Duński film o słynnej szwedzkiej pisarce. Jaki to interes dla Duńczyków? No, zawsze to miło przedstawić się jako kraj ludzi bardziej otwartych od tych zakutych religijnych pał ze Szwecji lat dwudziestych. To właśnie w Danii pod okiem dobrej pani wychowuje się dziecko Astrid, poczęte w związku niesakramentalnym. Cały dramat kręci się wokół dziecka Astrid, matki odseparowanej od maleńkiego synka sztywnymi konwenansami epoki. W zasadzie film mógłby opowiadać o krawcowej, a nie słynnej pisarce, bo sukces literacki jest dla Astrid jeszcze odległą przyszłością. Film ma jeden moment wspaniały, kiedy Astrid dla dobra dziecka postąpi wbrew swoim najgłębszym pragnieniom. Jak to zwykle z filmami biograficznymi o pisarzach: ich oryginalne pomysły są dużo ciekawsze od historii ich życia. Niedolą pisarki trochę się znudziliśmy, ale oczywiście też trochę się przejęliśmy, choć dalece nie takim stopniu jak niegdysiejszą Filomeną. Na zakończenie mamy jaskółkę nadziei: jednak te pały nie były aż tak zakute.
wtorek, 12 listopada 2019
Terminator: Mroczne przeznaczenie czyli Terminator: Dark Fate
Czy to dobry pomysł, aby przez popkulturę lansować nowe wzorce ról społecznych? W sensie idei - czemu nie, irytuje mnie wiele stereotypów, w myśl których kobiety nie powinny być inżynierami lub matematykami. (W ramach dygresji wspomnę o rzekomej dyskryminacji kobiet w naukach ścisłych. Najbardziej przekonuje mnie argument o presji rodziny, które daje sygnały w rodzaju: czy ty, dziecko, zwariowałaś? Chcesz być matematyczką? Nie poradzisz sobie, idź pracować do szkoły. Na poziomie uczelni nigdy żadnej dyskryminacji nie widziałem.) Jeśli natomiast chodzi o spodziewane wpływy pieniężne - jest to wielkie ryzyko, bo już jakoś tak jest, że znane produkcje spod znaku SF przyciągają nerdów płci męskiej, którzy niespecjalnie przepadają za silnymi postaciami kobiecymi. Z serią filmów o terminatorach pod względem feministycznym nie było tak źle, już w pierwszym filmie Sarah Connor dzielnie poradziła sobie z morderczym żelastwem. Najnowsza produkcja na otwarciu poniosła finansową klapę, choć jako fabuła jest pomysłowym autoplagiatem. Znowu mamy płynny metal i człowieka płci żeńskiej, obrończynię Dani, przyszłej zbawczyni ludzkości, która zajęła miejsce zlikwidowanego Johna Connora. Przyznam, że się już dawno pogubiłem we wszystkich pętlach i paradoksach czasowych Terminatora, i niespecjalnie chce mi się dociekać, czy nowa fabuła ma sens w odniesieniu do poprzednich. W pierwszym filmie z serii wysłannik od Johna zapładnia Sarah, więc nie byłoby Johna, gdyby nie wysłannik, ale nie byłoby wysłannika, gdyby nie John. Krążą słuchy, że odpowiednia kombinacja marihuany, pejotlu i kazań Jędraszewskiego może pomóc nam z tym handlować. W drugim Terminatorze mieliśmy przeprogramowanego T-101, teraz też będzie, choć trochę głupiej. Moją radość budzi to, że w ramach feministycznego odwrócenia ról jako sex zabawki występują mężczyźni, w tym przypadku będzie to Diego, brat Dani, szybciutko wyeliminowany z akcji, ale za to wcześniej pokazał zgrabny torsik. Ten cały feminizm zalatuje seksizmem à rebours, ale to dobrze, przynajmniej dla gejów. Jako film akcji jest to produkt całkiem przyzwoity, a przypięta mu łatka feministyczna nie ma wpływu na mój odbiór. Z taką opinią chyba wypadam z głównego nurtu, przeto pozdrawiam z osobnego wysięku z szamba.
poniedziałek, 4 listopada 2019
Król, który uciekł (Jędrzej Napiecek)
„Prawdziwi” patrioci powinni mieć problem z Henrykiem Walezym, który porzucił tron tak wspaniałego kraju jak Polska, choć oczywiście nie była to Polska, lecz Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dlatego poręczne bardzo jest, że można określić go ciotą i nieudacznikiem. Jak zauważa Napiecek, jako król Francji uchodzi Henryk za jednego z lepszych, który mógłby wiele więcej osiągnąć, gdyby nie udany zamach na jego życie. Nie jestem patriotą „prawdziwym”, więc Walezy nie stoi mi kością w gardle, a ze Stommy zapamiętałem ów obrazek z królewskiej ucieczki, kiedy zbiegom już za granicą drogę zagrodził kasztelan Tęczyński na czele oddziału, po czym przysięgając wierność Henrykowi upuścił krwi swojej. Tym akurat Henryk niewiele się przejął. Powieść Napiecka jest raczej luźno oparta na faktach, ale za to czyta się bardzo dobrze. Główna postać to Jan Krasowski, nieomal geniusz sprytu i intelektu uwięziony w ciele karła, który pociąga za sznurki w taki sposób, aby nikt nie odgadł, jaka jest jego rola. Cała afera z Henrykiem na polskim tronie to intryga Jana, który w ten sposób realizuje swój plan zemsty. Gratuluję Napieckowi stylu, wyjątkowo dla mnie lekkostrawnego, a przy tym nie ma się wrażenia, że głupotkę czytamy. To nawet niezły pomysł, żeby o tamtych czasach pisać bez cienia stylizacji i silenia się na archaizmy. Zauważmy, że te archaizmy brzęczały w uszach tamtej epoki jak żywa mowa. Za to opieprz należy się redakcji, która koncertowo spartoliła korektę. Autor od biedy może nie wiedzieć, że pisze się „szczęk oręża”, nie „strzęk”, „homunkulus”, nie „hummunkulus” (użyty raczej absurdalnie), „sybaryta”, nie „sabaryta”, „arkebuzy”, nie „akrebuzy”, oraz że nie powinno się używać „także” w znaczeniu „tak więc”. Większa odpowiedzialność za te ekscesy spada na redaktorkę Paulinę Bieniek, która ma na sumieniu maturalne wpadki licealistów, którzy być może sięgną po tę książkę. Im zatem tej pozycji nie polecam.
niedziela, 3 listopada 2019
Niedorajda, czyli co nam radzą poradniki (Michał Rusinek)
Po przeczytaniu Co w drókó piszczy Kerna musiałem nieco odchorować, bo śmiech to zdrowie, ale jego nadmiar powoduje osłabienie ogólne, a najbardziej strun głosowych. Warto czasem poćwiczyć śmiech bezgłośny na takie okazje. Dobrze, że nie mam zwyczaju turlania się, choć zdarza mi podczas śmiechu się trząść tułowiem w pozycji leżącej, ale łóżko mam niezłe, bo wytrzymało. Rusinek aż takich komplikacji u mnie nie spowodował, ale nie twierdzę, że jest on w zestawieniu z Kernem niedorajdą. Ja też już nie jestem tym czytelnikiem Kerna, bo upłynął szmat czasu od tej pory, chociaż wydaje się, że to tylko strzęp ścierka. Poradniki, o których pisze autor w tytule, należy rozumieć szeroko, a miejscami lepiej przestać rozumieć, bo w przeciwnym razie za poradnik należałoby uznać nie tylko rozmaite wynurzenia z czeluści internetowych, ale i ogłoszenia o kupnie i sprzedaży, jak również treść tatuaży. Marty Gessler przyszłości być może będą odsłaniać uda, aby ukazać przepis na pierogi ruskie à la tyrolienne, a teraz musi nam wystarczyć to po chińsku.
[247, Jak podrywać]
„Uważam, że świat idei Platona, podmiot transcendentalny u Kanta i trzeci świat Poppera mają ze sobą coś wspólnego” – też tak uważamy.
„Hej, ty też jedziesz tym pociągiem?” – to także zdanie, które każe odbiorczyni zadać sobie pytania natury filozoficznej i od razu sytuuje dalszą konwersację na planie filozofii języka oraz logiki. Chyba że rzeczona odbiorczyni uzna nadawcę za kretyna.
[418, Jak sprzedawać]
„Oddam za Milkę najchętniej wszystko”
Ten ostatni przykład brzmi szalenie dramatycznie. Nie wiemy, czy istnieje uzależnienie od czekolady, ale sugerowalibyśmy ogłoszeniodawcy wizytę u psychologa.
[614, Jak być inteligentem]
Prokrastynacja – ulubiona czynność tych, którzy zamiast realizować → Projekty, chodzą do kawiarni i gadają o projektach. To właśnie dzięki prokrastynacji projekty często pozostają w poprawnej znaczeniowo sferze projektów.
[832]
Ha, ha, ha.
Polemika z autorem: słownik dopuszcza śmiech w tej szacie ortograficznej, ale ja lansuję śmiech „cha, cha, cha”, bo „ha” pasuje mi raczej do sytuacji trudnych: „ha, trudno!”.
[1056, Jak przetrwać]
Zrób płot z moczu – brzmi to dość tajemniczo, więc przeczytajmy rozwinięcie tytułu: „obsikanie drzew wokół pomoże oznaczyć twój teren, powstrzymując potencjalnie groźne bestie od penetracji”. Znów mamy wrażenie, że to porada dla właścicieli ogonów. Zastanawia nas natomiast brawurowa decyzja tłumaczy, by posłużyć się dość dwuznacznym słowem „penetracja”. Freud się kłania.
Mnie natomiast natychmiast stanęła przed oczyma survivalowa niewiasta obsikująca drzewostan z lęku przed penetracją.
[1829, Jak czytać nagłówki]
„Pokłócili się o wybór imienia dla dziecka. Jedna osoba nie żyje, siedem odniosło obrażenia” – Jesteśmy pod wrażeniem. Zwykle to rodzice wybierają imię dla dziecka. W tym przypadku w dyskusję włączyli się, jak mniemamy, dalsi krewni, znajomi lub sąsiedzi.
[1861, Jak czytać nagłówki]
„Kudowa-Zdrój. Do konkursu zgłosiła się tylko jedna osoba. Zajęła trzecie miejsce” – Nie interesuje nas, co to był za konkurs. Jesteśmy pod wrażeniem bezkompromisowości jurorów. Widocznie na inne miejsca osoba ta nie zasługiwała.
Przynajmniej o tyle dobrze, że nie ex æquo.
[247, Jak podrywać]
„Uważam, że świat idei Platona, podmiot transcendentalny u Kanta i trzeci świat Poppera mają ze sobą coś wspólnego” – też tak uważamy.
„Hej, ty też jedziesz tym pociągiem?” – to także zdanie, które każe odbiorczyni zadać sobie pytania natury filozoficznej i od razu sytuuje dalszą konwersację na planie filozofii języka oraz logiki. Chyba że rzeczona odbiorczyni uzna nadawcę za kretyna.
[418, Jak sprzedawać]
„Oddam za Milkę najchętniej wszystko”
Ten ostatni przykład brzmi szalenie dramatycznie. Nie wiemy, czy istnieje uzależnienie od czekolady, ale sugerowalibyśmy ogłoszeniodawcy wizytę u psychologa.
[614, Jak być inteligentem]
Prokrastynacja – ulubiona czynność tych, którzy zamiast realizować → Projekty, chodzą do kawiarni i gadają o projektach. To właśnie dzięki prokrastynacji projekty często pozostają w poprawnej znaczeniowo sferze projektów.
[832]
Ha, ha, ha.
Polemika z autorem: słownik dopuszcza śmiech w tej szacie ortograficznej, ale ja lansuję śmiech „cha, cha, cha”, bo „ha” pasuje mi raczej do sytuacji trudnych: „ha, trudno!”.
[1056, Jak przetrwać]
Zrób płot z moczu – brzmi to dość tajemniczo, więc przeczytajmy rozwinięcie tytułu: „obsikanie drzew wokół pomoże oznaczyć twój teren, powstrzymując potencjalnie groźne bestie od penetracji”. Znów mamy wrażenie, że to porada dla właścicieli ogonów. Zastanawia nas natomiast brawurowa decyzja tłumaczy, by posłużyć się dość dwuznacznym słowem „penetracja”. Freud się kłania.
Mnie natomiast natychmiast stanęła przed oczyma survivalowa niewiasta obsikująca drzewostan z lęku przed penetracją.
[1829, Jak czytać nagłówki]
„Pokłócili się o wybór imienia dla dziecka. Jedna osoba nie żyje, siedem odniosło obrażenia” – Jesteśmy pod wrażeniem. Zwykle to rodzice wybierają imię dla dziecka. W tym przypadku w dyskusję włączyli się, jak mniemamy, dalsi krewni, znajomi lub sąsiedzi.
[1861, Jak czytać nagłówki]
„Kudowa-Zdrój. Do konkursu zgłosiła się tylko jedna osoba. Zajęła trzecie miejsce” – Nie interesuje nas, co to był za konkurs. Jesteśmy pod wrażeniem bezkompromisowości jurorów. Widocznie na inne miejsca osoba ta nie zasługiwała.
Przynajmniej o tyle dobrze, że nie ex æquo.
Mapplethorpe
Być gejem i nic nie wiedzieć o Mapplethorpie - toż to zgroza. Przed obejrzeniem filmu byłem przykładem takiej obrzydliwości w oczach Pana. W swoich czasach był to pionier, który podniósł fotografię do rangi sztuki, ale chwila, chyba jednak nie, bo byli wcześniej jacyś Beksińscy, a nawet Witkace, ale mało znani za oceanem. Mniejsza o to, a większa o to, czy Mapplethorpe zasługuje na film biograficzny? Po obejrzeniu powiedziałbym, że nie. Przynajmniej nie na taki, jak ten, w którym biografia znanego artysty jest przedstawiona jako wyselekcjonowany ciąg zdarzeń z jego życia bez żadnego motywu przewodniego. W Amadeuszu był ten zafałszowany skądinąd wątek rywalizacji rzemieślnika Salierego z geniuszem Mozartem, w filmach o Napoleonie jest jakaś historia w tle, a tu nic. A AIDS? - zakrzyknie czujny bot Google'a? AIDS jest, ale jako temat zupełnie uboczny. Jedyna refleksja warta zapisania, to kwestia łamania obyczajowego tabu w dziełach sztuki, po swobodnych latach siedemdziesiątych przyszła konserwatywna kontrrewolucja i paru dyrektorów galerii poszło za kratki, kiedy urządzili wystawę dzieł Mapplethorpa. Nic specjalnie zaskakującego nie ma w tej biografii, z początku był zbuntowanym, biednym chłopcem o heteroseksualnym stylu życia, który na szczęście porzucił. Znalazł na swojej drodze życia parę przyjaznych dusz, ale dalibóg nie wiemy dlaczego, bo wydawał się raczej apatyczny. Bronią się nieco lepiej sceny relacji artysty z mocno tradycyjnymi rodzicami, kolejne ciekawe pytanie, jak na takim gruncie mógł zakwitnąć tego rodzaju osobnik jak Mapplethorpe. Niby tu marudzę, ale ostatecznie nie był to zły film, widziało się wiele gorszych, ale i lepszych, a najszybciej się zapomina te średnie. To rzekła Wisława, guru nasza.
Wymazani czyli Izbrisana
Kto nie miał skojarzenia z Kafką, niech pierwszy rzuci zszywaczem. Biedny Kafka, pisarz dość metafizyczny, stał się popkulturowym znakiem uciążliwości biurokratycznych. Łączenie Kafki z tym akurat filmem nie jest najgorszym pomysłem, bo problemy głównej bohaterki Any to bardziej walka o przetrwanie niż męki związane z wypełnianiem PIT-u. Słowenia nie ma dobrej prasy w Polsce, a znana jest głównie jako kraj tranzytowy, który postanowił na tym zbić interes ustanawiając absurdalnie wysokie opłaty autostradowe, jakieś 15 euro za pół godziny jazdy, jeśli jedzie się z Chorwacji do Austrii (to prawie tak drogo jak na autostradzie Kulczyka pod Poznaniem). Plotki mówią, że kierowcy, którzy chcą ominąć autostrady, są nieźle trzepani przez lokalną policję. Prr, miało być o Anie, która jest z pochodzenia Serbką, ale całe życie spędziła w Słowenii, dokąd przenieśli się jej rodzice jeszcze za czasów Jugosławii. Jak pamiętamy, Słowenia oddzieliła się od tego kraju raczej bezkrwawo, ale na fali nacjonalizmu w początku lat dziewięćdziesiątych lokalni politycy wpadli na pomysł przeprowadzenia czystki etnicznej metodami urzędniczymi. W krótkim czasie element obcy został pozbawiony wszelkich praw, wystarczyło tylko wymazać ich z systemu i odebrać lub unieważnić dowody osobiste. Według filmu w tym czasie urzędy były już skomputeryzowane, a panna recepcjonistka w porodówce sprawdziła w sieci, że Any nie ma w systemie. W sieci? W tym czasie? (A mieszkańcy super nowoczesnego mocarstwa, czyli SZA, do dziś dostają wypłaty czekiem. Czasem czekają na czek wysłany pocztą. Niekiedy czek się opóźnia, bo trzeba konie podkuć po drodze lub naprawić pękniętą oś w pocztowym dyliżansie.) Mimo, że sieć Any nie widzi, przyjęli ją, urodziła, ale jako osoba pozasystemowa nie ma żadnych praw do dziecka. Sytuację komplikuje fakt, że bobas jest owocem zdrady małżeńskiej, a jego tatuś, który jest ważnym Słoweńcem, nie ma raczej ochoty rujnować sobie kariery przyznaniem się do dziecka. Niby jest to jakaś sprawa dla mediów, niesprawiedliwość kłuje w oczy, ale na tym etapie Słowenia jest jeszcze krajem o mentalności totalitarnej, zbyt świeża jest jej niepodległość, aby zapomniano o metodach starego systemu. Wychodzi na to, że Słoweńcy nakręcili bardzo niemiły film o sobie samych. Mają za to u mnie plusa, ale na 15 euro muszą się jeszcze bardziej postarać.
Jonathan Agassi uratował mi życie czyli Jonathan Agassi Saved My Life
Matt Dillahunty, gwiazda ateistycznego internetowego show Atheist Experience, niedawno w rozmowie z religijną panią wyraził swój podziw dla tak zwanych sex workers, czyli pracowników i pracownic sektora usług horyzontalnych. Intencja była oczywista: dobitnie stwierdzić, że odrzuca religijne przesądy potępiające prostytucję i - szerzej - cały biznes wokół seksu. SZA to kraj niezwykle popieprzony pod tym względem, w wielu stanach prostytucja jest nielegalna, choć jednocześnie jest to kraina kwitnącej pornografii, a czymże, jak nie dowodem uczestnictwa w prostytucji, są filmy porno? Albo taka Szwecja, która na jakiejś dziwnej zasadzie zdelegalizowała zakup usług seksualnych, choć ich sprzedaż jest dozwolona. Czemu to ma służyć? (Ok, wiem czemu, ale pytanie zasadnicze jest: po co zakazywać?) W Polsce jest niby sensowniej, nie można czerpać zysków z prostytucji osób trzecich. Piszę „niby”, bo przecież jest to zapis martwy jak Janek Wiśniewski, skoro zakładasz agencję towarzyską i spokojnie trzepiesz kasę, a jak sfilmujesz jakiegoś marszałka ruchającego nieletnią, to możesz liczyć na bonusy. Cały ten wstęp jest po to, żeby odsunąć na bok mało ważną kwestię oceny moralnej Agassiego jako aktora porno. Lub męskiej dziwki, co często idzie w parze z sukcesem w branży porno. Znajduje się wtedy wielu dzianych klientów, którzy zainwestują sporo w kontakt bliższy niż poprzez ekran komputera. Po tytule sądziłem błędnie, że może to być opowieść jakiegoś fana Agassiego, a tymczasem jest to historia samego aktora, bardziej ekshibicjonistyczna niż jego filmy dla dorosłych. Agassi to rzecz jasna pseudonim, prawdziwego nazwiska aktor nie ukrywa, ale mało mu się ono wydawało gwiazdorskie. I właśnie ta postać porno gwiazdy miała go ocalić. Pytanie od czego? Od zwykłego życia w Tel Awiwie? Drogi Jonathanie, tysiące ludzi sobie z tym radzą, a ty byś nie mógł? W filmie Agassi odsłania się mocno, poznajemy jego rodzinę, z której najgłębsze relacje łączą go z matką, wspierająca syna w karierze aktora porno. Może nie do tego stopnia, żeby oglądać jego filmy, choć te nieseksualne fragmenty - owszem. Poza tym poznajemy umiarkowanie mroczną rodzinną przeszłość i niezbyt wesołą chwilę późniejszą, gdy Agassi wypadł już z branży. Kiedy na to patrzymy, zaczynamy wątpić, że Agassi uratował kogokolwiek. To jemu potrzeba pomocy, bardziej niż kiedykolwiek. Z filmu tego się nie dowiemy, ale według Instagrama Agassi trzyma się nieźle. Skądinąd wiemy, że pracuje w hipermarkecie, a po projekcjach filmu zainteresowali się nim reżyserzy teatralni. Zdziwiłbym się, gdyby ten przydługi film spodobał się komukolwiek niezainteresowanemu tematem porno dla gejów. To samo myślałem onegdaj o filmie Dream Boat, więc jasno widać, że się nie znam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





