Nie wiem po co ten tytuł

              

sobota, 14 czerwca 2025

Don Carlos (Opera Wrocławska)

Podobno gdyby wystawić wersję pięcioaktową, byłoby klarowniej. Wiedzielibyśmy, czemu infant hiszpański Carlos pała cielesną żądzą do matki. Za fałszywą legendę Don Carlosa odpowiada Schiller, ale część pretensji idzie na konto Verdiego, skoro podpisał się swoim talentem pod tym tekstem libretta. Jak na Wrocław spektakl jest nietypowy, żadnych śmieci, łóżek szpitalnych i łysych kobiet, choć suknia głównej intrygantki nosi znamię krawieckiej szajby. Muzycznie bez zarzutu, pomysł z chórem na sali - znakomity. Mój ulubiony motyw z fabuły: król pyta inkwizytora, czy może poświęcić syna dla dobra kraju. Inkwizytor odpowiada: panie, skoro Bóg poświęcił swojego Syna, to... - wiemy dobrze co. Ten inkwizytor miał w intencji twórców być złem wcielonym, bo pod koniec dopuszcza się morderstwa na oczach króla, czego - jeśli dobrze rozumiem - nie było w oryginale opery. No i czy nie mają racji chrześcijanie, kiedy krzyczą, że są szykanowani?

Szczęśliwe zakończenia (13 sentimentos)

Wspominam ten film po jakichś dwóch tygodniach i jest problem. Główna postać to filmowiec, który próbuje napisać scenariusz do swojego filmu, ale ma pod górkę. Jest dość młody, ale dorobił się już eks-chłopaka, choć są szanse na nowego. Skoro nie wychodzi z filmem, dorabia sobie jako kamerzysta w produkcjach do OnlyFans, a również przy reklamach. Poza tym mamy dość dziwne nieciągłości fabularne, co - jak nam się wydaje - ma oddawać mistyczną interferencję sytuacji z tworzonego scenariusza z prawdziwym życiem bohatera. Czy tu widzę problem? Nie, nie takie dziwactwa już widziałem. Problem w tym, że po tak krótkim czasie niewiele więcej zostało mi w głowie, poza ogólnym wrażeniem, że film był sympatyczny, a ciała zgrabne. Za miesiąc mógłbym obejrzeć ten film jak nowy. Czyż to nie piękny przykład wcielania w życie idei recyklingu?

Fontanna młodości (Fountain of Youth)

Gdzieś przeczytałem, że ktoś nigdy się jeszcze tak nie wynudził oglądając ten film. A ja sądzę, że był fascynujący, i podejmę się trudu uzasadnienia tej opinii. Najpierw słówko o fabule. Śmiertelnie chory miliarder zatrudnia Johna Krasinskiego, postać z archeologicznego półświatka (eufemizm obejmujący dawnych rabusiów starożytności), aby odnalazł legendarną fontannę młodości, dzięki której wróci do zdrowia. John namawia do współpracy Natalie Portman (bo mi się nie chce udawać, że obchodzi mnie imię granej przez nią postaci), która jest ekspertką od starożytnych tekstów, ale jest również irytującą matką, matkującą i matkowaniem poważnie przejętą. Jej syn odegra ważną rolę w poszukiwaniach, które oparte są na dziwnie mętnych wskazówkach typu, że jakaś melodyjka wskazuje na Wiedeń, więc tam jedziemy i szukamy dalej. Tak być nie musi, bo może pamiętacie, dlaczego w pierwszym filmie o Indianie Jonesie naziści szukali arki w złej miejscówce? No właśnie, jakże to było klarowne. Później ów efekt nieco przyćmiła podróż Indiany na oklep łodzią podwodną. W Fontannie cały czas jedziemy na oklep czyli bareback, jak by to ujęli krajanie Krasinskiego. Film jest fascynujący, bo wielokrotnie zaparł nam dech bezczelnością, z jaką zrzynał fabularne zwroty z filmów o Indianie. W tamtych filmach mieli fantazję, by przenieść akcję do miejsc mniej znanych (jak Petra), a tu klisza na kliszy. Ale za to jest Krasinski, ciacho przecież, i parę niezłych linijek dialogu.

Skończ z tymi kłamstwami (Arrête avec tes mensonges)

Film opowiada o znanym pisarzu, który po latach przyjeżdża do swojego prowincjonalnego francuskiego miasteczka, a okazją jest promocja jego książek. Powszechnie wiadomo, że jest gejem, więc musi słuchać zapewnień lokalnych oficjeli, że nam to wcale nie przeszkadza. Równolegle zapoznajemy się z wydarzeniami z jego szkolnej młodości, a bardziej dokładnie z przebiegiem szkolnego romansu, który podówczas był trzymany w tajemnicy. Na planie współczesnym nasz autor spotyka syna swojego niegdysiejszego kochanka, który - jak się wydaje - chce poznać prawdę z przeszłości, ale nie ułatwia pisarzowi w rozmowach, bo zdaje się coś wiedzieć, ale nie ma pewności. Trudno przecież tak po prostu wywalić prawdę, że „kochałem twojego ojca - i to z wzajemnością”. Miłe dla widzów jest to, że wszystko zostanie wyjaśnione, nawet żal, że nie zostawili jakiejś tajemniczki lub niedopowiedzenia. Jak się dowiemy, nasz bohater opuścił rodzinne miasto dla Paryża (i Los Angeles), gdzie dużo łatwiej było być gejem. Tymczasem okaże się, że bliska mu wiekowo osoba nie wyjechała i miała odwagę żyć w związku jednopłciowym. Wychodzi na to, że nasz bohater nie był znowu tak wielkim bohaterem.

Makbet (balet w Operze Śląskiej)

Jako akompaniament wykorzystano muzykę Verdiego z różnych dzieł, nie tylko z opery o tym samym tytule. Włączyli w to nawet instrumentalną wersję Dies irae - no słusznie, skoro to balet, ale polecam jednak wersję z chórem. Verdi zapewne by się zdziwił, że taki balet zrobili. Balet jest bardzo przyjemną dla oka formą sztuki, zwłaszcza kiedy można podziwiać zgrabne męskie lub żeńskie ciała w ruchu. Pod tym względem spektakl nie zawiódł. Zawiódł za to pod innym względem, o którym nawet nie powinienem wspominać, bo ta porażka jest organicznie wpisana w balet. Przypadkiem pamiętam parę cytatów z Szekspira, których nie sposób przekazać żadnym piruetem, żadnym gestem ręki, żadnym pas de deux. Prosiłem miłe osoby towarzyszące, by mi odtańczyły, że „życie jest to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca”, co gdzieś musiało być w tańcu oddane. Nie odtańczyły. Całkiem niedawno przeczytałem parę uwag Settembriniego o treściowo ułomnym przekazie, który niesie muzyka. Oj, balet też. W myślach przeprowadziłem taki oto eksperyment: na widowni sadzamy pięć osób nie znających szekspirowskiego oryginału, a po spektaklu pytamy, o czym była ta historia. Mogłoby wypaść ciekawie.

Eurowizja 2025

Jakież to przykre, że tak wiele racji miała Szymborska pisząc Dzieci epoki. Czy z okazji Eurowizji możemy naprawdę być „zjednoczeni przez muzykę”? Z jakiegoś powodu nie chcemy się jednoczyć z Białorusią i Rosją, ale Izrael jest ok. Kolejny rok mamy słonia w salonie i chyba w końcu zaczyna nam lekko przeszkadzać. JJ, zwycięzca Eurowizji, nawet miał tyle odwagi, żeby zauważyć problem, ale władze Austrii od razu sprostowały i przeprosiły. Podobnie Niemcy nie widzą możliwości wykluczenia Izraela, co podsumuję smutnym w sumie przekąsem, że wspieranie ludobójstwa jest zgodne z tradycją obu krajów. Teraz już przejdę do samej Eurowizji.

Kto był najbardziej pokrzywdzony w półfinałach?
Belg ze znakomitym, rytmicznym, dyskotekowym kawałkiem.

Kto otrzymuje nagrodę od śliniących się starych gejów?
Półnagi Ormianin, który wyglądał, jakby właśnie wyszedł spod naprawianego samochodu z przeciekającymi przewodami olejowymi.

Kto otrzymuje nagrodę imienia Miecia Szcześniaka?
Szwajcarka z najnudniejszą piosenką Eurowizji.

Kto powinien zwyciężyć, gdybym ja o tym decydował?
Albania z ich finezyjnym akompaniamentem.

Jakie tendencje były widoczne lub wkurzające?
Za dużo diw, również dużo utworów z łamanym rytmem, na przykład piosenka Szwajcarki na dziesięć sekund zamieniła się w skoczne tango, a najbardziej irytujący w tym względzie byli Ukraińcy.

Jak oceniam oceny jury i publiczności?
Tu chyba jest najwięcej polityki. Przedziwnie wygląda ten sukces Izraela. Zgadzamy się z Kwiatkiem, że należy skasować głosowanie przez aplikację, bo tu może być najwięcej nadużyć z manipulowaniem przy IP. Oczywiście najciekawsze są przypadki, w których występujący dostają zero punktów od publiczności, co przydarzyło się Szwajcarce wysoko ocenionej przez jury. Również Wielka Brytania kolejny raz dostała zero, nawet mi szkoda tych dziewczyn, bo aż takie denne nie były.

A co myślę o polskim występie?
Trudno mi się zdystansować, ale przyznaję, że show zrobili świetny i chyba po raz pierwszy nie bali się pokazać skąpo ubranego baleciku mieszanego. To raczej nie była wygrywająca piosenka, ale wydaje się mocno niedoceniona przez jury. Zgodziłbym się za to oceną publiczności (siódme miejsce).

Na kogo jeszcze warto było zwrócić uwagę?
Na folkowe Łotewki i Tommy'ego z Estonii z najzabawniejszym występem. Bardziej to był kabaret niż prawdziwa piosenka, ale zaszedł wysoko. Całe szczęście, że Szwedzi, podobno wysoko notowani w zakładach, wypadli dość słabo.

Babcie (Nonnas)

Gdyby nie okoliczności, raczej nie obejrzałbym filmu o facecie, który otrzymał spadek i postanowił otworzyć włoską restaurację na Staten Island (chyba), w której jako kucharki zatrudnił autentyczne włoskie babcie (jedna z nich okazała się mało włoska, ale to nic). Wspierają go przyjaciele, a biurokraci rzucają kłody pod nogi. W biznes wchodzi również Susan Sarandon, co ma przyciągnąć widzów. Nie da się ukryć, że babka ma charyzmę i bez niej film mógłby być klapą. Jeśli nie liczymy na wątki sensacyjne, film jest jak najbardziej okej. Z pewnym zastrzeżeniem: twórcy widząc, że historia mogłaby być mało dramatyczna, do granic absurdu przeciągają moment, w którym rozstrzyga się los źle prosperującej restauracji. Już zaczęliśmy sobie wyobrażać, że interes trzeba będzie zwinąć, właściciel z babciami przeżyją srogie życiowe rozczarowanie, popadną w alkoholizm i seksoholizm i zagłosują na Trumpa.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger