Nie wiem po co ten tytuł

              

niedziela, 28 grudnia 2025

Przypływ (High tide)

On poznaje jego, od miłej rozmowy przechodzimy dość szybko do czynności intymnych. Lourenço jest imigrantem, który za niedługo będzie „nieudokumentowany”. Miał wprawdzie poślubić jakiegoś Marka z Oregonu, ale tamten puścił go w trąbę i nie daje znaku życia. Wtedy nasz imigrant poznaje Maurisa, przystojnego Afro-tubylca na wakacjach (bo w takiej wakacyjnej miejscowości przebywa Lourenço). To oczywiście jest komplikacja, bo Maurice wkrótce wyjedzie do tego swojego Nowego Jorku, a wątpliwe, żeby relacja pomiędzy nimi pogłębiła się w tym krótkim czasie do tego stopnia, aby zaczęli planować wspólne życie. I na tym wątłej podstawie widz ma się dać wciągnąć w historię. Widz trzymał się dzielnie, ale trochę jednak się wciągnął. [X]

Żywy czy martwy: Film z serii "Na noże" (Wake Up Dead Man: A Knives Out Mystery)

Wskutek nieszczęśliwego przebiegu zdarzeń odwołano katolicką mszę w Wielki Piątek. No, ale w Wielki Piątek nie odprawia się mszy! - zauważył dobrze zorientowany współwidz. Nieszczęśliwy przebieg oznaczał dziwną śmierć księdza. Na szczęście na miejscu mamy Benua Blanta, który za tatusiów miał Sherlocka H. i Herculesa P., a raczej miałby, gdyby tym panom przyszła do głowy myśl o wspólnym potomku. Tytułowy nieboszczyk zmartwychwstał i jakby zemścił się na mordercy? Nie on jeden, bo wraz z nim próbę wskrzeszenia wykonano wobec dwóch innych zmarłych: Doyle'a i Christie. Czułem ich obecność w salonie w czasie „przyjemnego odbioru”. Może jeszcze wina, Agatho? Poczęstuj się czipsami, Conanie. Niesamowite, że filmy z serii „Na noże” gromadzą taką znakomitą obsadę, choć ich koncepcja trąciła naftaliną już pięćdziesiąt lat temu. Kwestia „kto zabił?” nigdy mnie zbytnio nie pociągała, a tu ona właśnie jest pierwszoplanowa. Oczywiście mamy liczne podpuchy, ale przecież wiemy, że ten niby oczywisty pierwszy podejrzany, młody, skądinąd bardzo przystojny ksiądz, nie okaże się mordercą. Sprawa zostanie wyjaśniona do imentu, a o rozwiązaniu zadecydują szczegóły ukryte przed widzami. Ale oczywiście nie przed Benua. W tej roli znowu Craig, którego mam ochotę skomplementować za to, że potrafił nie grać Bonda. I w dodatku nie wstydzi się wieku. [X]

Dobrzy chłopcy (Hombres íntegros)

Historia jest trochę niezwykła, bo mało komu jednak zdarza się wplątać w morderstwo, ale jeśli rozpatrywać ją z punktu widzenia fabuł filmowych - jest całkiem przeciętna. Rzecz toczy się w środowisku liceum, a głównym bohaterem jest Alf, który ma dużo większą ochotę na zbliżenia intymne z Oliverem, szkolnym pariasem, niż z pannami, ale przed kolegami musi udawać. Czy ukrywanie swojej tożsamości prowadzi do opłakanych skutków? Mam nadzieję, że nie to chcieli nam przekazać twórcy. Cały wątek homo blednie wobec demaskatorskiej intencji filmu. A co zdemaskowali? A to, o czym i tak dobrze nam wiadomo: bogaci wykręcą się z najgorszych opałów. To, że Epstein się nie wykręcił, to tylko wypadek przy pracy.

The Critic

Film jest po trosze martyrologiczny, bo przypomnimy sobie, jak to paskudnie traktowano gejów w przedwojennym Zjednoczonym Królestwie. Tytułowy krytyk jest właśnie gejem, ale też bardzo wpływowym krytykiem teatralnym, którego recenzja ma szanse pomóc, ale częściej zaszkodzić produkcjom teatralnym. Groźba restrukturyzacji (eufemizm na wywalanie z roboty) podsuwa naszemu krytykowi pewien fortel, ale sprawa się pogmatwa i z czasem dojdzie do morderstwa. McKellen grywał już podstarzałych gejów, np. w Bogowie i potwory (bo on był stary już 27 lat temu!), z tego filmu do dziś pamiętam bardzo przystojnego Frasera i pewną scenę z wyrafinowanym prztyczkiem, że tak tajemniczo ujmę rzecz. Niczego takiego nie zauważyłem w The Critic, więc nie jest to może najlepiej zainwestowane półtorej godziny mojego życia. Ale bywały inwestycje dużo mniej trafione.

Mission: Impossible - The Final Reckoning

Po wielokrotnym tłumaczeniu, m.in. przez pendżabski i luo, tytuł polski brzmi: Akcja: Niemożliwa - Ostateczna liczba. Nigdy nie przepadałem za filmami z tej serii, choć nie umiałem tego sobie wytłumaczyć. I nagle mnie oświeciło: chodzi w zasadzie o wszystkie produkcje z Cruisem. Są one robione przez ludzi nadętych, którzy nie pierdnęli przynajmniej od dziesięciu lat. Nawet ten Pegg, który ma potencjał na comic relief, nic tutaj nie pomógł. Nie bardzo chce mi się wchodzić w detale fabuły, że tam jakaś sztuczna inteligencja chce zapanować nad światem, czemu można zapobiec skacząc do wulkanu lub nurkując nago w Oceanie Lodowatym, a wszystko udaje się w ostatniej nanosekundzie, zanim byłoby za późno. W imieniu ludzkości wystosuję taki oto apel do Cruise'a: kończ, waść, wstydu oszczędź. Nie znaczy to, żeby przestał w ogóle występować w filmach, ale może już nie jako zbawca świata. [X]

Materialiści (Materialists)

W roli głównej ta pani z wielu Twarzy Greya, wypadła dobrze w roli Łucji, profesjonalnej swatki, zatrudnionej na etacie w agencji matrymonialnej. Było trochę o jej sprawach zawodowych, ale więcej o jej życiu uczuciowym, bo wiecie, jak to tam mówią, lekarzu, lecz się sam, albo bez butów chodź. Z jakiegoś powodu zetknęła się ze swoim byłym facetem (Evans), z którymś kiedyś rozstała się po wielu kłótniach o podłożu ekonomicznym, przez co nie mam na myśli konfliktu keynesistki z marksistą, lecz spory o to, czy nas stać na taksówkę i sto tym podobnych rzeczy. Rozeszli się, a teraz Łucją zainteresował się uczuciowo Harry, nie byle jaki, bo nadziany, więc z nim na pewno nie będzie nieporozumień w przyziemnych kwestiach. Widz stoi przed dylematem: czy kibicować poprzedniemu, czy obecnemu. Nie jest to dylemat wart większej inwestycji czasowej, ale jak ktoś nie ma co robić z czasem, to może obejrzeć. [X]

Bugonia

Lánthimos zaszył się w swojej strefie komfortu, znowu Emma, znowu Plemons. Może dlatego ten film wyszedł mu stosunkowo mniej psychiczny od innych? Dwóch świrów teoriospiskowców porywa kobietę, która jest wysłannikiem obcej kosmicznej rasy kontrolującej ludzkość. Oczywiście chcą w ten sposób uratować ludzkość, ale nic z tego. Na sam koniec zostaniemy uraczeni słodkimi, niemal pastelowymi pocztówkami z zagłady. Nie ma w niej nic okrutnego, po prostu wszystkim ludziom wyłączono procesy życiowe. Cokolwiek robili, osunęli się na glebę, a jeden chłopiec na pannę, którą akurat wtedy bolcował. Zapodałem tu mega spojler, ale film jest na tyle ciekawy, że nadal warto go obejrzeć. Urocze są przerywniki z odliczaniem dni do zagłady z widokiem płaskiej Ziemi. Potwierdziła mi się kolejny raz cecha filmów Lánthimosa: nie bardzo wczuwam się w postaci. Owszem, są ciekawe, często zabawnie szurnięte, ale żebym się martwił, że komuś coś się złego stało lub stanie - takiej oryginalnej myśli nie miałem w czasie seansu.

sobota, 22 listopada 2025

Joanna Szalona (Juana la Loca)

Joanna była córką słynnej pary, Ferdynanda Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej - tej, która podobno ku większej chwale Boga postanowiła całkowicie odrzucić wszelkie rytuały związane z higieną. W takim razie przebywanie w jej towarzystwie raczej nie było miłym doświadczeniem, nawet jeśli była Izabela osobą pełną uroku osobistego (z czego słyną dewotki...). Niedługo po „odkryciu” Ameryki wydano Joannę za mąż za Filipa I Pięknego, syna cesarza, który rządził w resztkach księstwa Burgundii, ale kiedy zmarła Izabela, wrócił z żoną do Kastylii (nazwa ta oznacza „krainę zamków”, co proszę skojarzyć z angielskim castle), bowiem Joanna była jedyną dziedziczką tronu. Wydawałoby się, że korona powinna przypaść Ferdynandowi, ale on był „aragoński”, więc nie miał żadnych praw do tronu małżonki, atoli nie powstrzymywał się od wściubiania noska do spraw kastylijskich. Stosunki się napięły i już prawie doszłoby do wojny na Półwyspie Iberyjskim, aż tu nagle i nieoczekiwanie Filip wyzionął ducha, a Joannę jako szaloną zesłano do klasztoru. Czy była szalona? Twórcy filmu dają odpowiedź zdecydowaną: nie! Była tylko niezwykle zakochana w swoim mężu, który w wersji filmowej jest rzeczywiście piękny, choć w rzeczywistości był raczej paszczurem. Wydaje się, że twórcy sugerują coś więcej, bo Joanna miałaby być wręcz opętana seksualnym czarem swojego przystojnego męża. Akcja filmu skupia się na nieszczęśliwym i dość krótkim małżeństwie Joanny, kiedy to żona dowiaduje się o kochankach męża, chcąc dociec, która to z jej dwórek przyprawia jej rogi (o ile można je żonie przyprawiać). Według filmu zdarzały się Joannie publiczne napady szału, ale usprawiedliwione fabularnie. Oczywiście wygodnie było ją odsunąć, co uczyniono pod pretekstem niepoczytalności. Kolejny król Kastylii był już królem całej Hiszpanii i miał na głowie większe sprawy niż przejmowanie się niesprawiedliwie osądzoną matką (jeśli wciąż wierzymy twórcom). Biedna Joanna nie była dość charyzmatyczna i odważna, by móc sprawować rządy w stylu angielskiej Elżbiety lub osiemnastowiecznych caryc. A może i była, ale myśl o rządach kobiety wydawała się wciąż zbyt ekstrawagancka w tamtych czasach. W to prędzej uwierzę.

piątek, 21 listopada 2025

Ostatni wiking (Den sidste viking)

Mam wrażenie, że obejrzałem nieco inny film od tego, który sugerowano w zwiastunie. Zwiastuny to w ogóle ciekawy temat, bo dość często zdarza się, że pokazują bardzo wypaczoną wersję filmu, a w dodatku, jeśli chodzi o nieudane komedie - często zdarza się, ze wszystkie dowcipy zawarto w zwiastunie. W zwiastunie tego filmu byli chyba jacyś wikingowie, których w samym filmie nie uświadczysz. Dowcip w tym przypadku jest ryzykowny, bo tak jakby śmiejemy się z wariatów, na co już Szymborska kręciła nosem, długo przed dzisiejszymi światopoglądowymi śnieżynkami. Ja nie miałbym oporów, żeby się pośmiać z powodów niestosownych, ale tu chodzi raczej o subtelny uśmiech niż głośny śmiech. Wariatem jest Manfred, grany przez Mikkelsena, którego przystojny brat przed odsiadką wyroku powierzył torbę z dużym zapasem gotówki. Kiedy po paru latach brat Manfreda wyszedł z więzienia, zamiast Manfreda zastał Johna Lennona, bo za niego zaczął uważać się Manfred. Brat musi więc wejść w urojenie Manfreda, jeśli chce odzyskać pieniądze ukryte nie wiadomo gdzie. Wszystko byłoby pięknie, bo wątek komediowy wygląda pierwszorzędnie i do tego oryginalnie, ale byłaby to dość okrutna komedia, bo pewne bandziory też wiedziały o fortunie brata i nie przebierały w środkach, aby ją zdobyć. Gdybym miał zaszufladkować ten film, zaliczyłbym go do komedii grozy.

Kulawe konie - odcinek 5, sezon 5

Agenci River i Coe próbują ukryć przed Lambem, ich szefem, swój udział w przypadkowej śmierci jednego z kandydatów w wyborach burmistrza Londynu. Grający Rivera aktor (Jack Lowden) znakomicie odegrał scenę krętactwa, choć z drugiej strony - co to za prostolinijny agent, który nie umie przekonująco wciskać kitu? Może słusznie trafił do Slough House, miejsca dla agentów specjalnej troski.
Po rozmowie Lamb powie im, aby wyświadczyli mu przysługę i przechodzili przez ulice z zamkniętymi oczami.

piątek, 7 listopada 2025

Sennik egipsko-małopolski

  • Autoportret malować musztardą
    Uznanie od osoby, która nie jada nic na ciepło.
  • Banany – sądzić, że lepsze są niż uwertury Mozarta
    Utrata zaufania w kręgu osób, które noszą muszki.
  • Dąb podlewać, śpiewając
    Awans społeczny przez pomyłkę.
  • Hipopotama w galopie widzieć
    Przypływ odwagi podczas rozmowy o warunkach gwarancji.
  • Kapustę pekińską kochać bez wzajemności
    Ciche rozczarowanie w dziale warzywnym, które prowadzi do refleksji nad własnym stylem pisma.
  • Kluski ciepłe, żonglować nimi jako Leopold Staff
    Nieoczekiwane uznanie w kręgu poetów, którzy nie czytają poezji.
  • Koń Przewalskiego, pojęcia bladego o nim nie mieć
    Nieświadome uczestnictwo w konkursie, który już się odbył i został rozstrzygnięty w 1983 roku.
  • Krokodyla ze stryjenką pomylić na chrzcinach
    Nieplanowana zmiana planów spowodowana przez osobę w kapeluszu.
  • Mandarynki zepsute podziwiać w windzie
    Spotkanie z kimś, kto zna twoje drugie imię, ale nie powinien.
  • Mąką oprószonego wampira z błotem mieszać
    Nieświadome uczestnictwo w warsztatach kulinarnych prowadzonych przez osobę, która nie odróżnia soli od cienia.
  • Podsekretarza stanu doprowadzać do płaczu
    Nieplanowany sukces w dziedzinie, o której nigdy nie rozmawiano przy stole.
  • Stokrotki Napoleonowi wręczać
    Nagła zmiana fryzury pod wpływem rozmowy o historii.
  • Sułtanem być w Radomiu
    Nieodwracalna pomyłka przy rezerwacji pokoju z widokiem na morze.
  • Układ scalony pastą Oral-B czyścić
    Nagłe uznanie ze strony osoby, która nigdy nie używała szczoteczki elektrycznej.
  • Wielbłąda dosiąść w poszukiwaniu palta na zimę
    Nieodwołalne zaangażowanie w projekt, który powstał przez literówkę.
  • Wino – kurę nim poić o zmierzchu
    Nieporozumienie z osobą, która zna twoje hasło do Wi-Fi.

czwartek, 6 listopada 2025

W Dżermany nie mieli Balcerowicza, oto skutki

Riley

Ta produkcja jest trochę podobna do niedawno oglądanego Słonecznika, ale jednocześnie bardzo od niego różna. Tytułowy bohater to Dakota Riley, nastolatek, który próbuje robić to, co nastolatki zwykle robią, ale nie wszystko mu się udaje. Skoro film jest w ofercie Outfilmu, to całkiem jasne jest, że chodzi o zbliżenia intymne z jego rzekomą dziewczyną, która ma większy apetyt na seks od Rileya, ale nie może się jakoś doczekać niczego więcej niż krótkie pocałunki. To powinno być dla niej alarmujące. Jednym z trudnych etapów w życiu gejów jest przyznanie samemu sobie, że się nim jest. Ale to przecież nie powinno być nic trudnego, ani poważnego. Jednak ciągle jest, bo tak działa presja społeczna. Bywały ponoć kultury starożytne, jacyś Babilończycy lub Sumerowie, którzy nie mieli żadnego problemu z miłością par jednopłciowych - zgaduję, że to dlatego, że nie objawiła im się pewna religia miłości bliźniego (specjalnie duży cudzysłów). Ze starego serialu Szogun pamiętam sugestię pewnej Japonki, która proponowała głównemu bohaterowi seks z mężczyzną, aby zaspokoił jakże naturalną potrzebę współżycia (a wstrzymywał się od jakiegokolwiek seksu z uwagi na wyżej wspomnianą religię). Podobno Japończycy mocno się dziwili oglądając tę scenę, bo nic takiego nie miało prawa zdarzyć się w rzeczywistości. Z drugiej strony, to ich święto fallusa, z udziałem rodziców z dziećmi, jest nader wyuzdane na nasze europejskie standardy. Daleko odjechałem od samego filmu, który w zestawieniu ze wspomnianym Słonecznikiem wygląda jak „czegoś ćwierć, albo pół”, bo historia rozpięta jest na subtelnościach i niedopowiedzeniach.

środa, 5 listopada 2025

Uległość (Subservience)

Jak głosi znane laotańskie porzekadło, wystrzegaj się ludzi, którzy chcą cię uszczęśliwić. Nie przewidziano w nim istnienia robotów i sztucznej inteligencji, a przecież należałoby je także uwzględnić. Filmowy bohater Nick ma chorą na serce żonę i dwoje dzieci. Kiedy żona trafiła na dłużej do szpitala, na Nicka spadł ciężar opieki nad potomstwami, z których jedno, niemowlę jeszcze, zwane jest „utrapiątkiem”, zapewne z uwagi na płaczliwe usposobienie. Nick pracuje jako brygadzista na budowie, ale zarabia na tyle dobrze, że stać go było na sztuczną Alice, androidkę, która żadnej pracy się nie boi, a jej głównym celem jest uszczęśliwianie Nicka jako „głównego użytkownika”. Szkopuł w tym, że wizje cudzego szczęścia rozciągają się na szerokim spektrum, którego skrajność obejmuje euforię, jakiej doznawali w gułagach ludzie zesłani tam przez Stalina. Inna skrajność, pokazana w filmie, to zabawa organami, masaż członka i tym podobne, z czym Alice radzi sobie dobrze i to bez typowo ludzkich zahamowań. Film jest dość typowym dreszczowcem, z tymi głupkowatymi zwrotami akcji, kiedy wydaje się, że ktoś już został uśmiercony lub unicestwiony, a tu - siurpryza! - wstaje i ratuje kogoś w ostatniej chwili, ewentualnie nadal kogoś ściga z morderczym błyskiem w sztucznym oku. W roli głównej widzimy Morrone, słynnego amanta z 365 dni, który wypadł tu całkiem przyzwoicie. Jako ojcu dzieciom nie wypada mu niestety eksponować zanadto swojej imponującej sylwetki, ale zobaczymy ją w paru odsłonach ze szczególnym uwzględnieniem tatuażu przedstawiającego splecione węże na plecach (walczące o dostęp do jamki?).

Dobrze gada, wódki mu dać


[X]

środa, 22 października 2025

Sunflower

Krótko: jest to homo-martyrologiczny film australijski sprzed dwóch lat. Martyrologia najczęściej mnie drażni (jak w okropnej Filadelfii), ale w Słoneczniku nawet nie bardzo. Inna przykrość związana z oglądaniem filmów martyrologicznych to schematyzm: musi dojść do ujawnienia prawdy, po czym oglądamy reakcję otoczenia, rodziny, przyjaciół. Nie inaczej jest w tym filmie, ale pomimo tego udało się twórcom nawiązać więź ze mną jako widzem i przez te niecałe dziewięćdziesiąt minut przejmowałem się perypetiami Lea, ucznia liceum w Melbourne. Homofobia przybrała formę ostrą, czyli napaść fizyczną, ale cierpienia psychiczne są również mocne, czego bez spojlerowania nie da się uzasadnić. Po staroświecku uważam, że jeśli ktoś mi obcy, dla przykładu Jędraszewski, rzuci jakimś homofobicznym wysrywem, to sam sobie wystawia świadectwo. Publiczne okazywanie traum z tego powodu raczej mnie tylko bawi i irytuje jednocześnie. Za to homofobiczna reakcja ze strony kogoś mi bliskiego byłaby bolesna. Nasz Leo ma prawdziwe powody by cierpieć fizycznie i duchowo. Młody aktor w tej roli jest całkiem przystojny, bez fałszywego wstydu pokazuje zgrabny tors spacerując po polu słoneczników, które bujnie kwitną na antypodach. Są to ładne, metaforyczne sceny, choć rozszyfrowanie przenośni pozostawię już komuś bystrzejszemu.

poniedziałek, 20 października 2025

Sirât

O filmie nie da się bez spojlerowania powiedzieć więcej niż w ogólnie dostępnych omówieniach: ojciec (koło pięćdziesiątki) wraz z nieletnim synem przemierza pustynie Maroka w poszukiwaniu córki, która od długiego czasu nie daje znaku życia. Ale cóż ta hiszpańska dziewczyna robi w Maroku? Jeśli wierzyć filmowi, rzesze ludzi organizują w tamtejszych pustkowiach rejwy, czyli spotkania przy dudniącej basami muzyce. Oczywiście chodzi o ludzi młodych. W ten sposób szybko wchodzimy w specyficzny klimat, który zrobiłby na mnie większe wrażenie, gdyby nieco podkręcono głośność w kinie. Klimat filmowy jest sprawą specyficzną, niektórzy złapią, a tych, co nie, trudno obwiniać o brak wyrafinowania. Ci ludzie, tłumnie podrygujący w takt, przypominali mi Fabokle. Jakżebym chciał, żeby ta wzmianka nie wymagała objaśnień, bo przecież wszyscy Polacy jak jedna rodzina powinni wiedzieć, że chodzi o tłumy ludzików otumanionych podejrzanymi oparami, nucące unisono pieśń bez słów. Kiedy już załapiemy klimat, to się z nim żegnamy, bo historia zamienia się w kino drogi, której celem jest inny, lekko (a może ciężko) mityczny rejw w odległej prowincji. I tu następuje niespodzianka, bo scenarzyści wyciągają króliczka z kapelusza. Zarzut, że króliczek jest fabularnie jakby słabo uzasadniony, wydaje się niepodważalny. Oczywiście żartuję sobie z tym króliczkiem, bo wyciągane jest nie to sympatyczne stworzonko, lecz tarantule, rzucane potem w publiczność. A publiczność lubi to?

niedziela, 19 października 2025

Kto chce poślubić astronautę? (¿Quién quiere casarse con un astronauta?)

Hiszpańskie komedie na ogół wywołują opad rąk, a dla dowcipu chciałoby się dodać: i innych organów, co na meta-poziomie przybliża nas do hiszpańskiego humoru (bo aluzja do wzwodu zawsze bawi). Film (raczej nie) o astronaucie miewa dobre momenty, albo raczej linijki dialogowe, choć ogólny koncept jest głupszy od tapety w motylki. Główny bohater David marzy o ślubie ze swoim wieloletnim partnerem Quique, który na sformalizowanie ich związku nie ma najmniejszej ochoty. W tej sytuacji romantyk David samopas wyjeżdża do Las Vegas, aby wziąć ślub z kimkolwiek, kto się nawinie. Nie nadwyrężając zanadto naszej ćwierćinteligencji zgadujemy niemal na początku, że tym kimkolwiek będzie pilot Esteban, dobry znajomy Any, która pracuje w firmie Davida. Ten ostatni ma do biznesu stosunek niefrasobliwy, co będzie dramatycznym wątkiem pobocznym. Film nie jest rozrywką wyrafinowaną, ale ma szansę poprawić nastrój tym spośród widzów i widziń, którzy nie mają betonu pod czaszką i nie przeszkadza im widok przystojnych mężczyzn w miłosnych uściskach. Widokiem pindoli nie epatowano nas przesadnie intensywnie, raz tylko David zadyndał wstając z łóżka plecami do kamery. Nieźle jak na komedię romantyczną.

Wicked

Dawno, dawno temu, za siedmioma systemami leśnymi przeczytałem książkę Maguire'a o Złej Czarownicy z Zachodu. Na wszelki wypadek w ramach odświeżania wspomnień zapoznałem się ze streszczeniem tej książki, więc mogę teraz stanowczo oznajmić, że fabuła sfilmowanego musicalu ma z książką związek luźniejszy niż mój niegdysiejszy stolec po zjedzeniu nadpsutej mandarynki. Po prawdzie film jest ekranizacją pierwszego aktu musicalu, na drugi musimy zaczekać. Nie powinni odwołać przedsięwzięcia, skoro ta pierwsza część sprzedała się dobrze. Musical jest formą, która zawsze dystansuje nas nieco od jego przekazu, choćby nawet poważnego i kasandrycznego. Dlatego niegdyś doznałem poważnego zawodu oglądając nieszczęsne Dzieci kapitana Granta w wersji musicalowej. Dlatego także nie przepadam za pomysłem umuzycznienia książki o Złej Czarownicy, która to książka jest mroczna i poważna. Jednak jakoś udało się to po trosze pokazać w musicalu, kiedy śledzimy Elfabę w jej latach szkolnych, a właśnie zaczyna się nagonka na zwierzęta, które w krainie Oz bywają uczone i elokwentne, ale żeby uczyły ludzi w szkole - to już przesada. To mechanizm polityczny stary jak świat: zawsze dobrze mieć jakichś Żydów czy Ormian, których obwiniamy za nasze niedole. Czy w musicalu pokazali to dobrze? Rzecz dyskusyjna, bo zabrakło nieco szerszego tła tej sprawy. A jak tam ze stroną muzyczną? Chciałbym przyznać, że był pełen profesjonalizm, ale, kochani twórcy, Michelle Yeoh? Jeff Goldblum? Już ja chyba lepiej bym zaśpiewał. Poza tym jest świetnie, mimo że piosenka Jonathana „Bulge Guy” Baileya jest ekstrementalnie głupia - co z tego, że wykonana brawurowo. Przy tej okazji zamieszczę dość polityczny wpis Ariany, bo zadała w nim parę celnych pytań.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger