Matko bosko gejowska! Cóż ten David wyczynia... Film składa się z trzech oddzielnych części, a w zasadzie jest to miniserial sklejony w jeden film. Pierwsza to bardzo psychicznie chora opowieść o chirurgu z czasów po pierwszej wojnie światowej, ale bez kurczowego trzymania się realiów. Chirurg owładnięty jest manią cielesnej perfekcyjności, czym moglibyśmy od biedy wytłumaczyć jego liczne zabójstwa (nawet dwóch obmacujących się króliczków), ale już nie tego steku nonsensów, jakim jest autorski akompaniament lingwistyczny. Druga część to opowieść z lat mniej więcej pięćdziesiątych, dwóch miłych chłopców udaje się na miłosny pobyt pod namiot do lasu. Oczywiście ukrywają się przed światem, ale odkrywają obecność jeszcze jednego chłopca, tak jak oni – obdarzonego miłą dla oka muskulaturą. Trzecia część to okropnie sentymentalna historia w stylu Love Story, tak się strasznie kochali, ale jeden z nich umarł! A ten, który przeżył, męki przeżywa wspominając utraconą miłość. Szkoda, że Davida ponosi ta artystyczna paranoja, nie pierwszy raz zresztą. Wiemy, że kino gtm bywa schematyczne i banalne, ale Kraina cieni nie jest sensowną na to odpowiedzią.


Pegg grający główną rolę i komentarz z offu – a zwłaszcza początek w stylu Terry’ego Gillama – bardzo nas zwiódł. Dobra, początek jest w miarę zwyczajny, Hector jest psychologiem, który prowadzi zwykłe sesje terapeutyczne, ale już zaraz zacznie się dziać coś zabawnego lub absurdalnego. I niby się dzieje, bo wiedziony impulsem Hector wyrusza w świat, aby przekonać się, czym jest szczęście i jak je zdobyć. W Chinach dzięki kaprysowi bogatego kolegi z lotu spędza noc w luksusowym hotelu i klubie. „Niektórzy widzą szczęście w pieniądzach i władzy”, zapisuje w notatniku. Co?! Trzeba jechać do Chin, żeby zanotować taki coelhizm, banalny nawet według standardów Coelho? Dalej nie będzie pod tym względem lepiej, bo gdyby spisać te wszystkie „złote” myśli, to lepiej już Katechizm KK poczytać. Mądrzej nie jest, ale przynajmniej można się zbulwersować. W Pekinie Hector poznaje smutną prostytutkę, w Tybecie buddyjskiego mędrca, w Afryce spotyka przyjaciela z dawnych lat, który ma chłopaka. Tam zostaje porwany, a po mękach się uwalnia i odwiedza swoją dawną miłość w Los Angeles. Żeby nie spojlerować, pominę wniosek finalny opowieści, który jest kolejnym szczytem banału, choć wydawało się, że przed chwilą był ten największy. Film nie jest zły do szpiku, ma lepsze momenty, a jednym z nich jest podróż afrykańskim samolotem w towarzystwie intrygującej ciemnoskórej damy. Ale to raczej na zasadzie wyjątku.

Jeszcze przed maturą Sali traci wzrok, a raczej zostaje mu z niego jakieś pięć procent zwykłego. Jest uparty i zdaje zwykłą maturę, po której postanawia realizować swoje plany życiowe pomimo oczywistych trudności. Ukrywając prawdę dostaje się na staż do najlepszego bawarskiego hotelu, gdzie kolejno zajmuje się sprzątaniem pokojów, pracą w kuchni, a na koniec – obsługą gości w restauracji hotelowej. W zasadzie wszyscy, którzy odgadują problem Saliego, starają się mu pomóc, a najbardziej Max, który w ogóle Saliemu zawdzięcza swój staż. Na ostatnim etapie jest najtrudniej, bo Kleinschmidt, szef kelnerów, jest pedantyczny do bólu i tego samego wymaga od pozostałych. W połączeniu z kłopotami rodzinnymi i sercowymi Sali tego nie wytrzymuje i zaczyna brać narkotyki – niby po to, aby móc dłużej pracować. Następuje katastrofa. Czy Saliemu się uda? Nie trzeba być Pytią, aby odgadnąć. Film trzyma stałe w napięciu, bo przecież w każdej chwili możemy spodziewać się nieszczęścia – i owszem mamy, ale mniej niż byśmy oczekiwali. Temat zapewne bardzo oryginalny nie jest, ale po milionie filmów o superbohaterach i romkomów ten wydał się świeży i oryginalny. Dodatkową podnietą ma być „oparty na faktach”, choć akurat na mnie to słabo działa.

Pierwsza Mamma Mia! była strzałem w dziesiątkę, bo po prostu Abby nie da się nie lubić. Historyjka była pretekstowa, ale zrobiona z dowcipem – zwłaszcza do dziś mnie bawiąca scena tańca z płetwami. W sequelu płetw nie ma i raczej nie ma nic w zamian. Oczywiście śpiewają i tańczą (na szczęście Brosnan prawie nic nie śpiewa), ale efektu zaskoczenia już nie ma, a sama historyjka jest banalna. W retrospekcjach Donna zadaje się z trzema tatusiami swojej córki Sophie, podczas gdy w naszych czasach Donna jest już denatką (cholera wie czemu), a Sophie próbuje przywrócić pensjonat mamy do świetności, co się z pozoru nie uda, a jej związek ze Sky'em się rozpadnie. Ale oglądamy bajkę, gdzie babcie wychodzą cało z wilczych brzuchów, a szklany pantofelek pasuje na dokładnie jedną stópkę. Tak będzie i tym razem, impreza na otwarcie hotelu uda się znakomicie, a nawet bardziej, bo nieoczekiwanie przybędzie babunia i na widok Fernanda zaśpiewa Fernando. Zaskoczenie jednak było: albo twórcy postanowili użyć w filmie mniej ograne kawałki Abby (które dla mnie brzmiały banalnie), albo po prostu nie ma aż tylu hiciorów, żeby zapełnić dwa filmy. Dwa z nich zresztą pojawiły się w części pierwszej. Może nie warto było iść jeszcze raz?

Tak się składa, że ubiegłego lata mieliśmy bitwę na filmy o Dywizjonie 303, bo dwa dzieła na ten temat weszły do kin w tym samym czasie. Nie wiem więc, który miała na myśli Babcia Weatherwax (@babcia_w) z Twittera, kiedy chwaliła film za nieepatowanie wulgaryzmami. W tym epatowania nie ma, niemniej jedna „kurwa” pada i to chyba nawet po polsku, co nie jest wcale oczywiste, bo to film wielojęzyczny, w którym przymusili Rheona, aby mówił po polsku. I mówi ładnie, bo mu podłożyli dubbing (chyba), ale ruch ust zgadza się z mówionym tekstem, co nas cieszy nawet bardziej, niż te liczne reklamy, w których mówią po polsku, ale z warg można odgadnąć angielski pierwowzór. Historii dywizjonu nie pamiętałem, ale szczególnych zaskoczeń nie było. Anglicy niechętnie powołali go do życia, nie spodziewali się żadnego sukcesu, a tu niespodzianka. Oglądało się nieźle, choć po Gwiezdnych Wojnach pojedynki w powietrzu nie robią specjalnie wielkiego wrażenia. Ale nie trzeba imponującej wyobraźni, żeby zdać sobie sprawę z tego, że wylot na misję jest czymś innym, niż wyjście do biura. Nie tylko dlatego, że wiesz, że możesz nie wrócić – ale czasem widzisz, jak twój kolega ginie zestrzelony, a ty musisz zachować zimną krew. W fabułę wpleciony jest wątek romansowy Zumbacha z ładną blond panną i perypetie z nim związane. Historia nie kończy się specjalnie dobrze. Churchill wprawdzie wypowiedział słynne słowa o tych niewielu, ale po wojnie potraktowano ich z buta, więc należałoby podsumować Churchilla mówiąc, że nigdy nikt nie powiedział czegoś tak pompatycznego, za czym poszłyby czyny znaczące coś całkiem przeciwnego. Sam Zumbach do Polski sowieckiej nie wrócił, a podobno wsławił się później w Afryce, gdzie strzelał do autochtonów chcących zrzucić kolonialne jarzmo.
Dwie panny, Kate i Meg, zaliczają zawodowe wtopy, a ponieważ są przyjaciółkami, jedna z nich zabiera drugą do Fort Lauderdale na Florydzie, aby się odstresować. Na Florydzie – jak to zwykle – szaleje huragan, więc samolot ląduje w Saint Louis, gdzie pasażerowie mają czekać na kolejny samolot. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie było jeszcze bardziej cudownie, gdyż panny w samolocie poznały Ryana, od którego miękną im kolana, a czaszkę wypełnia jedna myśl: mój ci on! Reszta filmu to mniej lub bardziej zabawna rywalizacja o względy Ryana, czytaj: jego penisa. Kończy się poczciwie, Meg odnajduje miłość tam, gdzie się nie spodziewała, a Kate staje się babką asertywną, choć nie dlatego, że dorobiła się wnuków. Gdybym miał dokonać ewaluacji niniejszego produktu, powiedziałbym, że nie odradzam.

Jako dziecko Aja zapragnął spełnić swoje marzenie, które objawiło mu się w postaci katalogu meblowego z egzotycznymi nazwami foteli, łóżek i szaf. Jako szablonowe dziecię chciałem zostać kolejarzem, bo nie wpadł mi nigdy do ręki katalog Ikei. (Chyba zresztą nie było czegoś takiego w tamtych czasach.) Inne marzenie to zabrać mamę z Bombaju do Paryża, nieoczywiste jeśli jest się synem ciężko harującej praczki, a nie bratankiem Mittala. Wyrósł Aja na drobnego naciągacza udającego fakira, ale marzeń o Paryżu nie porzucił nawet wtedy, gdy mamę mógł zabrać tylko w postaci urny z prochami. Ścigany przez lokalnego mafiosa wyrywa się z Bombaju z fałszywym paszportem i podrabianą stueurówką, bo czego więcej trzeba? W Paryżu trafia do Ikei, gdzie poznaje miłość swojego życia, ale romans umiera w zarodku, bo przypadkiem szafa, w której nocował, została wysłana do Anglii. Nie tak łatwo wrócić na lewych papierach, a po małym fast forwardzie widzimy go u gwiazdy filmowej w Rzymie, dzięki której zbija fortunę, potem ją traci, odzyskuje, przepuszcza, a na koniec wraca do Indii, gdzie inspiruje młodocianych złodziejaszków, aby wrócili do uczciwego życia. Bardzo sympatyczna to historyjka, która trochę przypomina Amelię, ale nieco spoczciwiałą, bez tych jej złośliwości i aranżowania seksu między znajomymi.