Jeśli jesteśmy złaknieni tematyki homo, przed tym filmem warto sobie puścić szort Rozgrzewka lub zajrzeć na twitterowe konto księdza Lisa (@ksMarekLis), gdzie znajdziemy nasze ulubione treści w wersji na twardo. W Końcu świata główny bohater jest wprawdzie gejem, ale jego orientacja seksualna nie odgrywa żadnej istotnej roli i na dobrą sprawę niewiele by się zmieniło, gdyby był dendroseksualny. Dawno już nie zaliczyłem żadnego filmu do kategorii PSF, a ten pasuje nieźle. Niby wiadomo, o co chodzi, przystojny z asymetrycznej buzi pisarz Louis wraca do domu rodzinnego po dwunastu latach nieobecności, aby powiadomić rodzinę o swojej śmiertelnej chorobie. Znamy dobrze to zjawisko, kiedy bliscy nam ludzie działają nam na nerwy z błahych powodów, podali nie tę łyżeczkę do herbaty, użyli dopełniacza w funkcji biernika lub mówią na okrągło „o co kaman?”. Tak zachowuje się wobec wszystkich Antoine, starszy brat Louisa. Wszyscy są przez to wkurzeni, widzów nie wyłączając. Pozostałe postaci to matka, szwagierka i siostra, których rozmowy z Louisem nie są nacechowane agresją, za to składają się głównie z niedopowiedzeń, zwłaszcza ze strony ekstremalnie małomównego Louisa. I to jest chyba jeszcze bardziej irytujące. Ciekawy zabieg formalny polega na tym, że od czasu do czasu muzyka zaczyna dominować nad dialogami. Podziałało to na mnie w scenie rozmowy ze szwagierką na początku filmu, jakby zasygnalizowano nawiązanie niezwykłej więzi między nimi. Później już się nie dałem wkręcić, bo te budujące napięcie akordy kończyły się czyimś wyjściem do drugiego pokoju lub czymś podobnie dramatycznym, jak udanie się do toalety pateticamente maestoso, ma non troppo. Kompozytor Tom Lehrer określił kiedyś tempo swojej kompozycji jako „trochę za szybko” i niech to posłuży za niedopowiedzenie w kwestii mojej oceny tego filmu i epitetów, jakimi go bym obrzucił, względnie przyozdobił.
niedziela, 29 września 2019
Quo vadis (Teatr Montownia)
I Atalanta dziab go włócznią w oko - tak znajoma opowiadała mi mityczną legendę o dziku kalidońskim. Gdzie indziej przytoczyłem streszczenie Alchemika Coelho, które wygrzebał w internecie Rusinek. Tak też można, a nawet trzeba!, postąpić z Quo vadis, kiedy ma się do dyspozycji czterech aktorów płci męskiej. Ten grający Tygellina odgrywał również postać Ligii Kalliny, więc zakochany Marek Winicjusz często się mylił w tym, do kogo uderza w koperczaki. Był to w zasadzie bardzo długi i dobrze zrealizowany skecz kabaretowy, a co najważniejsze - całkiem zabawny. Podkreślam to wyraźnie: zabawny, bo od dłuższego czasu kabarety wywołują we mnie jedynie melancholijne refleksje, myśli o przerwach w dostawie prądu lub pragnienie obcowania z obcym. Niech was ręka boska broni, abyście wynieśli z tego spektaklu jakąkolwiek wiedzę - zaapelował do młodzieży półnagi reżyser na koniec spektaklu. Tak jest, proszę pana.
Sarenki w Teatrze Ludowym
Kiedyś dostałem piątkę z polskiego za wypracowane o teatrze absurdu. Mogę więc obsadzić się w roli eksperta, nieprawdaż. Teatr to sceniczna adaptacja dramatu (lub rysunków Mleczki), a dramaty dzielimy zasadniczo na tragedie i komedie. Nie od rzeczy jest sobie przypomnieć, czym jest dramat, sięgam do źródła i czytam:
Dramat - jeden z głównych rodzajów literackich prezętujący działania i wypowiedzi przedstawionych postaci.Bardzo dobże to ujęli, bo w takiej Lalce postaci nie działają, są po prostu popsute i pies z kulawą nogą nie wspomina, że o czymś do kogoś mówią. Jeśli istnieje teatr absurdu, to oczywiście wyróżniamy podgatunki: komedie absurdu i tragedie absurdu. Sarenki zaliczają się do tych pierwszych - ku naszemu zawodowi, bo od lat pragniemy obejrzeć melodramat absurdu. Dlatego niespecjalnie wciągnęła nas historia dwóch panów w Brnie, dyrygenta z klapiącymi powiekami i kierowcy malucha z lękiem wysokości, gdy ma głowę powyżej metra osiemdziesiąt, wsiadających do windy, w której leży goły urzędnik skarbówki triste post coitum, a kiedy wychodzą na piątym piętrze, spotykają jeszcze wynalazcę, który leży znokautowany przez matkę po próbie ciosu karnego w boksie, jego najnowszego pomysłu. Potem pojawiają się dżinny w postaci sarenek i spełniają każdemu po jednym życzeniu. Lepiej wtedy nie mówić: no zabij mnie, nie wiem, czego sobie mam życzyć.
czwartek, 26 września 2019
Hashtag (Remigiusz Mróz)
Nie znam się na kryminałach, choć specjalnie do nich uprzedzony nie jestem, ale zawsze chętniej wybrałbym do czytania coś innego, gdybym miał wybór. Odsłuchałem audiobook i nabrałem wątpliwości, czy to jest kryminał. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, mętnie stwierdzę, że trupy, owszem, są, ale jakoby ich nie było. A gdyby na pewno były, to ile ich trzeba, żeby powieść zaliczyć do kryminałów? A co, jeśli w książce nie ma policyjnego śledztwa, jak w tym przypadku? Powieść rozbita jest na dwa wątki, Tesy, z narracją pierwszoosobową, i Krystiana, z narracją w trzeciej osobie. Wszystko pięknie, ale z biegiem czasu narastają rozbieżności w obu historiach, aż do etapu, w którym ktoś żywy w jednym wątku jest martwy w drugim. Nie ma obaw, autor przemyślał sprawę i pod sam koniec wszystko wyklaruje. Twist jest na miarę Shyamalana i nie powiem, byłem pod wrażeniem. Gdybym miał zapasowe życie, to odsłuchałbym jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy wszystkie detale są zgodne z końcowym rozwiązaniem. Krótko o fabule: otyła Tesa rozpoczyna studia w Akademii Koźmińskiego i podkochuje się w wykładowcy Krystianie. Parę lat później odbiera nigdy nie zamówioną przesyłkę z ametystową figurką i hashtagiem, który zaczyna śledzić na Twitterze. Pojawiają się pod nim wpisy osób od dawna zaginionych, a w toku wydarzeń nabieramy przekonania, że zostały one zamordowane przez jednego z bohaterów. Korzystając z okazji, autor popisuje się znajomością teorii zarządzania i nie tylko, co wiąże się z tematem wykładów Krystiana, na które chodzi Tesa. Poza tym jesteśmy zanurzeni w realiach naszych czasów, dla przykładu otrzymujemy wyliczankę zdarzeń ze świata, o których nie usłyszeliśmy, kiedy przeżywaliśmy katastrofę z dziesiątego kwietnia. Mamy świetnie skonstruowaną opowieść i wyrazistych bohaterów, a czego nie mamy? Języka. Chodzi mi o tę językową fantazję, która sprawia, że czasem trzeba się zatrzymać, żeby się otrząsnąć po słownym knock-oucie lub majstersztyku. Niestety w Hashtagu język jest dość banalny, a momentami postaci w dialogach szeleszczą papierem, włos dzieli je od użycia w mowie imiesłowów przysłówkowych uprzednich. Owszem, są wulgaryzmy, kurwizmy w emocjach, i podrzucane od czasu do czasu młodzieżowe wstawki, ale zawsze jako ciało obce, coś, co wymaga wyjaśnienia. Doceniam, że Tesa mówi, że czyta blog, nie bloga, ale paradygmat odmiany rzeczowników nieosobowych rodzaju męskiego nie objął smartfona (powinno być „smartfonu”, jak „telefonu”, ale z tym już dałem sobie spokój), więc bohaterowie sięgają po smartfona, nieszczęśni! Autor zapewne dobrze wie, że nie jest lingwistą, i lepiej, żeby tego nie próbował zmienić na siłę. To taka dobra, darmowa rada dla pisarza z mojego rodzinnego miasta.
Jak „P”i„S” zaakceptował związki homo
Przyjęta właśnie ustawa o jawności majątku polityków w pełni akceptuje związki osób homoseksualnych, bowiem obejmuje inne osoby, które z politykiem łączą więzi duchowe, emocjonalne, fizyczne i ekonomiczne (np. wspólne mieszkanie). To niby super, że „P”i„S” stał się orędownikiem cywilizacji śmierci, ale jak zauważa Śmiszek, są zobowiązania dotyczące gejów i lesbijek, ale wciąż nie ma żadnych przywilejów, które objęłyby pary homo. Według innej ustawy, partner może odpowiadać za długi drugiego bez względu na płeć, ale jeśli chciałby dziedziczyć na heteroseksualnych zasadach, to niech się puknie główką o pierwszy lepszy beton. Załączam ilustrację betonu.
poniedziałek, 23 września 2019
Tacy sami czyli Naked As We Came
Rodzeństwo Elliot i Laura jedzie odwiedzić chorą na raka matkę Lilly, która właśnie na swoje życzenie wypisała się ze szpitala. Ku ich zaskoczeniu w domu zastają dodatkowego lokatora, Teda, który gotuje i opiekuje się ogrodami, które są pasją Lilly i źródłem jej dochodów. Ponieważ ma być wątek homo, a innych postaci nie ma, wiadomo, kto z kim się prześpi. Matce to bynajmniej nie przeszkadza, bo w perspektywie bliskiej śmierci nabrała filozoficznego dystansu do spraw doczesnych, ale za to atmosferę nieustannie psuje Laura, która sama przechodzi w życiu ciężkie chwile i nie jest w stanie poluzować gorseciku. W tej scenerii rozgrywa się mały dramat psychologiczny (choć dla dzieci umierającej matki znowu nie taki mały) i na jaw wychodzi wiele przykrych detali z dzieciństwa naszych bohaterów. Można by rzec, że za dawnych czasów Lilly przypominała nieco matkę Michaela z serialu Arrested Development, która kiedyś próbowała się przytulić do dojrzałego syna i całkiem go zbiła z pantałyku tym nienormalnym gestem. Ted wydaje się dziwnie bezinteresowny wobec Lilly, co wzbudza podejrzenia u jej dzieci, bo, jak się okazuje, wcale nie jest takim świetnym ogrodnikiem, za to wieczorami siedzi przy laptopie i coś stuka (kiedy nie stuka Elliota). Jak zobaczymy, podejrzenia były uzasadnione, choć lekko na wyrost. Nie było podróży w kosmos, a zdecydowanie bardziej się przejęliśmy niż filmem Ad Astra.
Ad Astra
Tytuł jest naciągany, bo najdalszy lot ma na celu Neptuna, więc nie powinno być „ad astra”, lecz „ad planetarum”. W zamierzeniu jesteśmy w nieodległej przyszłości, kiedy ludzkość ma już bazy na Księżycu i Marsie, a twórcy starali się osiągnąć efekt wiarygodnego przedstawienia realiów epoki lotów kosmicznych w układzie słonecznym. Podobnie jak w serialu Kosmos 1999 o bazie kosmicznej na Księżycu, który oderwał się od Ziemi, zapomniano o małym ciążeniu naszego satelity, więc turyści przybywający na Księżyc poruszają się tak samo jak na Ziemi, choć w rzeczywistości powinni zabawnie podskakiwać, jak to swego czasu robili kosmonauci. To nie jedyny problem z ciążeniem, jaki zauważyłem. Poza tym pokazali, że niezwykle łatwo jest się dostać do startującej rakiety, co udaje się bez trudu naszemu Royowi, którego nie przewidziano w składzie załogi lecącej na orbitę Neptuna, gdzie zlokalizowano statek wysłany z misją kosmiczną niemal trzydzieści lat wcześniej. Sprawa była poważna, bo wysyłane stamtąd potężne impulsy energii zdestabilizowały cywilizację, co jest kolejnym źródłem moich wątpliwości. Z takiej odległości osiągnąć ten efekt, to jakby zabić mrówkę na antypodach rzutem kamienia. Niczego tu nie zdradzę, jeśli powiem, że na owym statku dowódcą był tatuś Roya, legenda lotów kosmicznych. Jego misja miała na celu wyłapanie sygnałów obcych cywilizacji, których rzekomo nie dałoby się przechwycić w bliżej Słońca. Kolejne wątpliwości: naprawdę w takim celu wysłanoby ekspedycję wydając miliardy? Poza tym biorąc pod uwagę kosmiczne dystanse, szanse kontaktu z kimkolwiek są maciupeńkie, nawet jeśli pominiemy kwestię prawdopodobieństwa życia rozumnego w kosmosie. Czy odkryto jakiekolwiek sygnały od obcych, nie wyjawię, ale przypomnę, że Szymborska kiedyś napisała felieton na ten temat. Krótko mówiąc, jeślibyśmy się dowiedzieli, że jesteśmy sami w kosmosie (choć nie wiem, jak moglibyśmy to ustalić), to cóż, oznaczałoby to tyle, że nasza obecność we wszechświecie nabiera jeszcze większego znaczenia, bo cokolwiek robimy, nikt inny tego nie zrobi. Opowieść w Ad Astra ma charakter - powiedzmy - moralitetu, z całym zadęciem i brakiem luzu, jaki cechuje ten rodzaj twórczości. Temu filmowi przydałyby się nożyczki, stwierdził Kwiatek, którego uwierały dłużyzny. Zgoda, odparłem, ale nawet gdyby go przyciąć do pięciu minut, przesłanie pozostanie banalne. Ciekawe, czy jakiś kark usłyszy „żyj i kochaj” i przestanie krzyczeć „wypierdalać, pedały!”. Ale bym się zdziwił.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






