niedziela, 27 listopada 2022
Sekretny przepis na miłość czyli The Secret Sauce
Gdyby nie okoliczności towarzyskie, zapewne nigdy nie obejrzałbym tego filmu. Raczej nie jest to ekranizacja żadnego z tak zwanych harlekinów, czyli tanich romansideł, jakie kiedyś pojawiły się w naszym kraju, ale i tak wygląda, jakby był. Wystarczy przeczytać krótkie omówienie, żeby się o tym przekonać. Pnąca się na szczeblach korporacyjnej drabiny Laura nie spodziewa się, że spotkanie z Jimem, właścicielem restauracji w małym amerykańskim miasteczku odmieni jej życie. Że zrewiduje swoje życiowe priorytety i zdoła zyskać zaufanie Jima, bardzo niechętnego, by wiązać swoją przyszłość z wielką korporacją. Oglądanie filmu można porównać do sytuacji skazanego, który stoi przed szwadronem egzekutorów uzbrojonych w strzelby Czechowa. Jest ich wiele i każda wypali w swoim czasie, oczywiście głównie na końcu. Laurze zależy przede wszystkim na poznaniu sekretu sosu Jima, który mógłby odnieść sukces w skali ogólnokrajowej. Jim ciągle wzbrania się przed ujawnieniem receptury, a tymczasem zbliża się termin festynu, na którym amerykańskie gospodynie mają wziąć udział w zawodach na najlepsze żarcie. Ale po co ja tyle o tym piszę, skoro film jest produkcyjniakiem naszych czasów? Aktor Sevier grający amanta ma przerób, który zbliża się do listy osiągnięć gwiazd porno. Od razu przypomina mi się Brandi Maxxx, aktorka porno z Parks and Recreation, która startowała w wyborach i na mityngach wyborczych zwykła porównywać swoją ciężką pracę z wysiłkami Leslie pracującej w lokalnym ratuszu: „My, kobiety - mam na myśli Leslie i siebie - wiemy, jak dawać z siebie wszystko. W zeszłym roku zagrałam w stu dwudziestu filmach”. Sevier też daje z siebie wszystko. Film uświadomił mi jeszcze jedno: jeśli chodzi o tanie romanse, wolę kino boliłódzkie. Mądrzejsze nie jest, wręcz przeciwnie, ale za to jest większy ubaw, zwłaszcza w scenach śpiewanych.
sobota, 26 listopada 2022
Słoń
Człowiek wzbrania się przed teoriami spiskowymi, ale czasem jest ciężko. Strona z repertuarem krakowskich kin podpięła ten film do Słonia Van Santa, więc na podstronach wyświetla się komunikat, że film nie jest obecnie grany w żadnym kinie. A na innych - że jest grany tu i ówdzie, ale pomijają multipleksy. Kuratorka Nowak i episkopat o filmie się nie wypowiadają, bo być może zauważyli, że w ten sposób tylko zrobiliby mu darmową reklamę. Nie posądzam ich zresztą o taką roztropność, mogli nie zauważyć tej skromnej produkcji. Historia jest prosta: młody Bartek marzy o stadninie, w gospodarstwie jest parę koni, ale zapewne za mało, by rozkręcić interes. Tymczasem na podhalańską wieś po śmierci ojca przybywa Dawid, którego nie było tu z piętnaście lat, a zapewne jeszcze przed wyjazdem zszargał sobie heteroseksualną reputację. Słusznie matka Bartka, postać mocno nieszczęśliwa, błaga syna, by się nie zadawał z tym typem. Słusznie i na próżno. Bartek również straci reputację, po wsi rozniosą się plotki, za to sąsiadka Danuta (grana przez niepowtarzalną Kolasińską) będzie jak zwykle sympatyczna i akceptująca (i to ona wyskoczy z tytułowym słoniem). Jest w filmie wątek homofobiczno-martyrologiczny, ale nie dominuje. Ważniejsza jest cała nieciekawa życiowa sytuacja Bartka, o czym zostaliśmy dość dobrze przekonani. Fabuła jest dość wątła, bardziej chodzi tu o nastrój i dialogi, które wypadły naturalnie, bez wciskania do nich jakichś życiowych mądrości na siłę. A sceny seksu? Zapewne były odważniejsze niż standard polskich produkcji w tych klimatach, ale proszę się zbytnio nie napalać. To samo zaleciłbym miłośnikom góralszczyzny, której tu nie zobaczymy poza górskim pejzażem w oddali. Stroje są środkowoeuropejskie, a polszczyzna - telewizyjna.
Paryskie tango czyli Sol
Nie pomyślałbym, że będąc francuską piosenkarką można zrobić oszałamiającą karierę w Argentynie. Udało się to babuni Sol, która wróciła do Paryża, aby parę lat po śmierci syna poznać się z wnukiem, owocem nieakceptowanego przez nią małżeństwa z Evą. To nieco dziwne, bo zawsze wydawało mi się, że artyści są raczej dość liberalni, jeśli chodzi o sprawy sercowe. Musiało pójść na noże, skoro syn wbrew matce wyprowadził się do Francji, a niedługo potem zginął w wypadku. Sol ukrywa swoją tożsamość oferując zapracowanej Evie pomoc w opiece nad Jo, czyli wnukiem. Wszyscy chcielibyśmy mieć taką babcię jak Sol, ciepłą, pełną humoru i wielce pobłażliwą (tym bardziej dziwi ta ponura przeszłość). Rzecz się wyda, rzecz jasna, a wtedy będzie dramat i oskarżenia, podczas gdy właściwszą reakcją byłoby zdziwienie: hej, droga Sol, czemu się ukrywałaś? To trochę głupie, nie? Sol ma na to dobrą odpowiedź, której nie ujawnię. Tytuł niniejszy wstrząsu artystycznego u was nie wywoła, ale można przyznać, że miło było spędzić trochę czasu w towarzystwie Sol, miłej pani obdarzonej fantazją, która niegdyś musiała być niezłą jędzą. Jak doszło do tej przemiany, w sumie nie wiemy, bo jako wyjaśnienie rzucili nam tylko garść komunałów.
środa, 23 listopada 2022
Miłość i Figaro czyli Falling for Figaro
Jak wiemy od Wolyńca, Alix Linx rozpoczęła pracę w branży porno, bo takie miała marzenie. W tym celu musiała porzucić niezłą pracę na Wall Street. Główna bohaterka filmu, czyli Millie, też ma marzenie - rzucić tę robotę w londyńskim City, gdzie zarabiała świetnie, i zostać diwą operową. Przez moment bałem się, że zrobią nam powtórkę z Boskiej Florence, ale nie - to niewielki spojler. Millie najmłodsza już nie jest, ale przez znajomości dostaje się na nauki do niegdyś znanej śpiewaczki Meghan, która rezyduje w zapadłej szkockiej mieścinie, jeśli nie wiosze. Fabuła opiewać będzie zasadniczo cztery postaci, oprócz Millie i Meghan będzie Max, drugi uczeń Meghan, oczywiście zazdrosny o konkurentkę, i Charlie, narzeczony Millie pozostawiony w Londynie, jako że Millie zadomowiła się w Szkocji na dłużej. Część dowcipu wiąże się z sarkastyczną Meghan, która, jak rzekła, myślała, że dostała dom w Szkocji od wielbiciela, a jak się wprowadziła, to zaczęła myśleć, że chodziło o zemstę na niej. Dowcip ma wypływać również ze zderzenia Anglia-Szkocja, bo tam, panie, dają Millie do jedzenia jakieś szkockie obrzydlistwa, haggisy jakieś, a ona nawet nie wybrzydza. Ale przede wszystkim jest to romkom, jedna Millie i dwóch facetów - coś się wydarzy. Film mnie zdobył głównym tematem, czyli operą. Jest okazja posłuchać wielu świetnych fragmentów (tak, łącznie z arią Królowej Nocy, która śpiewa: jeśli córuś moja nie zadźgasz Sarastra tym sztyletem, wyrzeknę się ciebie na zawsze), na moje wyczucie dobranych tak, że mogą zainspirować do zainteresowania się operą głębiej. Nie wiem, czy sam uległbym takiej inspiracji, bo odnoszę wrażenie, że nie jestem zdolny do niepowierzchownych zainteresowań. Moim najnowszym odkryciem jest aria E lucevan le stelle, polecam.
wtorek, 22 listopada 2022
Hala
Po wrzuceniu do wyszukiwarki hasła „hala film” pierwsze, co przeczytałem, to uwaga, że w początkowej scenie widzimy masturbującą się dziewczynę w wannie. „Nie taki film chciałem obejrzeć z rodziną po obiedzie ”. Oto Hala, dziewczyna z wanny. Chwilę potem dostanie ochrzan od matki, że znów opuściła modlitwę, a to nie powinno się zdarzać w porządnym islamskim domu. Ojciec za to łagodzi napięcie, bo przecież nic takiego się nie stało. Ale stanie się, bo Hala odkryje brzydki sekret tatusia, a mama okaże się mniej zasadnicza. Niby tu zdradzam zbyt wiele, ale jakoś przestała mi się podobać ta maniera, żeby wprowadzać widza w błąd. W znakomitej większości przypadków po pierwszym kwadransie filmu można stawiać na to, że dobre drugoplanowe postacie okażą się podłe i vice versa. W liceum Hala ma na tapecie Norę Ibsena. W jego czasach kobieta odchodząca od męża była ideą szaloną. Dzisiaj od dawna już nią nie jest, ale stop - nie jest w ramach zeświecczonego układu społecznego. A zgodzimy się, że typowa rodzina islamska nie jest jego częścią. Nora jest więc wciąż na swój sposób aktualna. O tym między innymi opowiada film. A owo „inne” to rzecz dużo oczywistsza - szalenie trudno być nastolatką w muzułmańskiej rodzinie, kiedy obowiązują cię surowe zasady niezbyt ważne dla twoich rówieśników. Swoją drogą, równie trudno byłoby europejskiej wyluzowanej nastolatce, gdyby nagle przeniosła się do rodziny islamskich fundamentalistów. Jeśli chodzi o nastolatka płci męskiej, to zniósłby to zapewne lepiej. Pod warunkiem, że nie byłby gejem.
Caravaggio
Poprzednio wspomniałem o Jarmanie, więc zafundowałem sobie powrót do przeszłości. Po 89 roku był taki moment, że obywatele spragnieni dostępu do nieocenzurowanej kultury z Zachodu tłumnie chodzili do wszelkich kin, które pokazywały ambitne starocie sprzed lat. Seans Caravaggia przyciągnął całą wielką salę ludzi, ale w zasadzie dlaczego? Film zapewne miał łatkę niegrzecznego, i to wystarczyło. Dzisiaj na takie produkcje oprócz paru gejów chodzi jeden pies z kulawą nogą i około półtora kota na haju walerianowym. Jakiś czas później rozkwitła epoka disco polo i straciłem złudzenia w kwestii Polaków złaknionych sztuki wyższej. Caravaggio Jarmana jest niewątpliwie awangardowy w zakresie strojów i scenografii, które są mocno anachroniczne, więc jeśli jeden gostek pisze na maszynie pismo urzędowe w sprawie obywatela Caravaggia siedząc nago w wannie - zero zdziwień. Ścieżka dialogowa jest okropna, przeładowana poetyckim frazesem, z którego nic nie osiadło mi na zwojach. Za to wizualnie jest spoko, wiele kadrów ma niezwykły malarski urok. Poza tym, fakt radosny, jest fabuła z twistem! U Jarmana! Historia polega na wspomnieniach umierającego Caravaggia, któremu towarzyszy wierny niemy sługa Jeruzalem. Wspomnienia krążą głównie wokół postaci Ranuccia, kochanka malarza, granego przez młodego Seana Beana. Miło mi donieść, że film wpisuje się w serię ról określanych klątwą Seana Penna.
poniedziałek, 21 listopada 2022
Pocztówki z Londynu czyli Postcards from London
U, to lekko zaszaleli. Jim przybywa do Londynu i trafia do towarzystwa bardzo wyrafinowanych męskich prostytutek. Mamy tu klimaty z bardzo artystycznych przedsięwzięć w stylu nieboszczyka Jarmana lub przyszłego nieboszczyka Greenawaya. Nie ma wielkiego sensu zagłębiać się w fabułę, bo nie do końca wiem, czy tu jest jakaś fabuła. Wyrafinowanie wspomnianych prostytutek ma wiele wspólnego ze sztuką, a w szczególności z twórczością Caravaggia, ikony gejowskiej. To oglądamy obrazy, to inscenizujemy sceny z nich na żywo, a ponieważ ciała są młode i zgrabne - nie ma powodu do narzekań. Nie ma? Trochę jest, jeśli nie jesteśmy w nastroju do śledzenia opowieści bez treści. Pamiętamy te dziwki-intelektualistki z filmu Allena, które swoim wyuzdanym praktykom oddawały się przy kawiarnianych stolikach i za stosowną opłatą były gotowe poniżyć się do obrony ontologii Sartre'a w rozmowie z klientem. Allen zrobił to dla beki, a w Pocztówkach wciskają nam to na serio. I w tym widzę mały problem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







