Nie wiem po co ten tytuł

              

piątek, 5 czerwca 2020

Nieoszlifowane diamenty czyli Uncut Gems

Tytuł polski jest zbyt szczegółowy, bo mrocznym przedmiotem pożądania jest kawałek skały z Etiopii z wtopionymi rzadkim opalami, nie diamentami. Obowiązkowy rytuał przy omawianiu tej pozycji to: Adam Sandler, bla bla bla, podziw, nieszablonowa rola itd. Film jest opowieścią o nowojorskim jubilerze, którego płynność finansowa przywodzi na myśl pływanie w szambie. Nie zawsze tak było, bo przecież Howard jakoś dorobił się tego domu na przedmieściach i mieszkania w mieście, a w tym mieszkaniu kochanka, czyli kolejny niebagatelny punkt w budżecie. Spośród tłumu wierzycieli Howarda wyróżnia się szwagier Arno, który nachodzi biedaka z parą bandziorów. Na początku są całkiem mili, zamykają go gołego w bagażniku jego samochodu lub wrzucają do miejskiej fontanny. Figle, figle. W swojej opłakanej sytuacji Howard ucieka w hazard, co niemal mu się udaje, bowiem stawia na sukces (autentycznego) koszykarza Garnetta, którego w filmie gra on sam. W samej fabule nie dostrzegam świeżości, za to należałoby zapewne docenić walor autentyczności - jeśli ktoś potrafi. Ja doceniam w tym sensie, że cieszy mnie życie, jakie mam, ten „prosty byt pasterzy fok”, którego nigdy nie chciałbym zamienić na szambo, w którym pływa Howard. Film szczególnie relaksujący nie jest, a dodatkowo irytowała mnie w nim muzyka, czyli element, którego zazwyczaj nie dostrzegamy. W duchu afirmacji aspektów peryferyjnych pochwalmy więc film za to, że uświadomił nam, że oprawa muzyczna jednak ma znaczenie.

Kupiec wenecki czyli The Merchant of Venice

Przez lata znałem ten film jedynie z muzyki genialnej Jocelyn Pook. Obiło mi się o uszy, że jest antysemicki. Słowa trzeba ważyć, bo przecież zarzut kierujemy przeciw samemu Szekspirowi. Twórcy filmu jako dupochron zamieścili wzmiankę o szykanach wobec Żydów w szesnastowiecznej, postępowej Wenecji. Cenzurowanie dawnych dzieł pod kątem dzisiejszej wrażliwości to absurd, lepiej patrzmy i wyciągajmy wnioski z wizji świata według światłych głów minionych wieków. Nie ulega wątpliwości, że gdyby dzisiaj ktoś napisał Kupca weneckiego, to posądzenie o antysemityzm byłoby na miejscu. Sposób, w jaki upokorzono Shylocka, i w jaki to rozwiązanie przyczyniło się do szczęścia ogółu, nie budzi miłych skojarzeń. Jasne jest, że podłe miał Shylock zamiary, gdy domagał się wykrojenia funta  ciała kupca Antonia w zamian za długi, choć taka była między nimi umowa. Do zemsty pchnęła go też zdrada córki, której ucieczki przeboleć nie może, ale - jak sugeruje autor - jeszcze bardziej żal mu tych dukatów, które ze sobą zabrała. Film zrobiony jest po bożemu, nie w stylu Tytusa Andronikusa, bez uwspółcześniania, które często Szekspirowi dobrze robi. Najodważniejszy bodaj element to łagodna sugestia, że miłość Antonia i Bassania miała aspekt cielesny, choć jeden z nich jest żonaty, a drugi marzy o żonie. I to z tej wielkiej miłości właśnie zawarł Antonio z Shylockiem tę szaleńczą umowę. Jest poniekąd zabawne, że w tym świecie wykalkulowanych, pisemnych kontraktów tuż obok mamy motyw jak z bajki, w której królewna odda swą rękę temu, kto trafnie odgadnie, jaką z trzech skrzynek otworzyć. I nawet smoka nie trzeba pokonać. Nisko się cenią te królewny ostatnimi czasy.

Wielka (serial)

Czy Katarzyna zrobiła to z dobroci serca? Do dzisiaj pamiętam to pytanie naszej nauczycielki historii. Chodziło wówczas o sprzeciw carycy wobec propozycji rozbiorów Polski, być może tych pierwszych, tego nie pamiętam. Propozycja wyszła od pozostałych sąsiadów Polski. Najpewniej Katarzynie chodziło wówczas o to, że nie ma sensu dzielić się z nikim swoją przyszłą prowincją, na razie formalnie odrębnym terytorium zależnym. Wyobrażam sobie Katarzynę po udanym seksie, rozmyślającą w łóżku. Gdyby ten kraik rozparcelować na trzy, to nadal dostanę największą część, a po takim podziale dużo trudniej będzie Polakom skutecznie walczyć o niepodległość. Gdyby doszło do powstania w którejkolwiek części, to pozostali zaborcy chętnie pomogą je tłumić, a przynajmniej nie będą w tłumieniu przeszkadzać. Tak, róbmy te rozbiory. Do dziś ta dobroć serca mnie bawi. Pięćset lat temu polski Zygmunt okazał dobroć serca, przez co dzisiaj mamy obwód kaliningradzki, tę rakowatą narośl na mapie. Tego rodzaju refleksji w serialu nie ma. Raczek nazwał go kabaretem, ja - wariacją na temat Króla Ubu lub Sigismondo Rossiniego. Australijczyk McNamara, autor sztuki, którą przerobiono na ten serial, przeczytał pieciozdaniową notkę o monarchini w kieszonkowej encyklopedii i powiedział: wystarczy. Jeśliby przeczytał pięć tomów, a potem próbował wiernie to przełożyć na film, to zawsze kręciliby nosem, bo nieścisłości i przeinaczenia. Pomysł okazał się znakomity, bowiem dużo łatwiej jest napisać te dość karykaturalne postaci niż sprawić, aby prawdziwi bohaterowie historyczni stali się interesujący. A może ich nie doceniam? Prawdziwy mąż Katarzyny po pijaku urządził sobie obrzezanie... Podobno serial ma wymowę feministyczną, silna kobieta rozgrywa facetów na swoją korzyść. To uproszczenie, ów cesarz Piotr, choć egocentryczny kabotyn, nie jest znowu takim półmózgiem. Sama Katarzyna jest z początku romantycznym podlotkiem, więc mocno się zdziwiła nocą poślubną. Nie pocałunki w łożu usłanym płatkami róż, lecz pięć minut ruchanka, w czasie którego cesarz omawiał z przyjacielem ostatnie polowanie na kaczki. Osiemnastowieczna Rosja to feministyczna ciekawostka, bo przez więcej niż pół wieku krajem rządziły kobiety. Jedna z przydomkiem wielka, a to nie byle co, bo pierwszy imperator Piotr wysoko ustawił poprzeczkę. Z punktu widzenia interesów rosyjskich Katarzyna była władczynią wybitną. Z Polską pograła obcesowo, jak Polska z Rosją niespełna dwa wieki wcześniej. Teraz zapewne bardzo by się Katarzyna zdumiała widząc, że jej rodzinne miasto Szczecin jest „rdzennie polskie”. Przy okazji serialu spróbowałem sobie wyobrazić, jak na niego zareagują Rosjanie. Bywają przeczuleni, jak w przypadku serialu Czarnobyl (nb. w serialu Wielka pojawia się promieniejący chór dziewcząt stamtąd właśnie!), który oburzył Rosjan, choć trudno to pojąć. Przypuszczam więc, że im się nie spodoba, na przykład z powodu postaci Piotra, który niby jest po rusku głupi, ale w rzeczywistości, jak Katarzyna, był bardziej Niemcem niż Rosjaninem. Z drugiej strony kochanek Katarzyny to jedna z sympatyczniejszych postaci jakie widziałem na ekranie. W serialu nie dostał Orderu Orła Białego, który prawdziwa caryca przyznawała wszystkim kochankom - tak, ten polski order. Mają Rosjanie przynajmniej ten atut, że parę figur z ich historii żyje w powszechnym imaginarium. Biedna Reduta Dobrego Imienia musi bronić polskiego miodu, gdzieś tam mimochodem wspomnianego. Gdybym usłyszał o podobnej inicjatywie w innym kraju, to natychmiast pomyślałbym o leczeniu kompleksów. Nie, żebym miał coś przeciw, róbta, co chceta, tylko uwiera mnie myśl, że najpewniej ktoś na tę terapię sypnął groszem publicznym.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Ziemowit Gowin rapuje

Pojechał nieźle. Hipis Terlecki nazwał Ziemowita „jakimś świrem”. Klip w jutubie ukazał się na profilu Obiektywizmu, głosu polskiego centrum sympatyków myśli Ayn Rand, mocno przereklamowanej pani, proaborcyjnej ateistki uwielbianej w kręgach republikanów w SZA. W swoim rapie Ziemowit ominął temat tej osoby - i dobrze. Nagranie powstało w ramach #Hot16Challenge2, które jest akcją charytatywną na rzecz służby zdrowia, więc niedawny udział w niej Dudusia, który mógł przeznaczyć dwa miliardy na rzeczoną służbę zamiast na TVPiS, budzi uśmiech politowania. Jarosławie Gowinie, syn ci się udał.

Zła edukacja czyli Bad Education

Po pierwsze, ten film w żadnym wypadku nie nawiązuje do filmu Almodóvara pod identycznym tytułem oryginalnym (choć nie polskim). Po trzecie, mamy natrętne skojarzenia z Wrogiem ludu Ibsena, bo dylemat uczennicy Rachel jest odbiciem sytuacji doktora, który ogłaszając swoją niemiłą prawdę rujnuje miłe złudzenia, ale pal sześć złudzenia, źródła dochodów likwiduje. U Ibsena chodziło o uzdrowisko w stylu Rabki Zdroju z jej rekordowymi smogami, a w mieście Roslyn chodzi o szkołę. Co ma szkoła do piernika? To ma, że w SZA przestrzega się rejonizacji szkół, więc dobra szkoła równa się dobra lokalizacja, równa się wysokie ceny parcel i domów, a Rachel może to wszystko zniszczyć, bo wywęszyła finansowe przekręty. Jeśli to wyjdzie na jaw, szkoła straci reputację i cała okolica pójdzie w puta madre. Nie Rachel jest wszelako główną postacią, lecz Frank, który ma złotą rękę, jeśli idzie o podnoszenie poziomu szkolnictwa. A tymczasem u jego boku księgowa Pam radzi sobie nadzwyczaj dobrze, z oświatowej pensji wybudowała wielki dom z basenem. Chyba nikt z widzów nie uwierzy, że przez dwadzieścia lat wpierdzielała z rodziną chleb ze smalcem, żeby ten dom z oszczędności kupić. A Frank, biedaczek, tyra jak wół, cały jego wysiłek ma pójść na marne, więc nie dziwne, że szuka ukojenia w ramionach swojego byłego ucznia. Który tak zupełnie bezinteresownie kocha starszego o ponad dwadzieścia lat faceta. Po czwarte, co się stało z po drugie? Zbiegło mi w rajską dziedzinę ułudy, kędy niepokalany minister Szumowski z kryształowym wiceministrem Banasiem skaczą radośnie trzymając się za rączkę. Na głowie mają kwietne wianki, nad nimi latają motylki, a przed nimi bieży Rachel.

Mayday

Do oglądania polskich komedii przystępuję z drżeniem serca i w ogóle całego organizmu. Patriotycznie kibicuję polskim wyrobom, kaszankom i wytworom popkultury, ale ich producenci nauczyli nas, że nie ma tak depresyjnych oczekiwań, których nie można by zawieść. Nie tylko polska specjalność komediowa to mieszanie żenady z przyzwoitością – i na to powinni się godzić w ogóle widzowie tego gatunku. Problem jest oczywiście w utrzymaniu proporcji. W Mayday wychodzi lekko na plus. Główny bohater Janek jest grany przez Adamczewskiego, aktora, który dojrzewał artystycznie, od roli jakichś mydłkowatych Karoli, którzy byli człowiekiem, do pełnokrwistego bigamisty, któremu sypie się życie. A sypie się, bo w harmonogram zdarzeń wplątuje się wydarzenie losowe, po wieczorze z Basią nie następuje poranek z Marysią, jeden klocek domina przewraca wszystko. W opałach pomaga mu kolega Staszek, który miał milczeć, ale na szczęście tego nie robi, bo jego ułańska fantazja dobrze robi filmowi. Chodzi o ułana na wielbłądzie z mieczem świetlnym. W pewnym momencie robi się niebezpiecznie blisko To nie tak, jak myślisz, kotku, filmu, który od połowy jest nudny, kiedy zupełnie już się zgrał pomysł na nowe kłamstwa, jakie musi wymyślać bohater, a które kompletnie dezorientują widzów. W jednej ze scenek mamy niby to fart jokes po polsku, które zostały obrócone w zabawną scenkę, kiedy nasz bigamista musi udawać geja – i to przed policjantem. Czemu policja ściga Janka – pozostanie to jedną z tajemnic logiki komedii. Co?! Nie ma „logiki komedii”? To może i „logiki religii” nie ma?

poniedziałek, 25 maja 2020

Wojciech Orliński mówi

Wygląda na to, że zakonnica z naszego ukochanego zakonu sióstr pregnantek przechodzących na pasach już weszła na te pasy, już 20 punktów procentowych spadło panu prezydentowi.
[X]

To, przyznaję, nawet lepsze od sióstr artykulantek z Dobrego omenu.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger