![]() |
| Na co patrzy tatuś |
niedziela, 25 grudnia 2016
O co ci chodzi, Huawei?
Śmietanka towarzyska czyli Café Society
Gdybym miał dać radę Woody'emu, to bym mu powiedział, że raczej nie warto w jego wieku trzymać się zasady, że co rok to prorok, czyli nowy film. Bobby z Nowego Jorku chce spróbować swoich szans nad drugim oceanem, gdzie jego wuj jest szychą w przemyśle filmowym lat (chyba) sześćdziesiątych. Dla zagonionego wuja jest zadrą w dupie, ale w końcu dochodzi do spotkania, także zetknięcia się Bobby'ego z sekretarką wuja, olśniewającą pięknością graną przez Kristen Stewart - obsadowy oksymoron. Sytuacja jest trochę jak w jednej z wersji opowieści Grodzieńskiej o spotkaniu z Jurandotem. Spotkałam go na raucie, a potem przypadkowo na ulicy i wtedy mu się oświadczyłam. Pozwoli pani, że tę propozycję przedyskutuję najpierw z żoną - odrzekł Jurandot. Maria Czubaszek także swego czasu zmierzyła się z problemem trójkąta, kiedy zwrócił się do niej z prośbą o poradę pan Stefan, który planuje kolejne wakacje z narzeczoną. Problem w tym, że na najbliższe wakacje narzeczona chce zabrać również męża... Niby od rzeczy tu jakieś anegdotki przytaczam, a bolesna prawda jest taka, że są one pięćdziesiąt siedem razy śmieszniejsze od całego filmu Allena. Bo może to wcale nie miała być komedia? Bobby wraca do Nowego Jorku, jego brat siada na krześle i nawraca się na Jezusa, bo pośmiertne perspektywy są lepsze niż w judaizmie. Ale czy można zapomnieć o miłości? Obejrzałem ten film w czasie lotu Lufthansą i przyznam, że więcej radości sprawiła mi śmietanka do kawy, bo ta ekranowa okazała się skisłym banałem.
czwartek, 15 grudnia 2016
Ghostbusters. Pogromcy duchów czyli Ghostbusters
Stare produkcje spod znaku Ghostbusters nie są dla mnie jakąś świętością, której nie powinno się kalać, czyli przerabiać na feministyczne wersje. Podobno Bill Murray okropnie nie chciał zagrać w części drugiej, ale go zgwałcili i wystąpił, w zamian za to zagrał jak kłoda. Jako komedia Ghostbusters nie są dla mnie niesamowitym osiągnięciem, bo na wykresie ciastowym mniej więcej jedna czwarta byłaby oznaczona jako „funny”, a reszta - jako „not funny”. Cały problem z nowymi Ghostbusterami polega na tym, że w jego przypadku część „funny” zajęlaby jakieś pięć procent. Mniejszy kłopot mam z tym, że fabuła jest niezbyt twórczą przeróbką oryginału. Oczywiście w szczegółach różnice są, bo obserwujemy powstanie grupy ghostbusterów płci kobiecej po tym, jak główna bohaterka, uczona fizyczka, wyleciała z uczelni, bo okazało się, że kiedyś napisała książkę o duchach na serio. Sprawa wydała się, bo jej koleżanka współautorka doprowadziła do wznowienia tej publikacji, a teraz z szaloną i szalenie irytującą inżynierką prowadzi badania nad detekcją bytów nadprzyrodzonych. Potem przyplącze się jeszcze jedna denerwująca czarna kobieta, a jej wkład to pojazd w postaci karawanu z firmy pogrzebowej wujka. Grająca ją Leslie Jones doprowadziła do zamknięcia Yiannopoulosa na twitterze (i to dożywotniego), bo tenże niewybrednie atakował Jones za rolę w tym filmie, co jest niczym innym niż seksizmem i rasizmem. Fizyczka budzi jeszcze jaką taką sympatię, ale pozostałe babki są zwyczajnie irytujące, a szczególnie inżynierka, która prawie cały czas mówi jakimś technicznym żargonem. Występ Murraya to całkowite nieporozumienie, podobnie jak scenka z Sigourney Weaver po napisach końcowych. Chris Hemsworth w roli umięśnionego przygłupa jest bardzo zabawny, ale przez jakieś pięć sekund. Podobały mi się dwa pomysły, pierwszy to duch na koncercie satanistycznym, a drugi to duch wielkości godzilli spacerujący po Nowym Jorku. To oczywiście nie nowość, ale jest w tym pewien dowcip. Chłopcy i dziewczęta, nie róbcie sequela, a jeśli już musicie, to błagam, popracujcie nad scenariuszem.
środa, 7 grudnia 2016
Bracia czyli Brødre
Ten film również znalazłem na jutubie na półce z filmami gtm, ale ja w tym filmie wątku gtm się nie dopatrzyłem. A jeśli już, to w bardzo pokrętnej interpretacji, według której możliwym gejem jest facet, który wymienił pocałunek z atrakcyjną blondynką, ale do niczego więcej nie doszło, choć mogło. Jeden z braci to Michael, żołnierz, który jedzie na misję do Afganistanu, a młodszy Jannik zostaje w kraju (w tej roli Dania), by wieść swoje lekko próżniacze życie ku utrapieniu ojca. Na Sarę, żonę Michaela, spada cios, kiedy dowiaduje się, że mąż zaginął w czasie operacji wojskowej, jednak w miarę szybko zobaczymy, że Michael nie wszystek umarł. A o tym Sarah nie wie, a choć nie przepadała za Jannikiem i to z wzajemnością, nieszczęście zbliżyło tę parę do siebie. Oni się zbliżają, a Michael cierpi w niewoli, z której w końcu powróci. Komplikacja polega na tym, że po takim przeżyciu nie można tak po prostu wrócić, być uśmiechniętym tatusiem i kochającym mężem. Jak na to patrzyłem, to usiłowałem sobie wyobrazić dzielnych żołnierzy w Pentagonie, którzy mogą być w realu zapuszczonymi grubasami lub chuchrami, bo główną ich umiejętnością jest obsługa dronów, z których spuszczają bombki na terrorystów. Przynajmniej tak by chcieli, bo według mego rozeznania jakieś 90% ofiar to zwykli cywile. (No i dlaczego oni są tacy na nas wściekli, pyta Mary Johna w jakimś stanie Oregonie.) Po robocie idzie taki wojak do domciu, żona podaje mu kolację, a dzieci opowiadają, jak było w szkole. Ile warstw biurokratycznej ściemy i indoktrynacji potrzeba na to, żeby zdjąć z człowieka poczucie odpowiedzialności za te zbrodnie - doprawdy podziwu godne. Ciekawostka: wygląda na to, że zrobili amerykański rimejk z Gyllenhaalem.
Ich dwóch, ona jedna czyli Dare
W szkole Alexa nie cieszy się wysokim statusem, bo dla elit jest obciachowa. Ubiera się jak przedstawicielka laikatu, tylko bez mohera na głowie, ale jej myśli włochate krążą wokół Johnny'ego, kolegi z lekcji gry aktorskiej. W stosunku do kolegi Bena, też nisko w szkolnej hierarchii, podobnych fantazji nie ma. Ciała są młode i pełne szalejących hormonów, więc oczywiście dojdzie do seksu, który - jak to zwykle - komplikuje relacje międzyludzkie. Film jest osiągalny na jutubie w ramach produkcji gtm, więc kto ma parę szarych komórek, skojarzy, że ja tutaj uprawiam spoiling niczym redaktor Janicka. No to się już zamykam, tylko zauważę, że miło było obejrzeć w roli głównej pannę Rossum, którą znamy z serialu Shameless.


Doktor Strange czyli Doctor Strange
Może kiedyś dojdzie do zmęczenia materiału produkcjami Marvela, ale chyba na razie materiał ludzki idzie na współpracę. No dobrze, na to jeszcze pójdziemy do kina, ale na kolejnych Avengersów ochoty nie mam i jest to raczej stan trwały. Doktor Strange wydaje się próbą odejścia od schematu, który ma posmak lury zwanej kawą podawanej obecnie w Cinema City, bo w ramach dobrej zmiany wycofali przyzwoite automaty z barów. Dziwne, bo Strange to prawdziwe nazwisko bohatera, który jest wybitnym chirurgiem, ale po wypadku rączki mu trzęsą niczym łapki polskich sześciolatków, które nie umieją obsługiwać kredek. Czyli nici z dalszej kariery. Wskutek banalnego zbiegu okoliczności, Strange trafia do łysej Tildy zwanej Starożytną, która, panie, umi siłą woli naginać przestrzeń, jak nas uczy new age, i dać nieźle po mordzie, a także przeskakiwać w alternatywną przestrzeń, która jest powyginana bardziej niż kariera prokuratora Piotrowicza krzyczącego precz z komuną. Czeka nas seria całkiem przewidywalnych niespodzianek. Strange szkoli się na wojownika tajemniczej sekty, idzie mu średnio, a potem musi walczyć ze złym Mikkelsenem i całkiem nieźle sobie radzi. Jeszcze później musi zmierzyć z dużo potężniejszym przeciwnikiem i - niespodzianka - wygrywa fortelem. Gdyby to był pierwszy film Marvela, który widziałem w życiu, byłbym za. Wiele zarzucić mu nie mogę, są efekty, są dialogi, ale zero zaskoczeń. Scenka wmontowana w środek napisów końcowych niestety źle wróży na przyszłość. Jeśli miałbym porównać świat Marvela z naszym, to powiedzmy sobie szczerze, że nasz świat z prezydentem Trumpem na czele wydaje się dużo ciekawszy. Chińczykom musi być mega przykro.
niedziela, 4 grudnia 2016
Pycha czyli La vanité
W Szwajcarii możliwa jest eutanazja, w co powinniśmy uwierzyć oglądając ten film. Trudnej mi uwierzyć, że na miejsce zakończenia życia można wybrać sobie motel, bo niespecjalnie mnie by to ucieszyło, gdybym był właścicielem takiego interesu, który służy do takich celów. David, podstarzały architekt, ma przed sobą marne życiowe perspektywy, bo choruje na raka, więc decyduje się na eutanazję, którą w imieniu fundacji zajmującej się takimi przypadkami umożliwi mu Esperanza. Szkopuł polega na tym, że powinien być przy tym świadek, który poświadczy, że wszystko przebiegło lege artis. Jedyna opcja Davida to jego syn, ale nie wypaliła, a dlaczego - wyjaśnia się później. Pozostaje wybór rozpaczliwy - przygodnie spotkany Treplev, chłopak z pokoju obok, który dorabia sobie na seksie z facetami. Nie dziwne, że David i Esmeralda mają swoje za uszami, ale zaskakuje to, że Treplev w tym tercecie jest postacią najsympatyczniejszą. Żadna praca nie hańbi, jak mawiała moja babcia. Po czym dodawała: Ślązak, ale dobry człowiek. A tu proszę, kurwiszon, ale fajny gość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






