśnie oni są znani z orgiastycznych pląsów pod ołtarzem i mówienia językami. W ramach szkolenia na obozie przyniesiono dzieciom do adoracji kartonową postać George'a Busha, ówczesnego prezydenta, który oczywiście odnalazł Jezusa w swoim sercu. Trochę mnie to dziwi, bo Bush na pewno zielonoświątkowcem nie był, najwidoczniej protestanci trzymają sztamę (bo jak wiemy, wielu z nich nie uważa katolików za chrześcijan). W filmie zobaczymy również Teda Haggarda, ówczesnego szefa jednego z wielkich mega-kościołów, który parę lat później musiał zrezygnować, kiedy wyszło na jaw, że wciągał kokainowe kreski z pośladków kochanka (lub coś w tym stylu). Od czasu do czasu pojawia się umiarkowany chrześcijanin (zapewne ktoś znany) prowadzący audycję radiową, który nie może nadziwić się fali fundamentalizmu w SZA. Do mnie trafia tłumaczenie, że jest to efekt „walki o widza”, który przynosi ze sobą pieniądze. Podobnego zjawiska nie mamy w Europie, gdzie instytucje religijne są w dużym stopniu na garnuszku państwa (nie przepraszam za to uproszczenie).

sobota, 3 czerwca 2017

Wszystko jest iluminacją czyli Everything Is Illuminated

Gdybym najpierw obejrzał ten film, to wcale nie miałbym ochoty na książkę, niestety. Nie uważam, że przenosząc powieści na ekran trzeba trzymać się wiernie fabuły, ale jeśli się robi od niej odstępstwo, to liczylibyśmy na coś w zamian. Książka Foera jest nostalgiczna, jasne, ale ma wiele innych odcieni. Tymczasem film opowiada tylko o podróży Jonathana na Ukrainę, która sama w sobie wielce pasjonująca nie jest. O Trachimbrodzie, skąd pochodzi jego rodzina, dowiadujemy się tylko tyle, że pamięć o nim i o jego mieszkańcach przechowuje w setkach pudeł pewna starsza pani żyjąca na odludziu. Bo po samym Trachimbrodzie została już tylko pamiątkowa tablica pośród pól. To oczywiście skłania do niewesołej refleksji, ale ulatującej dużo szybciej niż po przeczytaniu książki. Szkoda.

piątek, 2 czerwca 2017

Pytanie, które nie pada

Pytanie to nie pada w związku z kryzysem imigracyjnym w Europie. Wszyscy udają, że chodzi o uchodźców z Syrii, o których autentycznie przejmująco wypowiedział się w środę Piotr Kraśko. Tymczasem w masie ludzi przypływających do Europy na dziurawych barkach prawdziwi Syryjczycy to jakiś mały procent. Jak wiem od Lauren, w dzikim obozie pod Calais można spotkać ludzi z Afganistanu, Iranu, Iraku, Pakistanu, Erytrei, Sudanu, a nawet jednego człowieka z Syrii. Dlaczego więc kreuje się fałszywy obraz imigrantów z Syrii? Odpowiedzi nie znam niestety, być może inni próbują się podłączyć na fali. Chyba nikt prócz mego ojca („zabrać Arabom ropę”) nie zna recepty na tę sytuację, nawet krzykliwa kobieta z broszką, która wywołuje przerażenie u części polskich publicystów, a u mnie zaledwie niesmak pomieszany z rozbawieniem. Co ma zrobić przebudzona Europa? Zapewne wrócić do chrześcijańskich korzeni... To już ojciec z tą ropą chyba jest lepszy.

Wszystko jest iluminacją (Jonathan Safran Foer)

Gdybym przeczytał, co tu zaraz napiszę, to zapewne powiedziałbym sobie, że nie, nie interesuje mnie jeszcze jedna książka o Żydach na terenach dawnej Polski, o historii żydowskiego miasteczka Trachimbrod i o jego tragicznym wymazaniu z mapy. A teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym tego nie przeczytać, choćby dlatego, że jest to napisane świetnie. Przyjmę roboczo, że autor jako młody człowiek naprawdę pojechał na Ukrainę i w towarzystwie poznanych tam osób szukał Augustyny, która uratowała życie jego dziadkowi. Część opowieści to rekonstrukcja historii Trachimbrodu sięgającej początków XIX wieku, a inna część to opis poszukiwań ludzi pamiętających to miejsce. W pierwszej mamy opowieść nostalgiczno-tragiczną ocierającą się o realizm magiczny, w siła drugiej, której autorem jest Sasza, ukraiński przewodnik Jonathana, tkwi w niezwykłym języku, który w oryginale był zapewne koślawą angielszczyzną, a za sprawą tłumacza, Michała Kłobukowskiego, stał się przezabawnym polskojęzycznym narzeczem, które czyta się świetnie, choć nie mam pojęcia, jak to mogło się udać. Pamiętamy legendę o austriackim księciu, który uczył się polskiego i jest autorem zdania „pacholęta igrały na murawie i ciskały głazy do ruczaju”. Sasza napisałby właśnie coś w tym stylu. (I nie mam złudzeń, ja też.) Że autor nieco fantazjuje, widać po zbyt dokładnych opisach seksualnego życia jego dziadka Safrana z bezwładną lewą ręką, która na kobiety działała jak magnes. Ja tam niewiele wiem, gdzie mój dziadek wtykał członka, i dobrze mi z tym. Wspomnienia okrucieństw, których doznali Żydzi, ustępują tym znanym nam z Medalionów lub Pożegnania z Marią, ale przez kontrast z resztą opowieści wydają się mocniejsze. Przy okazji zauważyłem, że nakręcili film na podstawie książki z samym Elijah Woodem. Jeśli ekranizacja jest udana, to prawie na pewno z innych powodów niż książka.

[133, o suce Dziadka Saszy, która się nazywa Sammy Davis, Junior, Junior]
...a na dodatku jest mentalnie obłąkańcza.

[482, Sasza przeprasza]
Muszę skonsumować ropuchę za to, co cię napotkało w pociągu.

[485, Sasza pisze]
Kradzież to rzecz sromotnikowa

[679, Sasza opisuje swoje podboje miłosne]
Potem mocno się ucieleśniliśmy i ona wąchała swoje kolana i moje kolana też.

[1944, Sasza o matce i ojcu]
Chciała go zeżółcić, ale on na to ani sra (tak? ani sra?)...

[2119, Sasza pisze]
Wykazałem palcem trzodę mężczyzn w polu, którzy spalali papierosy.

[3179, Jonathan o swoim dziadku]
Czy jego członek mógł tkwić gdziekolwiek indziej niż właśnie tkwił, nie tkwił, tkwił, nie tkwił, tkwił?

[3203, o pomocnej Augustynie]
...po latach sprawiła, że nie udało mu się wejść na pokład „Nowego Rodowodu”, kiedy statek ten wypływał ku Ellis Island, skąd na polecenie urzędników imigracyjnych USA zawrócono go i wszyscy jego pasażerowie w końcu zginęli w Treblince.
Wiedziałem o historii statku z żydowskimi uciekinierami z III Rzeszy, ale nie bardzo wiem, jak się to ma do „Nowego Rodowodu”, jeśli taki statek w ogóle istniał poza wyobraźnią autora.

[4020, wielokrotnie odnawiana po kolejnych rozwodach z nowymi przypisami przysięga małżeńska Józefa i Sary]
Z nieprzemijającym oddaniem my, Józef i Sara L., niniejszym ponownie wstępujemy w niezniszczalny związek małżeński i obiecujemy kochać się aż do śmierci, przyjmując, że gwiazdy są srebrnymi gwoździami na niebie, niezależnie od tego, czy rzeka Brod ma dno, czy też go nie ma, od temperatury tegoż dna (gdyby takowe istniało) i hipotetycznej obecności rozgwiazd na owym hipotetycznie istniejącym dnie; przymykając oczy na plamy, które mogły pochodzić albo i nie pochodzić z niechcący wylanego soku z winogron; zgadzając się puścić w niepamięć to, że Józef grał z kolegami w palanta, chociaż obiecał pomóc Sarze nawlec igłę potrzebną do szycia kołdry, którą akurat ściboliła, i że Sara miała dać tę kołdrę Józefowi, a nie jego kumplowi; odmawiając wszelkiej wagi pewnym szczegółom historii wozu Trachima, takim jak kwestia, czy to Chana, czy Hanna pierwsza zauważyła wypływające na powierzchnię osobliwe drobiazgi; ignorując ten prosty fakt, że Józef chrapie jak knur, a spanie z Sarą to też wcale nie taki znów cymes; bagatelizując niejaką skłonność obojga do zbyt długiego przyglądania się osobom płci przeciwnej; nie robiąc wielkiej kwestii ani z niechlujstwa Józefa, który rzuca swoje ubrania tam, gdzie akurat przyjdzie mu ochota je zdjąć, i spodziewa się, że Sara pozbiera je za niego, wyszczotkuje i odłoży na miejsce, ani z tego, że Sara jest tak cholernie upierdliwa, gdy chodzi o najbłahsze drobnostki, na przykład o to, w którą stronę odwija się papier toaletowy albo że kolacja zaczyna się o pięć minut później, niż ona to sobie zaplanowała, no bo przecież, bądźmy szczerzy, to dzięki Józefowi papier wisi w łazience, a kolacja stoi na stole; uznając za obojętne, czy burak jest lepszym warzywem niż kapusta; odkładając na bok problem zakutej pały i chronicznego braku pomyślunku; usiłując wymazać z pamięci ten dawno już obumarły krzew różany, o którego podlewaniu miał pamiętać pewien wiadomy ktoś, podczas gdy żona tego ktosia bawiła z wizytą u rodziny w Równem; godząc się iść na kompromis w związku z tym, jacy byliśmy, jacy jesteśmy i jacy najprawdopodobniej będziemy... obyśmy żyli razem w niezachwianej miłości i dobrym zdrowiu, amen.

czwartek, 1 czerwca 2017

„Traviata” w Operze Krakowskiej

Carmen
Jako profan nie ośmielę się oceniać tego, co w operze najważniejsze, czyli głosów. Mogę tylko zauważyć, że zrobiły odpowiednie wrażenie, lepsze niż z płyt, wobec czego czuję się zachęcony do opery na żywo. Operowa gra aktorska jest czymś zabawnie niemożliwym, bo po prostu nie można być naturalnym śpiewając. Konająca Violetta, która pełnym głosem wyciąga najwyższe C... Scenografia jest dość umowna, nie widziałem wielkiego sensu w tych obrotowych płytach ściennych, kiedy od czasu do czasu obsada się za nimi chowała, ale w jednym momencie zadziałała świetnie - kiedy Violetta wspominała przeszłe bale, a zamglone postaci pojawiły się w tle. O fabule nie ma co wspominać, kto chce, znajdzie sobie omówienie, więc tylko zwrócę uwagę na szczegół, kiedy ojciec Alfreda, kochanka Violetty, błaga ją, aby odeszła od syna, co pozwoli temu ostatniemu odzyskać reputację, a jego siostra będzie mogła wyjść korzystnie za mąż. Bo kto by chciał poślubić siostrę mężczyzny żyjącego bez ślubu z byłą kurtyzaną? W roli Violetty obejrzeliśmy doktor habilitowaną Oleś-Blachę, która na scenie musiała pospolitować się ze zwykłym magistrem w roli jej kochanka. Cóż za mezalians!
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger