Nie wiem po co ten tytuł

              

wtorek, 5 stycznia 2016

Disco polo

Nigdy specjalnie nie rozumiałem potrzeby efektu obcości, który postulował Brecht w teatrze. Jako urozmaicenie - ujdzie. Film Disco polo jak dla mnie najpełniej realizuje efekt obcości, bo przez cały praktycznie film byłem zupełnie oddzielony od jego postaci nie identyfikując się z nimi w żaden sposób, a najbardziej umysłowy, bo wszyscy bohaterowie są bardziej sztuczni niż moja pluszowa stokrotka z Ikei. Nie chwycił konwencji - powiecie? Groteska pomieszana z pastiszem to dość trudna forma i jeśli się jej dobrze nie przemyśli, to nie wyjdzie dobrze. Są przykłady wybitne, że wymienię Moulin Rouge czy Brazil. Sukces tych filmów mógł wziąć się właśnie stąd, że od razu widzimy, że to bajka. W przypadku Disco polo zupełnie nie byłem na to przygotowany. Jako obywatel Botswany, który nic o Polsce nie wie, miałbym być może frajdę z oglądania tego filmu, bo, przyznaję, realizacyjnie jest dobry. Jako tubylec cały czas się dziwiłem. Dlaczego Tomek w konwencji westernowej szuka i znajduje Rudego, którego potrzebuje do duetu? W jaki sposób nasz biedny jak mysz kościelna zespół może dysponować kabrioletem? Czy naprawdę trzeba uciekać się do takich prymitywnych podstępów, żeby móc podpisać kontrakt artystyczny z wydawcą kaset, Danielem Polakiem, branżowym demiurgiem? Czy idą za tym tak wielkie pieniądze, że można za nie kupić jacht, który potem będzie przemierzał piaski pustyni skacząc po wydmach jak na falach? Itepe, itede. Całkiem mi to przypomina niektóre wiersze poety Różyckiego o blaskach i splendorze życia poety. Tylko że w nich nie mam problemu z konwencją.

niedziela, 3 stycznia 2016

Fatalny układ czyli Soft Lad

Pasją Davida jest taniec, o tym dowiadujemy się na samym początku, zanim jeszcze się okaże, że jest ujawnionym gejem. Nikt z tym nie ma problemu, bo to współczesna Wielka Brytania. Swoją drogą, można by czasem odejść od stereotypu i pokazać homoseksualnego bohatera zafascynowanego obróbką skrawaniem (płci dowolnej). Nie jest jasne, czy David mieszka u siostry, czy tylko często u niej bywa, w każdym razie jego szwagier Jules nie ma nic przeciwko temu, zwłaszcza pod nieobecność żony. Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli - mówi na tę okoliczność tatuś Jezusa w Księdze Kapłańskiej 20:13. (Swoją drogą, czy kobieta też nie jest przypadkiem „kimkolwiek”?) Tu kary śmierci nie będzie, ale będą dość typowe komplikacje. Davidowi przestanie podobać się rola chłopca do dymania na boku, więc znajdzie sobie kogoś innego, ale przeszłość wkrótce go dopadnie. Wszystko wyjdzie na jaw, będzie płacz i zgrzytanie zębów, uzasadnione oskarżenia, niesłuszne pretensje i zakończenie utopione w miodzie. Trudno powiedzieć, żeby film odbiegał od sztampy, ale jakoś bardziej mnie wciągnął niż agent Hunt kolejny raz ratujący świat.

sobota, 2 stycznia 2016

Ex Machina

Caleb wygrywa w firmowej loterii, a nagrodą jest tygodniowy pobyt w rezydencji szefa multimilionera w miejscu tak odosobnionym, że ponad dwie godziny lotu helikopterem zajmuje pokonanie dystansu do najbliższej cywilizacji. Pomyślcie sobie, że idziecie do najbliższego sklepu, bo napadła was chęć na serek z malinami. Dom jest wytworem hajteku, bo w ogóle Nathan dorobił się w tej branży, a teraz stworzył sztuczną inteligencję Avę i chce ją przetestować na Calebie. Ma to być wyrafinowany test Turinga, w którym nawet nie ukrywa się, że rozmawiamy z maszyną, czyli niejako autentyczność sztucznego umysłu ma przesłonić świadomość tego, z kim lub czym się kontaktujemy. Jest niemałą zagadką jak rozpoznać istotę obdarzoną świadomością, chyba że porzucimy jałowe rozważania o tym, jak odróżnić doskonałą podróbkę od oryginału. W ramach dygresji zauważę, że filozof Dennet sądzi, że świadomość nie jest jakąś wybitnie ludzką właściwością. Homar również jest na swój sposób świadomy, choć oczywiście o teodycei z nim nie pogadasz. Takich dylematów w filmie nie uświadczymy, nasz Caleb będzie konwersował z Avą, która roztoczy nad nim swój uwodzicielski urok. Dramat jest dość kameralny, ale wydarzenia potoczą się w kierunku dla niektórych dość tragicznym. Nie da się tu powiedzieć wiele więcej, aby nie powiedzieć za wiele. Tematem filmu jest przebiegła manipulacja, a ja wyobrażam sobie coś podobnego bez udziału sztucznych dziewczątek, no ale przecież dramat sci-fi przyciągnie więcej dzieci niż zwykły thriller.

Nakręć ze mną porno czyli Humpday

Na filmwebie napisali, że to jest komedia. W takim razie Nieodwracalne też jest komedią i Divina Commedia Dantego takoż. Szufladka z napisem „komedia” jest najwyraźniej bardzo pojemna i nawet Cezarego Pazurę w niej znajdziemy. Nakręć ze mną porno chyba tylko pozornie jest filmem na serio, a z uwagi na tępotę umysłową nie zauważyłem komizmu sytuacyjnego, kiedy żonaty Ben po latach spotyka Andrew, kumpla ze studiów. Z początku podejrzewamy, że będzie chodziło o jakieś ich mroczne sekrety z przeszłości i to wiadomo jakie, skoro film oglądaliśmy na outfilm.pl. Jeśli nawet były - afera dotyczy wydarzeń aktualnych, bo chłopcy po pijaku zaplanowali projekt artystyczny polegający na sfilmowaniu seksu ze sobą. Ben ma obgadać sprawę z żoną, która podobno jest cool i nie będzie robiła problemów. Wychodzi troszeczkę inaczej, dość zaskakująco i dojrzale - w dobrym znaczeniu tego słowa. Gdybym miał podsumować, zobaczyłem historię o przekraczaniu barier w związku i w seksualności, rzeczywiście typowy materiał na komedię - dopiero teraz to widzę.

Mission: Impossible - Rogue Nation (to jest tytuł polski?!)

A, domyślam się, tłumacz google'a podaje tytuł angielski jako spolszczenie. W takich wypadkach powinno się doczepić gwiazdkę i wyjaśnić, że nieprzetłumaczalna gra słów. Słowo „rogue” jest jednak przetłumaczalne, oznacza mniej więcej „nieobliczalny”. Nie jestem ci ja wielbicielem serii Mission: Impossible, obejrzeć można, ale bez specjalnych emocji. Po tym odcinku jeszcze raz utwierdziłem się w tej opinii. Kiedyś ci agenci, Bond czy Hunt, pracowali uczciwie dla mocno utajnionej agencji rządowej, a teraz co film, to im te agencje rozpieprzają i muszą działać w pojedynkę przeciw wszystkim. Ten schemat zaczyna nużyć. Tym razem Hunt może tryumfalnie obwieścić, że Syndykat istnieje i jest odpowiedzialny za wiele pozornie ze sobą niepowiązanych nieszczęść wstrząsających światem. Pytanie tylko, czy Hunt sobie z nim poradzi. Naprawdę? Jakiś kretyn by o to pytał? Przecież Hunt nie może przegrać, bo jego specjalnością jest zwycięskie wychodzenie z największych możliwych opałów. A czy to będzie w operze wiedeńskiej, czy w Londynie, gdzie Tamiza płynie - to są już detale, które są manią szaleńców. A my mamy inną.

Czego dusza zapragnie czyli Absolutely Anything

Ludzkość popełniła głupstwo wysyłając w kosmos sondę Voyager z namiarami na naszą prowincjonalną planetkę. Przechwyciły ją super istoty, więc postanowiły poddać nas próbie. Co zrobiłby losowo wybrany egzemplarz naszej rasy, gdyby przez parę dni spełniały się wszystkie jego życzenia? Jeśli się spisze dobrze, to czemu nie, można zostawić te istotki przy życiu. W przeciwnym razie - zagłada. Dar spływa na Neila, nauczyciela i niespełnionego pisarza, a wśród pierwszych jego życzeń jest rzucona ironicznie w rozmowie z kolegą sugestia, aby obcy z kosmosu zniszczyli klasę 10C, zmorę ciała pedagogicznego. Rozległ się huk, poległo parędziesiąt rozbrykanych pacholąt, ale Neil na razie nie skumał, że to na jego życzenie. Potem oczywiście skuma i wypowie wiele życzeń, a główny dowcip polega na tym, że życzenia spełniają się niezbyt po jego myśli. Chcę mieć ciało wspaniałego faceta, mówi Neil, który ma nadzieję na małe co nieco z ponętną sąsiadką, i zamienia się w Einsteina. Już Szymborska przestrzegała, że marzyć należy starannie. Jeśli chcesz być ptakiem, tak po prostu ptakiem, to tylko do siebie miej pretensje, gdybyś zamienił się w indyka. Bawiłem się świetnie, zwłaszcza że Ziemia ocalała od zagłady, ale nie dzięki Neilowi. Zadanie wykończenia Ziemi pozostanie jednak na naszych ludzkich barkach. [X]

sobota, 26 grudnia 2015

Krzyżowy ogień (Bob Seidensticker)

Z tej lektury wychodzi się odmienionym, mówi profesor Obirek, który w innym miejscu wyrażał podziw dla spójności światopoglądu ateistycznego (którego nie podziela). Krzyżowy ogień mnie nie odmienił, ale wcale nie żałuję, że przeczytałem. Główny temat książki to chrześcijańska apologetyka, czyli uzasadnianie prawdziwości przesłania Jezusa Chrystusa, z naciskiem na racjonalną stronę zagadnienia. Myśliciele od zarania zabierają głos w tej sprawie, przypomnijmy sobie choćby Pascala, który w Myślach długo nas przekonuje o racjonalności wiary chrześcijańskiej, ale w pewnym momencie stawia na „szaleństwo krzyża” niejako odsuwając wcześniejsze rozważania na bok. Uzasadniać wiarę można na dwa sposoby: uciekając się do lub uciekając od świętych tekstów. Ten drugi przypadek to na przykład dowody świętego Tomasza lub zakład Pascala - zawsze wtedy można zasadnie zapytać, czemu nie odnoszą się one do Allaha, Zeusa czy Kriszny. Jeśli natomiast chcemy się podeprzeć Biblią (lub inną święta księgą), to od razu staje przed nami karkołomne zadanie objaśnienia tysięcy głupstw, sprzeczności i potworności, które tam znajdziemy, a przecież to tekst natchniony od Boga. Głównym bohaterem książki jest Paul, asystent pastora Samuela w Los Angeles początku zeszłego wieku. Ten ostatni nie boi się urządzać teologicznych debat z ateistami i potrafi w nich wygrywać. Paul otrzymuje zadanie, aby chodzić od drzwi do drzwi zapraszając nowych wiernych i w ten sposób poznaje ateistę Jima, którego argumenty przeciwko wierze coraz mocniej trafiają Paulowi do przekonania. To nieco utrudnia rzetelne sprawowanie funkcji w kościele, przyznacie. Pierwsza debata wypadła raczej blado, więc przez prawie całą książkę czekamy na tę drugą, a tuż przed nią dochodzi do zwrotu akcji w najgorszym stylu oper mydlanych. Powieść jest napisana sprawnie, ale dobra literatura to jednak coś innego. Na pewno warto polecić książkę każdemu, kto chce poznać argumenty w dyskusji na temat Boga. Na racjonalnym polu walki teizm przegrywa, niemniej zakończenie powinno nieco zaniepokoić ateistów. Na koniec wspomnę o jednym z naczelnych argumentów Samuela. Skąd pochodzą prawa logiki? - pyta. Czy możliwe, aby to ludzie sami je wymyślili? Jeśli tak, to czemu są takie same wszędzie na świecie? Odpowiedź jest jasna, zostały nam dane od Boga. No dobrze, odpowiadam, ale zauważmy, że nie wiadomo, o jakiego Boga chodzi. W książce pada inna riposta. Nie należy mylić logiki z prawami logiki, jest z nią jak z grawitacją, która działa bez znajomości prawa powszechnego ciążenia.

[188]
Tomasz Jefferson powiedział: „Nie dzieje mi się żadna krzywda, jeśli mój sąsiad twierdzi, że jest dwudziestu bogów albo że nie ma żadnego boga. Ani mnie to nie okrada, ani nie łamie mi nogi”.

[196, wszystko zawdzięczamy Bogu]
- Słyszałem historyjkę o kobiecie uprawiającej ogródek. [...] Przechodzi obok pastor i mówi: „Czyż nie jest cudowne to, co Bóg potrafi zrobić w ogrodzie?”. Ona ściera pot z czoła i mówi: „Powinien był pastor widzieć ten ogród, gdy On miał go cały wyłącznie dla Siebie”.

[203, Jim do Paula]
Wszystko zależy od ciebie. Nie zamieniaj Sama, jako swojego autorytetu, na mnie. Autorytetem jesteś ty.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger