sobota, 7 maja 2016
Jak Renata Dancewicz chodziła do kościoła
Już kiedyś czytałem o tym, że Renata Dancewicz jest niewierząca, zdaje się, że w Niezbędniku ateisty, książce złożonej z wywiadów ze znanymi w Polsce postaciami, które otwarcie przyznają się do niewiary. Zapamiętałem z tej książki Renatę Dancewicz oraz Grzegorza Napieralskiego, wtedy jeszcze coś tam znaczącego polityka. Rozmowa z Napieralskim utkwiła mi w pamięci jako znakomity przykład lewicowego koniunkturalizmu, który dobrze znamy z rządów SLD z drugą, jednak-nie-zawsze-koalicyjną partią. Dancewicz, jeśli dobrze pamiętam, stwierdziła, że jej się ten ateizm przyplątał, co brzmi tak, jakby jakąś wysypkę dostała, ale to raczej kokieteria. W dzisiejszej z nią rozmowie w Tok FM też była o tym mowa, do kościoła zraziła ją bardzo podrzędna rola kobiet w Kościele, co mogłoby się skończyć na połączeniu antyklerykalizmu z gorliwą wiarą w Jezusa - znam takie przypadki. - Na msze przestałam chodzić, kiedy miałam dwanaście lat - wspomina. - Chodziłam na spacery do parku lub do strzelnicy (?), a kiedy babcia pytała mnie, o czym było kazanie, mówiłam, że o Duchu świętym lub coś w tym stylu. Nawet bym powiedział, że coś podobnego było moim udziałem, babcia się starała, ale nie dała rady. Niesamowite w katolickich mszach jest dla mnie to, że bywam na nich raz na dwa lata, a wciąż mnie śmiertelnie nudzą.
wtorek, 3 maja 2016
Senator Bulworth czyli Bulworth
Bulworth przechodzi ciężki okres w życiu, zaliczył nieudane inwestycje, dręczy go bezsenność, dobija żona - a to dziwne, bo przecież jednak czasem opuszcza na chwilę kochanka, aby na wyborczych mityngach przylepić uśmiech na twarz i pozować razem z mężem. Akurat trafia się okazja w postaci hojnej polisy na życie, łapówki od sponsora, więc Bulworth postanawia zafundować swoim bliskim dostatnią przyszłość i płaci za zamordowanie samego siebie. Jednocześnie nadal chodzi na wiece i spotkania, ale już mu wszystko jedno, więc wygaduje publicznie rzeczy, które uchodzą tylko przy ośmiorniczkach. My, demokraci, nic dla was nie zrobiliśmy i nie mamy zamiaru, bo przecież nie zagłosujecie na republikanów - mówi czarnoskórej widowni zebranej w kościele. Bogatym Żydom z Hollywood wyjaśnia, że przyszedł do nich na bankiet (z kubełkiem z KFC), bo są bogatymi Żydami, a przy okazji - naprawdę nie możecie kręcić lepszych filmów? Proces O.J. Simpsona jest jeszcze świeżą sprawą, więc pojawia się kwestia rasowa. W nieco zakalcowatej mowie Nina grana przez Halle Berry tłumaczy, że brak wyrazistych ciemnoskórych liderów politycznych to wynik sprowadzenia Afroamerykanów do minimum egzystencjalnego, co oczywiście później Bulworth powtarza publicznie. Żeby było zabawniej, Bulworthowi szybko przestał się podobać pomysł z morderstwem, stąd na przykład zabawne biegi senatora z limuzyny do katedry w otoczeniu gromadki reporterów. Po obejrzeniu filmu nasuwa się refleksja, że myśl o ustanowieniu monarchii nie byłaby wcale taka głupia... Mogłoby być tak pięknie...
niedziela, 1 maja 2016
Paweł Skrzydlewski obnaża nędzę ateizmu
Przez ateizm rozumiem stanowisko polegające na odrzucaniu tezy o istnieniu Boga lub bogów z powodu braku dostatecznych racji za przyjęciem takowej. Całkiem teoretycznie ateista może być buddystą lub spirytualistą. Dlatego bliższy jest mi sceptycyzm, a więc pogląd, że niczego nie należy przyjmować na wiarę, czyli bez odpowiedniego świadectwa. Guzik mnie obchodzi, że ateistą był Hitler (nie był) lub Stalin, że zabiłbym Beethovena, gdybym nie wierzył w duszę od poczęcia, czy to, że ateizm wywodzi się z nominalizmu lub prowadzi do totalitaryzmu (bzdura). Prawdziwość tezy ateizmu - nie istnieje przekonujący dowód na rzecz istnienia boga - nijak nie zależy od tych okoliczności. Jak również od tego, że coś powiedział Arystoteles, a coś napisał święty Tomasz. Naturalnie można, nawet należy, brać pod uwagę ich argumenty, ale podchodząc do nich mocno krytycznie. Dzięki Skrzydlewskiemu wiem, że Arystoteles uważał, że źródłem wszystkiego, co istnieje, jest absolut, ale jest on niepoznawalny, więc powinniśmy się bardziej przejmować relacjami między ludźmi, aniżeli naszym stosunkiem do owego absolutu. Czy koniecznie muszę przyjmować za pewnik istnienie absolutu? Jeśli otaczają mnie byty przygodne, czemu nie mogę przyjąć, że cały świat w obecnej postaci istnieje przygodnie? To stawia pod znakiem zapytania jeden z „dowodów” świętego Tomasza, ale nawet gdybym tu się mylił, pozostaje jeszcze dużo pracy, aby wykazać, że postulowanym bytem koniecznym jest Bóg chrześcijan. W swoim wykładzie Skrzydlewski wspomina o Dawkinsie, który jest biologiem bezprawnie zabierającym głos w debacie o bogu. To jakby kucharka, mistrzyni dewolaja, pouczała nas o najlepszej przeglądarce w systemie windows. Serio? Może kucharka po godzinach pracy zajmuje się tym fachowo i jest jednak w stanie coś ciekawego powiedzieć na ten temat. Chyba zbyt szybko się pomija Dawkinsa jako nie-filozofa - niesłusznie, bo przynajmniej w jednym jest dobry: w obnażaniu naukowych uroszczeń religii, zwłaszcza kreacjonizmu w jego wciąż nowych, pseudonaukowych szatkach. Absurdem jest, mówi Skrzydlewski, negować istnienie boga, ponieważ nauka tego nie potwierdza. Przecież w wieku XIX nikt nie wiedział o kodzie genetycznym - oto argument za tym, że nie wiemy, co odkryje nauka w przyszłości. Miły mojemu sercu vloger TMM odpowiedziałby, że bardzo chętnie rozważy hipotezę boga, o ile dostanie jakąkolwiek spójną, klarowną i falsyfikowalną tezę na jego temat. Głoszona przez teistów niesprzeczność z nauką założenia o istnieniu boga to wyjątkowo marny argument za jego prawdziwością. Świat istnieje dzięki niewidzialnym różowym gżdaczom, proszę to też przyjąć za prawdę, bo nie jest sprzeczna z nauką. Ateizm jest wewnętrznie sprzeczny, twierdzi Skrzydlewski. Dowód podaje anegdotyczny: jest taki znany profesor ateista w Krakowie, który mówi o sobie, że jest Żydem. Więc chyba wierzy w żydowskiego boga? - konstatuje Skrzydlewski. No proszę, profesor filozofii mydli nam oczęta tak grubo szytą ekwiwokacją, a przecież wypadałoby w tak szacownym wieku odróżniać Żyda od żyda. Poczytaj sobie tutaj, Pawełku.
PS. Przecież to nieuczciwe, bo nie odniosłem się do wielu innych pięknych argumentów Skrzydlewskiego. Nie wspominam o zasadzie tożsamości, której gwałt zadaje ateizm, dowodzie teleologicznym czy też presupozycyjnym (tak to będzie po polsku?) stanowisku prelegenta. O tym będzie innym razem, o ile w ogóle.
PS. Przecież to nieuczciwe, bo nie odniosłem się do wielu innych pięknych argumentów Skrzydlewskiego. Nie wspominam o zasadzie tożsamości, której gwałt zadaje ateizm, dowodzie teleologicznym czy też presupozycyjnym (tak to będzie po polsku?) stanowisku prelegenta. O tym będzie innym razem, o ile w ogóle.
Kim jest Michael czyli I Am Michael
Czy ty naprawdę to czytasz? - spytał Michaela jego chłopak Bennet. I chyba podchodzi do tego serio - ocenił Tyler, jego drugi chłopak, przyglądając się Michaelowi czytającemu Biblię. Potrzebę odnalezienia głębszego sensu* w życiu zaczął odczuwać Michael po serii ataków paniki, które wyglądały na potencjalnie groźną chorobę serca, a doprowadziły go do egzystencjalnego lęku przed śmiercią, stąd Biblia. Jestem w stanie uwierzyć w duchową odmianę, nawet w wyparcie homoseksualizmu w imię religii, ale przypadek Michaela jest dla mnie mocno osobliwy, bo zanim w końcu został pastorem z żoną u boku, odbył swoistą turystykę wyznaniową od mormonów do buddystów. Przemiana Michaela odbiła się szerszym echem, bo nie był to byle kto, a znany gej-aktywista. Chrześcijanie będą go teraz wynosić na homofobiczne sztandary, a geje potępiać za zdradę idei wyznawanych w ich środowisku. Wyglądałoby na to, że Michael jako pastor odzyskał spokój ducha, wierzący mogliby się cieszyć, ale w ostatnich sekundach filmu twórcy wbijają im szpileczkę w balonik samozadowolenia. Jako chrześcijanin przekonuje Michael gejów, że dali sobie wmówić fałszywe postrzeganie seksualności, a homoseksualizm jest konstruktem społecznym nieznanym jeszcze dwieście lat temu. A zatem pacnijmy się w czoło, my geje, i zrozummy w końcu, że tylko ślubna wagina może być źródłem wszelkiej rozkoszy.
* z perspektywy ateisty - bezsensu
* z perspektywy ateisty - bezsensu
sobota, 30 kwietnia 2016
Tootsie
Pomyślcie tylko, przebieranki za płeć przeciwną w czasach Szekspira były czymś znacznie pikantniejszym niż obecnie, skoro role kobiece były obsadzane przez mężczyzn. Jak wyglądał facet grający Rozalindę przebraną za Ganimedesa? Pikanteria teraz jest innego rodzaju, a polega na eksponowaniu kobiecości w sensie erotycznym (Bodo) lub feministycznym, jak w przypadku Tootsie. Pokora u Barei słabo wypada w tej kategorii, bo jako kobieta unikał rozgłosu. Skoro o pokorze mowa, to ja się nią bezwstydnie popiszę rezygnując z omawiania tego filmu, bo chyba wszyscy znają tę historię o bezrobotnym aktorze, który przebrany za kobietę odnosi sukces w operze mydlanej. A jak nie, to niech poznają - zachęcam. Nawet się zdziwiłem, że w obsadzie zobaczyłem Billa Murraya. Z dawnych czasów oczywiście zapamiętałem kluczową scenę ujawnienia się głównego bohatera, skleroza spowodowała, że nie przytoczę cytatu, który mnie rozbawił tym razem, ale za to wykorzystam fragment przytaczany przez Kwiatka zawsze wtedy, kiedy z serialu niespodziewanie znika jakaś postać: Zapewne poprosił o podwyżkę.
środa, 27 kwietnia 2016
Wybranowski mówi, a stalinistka pisze wiersze
Z okazji pogrzebu Łupaszki z udziałem władz naszej rzeczypospolitej w poniedziałkowym Poranku Tok FM zauważono, że jest to postać kontrowersyjna. Na mój rozum te kontrowersje są podobne do zarzutów o popieranie nazistów stawianych papieżowi. Nie poparł, nie mówił, ale Kościół w Niemczech świętował nazistowskie rocznice, od czego papież się nie odciął itp. itd. Nieco przeciągając strunę zauważę, że Pius XII rzeczywiście wydał oświadczenie potępiające wojnę 1939 roku, ale nijak z niego nie można pojąć, kto jest agresorem, a kto został napadnięty, wobec czego naprawdę można myśleć, że biedne Niemcy sprowokowane przez Polaków nie miały innego wyjścia niż inwazja. Obecny w studiu Wojciech Wybranowski obnażył podwójne standardy, bo Łupaszce się wypomina jakieś brzydkie sprawy, a na przykład ukrywa się stalinowską przeszłość Szymborskiej. Rzeczywiście, nikt o tym nie chce mówić, tylko w jakiejś dobrze znanej książce temat został omówiony, a nawet na moim gównianym blogu jest o tym wzmianka. Kto uważa, że czerpiąc przyjemność z wiersza Chmury popieram stalinizm - jest debilem. Kto nie przeczyta tego wiersza, bo autorka była stalinistką - wolny jego wybór. Jeśli natomiast chodzi o to, że należy szerzej podkreślać, że Chmury napisała stalinistka, to proszę bardzo. Ja w takim razie będę pisał o sekretarzu POP PZPR Marcinie Wolskim oklaskującym ramię w ramię z aborcjonistą Bolesławem Piechą sejmowe wystąpienia prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






