Już się cieszę z powodu oceanu tandety, który rozpościera się przed polskimi widzami w związku z możliwością subskrybowania here.tv. Wielka jest moja tolerancja na produkcje filmopodobne, ale here.tv udało się zmusić mnie do odstąpienia od oglądania tego i owego - i to pomimo eksponowania miłej oku męskiej nagości. Producenci z here.tv chyba nawet sobie z tego zdają sprawę, bo byli bardzo autoironiczni w serialu From Here on Out. Film, który dość przypadkowo wybraliśmy, był opisany jako „dramat”, i rzeczywiście, był to dramat. Twórcą i głównym aktorem jest Anthony J. Caruso. Nazwisko zobowiązuje, więc nasz dramat ma charakter operetkowy. Anthony, chłopiec zgrabny, poziomem talentu aktorskiego wprawdzie nie przebija Tommy'ego Wiseau, ale ma spore predyspozycje, bo dysponuje bogatą mimiką i nie waha się jej użyć. Vito, którego gra Anthony, ma być nowicjuszem w jakimś katolickim zakonie, ale po lekkim retuszu myślelibyśmy, że chodzi raczej o wstąpienie do hippisowskiej komuny, bo nasz bohater nie rezygnuje z uciech życia, a jedynie się nieco ogranicza - zamiast seksu we dwoje seks w pojedynkę. Miłość fizyczna jest największą potrzebą duszy, mawiał Steinhaus. Coś w tym jest, bo choć nikt ci tak duchowo nie dogodzi jak Jezus, to w seksie jest z nim słabo. Takie mniej więcej dylematy ma Vito, który ma ochotę zdradzić Jezusa z Gabem. Podobno film został nagrodzony za reżyserię. Słusznie, nigdzie dotąd nie widziałem tak dokładnie pokazanej sceny seksu, w której nie zobaczymy żadnych narządów. Widać rękę mistrza.
środa, 17 kwietnia 2019
piątek, 12 kwietnia 2019
1985
Tytuł taki, że prosi się o nawiązanie do 1984 Orwella. Nic prostszego, jak mawia G. Saad o N. Chomskym, zasadniczą kompetencją intelektualną tego ostatniego jest zdolność połączenia dowolnego nieszczęścia w świecie z amerykańskim kompleksem militarno-przemysłowym za pomocą co najwyżej trzech kroków. W filmie 1985 bohaterowie są uwikłani w opresyjne chrześcijaństwo niczym postaci 1984 żyjący w totalitaryzmie. Bardzo śliczny pogląd, z którym się stanowczo nie zgadzam, bo jakkolwiek religia jest rodzajem opętania, trudno ją porównywać do Orwellowskiego reżimu. Film 1985 jest czarno-biały, co powoduje u mnie migotanie przedsionków i światełek alarmowych: oj, będzie ambitnie. Być może i było, ale film jest całkiem dobrze przyswajalny, nawet są jakieś emocje, które mogą się widzom udzielić. Szczególnie wtedy, gdy powoli opadają zasłony i okazuje się, jaka jest prawda o Adrianie, odwiedzającym rodziców w czasie świąt bożonarodzeniowych. Jest to typowa pobożna rodzina, rodzice i dwóch synów, więc można (nietrafnie) przypuszczać, że nikt się nawet nie domyśla, że Adrian jest gejem chorym na AIDS. Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku to był naprawdę najgorszy czas dla młodych gejów, niemłodych również. Adrian wygląda na przekonanego, że to jego ostatnie święta z rodziną. Cóż, życzylibyśmy mu, żeby był jednym z tych szczęściarzy, którzy żyli z AIDS do późnej starości, ale o tym się już nie przekonamy. W jednej ze scen mama rozmawia z Adrianem kąpiącym się w wannie. Przyznam, że czegoś podobnego nie doświadczyłem, od kiedy skończyłem siedem lat.


niedziela, 7 kwietnia 2019
Cóż powiecie po „Hamlecie”?
Jak człowiek trochę pożyje, to zwiększa mu się dystans, więc szczerze mówiąc, emocjonalnie wczorajszego spektaklu nie odebrałem, ale mam parę refleksji, a raczej znaków zapytania, jak się teraz modnie mówi. Po pierwsze, czemuż to „Hamlet” uchodzi za takie arcydzieło? Bardzo dziwny dramat miłosny, nic w rodzaju „Romea i Julii”, osobliwy bohater, od którego wzięło się „hamletyzowanie”, czyli niemoc decyzyjna, bardzo mało spektakularna, jeśli zestawić to z superbohaterskimi produkcyjniakami Marvela. Oczywiście rzecz broni się jako dramat polityczny z wieloma trupami w finale. Wśród popkulturowych inspiracji wymienia się „Króla lwa”, ale zauważmy, że w tamtym filmie nie ma jednak tej finalnej rzezi. Jeśli chodzi o fabułę, to zasadne się wydaje pytanie o dziedziczenie tronu. Po ojcu księcia Hamleta królem zostaje jego brat? Wiem, że różne były przypadki, słynne cesarzowe bizantyjskie, które zabijały synów, aby móc zająć tron, ale zawsze syn władcy zostawał nowym królem, a tu ten Klaudiusz. Może zajął tron po przewrocie, a Hamleta oszczędził przez wzgląd na jego matkę, którą poślubił krótko po śmierci jej męża? Scenariusz sztuki milczy na ten temat. Inne, ciekawsze pytanie, to o monolog „Być albo nie być”. Oto chrześcijański autor wkłada w usta swojego bohatera niezwykle pogańskie słowa, w których rozważa się alternatywę dla zakończenia życia w postaci wiecznego snu, w którym nadal mogą nas nękać rozterki życia doczesnego. Tymczasem w innych momentach perspektywa chrześcijańska jest wyraźnie obecna. Hamlet po ucieczce z pułapki, którym była podróż do Anglii, ma okazję zabić Klaudiusza, ale powstrzymuje się, gdy widzi, że ten w odosobnieniu wyznaje przed sobą i Bogiem skruchę z popełnionego morderstwa (zauważając przy tym, że tania ta skrucha, skoro nadal korzysta korzyści, jakie przyniosła mu zbrodnia). W pojęciu Hamleta Klaudiusz tym aktem zasłużył na niebo, więc zabić go w tej chwili byłoby dla niego przysługą. Niby chrześcijańskie to bardzo, ale ewangelicznej miłości do nieprzyjaciół Hamletowi zarzucić nie można. A przecież jego przyjaciel Horacy zapewnia nas w finale, że świat stracił piękną postać w osobie Hamleta. Ta piękna postać skazała na śmierć swoich udawanych przyjaciół, Rosencrantza i Gildernsterna, niewspółmiernie wielka kara za ich w sumie niewinne i żałosne knowania. Jest jeszcze nieszczęsna Ofelia i kwestia jej chrześcijańskiego pochówku. Grabarze, kopiący dla niej grób, dochodzą do wniosku, że bogatym i możnym uchodzi więcej, może więc samobójczyni otrzymać chrześcijański pochówek. Bardzo formalistycznie do rzeczy podchodzą, bo czynu niespełna rozumu Ofelii nie sposób uznać za samobójstwo. Dużo wody lali we wczorajszym spektaklu, Ofelia wpadła do prawdziwej wody i widać było jej zanurzone bezwładne ciało. Mam wrażenie, że słynne słowa „the lady doth protest too much” włożono w usta Ofelii zamiast królowej Gertrudy. Przypomniałem sobie, że „sowa, córka piekarza” i „żyję niczym kameleon powietrzem nadziewanym obietnicami” są właśnie z tekstu „Hamleta”. Dobre audio zapodawali momentami, zawsze wtedy się zastanawiam, co się dzieje z muzyką do spektakli, bo to chyba jedna z ulotniejszych form sztuki. Nadzieja jest, skoro udało mi się znaleźć wideo z dawno temu widzianym przedstawieniem ułożonym z wierszy Herberta.
czwartek, 4 kwietnia 2019
Odrodzenie czyli The Revival
Młody pastor Jimmy nie ma zadatków na lidera protestanckiego megakościoła. Powiedzmy wprost: w swoich kazaniach przynudza, roztrząsa jakieś mało ważne dla wiernych kwestie rozumienia Boga i jego obecności w świecie, podczas gdy słuchacze chcą po prostu słuchać tego, o czym dobrze wiedzą: Jezus jest wielki i ofiarowuje ci zbawienie, bo cię kocha. Problemem Jimmy'ego jest jego przeszłość, bo kościół przejął po swoim ojcu, który jest pamiętany jako pastor charyzmatyczny. Zdaje się, że dużo łatwiej jest być księdzem katolickim (przynajmniej w Polsce) aniżeli pastorem w Ameryce. Ksiądz, nawet niewydarzony, pozostaje pod opieką swojej instytucji, podczas gdy pastor musi bardzo liczyć się ze swoją kongregacją, której członkowie chętnie zagłosują nogami, jeśli konkurencja będzie proponować lepsze ciasta po niedzielnej mszy. Pastora i księdza wiążą niby podobne moralne zasady, bardziej restrykcyjne niż przeciętnego wierzącego, ale nie bądźmy naiwni, księdzu w Polsce łatwiej ujdzie skandalik obyczajowy, zwłaszcza taki z gatunku „wszyscy przecież wiedzą, ale co w tym złego” (do dzisiaj pamiętam rozmowę z parafianami o ich księdzu, który współżył sobie z młodą dziewczyną - „Gdzie byli jej rodzice?”, pytali, bo o rodziców księdza któż by pytał). Amerykański pastor ma być wzorem cnót, powinien mieć wspierającą go żonę, jak Jimmy, może nawet w ramach dobroczynności udzielać schronienia zabłąkanym nieszczęśnikom, ale w żadnym wypadku nie powinien z nimi sypiać. Musi się wydać, więc Jimmy znajdzie wyjście z sytuacji. Żonie może nawet się to spodoba, ale czy Jezusowi, prawdziwej miłości Jimmy'ego? [X]
środa, 3 kwietnia 2019
Piosenki o miłości czyli Les chansons d'amour
Uwaga, będzie dwa i pół spojlera. Pierwszy: śpiewają. Niby tytuł to sugeruje, ale jako ludzie wyrafinowani, czyli zasadniczo nie różniący się od pierwszych naiwnych, nie oczekiwaliśmy z góry, że będzie musical. Generalnie musicale dzielą się na holiłódzkie i boliłódzkie, a reszta to jakieś przeróbki, podróbki i pastisze. W przypadku tego filmu ta ostatnia opcja wydaje mi się wyborem najtrzeźwiejszym, a to dlatego, że śpiew francuskich aktorów jest, by tak rzec, śpiewem ludzi o talencie umiarkowanym, którym oszczędzono popisów wokalnych. Nie oznacza to wcale, że piosenki są złe lub źle wykonane - są po prostu inne. Drugi spojler: Ismael i jego dziewczyna Julie mieszkają razem, a żeby było im weselej, zaprosili do łoża i stołu biseksualną Alice. Rodzina o tym wie i przeżywa w związku z tym umiarkowane męki. Teraz zaczyna się trudność, bo aby powiedzieć cokolwiek więcej o fabule, trzeba mocno spojlerować (spojlerzyć?). Powiem więc tylko tyle, że nasz trójkąt się tragicznie zdekompletuje, co spowoduje wiele smutnych piosenek i dość nieoczekiwane odwrócenie orientacji seksualnej (lub, nazwijmy to ładniej, jej ubogacenie). Będzie więc wątek homo z ładnym bretońskim licealistą. Gwoździem programu było co innego, a mianowicie teksty niektórych piosenek, których autorzy jedli te same grzybki co Iwaszkiewicz, gdy pisał libretto do Króla Rogera. Postanowiłem z tego powodu jedną z piosenek tu uwiecznić.
Cytaty warte ocalenia
Polska ma niezwykle niską dzietność, 221 miejsce pośród 237 państw. Podczas wojny w Polsce było więcej urodzeń na parę. W Syrii teraz jest więcej urodzeń na parę w czasie tej wojny niż w Polsce aktualnie. (dr Przemysław Witkowski [X, 4:00])
Chciałem tu dodać zgryźliwy komentarz na temat sukcesu programu 500+, ale dane, o których mówi Witkowski pochodzą z 2014 roku (choć odkryłem tu późniejsze dane). A jeśli spojrzeć na wpływ 500+ na dzietność w Polsce, to delikatnie rzecz ujmując - szału nie ma.
Bezdzietni nie powinni zabierać głosu w sprawie dzieci. (Zbigniew Gryglas, poseł Porozumienia, tej partii Gowina, gdyby ktoś nie wiedział)
Nie bardzo chce mi się odsłuchiwać tej rozmowy, żeby wyłuskać wierny cytat, ale sens samozaorania jest oddany. Przypomnijmy: kotny, ale bezdzietny Jarosław Kaczyński wołał, że wara od naszych dzieci. I nie miał ci on na myśli facetów w sukienkach, którzy też bardzo chętnie wypowiadają się na temat dzieci i ich wychowania, choć głowę daję, że argumentu swojego Gryglas by do nich zastosował.
Chciałem tu dodać zgryźliwy komentarz na temat sukcesu programu 500+, ale dane, o których mówi Witkowski pochodzą z 2014 roku (choć odkryłem tu późniejsze dane). A jeśli spojrzeć na wpływ 500+ na dzietność w Polsce, to delikatnie rzecz ujmując - szału nie ma.
Bezdzietni nie powinni zabierać głosu w sprawie dzieci. (Zbigniew Gryglas, poseł Porozumienia, tej partii Gowina, gdyby ktoś nie wiedział)
Nie bardzo chce mi się odsłuchiwać tej rozmowy, żeby wyłuskać wierny cytat, ale sens samozaorania jest oddany. Przypomnijmy: kotny, ale bezdzietny Jarosław Kaczyński wołał, że wara od naszych dzieci. I nie miał ci on na myśli facetów w sukienkach, którzy też bardzo chętnie wypowiadają się na temat dzieci i ich wychowania, choć głowę daję, że argumentu swojego Gryglas by do nich zastosował.
sobota, 23 marca 2019
Copa 181
Niszowość tej produkcji widać najbardziej po tym, że w dostępnych w sieci opisach nie ma imion bohaterów. Okej, będzie bez imion, bo mi wyleciały z głowy. Przez dłuższy czas doskwiera nam niedosyt informacji, bo trudno odgadnąć, czy para głównych bohaterów jest małżeństwem. Ostatecznie raczej tak, ale nie wiemy na pewno. Ona próbuje być diwą operową, która ma wcielić się w Carmen (a ciała ma pod dostatkiem). Niby nieźle śpiewa, ale włączcie sobie zaraz po filmie profesjonalne wykonanie, a usłyszycie różnicę. Prawda w oczy kole, babka przestrzeliła ze swoimi możliwościami, ale wkrótce potem zajmie się tym, w czym jest dobra - muzyką popularną. Jej mąż prowadzi sklep z żelastwem czy czym tam, ale istotą jego życia są wizyty w riodeżaneirowej (od Rio de Janeiro) saunie, której nazwa jest w tytule filmu. Nie jest to tylko sauna, a raczej - jest to wiele innych miejsc poza samą sauną. Przede wszystkim dojrzali mężczyźni mogą tutaj wynająć młodszych do seksu, stawki od osiemdziesięciu reali do dwustu (real to praktycznie tyle co złoty). Poza tym organizuje się tutaj koncerty dla półnagiej męskiej publiczności. W naszym wypalonym małżeństwie panuje spokój, ale - jak się należy domyślać - dwa światy, w których żyje mąż, w końcu się zetkną. Co z tego wyniknie, opowiem kiedyś przy wódce, a tu tylko zdradzę, że końca świata nie będzie, żadnego z dwóch.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



