
Z Jasiem Kapelą zetknąłem się już jakieś dziesięć lat temu, kiedy przeczytałem jego Stosunek seksualny nie istnieje. To było dawno temu, ale chyba dobrze pamiętam, że był to zapis rozmów dwóch erotycznych frustratów męskoosobowych i heteroseksualnych, przypominających Farah z późniejszej powieści Masłowskiej, która wyła „z bólu, zdradzona, oszukana, nieuprawiająca seksu!”. Książka okazała się nieoczekiwanie prorocza, bo podobno rośnie w siłę internetowa grupa tak zwanych przymusowych celibatariuszy (angielskie involuntarily celibate, od czego powstał skrót incel). Tym razem Kapela zajął się zjawiskiem, które już mamy, czyli trollingiem. Bohaterem Dobrego trolla jest Janek Małolepszy, wedle zamysłu autora modelowy troll, czyli osoba, która robi wiele, aby wkurzyć innych. Głosi szokujące opinie, przytacza niewygodne fakty i narusza swoim zachowaniem przyjęte powszechnie normy, jak na przykład to, żeby nie defekować publicznie. W przeciwieństwie do Stosunku mamy w tym przypadku nawet jakąś fabułę poświęconą życiu Janka od poczęcia do naturalnej śmierci, ale nie Janka, lecz trolla w Janku. Tak to ryzykownie interpretuję, bo nie wykluczam, że sam zostałem strollowany. Bo mnie łatwo strollować, jak zauważyłem ostatnio, kiedy stanowczo zbyt obszerny komentarz poświęciłem uwadze, że z Niemcami na mundialu wygrał kraj, który nawet ciężko na mapie znaleźć. Meksyk. Mniej mi jednak chodziło o to, że ta obserwacja jest masakrycznie debilna, bardziej o to, że to spotkało się z jakimś odzewem na moim „„ulubionym”” Twitterze (nie ma pomyłki w liczbie cudzysłowów). Pominięty lub nadużyty cudzysłów jest po części zasadą trollingu, dlatego z rozbawieniem wspominam bar, w którym w menu proponowano pierogi „ruskie” i kotlet „schabowy”. Autorowi należy przyznać, że pięknie strollował Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa, z którego otrzymał dotację za ancien régime'u w 2014 roku. I co się dziwić, że reżim poległ. Załączam dokumentację z wniosku.
[66, o poczęciu Janka]
Ojciec dymał moją matkę miarowo i stanowczo, niczym międzynarodowe korporacje polską gospodarkę.
[603]
Szkoła podstawowa numer 69 imienia Henryka Sienkiewicza powstała w ramach akcji „Tysiąc szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego”, w związku z czym wyglądała równie przygnębiająco i bezosobowo jak tysiąc innych szkół w Polsce. Oczywiście grono pedagogiczne starało się ten stan rzeczy zmienić i nadać naszej placówce bardziej osobisty wymiar, zachęcając aktyw uczniowski do brania udziału w dorocznym konkursie na portret Jana Pawła II, odbywający się pod hasłem „Jan Paweł II zawsze pierwszy!”. Powstające rokrocznie w efekcie konkursu prace były ozdobą kolejnych przeszklonych gablot wiszących na korytarzach.
[1217, odpowiedź Janka na zarzut nauczyciela o bezczeszczenie naszego świętego papieża]
Nie wierzę, że mógłby pan cokolwiek zrozumieć z sytuacji osób, które umierają w Afryce na AIDS karmione lokalnymi zabobonami z jednej strony, a globalną religijną dewocją z drugiej. Gdyby papież gwałcił osobiście afrykańskie dzieci, wyrządziłby znacznie mniej szkód, bo nigdy nie zdołałby ich zgwałcić tyle, ile umarło na AIDS.
[1534, odpowiedź Janka na uwagę o produkcji mydła z ludzi w rozmowie z nauczycielem]
Przecież obaj dobrze wiemy, że fabryka doktora Spannera, rzekomo produkująca mydło z ludzkiego tłuszczu, to mit wymyślony przez tę sentymentalną idiotkę Nałkowską, która wierzyła we wszystko, co się jej powiedziało. A jak się nie powiedziało, to sama sobie dopisywała – skontrowałem.
[1659, w szkole nie o wszystkim się mówi]
Nie uczyli też o tym, jak się ma ponoć bohaterska postawa rotmistrza Pileckiego do tego, że wysłał do Bolesława Bieruta prośbę o ułaskawienie, tłumacząc, że od początku śledztwa współpracował ze służbami, i nawet ujawniając miejsce przechowywania tajnego archiwum.
„Doniósł na koleżankę, Marysię Szelągowską, która została następnie skazana na karę śmierci. Dobrze, że nie mam takich kolegów”, podpisano „Marysia”, bo pod postami można się było też podpisywać, choć oczywiście prawie nikt nie podpisywał się własnym nazwiskiem.
[1787, Janek wprowadza Agatkę w zasady trollingu]
Jak mawiał kardynał Richelieu: „Jeżeli dasz mi sześć linijek napisanych przez najbardziej uczciwego człowieka, i tak znajdę w nich przyczynę do powieszenia go”. Zawsze lubiłem tę anegdotę, ale dopiero analizując z Agatką wszystkie te całkiem niewinne komentarze i bezczelnie wulgarne odpowiedzi, zrozumiałem, jak dużo jest w niej prawdy.
[3164]
Myślę, że wystarczy, jeśli uda nam się w choć jednej szkole wprowadzić lekcje z satanizmu, a już następnego dnia trzy czwarte polskich polityków ramię w ramię z Kościołem katolickim będzie błagało o likwidację obowiązkowej katechezy.
W krajach, gdzie serio traktuje się rozdział religii od państwa, jest to argument skuteczny. W Polsce nie.

Nie oglądałbym, nawet gdyby Polska w finale grała z Rosją, mówi Kwiatek, którego patriotyzm wielki jest, ale jak widać, radykalnie antyfutbolowy, albo lepiej rzecz ujmując - futbolowo indyferentny. W dużym stopniu jest to też moje nastawienie, choć podejrzewam, bo tego nie sprawdziłem, że jednak taki finał bym obejrzał. Manifestacyjnie wybraliśmy się na trening w czasie meczu Polaków z drużyną Senegalu, było pusto, przyjemnie i nawet dość wesoło, bo jeden z trenerów bezwstydnie kibicował Senegalowi, choć meczu nie oglądał. Jak mi wyjaśnili koledzy z pracy, po meczu z Senegalem nie jest tak źle, bo w statystykach strzelonych goli mamy samobója (czyli razem dwa gole z trzech), a w drugim golu dla Senegalu była polska asysta. Dzień po meczu w drodze do pracy puszczam radio i - co za ulga - ucichły te nieznośne reklamy z triumfalnymi, chóralnymi okrzykami. Słyszę teraz, że nieśmiało wracają, ale dopiero po ewentualnej wygranej z Kolumbią spodziewam się ich ataku, szambo wyleje i żadnego wynurzenia z niego już nie będzie. Nadzieja jednak tli się skromnie, bo w czeluściach mego mózgu, nawet nie mózgu, gdzieś w synapsach dolnych kręgów czai się wspomnienie kolumbijskiego bramkarza Martineza, który w 2006 roku strzelił gola Kuszczakowi broniącemu polskiej bramki. Czy nasi komentatorzy przypomną tę chlubną kartę z dziejów polskiego futbolu? Inne piękne kuriozum w mojej pamięci to jedyny gol Furtoka strzelony ręką w 1993 roku w meczu z San Marino. San fucking Marino! Są jeszcze ci irytujący bardzo ludzie, którzy mówią, że po Krymie, Donbasie i Skripalu Rosja to nie towarzystwo, zgadzam się z nimi, ale jedzmy ładnie i nie garbmy się.

Poprzedni film zapamiętałem jako zabawny, dlatego wybrałem się do kina na ciąg dalszy. Tym razem zaapeluję do mojej osoby w przyszłości: odpuść sobie, nie warto, tak jak z tymi Avengersami, produkcyjniakami naszych czasów. Producenci dżurasików mają taki szablon Excela, w którym wpisują imiona bohaterek, ta dobra i martwi się o dinozaury, ta jest bezwzględną reprezentantką interesów korporacji, ta zakutą wojskową pałą, a ta śmiesznym ludkiem od komputerów. (Dzień kobiet każdego dnia!) Enter i wypluwa nam scenariusz. Bo tam też działa maszyna losująca, która wstawia nowe nieprzewidziane zdarzenia, a to przypalone naleśniki, a to atak serca, a tym razem wulkan, który ma zniszczyć wyspę dinozaurów. Trzeba je więc ratować, w tę akcję włączono Andy'ego z Parks and Recreation, bo mi się nie chce sprawdzać, jak nazywa się jego postać. I jak to zwykle bywa, dinozaury trzymane w klatkach muszą, mało, że muszą - mają obowiązek, a nawet świętą powinność wyjść z tych klatek, żreć ludzi jak popcorn lub przynajmniej ich tratować. Zdradzę pewien ważny szczegół, tym razem dinozaury wyszły na ląd stały w postaci Stanów Zjednoczonych, choć z migawek wyglądało, jakby już przepłynęły do Afryki. Jeśli są takimi dobrymi podróżnikami, to poproszę, żeby na wszelki wypadek wstąpiły do Hollywood i zjadły ekipę planującą kolejne dżurasiki.
Parę ładnych lat temu przeczytałem Jadąc do Babadag. Jako czytelnikowi Kapuścińskiego, nieco chaotyczna książka Stasiuka podobała mi się umiarkowanie, ale udało się autorowi mnie przekonać, że ta gorsza Europa jest podróżniczo dużo ciekawsza od Zachodu z jego nudą równych, niezaśmieconych chodników i starannym planowaniem przestrzennym, gdzie historia występuje zasadniczo tylko jako atrakcja turystyczna. Tak, wiem, że ta wizja nieco traci na aktualności w obecnych czasach, ale zgadzam się ze Szczerkiem: wolałbym tę nudę od obecnych atrakcji w naszym rejonie Europy. Tytułowe Międzymorze to oczywiście nawiązanie do utopijnej wizji narodów Europy - powiedzmy - Środkowej, które ocalą cywilizację białego człowieka pod przywództwem Polski. Przejęzyczyłem się niedawno mówiąc, że czytam o Ziemiomorzu, co nieskromnie dopiszę do mojej listy dowcipów trafnie oddających istotę rzeczy. Na szczęście nie było jedynym celem autora skonfrontować utopię z rzeczywistością, a po wielu rozmowach wyszło mu, że łatwo z tym projektem nie będzie, przez co chcę powiedzieć, że it's not gonna fucking happen (pożyczone od Santagato). Poniżej jest parę cytatów, a nie ma wśród nich nic o Karolu Stojanowskim, który już w ciemnym okresie okupacji niemieckiej snuł wizję odtworzenia państw słowiańskich na terenach wschodnich Niemiec. O ile pisząc o Serbołużyczanach był jeszcze w jakimś kontakcie z rzeczywistością, to planując państwo połabskie odleciał do kosmity z satelity. Serbołużyczan spotkała ta krzywda, że od lat są tolerowani przez państwo niemieckie, mogą mieć swoje nazwy (z piękną „radnicą” zamiast polskiego, ale tak naprawdę niemieckiego, „ratusza”) i język w szkole. I tak powolutku rozpływają się w żywiole niemieckim, a serbołużycki staje się językiem babć i dziadków.
[338, o marszu dla Aleppo zorganizowanym przez Annę Alboth]
Zastanawiałem się, czy aleppczykom siedzącym pod bombami taki marsz ludzi z Pierwszego Świata, nawet jeśli o nim usłyszeli, w jakikolwiek sposób poprawiłby humor. Czy wyłącznie wzbudził pusty śmiech.
Ale nie szydziłem. Łatwo jest szydzić z Zachodu. Zbyt łatwo. Szczególnie teraz. Zachód mógł wyglądać na pięknoduchowski i leczyć złamania w tych miejscach, które sam wcześniej ochoczo łamał – ale mimo wszystko nie widziałem na świecie lepszej od niego alternatywy.
[421]
Kosowarzy uciekają ze swojego świeżo postawionego państwa masami. Na Zachód. A w kraju przez cały czas trwa prozachodnia retoryka, wymachuje się flagami UE.
[982, o siostrze babki zesłanej na prace przymusowe do Niemiec na tereny obecnie polskie]
Odebrał ją stary bauer. Na stacji w Grotkowie, który po niemiecku nazywał się Grottkau. Jechała powozem i się rozglądała. Drogi były brukowane. Nie wszystkie, ale główne. Domy murowane. W środku było jasno. Dostała mały pokoik i od tej chwili żyła z bauerską rodziną.
Miała więc warunki dużo lepsze niż w domu rodzinnym, do którego wciąż tęskniła i jeździła, kiedy tylko mogła.
[1005]
Po Clausie von Stauffenbergu już dawno nie został żaden ślad: rozstrzelano go, a ciało spalono. Trwa jego kult, i w Niemczech, i na Zachodzie, choć był wielkoniemieckim militarystą. Podczas kampanii wrześniowej był w Polsce i o zamieszkującym ją ludzie w liście do żony pisał tak:
Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Wokół czuje się nadzwyczajną nędzę. Jest to naród, który, aby dobrze się czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa.
Moja ciocia przyczyniała się właśnie do rozwoju niemieckiego rolnictwa, jak chciał Stauffenberg.
Autor wspomina o nim, bo z tamtych okolic ów „bohater” się wywodził.
[1143]
Albo na przykład taka Macedonia. To, co w Polsce zamanifestowało się w Świebodzinie, gdzie postawiono jeden z najtandetniejszych na świecie pomników Jezusa Chrystusa, za to wielki i efekciarski, taki, aby cały świat (a najbardziej Niemcy) wiedział, że Polak ma wielkiego, przepraszam, że wielkie rzeczy potrafi robić, że choćby i z siatkobetonu, ale totem wielki wznieść potrafi – w Macedonii pojawiło się w takiej skali, że klękajcie narody.
(...)
Mój Boże – Aleksander Macedoński na koniu, pokraczny i wyglądający jak powiększona kilkadziesiąt razy rzeźba z supermarketu budowlanego, za to podświetlony na kolorowo i podtryskujący fontanienką. To samo jego ojciec – Filip. Do tego siedzący na tronie imperator Justynian, który co prawda Macedończykiem nie był, ale urodził się w okolicach obecnego Skopje.
[2524, o filmie The Shrine z akcją osadzoną w Polsce]
Więc Polska z The Shrine to najzwyczajniej w świecie miejsce z horroru, ale amerykańskiego. Takiego, który już umościł sobie miejsce w zachodnim imaginarium, żeby nie trzeba było tworzyć niczego nowego, żeby wszystko było pod ręką. „Polska”, tak jak „Transylwania”, to daleki kraj na końcu świata, gdzie cholera wie, co może się przydarzyć, „my”, ale zacofani, więc polskie kobiety ze Shrine snują się po domach w czepkach typu „dziewiętnastowieczna Nowa Anglia”, a polscy mężczyźni mają fryzury na amerykańskich rednecków i jeżdżą rozpieprzonym truckami pomiędzy domami kropka w kropkę takimi, jak te w wiejskiej Oklahomie czy Utah, ale trochę jednak bardziej zapuszczonymi, w końcu, come on, Europa Wschodnia to Europa Wschodnia.
[3185]
Istnieje jeszcze Pies z Dwoma Ogonami. To partia, którą prowadzi Gergely Kovács, grafik. Pies objawia się co jakiś czas i zbawia Węgry. Jego obietnice wyborcze sięgają o wiele dalej niż obietnice Fideszu. Pies bowiem w programie wyborczym oferuje Węgrom między innymi życie wieczne, niższą grawitację, pokój na świecie i dwa zachody słońca dziennie. A także zniesienie chorób (i w ten sposób zlikwidowanie głównego problemu, który nęka węgierską służbę zdrowia), darmowe piwo dla każdego Węgra, sympatyczną pogodę latem: około dwudziestu, dwudziestu pięciu stopni (plus ożywcza bryza), budowę stacji kosmicznej, zamienienie ulic Budapesztu w weneckie kanały (żeby było ładniej) oraz wzniesienie sztucznej góry pośrodku Niziny Węgierskiej. No i last, but not least Pies postuluje utworzenie Mniejszych Węgier w miejsce Wielkich Węgier. Kto chce kształt Wielkich Węgier – niech go sobie wytnie w granicach Węgier małych, a nadwyżkę niech odda Serbom, Rumunom, Austriakom, Ukraińcom i Słowakom. Przecież, jak przekonuje Gergely Kovács, pójście w drugą stronę i odbieranie im terenów dawniej należących do Wielkich Węgier byłoby niegrzeczne. Podpis na plakatach Psa głosi: „Jest taki uroczy, że na pewno nie będzie was chciał okraść”.
[3711]
Gdy przyszli separatyści, Donbasyci przywiązywali do anten samochodów gieorgijewskie wstążki, ale szybko znów się rozczarowali, kiedy się okazało, że rządy separatystów to mafijne państwo, z samowolką, bucostwem, manifestacją siły tych, którzy sobie radzą, i gnojeniem tych, którzy nie. Czyli generalnie przeciwieństwo tego wyśnionego ZSRR, co to miał powrócić jak Chrystus w paruzji – cały na biało i w lepszym wydaniu. Potem przyszła Ukraina z żółto-niebieskim malowaniem czego się da i korupcją, która jak była, tak jest. I słabymi widokami na przyszłość. I właśnie sobie Donbasyci przypominają, dlaczego się rozczarowali Ukrainą. I Ukraina może spać spokojnie, ale tylko do momentu, aż zapomną, dlaczego się rozczarowali separatystami.
[3867]
Chodzi o historię późniejszą, z początku lat dziewięćdziesiątych. Bo po tym, jak przez Wilno przewaliła się już historia XX wieku, z tą całą Radziecją, Niemcami, kolejną Radziecją, gdy w końcu pojawiła się dla Litwy szansa uzyskania niepodległości – część podwileńskich Polaków zbuntowała się i próbowała utworzyć na Wileńszczyźnie własne struktury. Na czele projektu stali dwaj deputowani do Rady Najwyższej ZSRR. Nad Solecznikami zawisła polska flaga, a zbuntowany region nazwano Polskim Krajem Narodowo-Terytorialnym.
Na początku plany były o wiele szersze. Jednego z przywódców PKNT odnalazłem po latach, wykładającego w jednej z polskich regionalnych uczelni. Wyglądało na to, że siedzi tu na zesłaniu. Wzdychał ciężko, narzekał, że czuje się obco i że tęskni za Wilnem. Był dość mocno odklejony od rzeczywistości. Opowiadał o spiskach i międzynarodowych zakulisowych knowaniach na szeroką skalę. Wręczył mi grubą kopertę z kserówkami wycinków prasowych, z których miało wynikać, że rozpad ZSRR był zaplanowany przez KGB już dekady przed Gorbaczowem, a znana w całej Radziecji bułgarska wróżbitka, baba Wanga, była agentem radzieckiego wywiadu. Jej zadaniem było takie przepowiadanie przyszłości, by mogło przygotować obywateli Związku na jego kontrolowane wyburzenie.
[4765, wrażenia z Finlandii]
Na citylightach wisiały plakaty wystawy Toma of Finland z całą tą gejowską estetyką, wielkimi penisami, wąsami à la Freddie Mercury i skórzanym oprzyrządowaniem w stylu Roba Halforda z Judas Priest, którego z kolei naśladowały pokolenia bardzo mocno podkreślających swoją heteryczność metali w skórzanych kurtkach, ćwiekach i łańcuchach – tego Roba Halforda, który na koniec kariery publicznie ogłosił, że jest gejem. Nikt tu pod tymi plakatami nie leżał Rejtanem i nie śpiewał pobożnych pieśni, nikt nie obrzucał farbami ani nie naklejał karteczek, na których tym specyficznym charakterem pisma wypisuje się „Panie Jezu wspomóż, aby ci grzeszący nie grzeszyli więcej, i spuść im do duszy skromność”.
[5159]
Polska się zbuntowała przeciw Zachodowi, bo okazał się czymś innym, niż miał być. Złote, błyszczące neony przemieniły się w zwyczajne reklamy Rossmanna i Lidla. Miała być kraina bogactwa, a wyszła kraina lewactwa. Miały być dupy z rozkładówek „Playboya” w szybkich furach, a są połajanki feministek, że słowo „dupa” uwłacza kobiecie, i ochrzan od Zielonych, że szybkie fury zatruwają atmosferę. Nie wspominając o tym, że „Playboy” skończył z nagimi fotkami.
[5213]
Ale nie tylko polska „lewa strona” jest daleka od akceptacji polskiego państwa. „Prawa strona” również nie pali się do przyjęcia go takim, jakie jest. To „kochaj, kurwa, ojczyznę, bo ci wyjebię” jest tragiczne i groteskowe, bo wygląda jak zmuszanie się do seksu na siłę, z zaciśniętymi zębami. Odruch odrzucenia wszystkiego, co krytyczne, świadczy o tym, że ta „miłość” jest ropiejącą raną. Nienawiść do „Polski w ruinie”, do tej beznadziejnej „postkomunistycznej” rzeczywistości, jest dziecinną tęsknotą do Polski wyobrażonej, nieistniejącej, zamieszkiwanej przez duchy żołnierzy wyklętych i zastępy polskich bohaterów.
[5234, o międzywojniu]
Jak gloryfikowany jest ten ulotniusieńki momencik, w którym choć przez parę chwil pokazaliśmy światu pięść, gdy choć przez chwilę mogliśmy się pomościć w regionie. Zabrać sobie Wileńszczyznę – bo tak! Zaolzie – bo możemy! Domagać się kolonii – bo inni też mają, i choć był to czyściuteńki festiwal polskiego zakompleksienia, to dla polskiej ślepej niedojrzałości był on festiwalem narodowej dumy. Moment haju, do którego wracamy jak narkoman. I dziwimy się, że nikt, szczególnie Zachód, nie chce przyjąć naszej perspektywy jedynie polskiej, tej „jedynej prawdy”, o której mówił Jarosław Kaczyński w słynnym przemówieniu po wygranych wyborach (podczas którego, notabene, odkrył istnienie postmodernizmu). I że nie spełnia na kolanach swojego świętego obowiązku, jakim jest utrzymywanie Polski przy życiu. „Gruzja jest ikoną, jej oprawą cały świat” – śpiewają Gruzini w hymnie narodowym, a w zasadzie mogliby Polacy. Bo to jest wers na miarę Lichenia.
To zapewne jest ulubiony film ateistów, ale na pewno nie wszystkich, bo bywają tacy, którzy uważają, że należy szanować, respektować, unikać kpin i tak dalej. Ja taki wspaniałomyślny nie jestem, bo moja skłonność do tolerancji nieracjonalnych wierzeń jest uzależniona od stopnia, w jakim mi i całemu społeczeństwu się te wierzenia narzuca. Tu i teraz - zbyt wielkiego jak dla mnie. Co ciekawe, bywa, że ludzie wierzący lubią ten film (znam, znam), ale w swojej grupie są raczej w mniejszości. Film powstawał mniej więcej wtedy, gdy na głowę Kościoła wybrano Karola Wojtyłę, więc można powiedzieć, że jest darem opatrzności dla późniejszego pokolenia JPII. Wydawałoby się, że mamy do czynienia z szacowną ramotą, ale to wciąż jeszcze da się obejrzeć jako po prostu dobrą komedię o Brianie, przypadkowym proroku, który skończył na krzyżu. Wszyscy chyba znają pogodną piosenkę Always look on the bright side of life, którą ukrzyżowani wygwizdują w finale na pocieszenie Brianowi. A tu proszę, tym razem rozbawiła mnie piosenka z czołówki, którą zamieszczam poniżej. Pompatyczna jak wstępniaki do Bonda, a zaśpiewana przez (podobno) szesnastoletnią Sonię Jones. Zapewne sukcesowi Gwiezdnych Wojen, wtedy jeszcze świeżego hitu, zawdzięczamy motyw podróży pozaziemskiej Briana. I pamiętajmy, że:

W komentarzach przeczytałem gdzieś, że głupie i strata czasu. Ciekawe, co autor tej opinii myśli o produkcjach Marvela czy Emmericha. Gdyby miał o nich dobre zdanie, nie zarzuciłbym mu szczególnej konsekwencji poglądów. Przyciąganie ma być wystawną bzdurą i w takich kategoriach powinno być oceniane, bo w przeciwnym razie bylibyśmy podobni do redaktor Lichnerowicz, która zarzucała infantylizm bajkom dla dzieci (to było dawno temu, ale bawi mnie do dziś). Na swój sposób wizja obcych w tym filmie jest oryginalna lub - ostrożniej to ujmując - odbiega od sztampy. Choć dochodzi do rozpieprzenia połowy południowej Moskwy, dzieje się to przypadkiem, a (chyba jedyny) przybysz okazuje się przystojnym młodzieńcem o pokojowym nastawieniu. Wskutek dość durnowatego zbiegu okoliczności spotyka Julię, przypadkiem córkę ważnego wojskowego decydenta. Dzięki niej zapoznaje się bliżej z ludzkością, która ku jego zaskoczeniu, a naszemu zawodowi wytartym szablonem, okazuje się okazywać uczucia, zachowywać nieracjonalnie (a to takie piękne) i robić mniamuśne naleśniki. I byłoby tak słodziutko i ciastkowato, ale jest jeszcze Artiom, chłopak Julii, który w zemście za porzucenie wywołuje rozruchy uliczne. Może w dzisiejszych czasach mediów społecznościowych to nawet możliwe, choć udaje mu się podejrzanie łatwo. Szczególnie łatwo mu idzie z ogrywaniem wojskowych, którzy tu robią raczej za poczciwych gamoni. Wymowa filmu jest ogólnie proimigracyjna, co akurat nie jest specjalnie ryzykowne w kraju, do którego mało kto prócz Depardieu chce przyjeżdżać. Trochę to przypomina propagandowe granie na nosie Zachodowi, jakie pamiętamy z przedwojennego filmu radzieckiego Cyrk.

Obiecuję, że nad sobą popracuję, żeby ujrzeć ukryte piękno kina czarno-białego w formacie cztery na trzy (chyba nawet mniej niż cztery). Zasadniczo do obejrzenia tego filmu wystarczyłby socjalistyczny sprzęt w postaci telewizora Neptun. Chwilowo uważam, że to szkodliwa maniera, której celu nie widzę, chyba że chodzi o to, żeby widz się nad tym głowił w czasie seansu, zamiast po prostu oglądać film. Historia jest miłosna, a uczucie dwojga bohaterów pokrzyżowane jest geopolityką lat pięćdziesiątych. Chyba wyczerpałem życiowy limit wzruszeń nad ofiarami stalinizmu, żeby mocniej się przejąć tym, że ktoś tam nie może się spotkać z ukochanym, a jak się już spotyka, to zawsze są jakieś problemy. Drodzy zachwyceni krytycy od prawa do lewa, włóżcie mnie między tępe buraki, bo owszem, przyznam, że film jest niezły, ale nie dam sobie wmówić, że arcydzieło. Z zakochanej pary dużo bardziej podobała mi się zadziorna i momentami bezczelna Zula, inaczej niż nijaki Wiktor. Atutem filmu jest niewątpliwie podróż przez różne klimaty muzyczne epoki. Zakończenie jest moim zdaniem melodramatyczne i pretensjonalne. Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? - pytam jak ten Gałkiewicz.