Nie wiem po co ten tytuł

              

wtorek, 6 lutego 2018

The Man Who Mistook His Wife For A Hat (Michael Nyman)

Poszedłem na parę spektakli w ramach Opera Rara, gdzie dominuje muzyka dawna, ale organizatorzy wpadli na szczęśliwy pomysł, aby włączyć operę współczesną. Opera Nymana, której pierwsze wystawienie miało miejsce w 1986 roku, poświęcona jest przypadkowi wizualnej agnozji zaobserwowanej przez neurologa Olivera Sacksa, który w operowej wersji nazywa się John Tighe. Można rzec, że opera ma niezłą wartość poznawczą, bo sporo dowiadujemy się o pacjencie, doktorze P., który ma wiele talentów, wokalny, malarski, szachowy, ale - choć oczy ma w porządku - utracił zdolność posługiwania się nimi. Dlatego myli żonę z kapeluszem i ucina sobie pogawędki z parkometrem. Realizacja wizualnie bardzo ciekawa, muzycznie atrakcyjna, więc polecam. Wystąpili Tomasz Konieczny, Marisol Montalvo, Stanley Jackson i Sinfonietta Cracovia, reżyseria Kristofa Spiewoka. [X]

Sam Harris o fikcji wolnej woli

Przyznam, że teza o złudzeniu wolnej woli jest ciężkostrawna. Chyba najbardziej z tego powodu, że wolną wolą tłumaczymy odpowiedzialność ludzi za ich uczynki. Ukradła, bo tak wybrała, zabiła, a wcale nie musiała itd. (Pokłon w stronę Warakomskiej; używajmy szerzej  rodzaju żeńskiego!) Ale zauważmy, że ta odpowiedzialność nie obowiązuje uniwersalnie. Dopuszczamy przecież przypadki, że ktoś popełnił zbrodnię w afekcie albo nie będąc w pełni poczytalną. Harris pyta, czy to nie jest przypadkiem szersze zjawisko? I odpowiada twierdząco. Czy to znaczy, że mamy przestać wsadzać ludzi do więzienia? Bynajmniej, ale z innych pobudek - nie aby karać, ale aby odizolować od społeczeństwa osoby zagrażające bezpieczeństwu. Przypomina mi się ciekawy argument TMM: gdyby istniała jakaś metoda, aby zresocjalizować przestępczynię poprzez, powiedzmy, wycięcie fragmentu mózgu, to jaki sens miałoby utrzymywanie więzień? Moja niedawna decyzja o przejściu na wegetarianizm wydaje mi się niezaprzeczalnym przejawem mojej wolnej woli. Ale czy na pewno? Gdybym nie miał predyspozycji do ulegania racjonalnym argumentom, gdybym przypadkiem nie trafił na te przekonujące argumenty - to nie podjąłbym tej decyzji. Posłuchajmy Harrisa mówiącego o wolnej woli. Filmik jest wizualnie ciekawy, ale przestałem patrzeć, bo za bardzo mnie rozpraszał, a poza tym obraz niewiele wnosi do słów Harrisa. Przy okazji mam taką refleksję, że czemu, do kuźwy nędzy, słuchając filozofujących Amerykanów, widzę myślowy porządek i podążanie od punktu A do punktu B. Debata, o której napisałem poniżej przypominała pieski rozpuszczone w lesie, każdy biegnie w inną stronę.

Sam Harris - Free Will from The Inspiration Journey on Vimeo.

Parę myśli po debacie „Racjonalizm znany i nieznany”

Na początek zaznaczę, że nie jestem filozofem, więc zapewne  z punktu widzenia panelistów wypowiem jakieś kompromitujące mnie banały. Podstawowy problem racjonalizmu jest taki, że nie można go racjonalnie uzasadnić. Jest to pewien wybór, ale opłacalny. Racjonalizm ma zresztą dobrą prasę, nawet ludzie religijni często starają się racjonalnie uzasadnić swoją wiarę, przez co niejako składają hołd racjonalizmowi. Ale co to w ogóle jest? Jeśli sprowadzać racjonalizm do pragmatyzmu, mówi profesor Flis, czeka nas marny koniec. Nas, czyli ludzi szeroko pojętego Zachodu. Na mój użytek określiłbym racjonalizm jako postawę, w której należy przyjmować możliwie mało założeń pozwalających nam zrozumieć świat, a w procesie jego poznawania należy zawsze być gotowym do odrzucenia twierdzeń sprzecznych z doświadczeniem. Jak zwrócono uwagę w czasie dyskusji, często jesteśmy zmuszeni zaufać autorytetom. Nie mam z tym problemu, bo potrafię odróżnić autorytety godne zaufania od innych. Jeśli w kwestii istnienia bozonu Higgsa mam uwierzyć fizykom z CERN-u, to nie jest źle, bo gdybym poświęcił swój czas i (potencjalnie ogromne) pieniądze, mógłbym sprawdzić rezultaty ich badań. Ogłoszonego przez Piusa IX dogmatu o niepokalanym poczęciu NMP w ten sposób nie zweryfikuję. Gorzej jest kiedy autorytety naukowe sobie przeczą, jak jest na przykład w kwestii przyjęcia euro w Polsce. Wtedy jestem skazany na agnostycyzm, bo do obu stron w dyskusji mam parę pytań, na razie bez odpowiedzi. Po debacie naszła mnie refleksja, czy zdołano by przekonać kogokolwiek do racjonalizmu. Już prędzej do zwątpienia, bo choć jakaś definicja racjonalizmu się pojawiła, to ogólne przesłanie było takie, że ten racjonalizm to niezwykle słaba pozycja, niewystarczająca nawet do uzasadnienia tak zwanych wartości, którymi się w życiu kierujemy. Słusznie, bo jeśli uczymy dzieci w przedszkolu, że kraść jest nieładnie, a one się z nami zgodzą, to na pewno nie na skutek swojej racjonalnej postawy. Jeśli jednak wierzący mówią mi, że bez religii nie ma moralności (a nawet bezczelnie wmawiają mi wartości „chrześcijańskie”, bo nie kradnę i nie zabijam), to co ja poradzę na to, że mam racjonalną odpowiedź na to, skąd pochodzi nasza moralność. Nie wiem co ma do racjonalizmu opisana przez Malinowskiego społeczność Triobriandów z ich przekonaniem o braku związku między seksem a prokreacją (podobno zmyślenie autora). Profesor Flis, jak przystało na wytrawną humanistkę, rzucała wiele cytatów z nazwiskami, niektóre nawet ciekawe. Zawsze mnie zastanawia, jak słyszę, że była wzruszona cytatem bodaj z Kotarbińskiego, który przytoczyła, a wydał mi się on banalny i nawet niespecjalnie wart zapamiętania. Dla odmiany siedzący obok mnie pan przypomniał cytat ze Stevena Weinberga, noblisty z fizyki:
Religion is an insult to human dignity. With or without it you would have good people doing good things and evil people doing evil things. But for good people to do evil things, that takes religion. [X]
Aby dobrzy ludzie czynili źle, potrzebna jest religia? Ta myśl wygląda na błyskotliwą, ale tylko z pozoru. Gdyby zastąpić „religię” „fanatyzmem ideologicznym” byłbym skłonny zgodzić się bardziej. Po debacie było spotkanie z Leszkiem Nowakiem ze Stacji Ateizm. Esprit de l'escalier, nie zapytałem go „w co wierzysz i dlaczego?”, za to on zadał to pytanie siedzącemu przy stole młodzieńcowi, który zaczął opowiadać o matematyce, która tak pięknie tłumaczy świat prawami fizyki. Dlatego Bóg? Inny jest jednak problem, prawa fizyki nie są częścią matematyki, bo wyobrażam sobie matematycznie poprawną teorię flogistonu. Inny przykład, mechanika Newtona jest stuprocentowo matematycznie poprawna, cóż kiedy okazało się, że nie całkiem zgadza się z rzeczywistością. Dowiedziałem się, że religie opisują Boga z innych punktów widzenia, islam też ma swoją prawdę. To brzmi ładnie i szlachetnie, ale i tak trafi do islamskiego piekła.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Uwaga, fiutek!

Pragnę ostrzec rodziców zatroskanym dobrym prowadzeniem się ich pociech, aby nie zezwoliły im oglądać seriali Babylon Berlin i Altered Carbon, a to z powodu bezwstydu, który się tam szerzy. Sami zresztą też powinni unikać kontaktu z tymi bezbożnymi produkcjami. Załączam dowody rzeczowe, na dwóch pierwszych widzimy wszetecznego Johanna Jurgensa, a na ostatnim zbereźnego Jamesa Purefoya.

niedziela, 4 lutego 2018

Piękny kraj czyli God's Own Country

Przypomnijmy sobie, że Anglia, rozumiana jako część Zjednoczonego Królestwa, ma powierzchnię dwa i pół raza mniejszą od Polski przy populacji półtora raza przewyższającej nasz kraj. Wspominam o tym, bo akcja umieszczona jest w jakimś pustkowiu, gdzie można wspiąć się na pobliski pagórek, z którego rozciąga się widok na jeszcze obszerniejsze pustkowia. Czasy są jakby współczesne, ale to słabo widać, bo żadna współczesna technologia nie rzuca się w oczy. Życie Johnny'ego nie jest więc szczególnie urozmaicone, nic zatem dziwnego, że po pracy w gospodarstwie przy krowach i owcach lubi sobie wyskoczyć do pobliskiego pubu, aby ostro dać w gardło i posunąć jakiegoś chłopaczka, jeśli się trafi chętny. Wielkiego wsparcia w rodzinie Johnny nie ma, bo ojciec jest niepełnosprawny po wylewie, a babka z typu wiecznie zmartwionych i narzekających. Sytuacja zmienia się, kiedy zatrudniają do pomocy Rumuna Gheorghe, który wychował się na wsi i wie jak odbierać poród jagniąt i robić owcze sery, czego nie oszczędzono oczom widza. Przykład uroczej scenki: Gheorghe zdziera z martwo urodzonego jagniątka skórę i nakłada ją innemu, żywemu, aby mogło ssać mleko innej matki. Mam tylko nadzieję, że nie ugotował go w mleku matki jego, bo to dopiero byłoby obrzydliwe. Dalsze wypadki są przewidywalne, jak tego można było oczekiwać po filmie z outfilmu. Po wstępnych niesnaskach bohaterowie nawiązują głęboką więź analną, a zasadnicze pytanie jest takie, czy obcowaniu ciał dorówna obcowanie dusz, co nie jest takie oczywiste w przypadku Johnny'ego. Babka oczywiście ma problem z kochankiem Johnny'ego, zupełnie jakby nie słuchała swojej królowej, ale w decydującym momencie wzruszymy się jej postawą. A dlaczego wzruszyło nas odholowanie przyczepy mieszkalnej spod domostwa Johnny'ego, o tym opowie już redaktor Janicka.

sobota, 3 lutego 2018

Pamiętajcie o brzytwie Hitchensa

Wynalazek nie jest nowy, ale Hitchensowi zawdzięczamy jego upowszechnienie.
What can be asserted without evidence can be dismissed without evidence.
Czyli: co jest przyjmowane bez dowodu, może być odrzucone bez dowodu. Hitchens stosował tę regułę do rozmaitych tez religijnych, ale oczywiście ma ona szersze zastosowanie. Przykładem, który nasunęła mi autopsja, jest twierdzenie o polskim obozie śmierci w Treblince. „Polskim” w znaczeniu, że stworzonym i zarządzanym przez Polaków. Autor tej tezy twierdził, że o tym wie, ale odmawiał podania jakichkolwiek argumentów. Całkiem spokojnie odrzucam więc pogląd o Treblince, ale bez wielkiej radości, bo jedno z ostatnich, co może przekonać szeroką publikę, to racjonalne argumenty.

czwartek, 1 lutego 2018

The Room

E, tam, to na pewno nie jest najgorszy film, jaki nakręcono, ale jeśli wziąć pod uwagę pieniądze, jakie pochłonęła produkcja - to być może, że tak. Obejrzeliśmy ten film głównie z powodu Disaster Artist, który już niedługo wejdzie na ekrany kin, a jego zwiastun nami wstrząsnął, wskutek czego wyszliśmy na idiotów, których rozbawi byle co i głośno to okazują. Film ma charakter autorski, a jego twórcą jest Tommy Wiseau, który napisał scenariusz, wyreżyserował i zagrał główną rolę. Z tym ostatnim chyba jest najgorzej, bo więcej dobrego aktorstwa można obejrzeć w pierwszym lepszym pornosie. Producent tego filmu zapewne był najmniej asertywną osobą świata, która nie potrząsnęła Tommym, aby może sobie dał spokój z występami przed kamerą. Ale co się dziwić, skoro był to jeden z aktorów - nie znam się zbyt mocno, ale to chyba jest rodzaj patologii. Ciekawostką są dość odważne sceny erotyczne, skoro niewdzięczna panna, dziewczyna Johnny'ego, pokazuje biust, ale kiedy tylko nie ma Johnny'ego w pobliżu, opowiada wszystkim, jaki to on jest beznadziejny. A Johnny tak ją kocha, że niewiele sobie robi z jej bezpodstawnych oskarżeń o pobicie, co widzimy w najsłynniejszej scenie wejścia na dach budynku ze słowami „O, hi, Mark!”. Czyż to nie słodkie, że od roku 2003 nakręcono setki filmów, o których nikt już nie pamięta, a taki gniot jest oglądany, komentowany i obśmiewany do dziś? Film The Room wniósł do świata wiele radości, taka jest niewygodna prawda.

The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger