Trudno nie skojarzyć tego filmu z La Journée de la jupe (wolę tytuł francuski od polsko-łopatologicznego) z 2008 roku. Gdyby ktoś mi wmawiał, że nakręcono sequel - dałbym się wkręcić. Główni bohaterzy to trzej policjanci, którzy patrolują imigrancką dzielnicę na obrzeżach Paryża. Jeden z nich jest tutaj nowy (o aparycji, wypisz, wymaluj, Jeża z Wiedźmina), więc koledzy wprowadzają go w koloryt lokalny. Aby mieć autorytet musisz być brutalny, więc nie przynudzaj, że jakieś procedury i prawa obywatelskie. Ci doświadczeni wchodzą w rodzaj współpracy z lokalnymi, nieformalnymi przywódcami tworząc dość niestabilną symbiozę. Jak tylko nadarza się okazja, aby zdobyć haka na przeciwnika - próbują z niej korzystać. Lokalni wyglądają na przyzwyczajonych do policyjnej przemocy, ale do pewnych granic, które zostały przekroczone. Będzie nieprzyjemnie, atoli w tym miejscu zapolemizuję z Raczkiem, który ujął rzecz tak, jakby chodziło o obronę konieczną. Nie, afekt, którym kierowali się nastolatkowie, miał posmak tortu, o którym niegdyś pisałem, choć domyślacie się, że nie w tort byli uzbrojeni. Przytoczony na końcu cytat z Nędzników Hugo sugeruje, że film jest oskarżeniem wobec państwa lub społeczeństwa. W tym sensie film jest porażką, bo - tak, jak w La Journée de la jupe - mamy sytuację zastaną bez analizy przyczyn, które do niej doprowadziły, więc w zasadzie nie wiemy, czy kogokolwiek należałoby oskarżyć, a jeśli tak, to kogo i o co. Być może Francuzi zaniedbali swoich imigrantów, ale przecież podobne zjawiska społeczne zdarzają się z nużącą regularnością też w Szwecji i gdzie indziej. Na dobrą sprawę i w naszym kraju mówi się o zaniedbaniach, choć nie mamy gett imigranckich. Mam wrażenie, że po zamieszkach w Słupsku w 1998 roku można by nakręcić bardzo podobny film. Na początku Nędzników kolorowe, pardon, etnicznie różnorodne grupy francuskich wyrostków cieszą się ze zwycięstwa narodowej drużyny futbolowej śpiewając „Marchon, marchon!” - urzeczywistnienie mokrego snu Sierakowskich i Ostolskich. Snu szalonego, w którym Szymborska widzi pingwina i modrogrzbieciki tęposterne. Z kolei mniej więcej w jednej trzeciej ma miejsce inne szaleństwo, kiedy nowy policjant wita lokalnego bossa mówiąc „Enchanté, monsieur”. Wersal. Biedak nie zauważył, że Wersal się skończył i już nie wróci. Jeśli zamykająca film scena jest pomyślana jako metafora, to lepiej by było dla nas wszystkich, żeby była nietrafna.
piątek, 6 marca 2020
poniedziałek, 2 marca 2020
Pierwsze kuszenie Chrystusa czyli A Primeira Tentação de Cristo
Kpiny z religii to tani chwyt, mało pracy, a efekt gwarantowany, czyż nie? Chciałoby się, ten produkt boleśnie pokazuje, że nie zawsze. Krótki film opowiada o trzydziestych urodzinach Jezusa, który właśnie ma wrócić z pustyni na szykowane dla niego „surprise party” z Józefem, Maryją i samym Tatą. Niektóre detale brzmią nawet śmiesznie, na przykład ten motyw zazdrości Józefa o Tatę Jezusa, z którym Maria po nocy rozmawia. Tato też niczego sobie, brodaty i z fryzurką na wikinga (tylko lekko passé). Jezus wraca z pustyni z kolegą, na pierwszy rzut oka pedzio, jak sami bohaterowie zauważają. Jezus gejem, to dobre, nie? Nie - i to nie dlatego, że łamie się tabu. Są filmy, w których komizm jednej sceny buduje się przez godzinę. Tu koledzy stwierdzili, że nic nie trzeba budować. Coś mi zaświtało pod czaszką, czy ja znam jakieś brazylijskie komedie? To nie takie błahe pytanie. Kiedy mam obejrzeć komedię francuską, włoską lub polską - mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Chwilowo mój pogląd na brazylijskie komedie jest taki, że ich twórcy bawią się lepiej od widzów, caralho, puta que o pariu! Do obejrzenia filmu zachęcił mnie po części Tomasz Raczek, ale jeszcze bardziej Gowin Jarosław, który wystosował petycję do szefa Netflixa, aby zdjąć film z repertuaru. Jarosławie, pomyśl o kołnierzu ortopedycznym, bo kiedyś złamie ci się szyjka od nadmiaru betonu w czaszce.
Miód albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem (Teatr Ludowy)
Trudno zarzucić finezję temu tekstowi autorstwa Czecha Tomasa Swobody, ale sam pomysł jest intrygujący. Rzadko przecież znani (przynajmniej w Krakowie) aktorzy bywają bohaterami sztuk teatralnych. W opisie na swojej stronie w sieci Teatr Ludowy jest tak staranny i dokładny, że lepiej tego nie czytać, jeśli chce się mieć choć pół niespodzianki. W części realistycznej mamy świeżo poznaną parę damsko-męską, która spędza czas w łóżku na rozmowie przetykanej seksem. Potem przychodzi sen, ale nie taki zwykły, bo to sen dziewczyny, w którym pojawia się jej fantazja seksualna, czyli Schimscheiner. Sęk w tym, że w tym śnie przypałętał się ten świeżo poznany gostek i psuje nastrój. I to jest zabawne, ale nie najbardziej. Anegdota o niedźwiedziu, którą opowiada Schimscheiner, jest w sumie przeciętna, ale oczywiście robi to znakomicie, więc nie żałujemy. Na pozostałą dwójkę aktorów też patrzy się przyjemnie. Po reakcji widowni należałoby sądzić, że najśmieszniejsze są wulgaryzmy, kiedy ktoś mówi „kurwa” lub „wypierdalaj”. Obserwuję to nie pierwszy raz, czyżby Polacy byli siedmioletnim dzieckiem podszyci? Jest w spektaklu moment autentycznie zabawny, a jest to otwierający spektakl film z Schimscheinerem, ale nawet nie film, a napisy końcowe, z których wynika, że w potężnym sztabie ludzi obsługujących naszą gwiazdę znalazł się facet słuchający dowcipów Tomasza Schimscheinera. Bardzo odpowiedzialna funkcja.
Ewangelia wg świętego Mateusza czy Il vangelo secondo Matteo
Choć to bardzo trudne, postaram się pisać tylko o filmie i jego twórcach, nie o samej ewangelii. Trzeba by przeczytać biografię Pasoliniego, żeby zrozumieć dlaczego nakręcił tę ekranizację historii Jezusa. A wyszło mu tak, że do dzisiaj jest to w kręgach watykańskich film ceniony bardzo wysoko. Późniejsze filmy Pasoliniego z ich radosnym i niepruderyjnym podejściem do seksu takiego uznania nie znalazły, przynajmniej nie oficjalnie. Po nich sądząc, nigdy nie wpadłbym na pomysł, że ten sam facet kiedyś sfilmował ewangelię. Film jest czarno-biały, bez efektów specjalnych, ale to nic, i gdyby nie dziwne pomysły kostiumowe, zwłaszcza te idiotyczne kapelusze w Sanhedrynie, nie byłoby się do czego przyczepić. Oprawa muzyczna robi lepsze wrażenie niż typowy, przesłodzony holiłódzki akompaniament. Biedę widać w ujęciach, które najczęściej są zbliżeniami na twarze, oczywiście głównie Jezusa, więc nie trzeba pokazywać szerokiego planu. Jezus wygląda poważnie, a często wręcz gniewnie, kiedy rozmawia z faryzeuszami. A jeśli nie uwierzysz, że jest synem Boga żywego, oprócz ochrzanu doczesnego od samego Jezusa czekają na ciebie specjalne atrakcje w życiu przyszłym. Budowanie autorytet w stylu coachingu lat dziewięćdziesiątych. Podobno w żadnej ewangelii nie wspomina się o tym, aby Jezus się uśmiechnął, ale w ewangelii Pasoliniego uśmiecha się na widok dzieci witających go w Jerozolimie. Nie pominął Pasolini trudnych kwestii, na przykład krwi jego, która ma spaść na Żydów i synów ich, słów Jezusa o pierwszeństwie miłości do niego przed matką lub bratem (typowe zagranie przywódcy kultu) lub choćby nieszczęsnego figowca, który usechł za przyczyną Jezusa. Pominięto za to epizod z demonami wpędzonymi w stado świń i z umarłymi, którzy wstali z grobów wraz ze zmartwychwstaniem Chrystusa. Pytam was, mili chrześcijanie, wierzycie wy w to? Ciekawe, że starszą Marię zagrała około siedemdziesięcioletnia matka Pasoliniego, która w filmie oglądała i śmierć Jezusa, i pusty grób, choć dalibóg nie da się tego wyczytać z samej ewangelii. Niegdyś ateista Orliński określił ewangelię jako zapis mordu sądowego. Jeśli o to idzie, w tym filmie jest słabo, wszystkie formalności załatwili w minutę. Chcielibyśmy, żeby sądy w Polsce działały tak szybko? Oczywiście, że mord sądowy to zbyt trywialne podsumowanie ewangelii, w końcu przesłanie Jezusa to propozycja systemu etycznego sankcjonowanego metafizycznie. Jak wiemy z historii, bardzo różnie rozumiano to, co według Jezusa jest dobre, a co złe. Nie trzeba historii, wystarczy zaznajomić się z różnymi dzisiejszymi doktrynami chrześcijańskimi. Etyka chrześcijańska to zbyt poważny temat na rozważania w kontekście filmu (i ewangelii w ogóle, bo przecież listów świętego Pawła nikt nie sfilmuje), ale miło mi donieść, że parę przytoczonych przez Jezusa mądrości niszczy kapitalizm. Na dobrą sprawę również jakikolwiek inny system ekonomiczny.
To, co pozostaje czyli O Que Resta
Świat się chwieje, bo zarażone Chiny przerywają łańcuch dostaw, a przecież produkują prawie wszystko, prócz filmów gtm, w których światowym potentatem jest Brazylia. Tamtejsze produkcje to w głównej mierze opowieści w stylu Zoli, czyli o biedzie i głodzie, ale tym razem trafili nam się krezusi, a w zasadzie jeden Yuri, który zaprosił przyjaciół na parę dni do swojej posiadłości z podświetlanym basenem i hektarami zielonej i równo przystrzyżonej trawy. Imprezy, rozmowy i seks trzydziestolatków w całości wypełniają treść filmu. Imprezy, jak imprezy, dużo alkoholu i organicznej trawki, bo Yuri nie paliłby jakiejś lewej przecież. Z tymi rozmowami jest trochę jak z obcym towarzystwem, w którym się przypadkiem znajdziecie, a właśnie wspominają nieznaną wam Kaśkę, co w nocy do jeziora wpadła. Za to seks mamy w różnych odmianach jak serki w hipermarkecie, homo i hetero, i to z udziałem tych samych osób. (Dygresja: pamiętacie Tobiasa z Arrested Development, który ogłaszał zamiar odbycia stosunku heteroseksualnego z żoną?) Główną gwiazdą scen seksu jest Yuri, którego fobią jest horror vacui, czyli natręctwo wypełniania swoim członkiem otworów w ludzkich ciałach (z zacnym kawałkiem This Is Hardcore w tle). Preferuje męskie, ale nie pogardzi i kobiecym. Rzecz w tym, że są to dziury u zwyczajnych przyjaciół, a wiemy dobrze, jak się kończy łączenie seksu z przyjaźnią. Największa niespodzianka polega na tym, że od początku widać, że ciąg ujęć nie lepi się w całość i że niełatwo odgadnąć, co było wcześniej, co później. Ktoś rozsypał te scenki i ułożył znowu w przypadkowej kolejności. Nie do końca, kolejność całkiem przypadkowa nie jest, jak w przypadku myśli Pascala, które ułożono w pewnym porządku, a po paruset latach ktoś obmyślił inny, lepszy. Sens konstrukcji filmu narzuca się taki, że jest to zgranie formy z treścią, którą - ogólnie mówiąc - jest rozpad dawnego życia, czyli coś co regularnie zdarza się ludziom około trzydziestki. Nie wiemy, czy przetrwa związek przystojnego Luizia z Barbarą i czy Yuri ustatkuje się z Crisem. Za to wiemy, że ich życie właśnie się zmienia.


niedziela, 1 marca 2020
Hege Storhaug - skarb polskich fundamentalistów
Tytuł lekko clickbaitowy, bo autorka mocnej książki o islamie nie ma żadnej kontroli nad tym, kto i co będzie robił z jej przesłaniem. Można ją zobaczyć na dwóch filmikach relacjonujących jej wystąpienia w Polsce, pierwszy ma charakter promocji wydawniczej, a drugi jest wprost podpięty pod Porozumienie, czyli część partyjnej trójcy, obecnie niemiłosiernie nami rządzącej. Ok, przyznam, że klasyfikowanie Porozumienia jako fundamentalistów jest nieco przesadne, ale tylko na tle pejzażu polskiego, bo w krajach Europy Zachodniej byliby to fundamentaliści pełną buzią. Obejrzałem tylko pierwszy z filmów, bo po drugim nie spodziewam się niczego innego, gdyż zestaw argumentów Hege jest dość przewidywalny. W swoim wystąpieniu wyróżniła Hege następujące wartości europejskie:
- równość kobiet i mężczyzn,
- równość wszystkich ludzi bez względu na przynależność klasową, religię i narodowość,
- wolność wyboru religii lub jej odrzucenia,
- wolność wypowiedzi.
- podstawowe zasady mojej wiary są wieczne,
- tylko moja interpretacja zasad religijnych jest prawidłowa i powinna obejmować wszystkich wierzących,
- moja religia stoi ponad prawami stanowionymi przez człowieka.
Wyszło w badaniu, że wśród chrześcijan jest około 4% fundamentalistów, a wśród muzułmanów - 44%. Nie zdziwiło mnie zanadto, że kiedy zadawano pytania, pan z klubu Gazety Polskiej określił się jako fundamentalista i zapytał, czy problemy z muzułmanami w Europie Zachodniej nie wynikają z odwrócenia się od chrześcijaństwa. Niczego innego się po nim nie spodziewałem, ale po Hege - nie tej reakcji, czyli deklaracji, że wierząca nie jest, ale podziwia Jezusa (ja nie podziwiam, ale to inny temat). O ile w sumie zwisa mi, co ludzie religijni sądzą na temat dwóch pierwszych punktów określających postawę fundamentalistyczną (np. kiedyś chrześcijanie wyrzynali się z powodu odmiennych poglądów na naturę Chrystusa, a moja postawa wobec tej kwestii to pełny je-m'en-foutisme), to punkt trzeci jest fundamentalnie nie do pogodzenia z wyżej wymienionymi wartościami europejskimi. Hege Storhaug nie chciała być niemiła lub zabrakło jej polotu, aby to powiedzieć. Quel dommage!
Matthias i Maxime czyli Matthias & Maxime
Nie ulega wątpliwości, że Dolan robi dobre kino, ale czy w jego filmach nieśmiertelne piękno mieszka, jakby to sugerowały zachwyty nad Wyśnionymi miłościami? Z tego ostatniego zapamiętałem brutalny dialog o piekarniku (choć nie tylko), to już coś, bo wiele innych filmów przeleciało przeze mnie jak woda przez sito. Dolan jest gejem i w każdym swoim filmie umieszcza jakieś akcenty homo, atoli nie zawsze jako pierwszoplanowe. Tym razem jest mocniej, bo dość przypadkowy pocałunek na potrzeby filmowej etiudy kręconej przez siostrę przyjaciela tytułowych postaci poważnie zamiesza w ich życiu, zwłaszcza Matthiasa. Obaj chłopcy wybrali heteroseksualny styl życia (zawsze tak piszę, od kiedy Corvino uświadomił mi, że zgodnie z językowym zwyczajem heteroseksualiści mają życie, a geje wybierają styl życia), ale nie wybrali sobie rodziny, jak nikt inny zresztą. Kiedy się porówna sytuację życiową Matthiasa i Maxima, to wychodzi nam niebo i piekło. Przystojny Matthias pracuje jako prawnik i ma sympatyczną i wspierającą mamę, z kolei Maxime, barman, ze znamieniem na twarzy, opiekuje się matką, która - okiem zewnętrznego obserwatora - zasługuje tylko na tyle tylko uczuć, ile wynika z tego prostego faktu, że ktoś kogoś urodził. Cóż, kochać pełną pretensji narkomankę, która odbiera swoje ubezwłasnowolnienie jako krzywdę - to jest wyzwanie. Może dlatego Maxime zdecydował się na dłuższy wyjazd do Australii - a tymczasem zdarzył się ten pocałunek. Według encyklopedii z lat osiemdziesiątych jedną z przyczyn homoseksualizmu jest uwiedzenie. (Zajrzałem do niej przed chwilą, aby stwierdzić, że heteroseksualizmu nie objaśnia się przez przyczyny, ba!, nawet nie ma hasła „heteroseksualizm”. W The Wordsworth Dictionary of Sex z 1994 roku nie omawia się przyczyn homoseksualizmu.) Tę tezę lansują jeszcze dzisiaj niektóre prawiczki, a ja się pokrętnie z nimi zgodzę. Taki pocałunek może rzeczywiście wpłynąć na uświadomienie sobie innych potrzeb seksualnych, ale tylko wtedy, gdy one drzemią w człowieku. Próbujemy naszym językiem porządkować świat, choć czasem średnio się udaje. Niedawno Monika Płatek stanowczo wyróżniła cztery orientacje seksualne: hetero, homo, bi i a (czyli aseksualność). Już Kinsey by się z tym nie zgodził. Nawet jako czysty gej (czyli niemający na koncie żadnych kontaktów seksualnych z kobietami) powiedziałbym, że chętniej poszedłbym do łóżka z niektórymi kobietami niż z pewnymi facetami. Myślę też, że jest jakaś racja w poglądzie podpatrzonym w niemieckich operach mydlanych, że można odczuwać pociąg do osoby tej samej płci, nie będąc homoseksualist(k)ą. W filmie bardziej wyeksponowana jest szamotanina Matthiasa niż skrytego Maxima. A jednak to ten drugi bardziej nas porusza, kiedy wychodzi na jaw, jak bardzo zawiódł go Matthias. Film urywa się na spotkaniu chłopców, którego dalszy przebieg można sobie wyobrazić na wiele całkiem różnych sposobów, a jak będzie, zobaczymy w sequelu. Dolan sequeli nie praktykuje, ale może zatrudnią do tego J.J. Abramsa? Zwróciłem uwagę na mało ważny drobiazg, mianowicie język. Kwiatek znający francuski meilleur que moi mówi, że też mu dziwnie brzmiał ten francuski à la canadienne (powinno być mieux que moi). Chrząszcz brzmiał w trzcinie, ale przeniósł się na plantację trawki i takie są skutki. Końcowa uwaga: aspekt, w którym Dolan ociera się o mistrzostwo, to zespolenie muzyki z obrazem. Przy okazji przypomniał nam niesłusznie zapomniany przebój Amira, J'ai cherché, chwała mu za to.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





