Nie wiem po co ten tytuł

              

piątek, 3 listopada 2023

Obrona przed relatywizmem czyli chrześcijańskie absurdy moralne

Idea odpowiedzialności zbiorowej


...czyli grzechu pierworodnego. Wszyscy jesteśmy winni z powodu postępku Adama i Ewy, choć nie mieliśmy najmniejszego wpływu na przebieg tych wydarzeń. Inna sprawa, że nauka wyklucza istnienie pierwszej pary ludzi, więc jedyna możliwa interpretacja upadku człowieka to metafora. Jezus zatem poświęcił się za metaforę, ale grzechu pierworodnego w ten sposób nie usunął. Grzech pierworodny jest wymysłem dość późnym, bo z wieku piątego. Był to pierwotnie prywatny pogląd św. Augustyna, który włączono do doktryny. Z punktu widzenia obserwatora zewnętrznego względem religii całkiem jasne jest, dlaczego tak uczyniono. Kościół niniejszym jeszcze mocniej uzasadnił potrzebę swojego istnienia, będąc jedyną instytucją, która prowadzi ludzi do zbawienia oferując chrzest jako rytuał zmazujący rzekomą winę grzechu pierworodnego.

Idea nieskończonej kary

Chodzi rzecz jasna o piekło. Ciekawe, że są dobre doktrynalne podstawy, by uważać, że piekło nie będzie trwało wiecznie, co wynika z Apokalipsy św. Jana, ale wizja wiecznych mąk, od których zbawia Kościół, lepiej przemawia do wyobraźni. Tej idei nie ma w Starym Testamencie, co sprawia, że bardzo trudno myśleć o moralnej przewadze Nowego Testamentu nad Starym. Moja dość podstawowa intuicja moralna wskazuje na to, że nawet Hitler i Stalin nie zasługują na wieczne męki. Najlepsze jest jednak to, że według doktryny katolickiej los Hitlera i Stalina podzielą te szerokie rzesze (Bogu ducha winnych) ludzi, którzy znają przesłanie tej religii, ale go nie akceptują. Ci, którzy nie znają, zapewne też nie trafią do nieba, ale cytując stary czeski mem, „tento problem dojebal system” chrześcijański, więc najlepsza odpowiedź to „trochę trafią, trochę nie trafią” lub „trafią, ale będą mieć gorsze wi-fi i ciepłą wodę tylko od ósmej do dziewiątej dwadzieścia”.

Idea ofiary zastępczej

Poświęcenie się dla innych jest zawsze godne podziwu, choć z podziwem dla ofiary Jezusa bym nie przesadzał. Skoro był Bogiem, to wiedział, co się wydarzy, w szczególności że zmartwychwstanie, więc cała ta męka to jest jedynie przedstawienie, a nie prawdziwa śmierć. Na tych warunkach i ja gotów byłbym dać się ukrzyżować, gdyby to miało odmienić świat na lepsze. Jeśli Jezus był człowiekiem bez boskich mocy i umarł naprawdę, to oczywiście żałujemy, że do tego doszło, ale przecież nie on jeden padł ofiarą mordu sądowego lub innej niesprawiedliwości. Żałujemy Sokratesa, Morusa czy Kolbego. Oczywiście nie postać ofiarnika jest ważna w tym miejscu, a niegodziwość systemu, w którym dopuszcza się ofiarę zastępczą. Czy fajnie byłoby żyć w świecie, w którym - dajmy na to - morderca chodzi wolny, bo jego matka zgodziła się być usmażoną na krześle elektrycznym zamiast niego? Dodajmy ten absurd dodatkowy: łaska, którą Bóg obdarzył świat po „śmierci” Jezusa, spłynęła na ludzi właśnie dlatego, że dopuścili się na nim ohydnej zbrodni.

Idea bezwarunkowego uwielbienia

Dlaczego mam być wdzięczny Bogu? Za co? Za świat? Owszem, świat bywa miły, bywa zachwycający, ale też okrutny i nieprzewidywalny, pełen raków, dżum, covidów i trzęsień ziemi. Chrześcijanie mogliby podsunąć wiele innych powodów, by okazywać wdzięczność Bogu, ale nigdy nie uda im się zatrzeć tego, że uwielbienie Boga jest konieczne do zbawienia. Istota, która w tak patologiczny sposób domaga się wychwalania siebie samej, już z tego jednego powodu zasługuje na rezerwę (w ujęciu łagodnym) lub wręcz na wzgardę. I też na odrobinę współczucia, jakie na przykład okazałbym nauczycielkom, które krzykiem domagają się od uczniów szacunku dla siebie. Posłuch może w ten sposób osiągną, ale szacunku niemal na pewno nie.

Idea zbrodni bez ofiar

Na tym polu chrześcijaństwo doznaje największych klęsk, co prowadzi do odpływu wiernych, zwłaszcza młodych. Rozumiem, że Bogu nie podobają się rozwody (tylko w NT, bo w ST rozwody są cool), masturbacja lub seks homo, ale brutalna prawda jest taka, że poglądy Boga rozmijają się coraz bardziej z tym, co sądzą na te tematy zwykli ludzie. Niemal wszystkie religijne moralne postulaty są formułowane jako arbitralne sądy, których nie trzeba uzasadniać. A kiedy teiści biorą się za ich obronę, to zwykle używają argumentów niereligijnych (najczęściej cytując wątpliwe badania lub przestarzałe naukowe teksty). Tymczasem wedle współczesnej wiedzy masturbacja jest zjawiskiem najzupełniej normalnym i nieszkodliwym (w granicach rozsądku, nadmiar nigdy nie jest wskazany, nawet w modlitwie). Nie jest zrozumiałe, czemu ślubu nie mogą zawrzeć pary kochających się kobiet lub mężczyzn, które funkcjonalnie nie różnią się niczym od bezpłodnej pary hetero. Piszę na wszelki wypadek: jeśli ktoś zwróci mi uwagę, że rozwody wiążą się z cierpieniem, to się zgodzę, ale przecież w wielu sytuacjach rozwód jest lepszym wyjściem niż trwanie w nieszczęśliwym małżeństwie. Inne zbrodnie bez ofiar, z którymi zupełnie bez sensu walczy Kościół, to Harry Potter lub Halloween. A wisienką na torcie jest polska policja ścigającą dziecko za zbezczeszczenie hostii.

Na koniec słówko o meta-idei wyprowadzania „absolutnych” wartości moralnych z tekstów „natchnionych”, co nie jest specyficzne dla chrześcijaństwa. Wszystko wskazuje na to, że te „absolutne” wartości nie są wcale absolutne, lecz dobierane według aktualnych potrzeb. Według Biblii jedzenie krewetek jest równie godne potępienia, co seks homo (ale niewolnictwo już nie, ono jest ok). Jedną z bezczelnych tez chrześcijan jest pogląd o wartościach chrześcijańskich jako podstawie współczesnej moralności. Przypadkiem wiele szeroko rozpowszechnionych intuicji moralnych (nie kradnij, nie kłam itd. - nb. tego ostatniego NIE MA wśród dziesięciu przykazań, jest tylko „nie kłam w pewnych okolicznościach”), które można sensownie wywieść z perspektywy ewolucyjnej, współbrzmi z chrześcijańskimi, ale wiele innych - nie. Odwołanie do wartości „absolutnych” jest atrakcyjne, bo sprawia, że oponenci wyglądają na desperatów podważających fakty. Ale czy istnieją „fakty moralne”? Lekko wątpię, a to dlatego, że nie zetknąłem się z żadnym prawem moralnym, od którego nie byłoby jakichś odstępstw lub które nie wymagałoby doprecyzowania. Dla przykładu: czcij ojca swego i matkę swoją. No jasne, czcij ojca, który, powiedzmy, zapłodnił i się zmył, i matkę alkoholiczkę, której odebrano dziecko, kiedy miało pięć lat.

poniedziałek, 30 października 2023

Tolkien (fabularny film biograficzny)

Ta pozycja filmowa mnie nieco zirytowała, ale wkurzenie moje nie jest bezzasadne. Mam taki pogląd, że biopiki (od biopic, angielskiego określenia filmów biograficznych) powinny być ciekawe w oderwaniu od postaci, którym są poświęcone. Czy Tolkien dowozi w tym względzie? Śmiem twierdzić, że nie. Młody pasjonat języków starogermańskich musi oderwać się od swojego ulubionego zajęcia, by wziąć udział w wojnie. Przedtem mamy jakieś tło i przyjaciół, którzy w większości tragicznie zginą. Na nasze szczęście Tolkien ocalał, dzięki czemu mamy Hobbita, Władcę pierścieni i inne książki, które - wbrew krytykom zgrzytającym zębami - są czytane często i chętnie (w odróżnieniu od rzeczy cenionych przez krytyków). Według filmu Tolkien wrócił z wojny okaleczony psychicznie, co podobno znalazło wyraz w jego twórczości (a pośród frontowych dymów przed oczyma Tolkiena ukazują się powidoki Balrogów). Książki Tolkiena czytałem bez znajomości jego biografii, a zapoznanie się z nią (historią w sumie banalną, bo podobne losy były udziałem setek tysięcy) nic nie zmieni w moim stosunku do twórczości pisarza. Maniacy mogą wmawiać, że te wszystkie wojny i bitwy u Tolkiena są echem jego przeżyć, ale doprawdy nie trzeba mieć takich doświadczeń za sobą, wystarczy tylko przekartkować parę podręczników do historii. Na koniec zachowałem gwóźdź programu, czyli słowa samego Tolkiena ze wstępu do Władcy pierścieni.
Moja opowieść nie jest alegorią ani aluzją do aktualnych zdarzeń i sytuacji. (...) wojna rozpoczęta w 1939 roku oraz jej konsekwencje nie wywarły żadnego wpływu na jej [tj. książki] treść, a jeśli ją zmodyfikowały, to jedynie w znikomym stopniu. (...) z całego serca nie cierpię alegorii we wszelkich formach i zawsze jej unikałem, odkąd osiągnąłem z wiekiem przezorność, która mi umożliwia wykrywanie jej obecności.

niedziela, 29 października 2023

Asteroid City

Zacznijmy od największej zalety/wady (niepotrzebne skreślić) tego filmu. Wszystko w nim, od fabuły po postacie jest maksymalnie sztuczne i papierowe. Tatuś trojga dzieci mówi im, że ich mama zmarła dwa tygodnie wcześniej - oglądamy to z emocjami bardziej stonowanymi niż te, które towarzyszyły mi dzisiaj przy obieraniu grejpfruta. Są lata pięćdziesiąte, w Asteroid City trwa zlot uzdolnionej naukowo młodzieży, w czasie którego dochodzi do zdarzenia wstrząsającego - jak odebraliby to zwykli ludzie, a bohaterowie jak gdyby nigdy nic, nadal flirtują, nadal wcinają breakfasty i lunche, a uzdolniona młodzież gra w swoją dziwną grę, od której atrakcyjniejsze wydaje mi się czyszczenie kibli. Wspomniany wcześniej tatuś nawiązuje romans z gwiazdą kina, czemu sprzyjają warunki lokalowe jakby wyjęte wprost z pięknego snu patodewelopera. Mamy też drugi plan, czyli szarą rzeczywistość pokazaną w ujęciach czarno-białych, w których widzimy realizatorów inscenizacji wcześniej wspomnianej fabuły. Zdaje się, że jeden z odtwórców głównych postaci dostał rolę, bo przespał się producentem (a może reżyserem). Nawet jeśli, to jako aktor wypadł świetnie. Obejrzałem więc kino pięknie wystylizowane, koncepcyjnie dopieszczone, ale kompletnie nie angażujące widza emocjonalnie. Czy to źle? Niekoniecznie, w końcu o takich Dziennikach gwiazdowych Lema można by rzec coś podobnego (czy ktoś w ogóle mógłby zasmucić się lub ucieszyć jakimś zwrotem akcji w przygodach Tichego?). Dzienniki jednak tym różnią się od filmu, że nie udają głębi, są bezpretensjonalne. O Asteroid City tego bym nie powiedział. Nie wiem, czy ogarniam do końca przeslanie, ale dzień czy dwa po obejrzeniu coś mi ciągle brzęczało w tyle głowy. Kolejne postacie powtarzają to samo objawienie: nie możesz przestać śnić, skoro nie zacząłeś. I wtedy właśnie...

La più bella canzone italiana...

...czyli najpiękniejsza włoska piosenka to Via con me Paolo Conte. Oto najlepszy znany mi cover w wykonaniu Claudia Capéo.

sobota, 28 października 2023

Skutki częściowego zaćmienia

Pamiętasz, była jesień
Mały hotel "Pod Różami", pokój numer osiem
Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz
Na schodach niecierpliwie
Całowałeś po kryjomu moje włosy...
- Łonowe? - Tak sobie domniemują w kręgach oddalonych od elementarnej przyzwoitości. Istotnie, jak dodanie do miłości słówka „analna” odsłania nowe perspektywy, tak zwyczajne włosy, jeśli dodać, że „łonowe”, tracą swój prostolinijny wdzięk. Przypomnijmy sobie chociażby tę duszę pana Cogito, która czesała włosy przed lustrem... Skąd takie skojarzenia, nie wiem. Raczej nie z powodu świeżo przeczytanego, pierwszego tomu tetralogii, w którym pewna femme fatale uświadomiła sobie nędzę swojego żywota i zbiegła do kibucu, gdzie schłopiała. (Nie, nie zmieniła płci kulturowej, lecz stan społeczny.) Jest szansa, że w tomie drugim bohaterem będzie homme fatale. Chwilowo homme fatale kojarzy mi się z poniższym.
  

poniedziałek, 23 października 2023

Randka, bez odbioru czyli Ghosted

Ghosted
znaczy coś w stylu „olany”, ale to nic. Olany został niejaki Cole, romantyk, któremu nie przeszkadza seks na pierwszej randce. Wybranką jego członka jest Sadie, dopiero co poznana. Rację ma siostra Cole'a, że znowu spartoli będąc mega nachalnym gostkiem, który nęka Sadie dziesiątkami esemesów (wliczając w to emoty). Ponieważ Sadie nie daje znaku życia, Cole udaje się za nią do Londynu, chcąc sprawić jej niespodziankę (wcale nie wydałby się jeszcze bardziej denerwującym namolem, nie?). Skąd wiedział, gdzie ją namierzyć? Tego durnego detalu fabuły nie zdradzę, za to powiem, że od tej pory akcja rusza z kopyta. Cole wpada w środek szpiegowskich intryg z seriami walk, pościgów i jadowitymi owadami. Stawką jest ocalenie ludzkości. (Znowu? 🥱) Jest „funny cha cha”, bo Cole nie jest agentem, ale Sadie owszem i dzięki niej uratuje tyłek, choć nie jest to wysoka pozycja na liście jej priorytetów, co będzie tematem przekomarzań. Koń się nie uśmiał, tylko patrzył z lekkim zakłopotaniem, bo film jest całkiem nieoryginalny, choć gdyby nie to, że jest pińcet piździesiątą wariacją na temat, to rzeklibyśmy: dobre to! Jest też inny powód, że tak nie powiemy. Film z Evansem, na którym nie zobaczymy jego klaty, jest po prostu marnowaniem materiału ludzkiego. Takiej nierozumnej strategizacji priorytetów wybaczyć nie sposób.

piątek, 20 października 2023

Szczęście dla początkujących czyli Happiness for Beginners

Podobno indywidualny poziom poczucia szczęścia zależy dużo bardziej od pracy gruczołów niż od naszej woli, co dziwne nie jest, ale też słabo zależy od warunków życiowych. Pamiętamy panią Jadwigę na zasiłku, która opowiadała w telewizji o swoim udanym życiu pośród przyjaciół, którzy wspomogą ją w biedzie. Potem było cięcie na prokurator Natalię, która siedząc za kółkiem mazdy uświadomiła nam, że ludzie pracujący w wymiarze sprawiedliwości nie są w stanie godnie żyć za swoje wynagrodzenie. „Sytuacja jest krytyczna” - rzekła. Mocno wątpię, że Natalia zmieni zdanie pod wpływem Szczęścia dla początkujących. Głównym łososiem mojego zwątpienia jest to, że choć film stara się być momentami bardzo poważny, to wygląda raczej na kpinę, bo tak odbieram modne lajfstajlowe kołczingi. Że niby pojadę na pieszą wycieczkę w te Appalachy z przypadkowymi ludźmi i to zmieni moje życie? A ludzie okażą się nieprzypadkowi, bo jeden z nich, facet dojrzały, jest skrycie zakochany w głównej bohaterce. Ona zrazu będzie popychadłem, ale w momencie próby zachowa zimną twarz, czy jak to się mówi. Po drodze będziemy sobie wyznawać nasze niemiłe przypadłości i wspominać niechlubną przeszłość i to nas zbliży. Scenariusz powstał z kartek wydartych z pamiętnika jakiejś panny idealistki o umyśle czystym, niezbrukanym sarkazmem czy ironią. Jeszcze nie dorosłem do tego rodzaju twórczości.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger