Nie wiem po co ten tytuł

              

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Angelo

Czego to ja się nasłuchałem o tym filmie, zanim zdecydowałem się zobaczyć! Krytyka oświecenia, obnażenie jego obłudy i rasizmu... Gdyby mój pogląd na oświecenie miał wypływać z tego tylko filmu, to może i tak. Realia miejsca i czasu są bardzo niejasne, dopiero po obejrzeniu dowiedziałem się, że Angelo to postać prawdziwa i że naprawdę zainteresował nim się cesarz Leopold. Widz nie jest zanadto scenograficzne rozpieszczony, niektóre ujęcia kręcone są w szopach z widocznymi instalacjami elektrycznymi, zapewne je wtedy zakładali, bo a nuż się przydadzą. Co ciekawe, kostiumy są dobrane starannie. Sam Angelo był projektem pewnej hrabiny (lub księżnej), która postanowiła pokazać światu, że można wychować czarnoskóre dziecko na człowieka oświecenia. Pierwszy Angelo zmarł dość szybko, ale z drugim już się udało. Rolą Angela było spełnianie oczekiwań, bo to przecież był projekt, ale zauważę nieśmiało, że i dzisiaj często tak traktuje się dzieci. Jako chłopiec Angelo narozrabiał z papugami (irytujące, bo w sumie nie wiemy, co się stało), za co dostał rózgą po tyłku. Akurat ten oświeceniowy standard podoba się dzisiaj wielu naszym prawiczkom. Jako młody mężczyzna Angelo zostanie ukarany za seks z kobietą z dworu. Usłyszy uroczą formułkę „twoje usługi nie są nam już potrzebne”, jak wielu pracowników dzisiejszych korporacji. Z dalszego ciągu wynika jednak, że jakoś sobie w życiu poradził jako wolny człowiek. Jak na tamte czasy, kiedy za oceanem Murzyni byli czyjąś własnością, bardzo to postępowe, więc ów filmowy obrazek jest wręcz laurką dla Europejczyków XVIII wieku. Łatwo jest się zgodzić, że pośmiertny numer, jaki został wyrządzony Angelowi, jest zdecydowanie godny potępienia. Prócz tego, gdybym miał gdzieś wyraźnie zauważyć rasizm, byłby to ubiór Angela, któremu dobierano stroje jasno mówiące: nie jesteś jednym z nas. Jeśli to jest ostry rasizm i hipokryzja, to zapewne tylko według standardów naszej epoki, które rzutowane wstecz ukazują moralne dno. Nie łudźmy się, nas też to czeka, kiedy za dwieście lat będzie się o nas wspominać (o ile będzie). Mam w pamięci przykład pisarza Wellsa, tego od Wehikułu czasu, który snuł wizję przyszłości wolnej od niższych ras ludzkich. Był to facet uważany przez współczesnych, czyli jakieś sto lat temu, za umysł światły i postępowy. Stawiam wniosek, aby przestać pitolić o obłudzie oświecenia, mamy jej pod dostatkiem w czasach nam bliższych. Mało tu mówiłem o samym filmie z punktu widzenia widza, a należałoby zauważyć, że jest on zrobiony (film, nie widz) tak, jakby twórca założył sobie, że ma być możliwie sucho i nieciekawie. Ekran 4:3 akurat mało ma tu do rzeczy, bo widywałem fascynujące filmy w takim formacie.

Polska Rzeczpospolita Heterobananowa

Nasza Rzeczpospolita odnotowała nowe sukcesy. Właśnie mamy niewidzialne dla państwa dziecko, któremu nie można przyznać peselu, bo w brytyjskim akcie urodzenia są dwie mamy [x]. Z kolei rządzące w Polsce banany interweniują na szczeblu rządowym, bo dziecko niezbyt udanej polskiej matki ma być w Wielkiej Brytanii oddane do adopcji parze homo [x]. „P”i„S”-owska większość sejmowa na czele Komisji Polityki Społecznej i Rodziny obsadziła panią Biejat z lewicy. Miało to zapewne związek z ewentualnym poparciem lewicy dla zniesienia trzydziestokrotności, ale sprawa się zdezaktualizowała i narodził się pomysł, aby proaborcyjną Biejat zastąpić Dominiką Chorosińską, której życiowe osiągnięcia publikuję poniżej. Mnie osobiście w sumie zwisa, co robiła Chorosińska ze swoim życiem, ale mam dużą pewność, że gdyby ktoś znany publicznie miał podobny życiorys, ale był gejem nieprzychylnym obecnie rządzącym bananom, to zrobiono by z tego wielkie halo. Bardzo to dziwne, że rządzący chyba się po cichu wycofali z pomysłu zmiany przewodniczącej. Nie mają jeszcze tego tupetu króla Henryka IV, który publicznie srał do kominka.

Ka Bodyscapes

Nieboliłódzki film z Indii to wciąż coś świeżego. Można liczyć na chropowatość, niedopowiedzenia i nieschematyczność typową dla produkcji niszowych, za to w egzotycznym pejzażu. Wiem, że gejom w Indiach nie jest lekko, całkiem niedawno przecież zniesiono kary za stosunki homo. Swoją drogą, wydawałoby się, że w kulturze, w której seks nie jest tabu religijnym (nawet transseksualizm mają w mitach), powinno być więcej tolerancji. Dzisiaj chodząc po tamtejszych muzeach i zabytkach trudno jest się domyślić, że przez parę wieków byli rządzeni przez Anglików, tę kartę z historii wygumkowali, ale z czasów kolonialnych upodobali sobie dyskryminację gejów i ją hołubią, jak wiele innych niegdysiejszych angielskich terytoriów zależnych. W pewnych aspektach fabuła jest mało wyraźna. Nie bardzo wiemy, jak artysta Haris poznał Vishnu, jakie łączy ich uczucie i czy w ogóle jest jakiś seks. Chyba jest, bo w jednej ze scen chłopcy już mają się całować, ale właśnie ktoś zadzwonił do drzwi, więc nie trzeba pokazywać tego, co nawet w wersji heteroseksualnej uchodzi w hinduskim kinie za niezwykłą rozpustę. Niechęć do gejów jest rozłożona nierówno, bo ku naszemu zaskoczeniu właściciel galerii sztuki (bądź jej dyrektor) z entuzjazmem przyjmuje prace Harisa, choć nie ustępują one w swej odwadze rysunkom Toma of Finland. Satelitarny wątek Sii nie jest dla mnie klarowny, zapewne chodzi o opresję kobiet podporządkowanych mężczyznom. W każdym razie Sia nie ulega, wynosi się z domu, na oko dość zamożnego, i tak zaczęły się nieszczęścia. Jasne jest, że ten film jest głosem protestu w obronie gejów i kobiet, miejmy nadzieję, nawet tę lichą, marną, że coś się zmieni na lepsze. I tu, i tam.

Chrobot (Tomasz Michniewicz)

Pomysł zakrawa na kpinę, bo cóż mnie obchodzi życie zwykłych ludzi gdzieś w dalekich krajach, skoro Ilona, żona dla rolnika, pokazala się bez sztucznych rzęs, a prawda o małżeństwie Kamińskiego i Sieńczyłło wyszła na jaw. Zastanówmy się... Czy nie jest tak, że wszystkie te szoki i skandale w świecie celebrytów są odlewane wszędzie z tych samych foremek? Sztuczne rzęsy mogłaby równie dobrze zdjąć Ariana Grande, a cokolwiek przydarzyło się w słynnym małżeństwie, z dużym prawdopodobieństwem jest wyjęte ze zużytego i niezbyt obszernego katalogu zgorszeń powtarzających się monotonnie w czasie i przestrzeni. Tymczasem życie zwykłych ludzi bywa zdumiewająco niezwykłe, jeśli tylko wyściubimy nos poza naszą zagrodę. Bohaterami, których życie poznajemy od dzieciństwa do dorosłości, są: biały Zimbabwejczyk, Ugandyjka, Hinduska, Kolumbijka, Japonka, Stanozjednoczeniowiec i Fin. Bardzo to ciekawe, bo można sobie porównać życie u nas i gdzie indziej. Niby biednie w tej Ugandzie, ale chętnie byłbym członkiem społeczności, która w swym ubóstwie jest w stanie uskładać około dwudziestu tysięcy dolarów, aby wysłać na leczenie do Indii wiejską bidulkę, która na pewno nigdy tych pieniędzy nie odda. Że dobrobyt w SZA jest przereklamowany, wiem już od dawna, i że w zestawieniu z Finlandią SZA jest „shithole country”, jak raczył się wyrazić prezydent Trump o krajach, z których najwięcej imigrantów przybywa do Stanów. Nigdy wcześniej nikt mi nie uświadomił fenomenu tamtejszych szkół: niemal wszystkie interakcje między uczniami mają miejsce w szkole, a poza nią nie ma kontaktów, bo do tego trzeba by mieć samochód, gdyż transportu publicznego w supermocarstwie nie ma. W związku z tym można sobie zgrywać kogoś, kim się nie jest, skoro nikt nie zobaczy, jak mieszkasz, i udawać, że twój tatuś jest - przykładowo - znanym w świecie testerem zjeżdżalni wodnych, a tymczasem masz dwie mamusie. Nie ulega wątpliwości, że poziom życia w Finlandii jest wyższy od naszego, ale kosztem lata, które jest najpiękniejszym weekendem w roku, jak mawiają Finowie. W Japonii też jest niby lepiej, ale mam absolutną pewność, że tamtejszy model życia jest najgorszy ze wszystkich opisanych w książce. To podobno powoli się zmienia, Japończycy mogą dzisiaj sami sprawdzić, jak żyje się gdzie indziej i że nie muszą się godzić na to, aby od pierwszych lat szkoły dać się wprząc w kierat parunastugodzinnej pracy dzień w dzień (albo raczej fundować taki los swoim dzieciom). Sądząc po zakończeniu, mocnym, choć niejednoznacznym, autor zgodziłby się że mną. Dwie z opisanych postaci są nawet na swój sposób sławne, mowa o Reillym Traversie z rezerwatu Imire w Zimbabwe oraz o Ugandyjce Marggie, która założyła własny fundusz dobroczynny. Bardzo ciekawe są krótkie felietony autora, rzut oka z wysoka na okoliczności, które wpływają na życie bohaterów. Nasze też. Przytaczam fragmenty.

[52%]
Gdy tylko któryś kraj afrykański planuje otwarcie rynku dla tańszych leków, wielkie koncerny farmaceutyczne wypowiadają mu wojnę. Domagają się zakazu, wskazując na prawa patentowe i własność intelektualną. Zarzucają rząd sprawami sądowymi i postępowaniami przed międzynarodowymi trybunałami. Procesy trwają latami, sztucznie przedłużane, byle wyrok nie zapadł za szybko.

Zachodnie firmy farmaceutyczne aktywnie zwalczają leki generyczne na każdym odcinku, od zakładów produkcyjnych, przez łańcuch sprzedaży, po skuteczną presję wywieraną na ustawodawcach w krajach afrykańskich, którzy przepisami regulują rynek. Bez odpowiednich ustaw nie można dystrybuować tanich leków. Odpowiednie ustawy łatwo zablokować, „prośbą” lub groźbą. Często wystarczy przekonać odpowiedniego ministra. To łatwe i tanie.

Przedstawiciele Big Pharmy nie ukrywają, że głównym celem ich firm jest zwiększanie zysku akcjonariuszy. Badania wskazują, że tego efektu nie osiągają poprzez śrubowanie sprzedaży czy wejście na nowe rynki, lecz podnosząc cenę leku przy jednoczesnej obniżce kosztów jego produkcji.

Pfizer, jedna z pięciu największych firm farmaceutycznych świata pod presją międzynarodowej krytyki ogłosiła w 2007 roku swój „flagowy program filantropii” – Mobilize Against Malaria. Przez pięć lat w trzech afrykańskich krajach prowadziła kampanię na rzecz leczenia malarii. Niedługo później odtrąbiła wielki sukces. Ten program kosztował firmę piętnaście milionów dolarów, trzy miliony rocznie.

Roczny zysk Pfizera to dwadzieścia miliardów dolarów.

To ponad dwa razy więcej niż roczny budżet Ugandy.

[64%]
Był niedawno taki przypadek. Właściciel sklepu internetowego sprzedawał sprzęt outdoorowy. Przeczytał gdzieś, że jakaś muzułmanka postulowała, by więcej restauracji podawało dania bez wieprzowiny. Skomentował to u siebie, wieszając obrazek amerykańskiej flagi zrobionej z boczku, z napisem „Bacon America Great Again”.

Klienci w sieci zaczęli przyznawać jego sklepowi po jednej gwiazdce. Ogólna ocena sklepu poszła natychmiast ostro w dół. Strasznie się wściekł. „Korzystam z prawa do wolności słowa!”, grzmiał. „My też”, odpowiedzieli oni.

[74%]
Japońskie listy przebojów podbiła Hatsune Miku. Miała szesnaście lat, króciutką plisowaną spódniczkę, długie getry oraz zielone kucyki do kolan.

Hatsune Miku to artystka, która nie istnieje.

Została zaprojektowana w cyfrowej rzeczywistości jako śpiewający syntezator mowy firmy Yamaha. Ma wygląd postaci z gry komputerowej. Wydaje płyty, pojawia się w teledyskach, można kupić mnóstwo gadżetów z jej podobizną.

Hatsune Miku daje też koncerty, nawet na dużych festiwalach. Na scenie pojawia się hologram, który rusza się i „śpiewa” piosenki. Towarzyszy mu zespół zawodowych muzyków, którzy grają jak gdyby nigdy nic. Pod sceną tłum powtarza refreny, podskakuje i oklaskuje komputerową postać. Hatsune Miku występuje przed tysiącami ludzi.

Jest idolem na miarę czasów. Zawsze będzie miała szesnaście lat i króciutką spódniczkę. Nie rozkaprysi się, nie pójdzie w narkotyki, nie narobi problemów. Może grać to, czego zażyczą sobie słuchacze, albo nawet to, czego każdy z nich sobie zażyczy. Może występować w milionach wersji dopasowanych do indywidualnych preferencji. A gadżety i płyty sprzedaje tak samo jak żywy artysta.

[78%]
Gdy giną ludzie, wkracza Zachód i jego „społeczność międzynarodowa”. Jeśli to się opłaca. Na Bliskim Wschodzie jest ropa. Na Filipinach nie ma. Tam bomby mogą wybuchać.

Mimo dekad wiary w wolny rynek rośnie też przepaść między kontynentami, a Zachód gryzie sumienie. Czasem reaguje.

Pomoc strukturalna. Pożyczki preferencyjne. Międzynarodowe kredyty rozwojowe.

Nowe narzędzia kolonizacji, chociaż kolonizacja podobno się skończyła.

Bogaty Zachód udziela biednym krajom pożyczek, bez których nie byłyby w stanie zrealizować inwestycji, ruszyć do przodu. Takim pożyczkom towarzyszą jednak pewne obostrzenia. Najważniejsze z nich to:

Inwestycje zrealizują nasze, zachodnie firmy.

Dajemy wam pieniądze, żebyście zatrudnili naszych wykonawców i kupili nasze towary. Innych nie możecie, bo to przecież nasze pieniądze.

„Obdarowany” kraj kupuje więc drożej, niż mógłby, mając wolną rękę, i to, co chce darczyńca, a nie to, co jest mu najbardziej potrzebne.

Na miejscu zostanie droga, którą przez parę lat zachodnia firma będzie wywozić swoje niebotyczne zyski, oraz rynek zbytu dla zachodnich towarów, które w ramach tej „pomocy” udało się na niego wprowadzić. Lokalne firmy nie zarobią nic.

A potem trzeba będzie przecież jeszcze spłacić ten kredyt, i to z odsetkami.

Politycy w różnych krajach lubią budować wrażenie, że podobne metody i manipulacje stosują tylko dawne państwa kolonialne, od zawsze imperialiści, widać nic się nie zmieniło. Co złego, to nie my.

Polska udziela takich pożyczek między innymi Tanzanii, Kenii i Etiopii.

[93%]
Chcą przyjechać, żeby leczyć dzieci, uczyć w szkole, opiekować się dzikimi zwierzętami, chociaż nie mają do tego żadnych kwalifikacji. Znudzony księgowy chce karmić nosorożce, programista z Francji uczyć sieroty angielskiego.

A czy w twoim kraju ktoś by ci na to pozwolił?

W większości przypadków wolontariusz to więcej problemów niż pożytku. Trzeba uważać, żeby czegoś nie zepsuł, nie zrobił komuś krzywdy, żeby dzieci w sierocińcu się do niego za bardzo nie przyzwyczaiły, bo zaraz przecież zniknie. Zabierze zdjęcia i wzruszenia, a zostawi po sobie dziurę.

Wolontariusz musi coś jeść, spać w niezłych warunkach, mieć internet i czas wolny. Żaden nie będzie pracował szesnaście godzin bez przerwy, jak miejscowa pielęgniarka, jadł raz dziennie. Wolontariusz dużo kosztuje. Niewiele w sumie wnosi, niewiele jeszcze potrafi, szybko się męczy, ale czuje się Lekarzem bez Granic.

Dlatego staże w biednych krajach są płatne.

Innymi słowy – płaci się za możliwość odbycia wolontariatu.

W branży o takich wyjazdach nie mówi się zresztą „wolontariat”, raczej „wolonturystyka”. Setki zachodnich agencji robią na niej świetny interes.

piątek, 29 listopada 2019

Opera za trzy grosze w Teatrze Variete

Brecht to niby zatwardziały komuch, ale pamiętamy jego wierszyk Rozwiązanie z czasów NRD, w którym zwrócił uwagę na to, że skoro naród utracił zaufanie władz po powstaniu 17 czerwca, to należałoby naród rozwiązać i wybrać inny. Jakoś mało po linii to było, ale zauważmy, że mógł sobie pozwolić, bo miał status komunistycznego świętego. Znam i kocham songi Brechta w interpretacji Wojnowskiej, a wiele z nich pochodzi z musicali Brechta sprzed drugiej wojny, w tym oczywiście z Opery za trzy grosze. Ciekawe, że niedługo wcześniej widziałem inny spektakl inspirowany Operą żebraczą Gaya, czyli W'Ariacje pożądania w Teatrze Bagatela. W tamtym spektaklu w dość zabawny sposób uwspółcześniono sztukę Gaya, a ogólnie wyszło na to, że gangster Macheath padł ofiarą swoich chuci. W Operze Brechta jest podobnie, nawet mamy Balladę o seksualnej zależności, ale nie w ordynarnym tłumaczeniu Stillera, więc nie usłyszymy, że „W pysk sobie pluje, sam na siebie tupie/ A przyjdzie noc i leży znów na dupie!”. W Pieśni o nieskuteczności ludzkich wysiłków jest pamiętny koncept o człowieku, który chce żyć z głowy swej, ale jeśli ty też chcesz, to zobaczysz, że z twej głowy wyżyje tylko wesz. I ta przepiękna piosenka o Jenny piratce, śpiewana znienacka przez Polly Peachum, więc raczej słabo wkomponowana w fabułę. Jeśli mogę oceniać z głębi swoich nieprofesjonalnych trzewi - wersja Variete jest zrobiona świetnie. Można by rzec, że to tania rozrywka, ale zdaje się, że po niedawnych katastrofach ekonomicznych, za które zapłacili Jaś i Małgosia Kowalscy, podczas gdy prezesi amerykańskich koncernów wypłacali sobie premie z publicznej pomocy, przesłanie Brechta rozumiane jako krytyka kapitalizmu, jakkolwiek toporna, zyskało nową świeżość. I jak tu się nie zgodzić ze stwierdzeniem: czymże jest obrabowanie banku wobec założenia banku?

Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego?

To jest przecież wiara, więc nie muszę tego uzasadniać - powie wierzący. Powiedzmy na początku, że wszyscy w coś wierzymy, nawet jeśli nie chcielibyśmy się do tego przyznać. Na przykład w to, że istnieje świat niezależny od nas i istnieją inne przedmioty i podmioty, ale są to wierzenia konieczne do funkcjonowania w świecie. Wiara w jakiegokolwiek boga nie wydaje się konieczna. Miliony ludzi nie wierzą w boskość Jezusa, czasem nawet nie mają o nim bladego pojęcia i jakoś żyją. (Sam słyszałem Hindusa, który oświadczył, że nie ma pojęcia, o co chodzi w święcie „Christmas”, które mimo to jest jednym z urzędowo ustanowionych świąt w Indiach.) Jako człowiek niereligijny nie widzę żadnej różnicy między twierdzeniami chrześcijaństwa i islamu, jeśli mam rozważać ich prawdziwość. Gdybym miał brać pod uwagę inne względy, to jako pedałek rzecz jasna wybrałbym chrześcijaństwo, najlepiej takie w wersji duńskiej, które przekształciło się w rodzaj klubów dyskusyjnych. Kto wie, może w Danii chodziłbym do kościoła? Wróćmy do tej wiary, która nie wymaga uzasadnienia. Jeśli z takich nieuzasadnionych źródeł mają wynikać prawa ustanawiane w kraju dla wszystkich, to widać, że to jest słabe. Znamy taki kraj? Ja znam. Jak mówi Dillahunty, wiara nie jest wiarygodnym sposobem dochodzenia do prawdy. I pyta: czy jest jakieś twierdzenie, którego nie dałoby się przyjąć na wiarę? Ale przecież Bogu chodzi o naszą wiarę, nie wiedzę, bo gdybyśmy po prostu wiedzieli, gdyby Bóg bezsprzecznie objawił się każdemu z nas, tak jak objawił się Szawłowi, to gdzie byłaby wolna wola, której emanacją ma być nasza ufność w Bogu, bowiem takiego uczucia zrodzonego z wolnej woli On od nas oczekuje. Wyraziłem tutaj stanowisko chrześcijan, być może nie stworzyłem chochoła, z którym teraz zatańczę. W moim najgłębszym przekonaniu to, w co wierzę, nie podlega wolnej woli. To po pierwsze. Zdaje się, że chrześcijanie wierzą w szatana, który bez żadnych wątpliwości wie, że jest Bóg, a mimo to go odrzuca. Możliwe jest więc odrzucenie Boga mimo wiedzy o jego istnieniu. W tym sensie Bóg objawiając się nam nie zakłóciłby naszej wolnej woli (pamiętamy przy tym, jak zatwardzał serce faraona - hm, wolna wola, powiadacie?), bo mógłbym wiedzieć, że istnieje, a mimo to odmówić mu posłuszeństwa - przynajmniej do czasu, aż wytłumaczyłby się z paru zbrodni dokonywanych w jego imię, choćby tych opisanych w Biblii, gdzie wręcz domagał się unicestwienia różnych osób według klucza etnicznego. Pytań do Boga miałbym więcej, na tym poprzestańmy. To był punkt drugi. Trzeci i ostatni jest taki: czemu argument o wierze, która nie powinna być wiedzą, nie stosuje się do Szawła, Mojżesza i całego narodu wybranego, dla którego kontakt z ich Bogiem przez lata był codziennością? Czemuż to Bóg stał się ostatnio taki nieśmiały? Że niby ja dobrowolnie ulegam podszeptom szatana, w którego też nie wierzę? A wszechmogący Bóg przygląda się temu spokojnie i potem wtrąci mnie do piekła na wieczność? Religia, która promuje takie poglądy, sama siebie nazywa religią miłości. To mi przypomina tę partię ze spójnikiem „i” w nazwie, która skutecznie niszczy jakikolwiek sens pozostałych członów nazwy. Jako ciekawostkę przytoczmy pogląd świadków Jehowy, którzy uważają, że nie ma piekła, zamiast tego jest grób dla tych, którzy nie zasłużyli na zbawienie. Dusza w ich pojęciu jest śmiertelna, więc bezbożni, w tym wszyscy katolicy, po prostu umrą. Żeby wypracować tę doktrynę, musieli wykonać parę akrobacji myślowych z Biblią, ale oni z tych, co są w stanie uwierzyć w sześć niemożliwych rzeczy już przed śniadaniem.


Powyżej mamy dwa ujęcia tematu „Nawrócenie św. Pawła”, autorem pierwszego jest evincent, a drugiego - Guido Reni.

I ty powieś sobie Jarosława

Rozumiem, że nasza polska prokuratura pod oświeconym nadzorem słusznie ustaliła, że nie ma się co czepiać narodowców, którzy powiesili portrety paru znanych polityków na symbolicznych szubienicach. Interpretując rozszerzająco ten wyrok, postanowiłem powiesić symbolicznie Jarosława Kaczyńskiego w ramach happeningu, za co nie spodziewam się żadnych szykan ze strony organów. Wyszła mi przy tym incepcja, bowiem oglądamy powieszonego Jarosława, który przygląda się się z uśmiechem wieszaniu bombki choinkowej ze znanym symbolem szczęścia.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger