Nie wiem po co ten tytuł

              
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2025

Platea, opera Jeana-Philippe'a Rameau (online na Arte TV)

Lepiej nie doszukiwać się głębszego sensu w fabule tej opery, czy operowego baletu, w którym więcej się tańczy niż śpiewa. Być może chodziło o to, że Junona, przyłapując Jowisza na fałszywym romansie z Plateą o nieklasycznej urodzie, będzie sądzić, że pogłoski o niewierności męża są bujdą, a ten wykorzysta jej naiwność wdając się w prawdziwe romanse. Platea jest więc narzędziem w ręku sił od niej większych, jak my wszyscy z resztą. Zadziwiające, że jest to opera komiczna, czyli podgatunek opery barokowej, którego nie podejrzewałem o istnienie. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że Czesi potrafili ten komizm ożywić stosując parę pomysłowych sztuczek scenicznych. Kiedy na scenie ma pojawić się Merkury, jego przyjście zapowiadają postacie niosące błyszczące pokrywki od garnków. Pomysł na Plateę jest, okazuje się, standardowy, bo jest to po prostu drag queen, rozwiązanie stosowane już od pierwszych wystawień. Na niektórych członkach baletu da się z przyjemnością zawiesić oko, ale i tak najlepszym elementem przedstawienia pozostanie muzyka. Nie pierwszy to raz, kiedy zwróciłem uwagę na Rameau, który miał szczególny dar tworzenia przyjemnych kompozycji, nawet jego recytatywy brzmią strawnie (w przeciwieństwie do Mozarta, przykładowo).

Opowieści Hoffmanna (online na Operavision)

Słyszeliście o tych ciołkach, które chciały się wybrać do opery, ale w repertuarze były tylko jakieś Opowieści Hoffmanna, na które nie pójdą, bo po co iść na jakieś opowieści? Byłem jednym z tych ciołków, który jakiś czas później przekonał się, że jest to znakomita opera ze słynną Barkarolą, jednym z największych operowych przebojów wszechczasów. Zuryskie przedstawienie wygląda dobrze, ma tę zaletę, że jest dość świeżym zapisem spektaklu stworzonego niedawno, więc audio i obraz są na przyzwoitym poziomie. Śpiewają i grają pięknie, choć miałem wrażenie, że aria Olimpii była dowcipniejsza w wykonaniu Katarzyny Oleś-Blachy. Dziwna jest scenografia z pochyłą płytą, z której w pewnym momencie spadają artyści i sprzęty, ale jakimś cudem nic nikomu się nie dzieje. Kostiumy w większości są zwyczajne, mogliby ich przenieść w wiek XIX i nie byłoby zgorszenia, choć momentami zaszaleli kolorystycznie. Jeśli chodzi o fabułę, to chyba jeszcze nie do końca ją pojąłem. Generalnie opowieści to trzy historie miłosne, w pierwszej Hoffmann zakochany jest w robocicy, w drugiej - z wątkiem spirytystycznym - w kobiecie umierającej, a w trzeciej - w kobiecie zdradliwej. Można to odczytywać jako opowieść o różnych aspektach miłości, a przesłanie ogólne jest takie, że wszystkie one mieszają się ze sobą.

sobota, 26 lipca 2025

„Aida” i „Proces” (opery online)

Aida, którą obejrzałem, nie jest świeżym spektaklem, a została wystawiona we włoskim miasteczku Busseto. Nigdy dotąd o nim nie słyszeliście? Ja też nie, bo wolę wiele innych aktywności od wgłębiania się w biografie artystów, na przykład oglądanie oper Verdiego niż czytanie o jego związkach z Busseto, gdzie dorastał i pobierał pierwsze lekcje muzyki. Aby to upamiętnić, postawili Włosi operę w miasteczku, którego populacja dorównuje większej polskiej wsi. Pobudki, aby obejrzeć ten akurat spektakl Aidy spośród pierdyliarda innych na jutubie, miałem niskie: przystojni faceci z eyelinerami w obsadzie. Radames nawet obnażył popiersie w scenie obrządku dla boga Ptaha, choć był to raczej brawurowy gest ze strony reżysera Zeffirellego (sik!) i odtwórcy tej roli, Scotta Pipera. Nie widzę powodów, by narzekać na stronę muzyczną. Scenografia też niezła, choć marsz tryumfalny wyszedł raczej skromnie. Kolejny raz zdziwiłem się fabułą, w której Radames jest po prostu szlachetnym idiotą, nie zważającym na zdradę Aidy, która jednak na końcu decyduje się umrzeć razem z nim.

Proces to opera współczesna, inscenizacja Procesu Kafki. Potencjalnych widzów należy ostrzec: muzyka współczesna bywa szalona, a poziom szaleństwa w tej operze oceniam na sześć w skali 0-10, przy czym należy tu zaznaczyć, że kompozytorem jest Gottfried von Einem, nie Philip Glass, który też ma na koncie muzykę do adaptacji Procesu. Należy oczywiście zapomnieć o wiernym przekładzie książki na język opery, której związek z literackim pierwowzorem polega głównie na oddaniu nastroju i ogólnego wrażenia, a nie fabuły. Nie ma nawet słynnej rozmowy w katedrze. Pojawił się za to inny trop interpretacyjny, tak naturalny, że aż dziwne, że nigdy o nim nie pomyślałem: sąd, przed którym staje Józef K., to Sąd Ostateczny. Gdybym był chrześcijańskim Bogiem, zmarszczyłbym czoło na ten pomysł. W trakcie spektaklu dochodzi do zmiany postaci grającej Józefa K., więc trzeba uważać. Jak pamiętamy z książki, cała historia procesu Józefa K. przypomina przygody Alicji w Krainie Czarów, z wyłączeniem ostatniego, tragicznego epizodu. Wprawdzie mam pozytywne wrażenia po obejrzeniu opery, muszę przyznać, że jakoś nie zauważyłem tego dramatyzmu w finale. To niestety rujnuje całą koncepcję Procesu. Das ist wirklich schrecklich - rzekłbym po spektaklu, gdybym jako Kafka zasiadał na widowni.

piątek, 25 lipca 2025

Kopciuszek, opera Giacomo Rossiniego (wersja sceniczna w Operze Krakowskiej)

Jest to kolejny, ostatni już spektakl z tegorocznego Royal Opera Festival, wystawiony w siedzibie Opery Krakowskiej, chyba pierwszy raz to się zdarzyło. (Żeby operę wystawiać w Operze, dzika myśl.) Nasz festiwal jest chyba odnogą festiwalu Rossiniego organizowanego na Zachodzie, dlatego rzadko zdarzają wykonawcy polscy, a scenografia jest bardzo skromna (jeśli w ogóle jest), bo musi być łatwa w transporcie. Poprawka: są wykonawcy polscy, bo polska była orkiestra, którą przepraszam za to przeoczenie. Uznałem, że było to najlepsze przedstawienie w ramach tegorocznej edycji, a wbrew pochopnemu sądowi - nie był to spektakl dla dzieci. Historia oczywiście jest wersją znanej bajki, ale z wyciętymi wszelkimi wstawkami magicznymi. Po balu książę będzie szukał niezwykłej nieznajomej, ale nie po pantofelku ją pozna, lecz po przewiązce na nadgarstku. W czasach, kiedy opera była pisana, papieżowi nie spodobałoby się, że ktoś tam będzie macał kobiety po stopach. (Dygresja: a jeszcze mniej więcej 20 lat wcześniej Napoleon zrzucił z tronu „ostatniego” papieża.) Podobno Rossini zrzynał sam z siebie, ale jeśli to robił, to dość inteligentnie. Były jakby arie podobne do Factotum lub Callunni, ale nie były to wierne muzyczne cytaty. W wersji Rossiniego mamy maskaradę, sługa przebrany za księcia przygląda się kandydatkom na jego żonę i do sióstr Kopciuszka mówi (być może na stronie): półślepy Amor wystrugał was na swej tokarce. Szlachetny Kopciuszek zakochał się w księciu przebranym za sługę i odrzucił zaloty fałszywego księcia, czym jeszcze bardziej podbił serce prawdziwego. Jeśli chodzi o aparycję, to oczywiście też wolałbym czarnoskórego księcia (Patrick Kabongo), ale bez wahania rzuciłbym go dla Alidora (Dogukan Özkan).

sobota, 19 lipca 2025

Otello, opera Giacomo Rossiniego (Filharmonia Krakowska, wersja sceniczna)

Kiedy szedłem na operę Poniatowskiego, wiedziałem, że to będzie wersja koncertowa. Otello był zapowiedziany jako przedstawienie, więc doznałem lekkiego wkurwu pomieszanego z rozczarowaniem, kiedy okazało się, że to też wersja koncertowa. To niestety wpływa na odbiór. Ponieważ miałem świeżo w pamięci operę Poniatowskiego, ta wydała mi się słabsza. Owszem, w trzeciej części były ładne melodie, więc być może zgodziłbym się z samym Rossinim, który sam uważał ją za jedno z trzech najlepszych swoich dokonań. Do wykonawców nie mam zastrzeżeń, ale na wszelki wypadek podkreślę ponownie, że pisze to laik. (Co nie oznacza, że nigdy nie zdarzyło mi się uważać, że jakieś wykonanie jest lepsze od innego, np. Elina Garanca wydaje mi się lepsza od Moniki Korybalskiej w roli Carmen, choć tej drugiej przecież profesjonalizmu nie odmówię.) Jeśli chodzi o samą historię, to dobrze ją znamy z Szekspira, ale ja radziłbym akurat tę wersję na moment zapomnieć, bo w ten sposób można uniknąć niemiłego zdziwienia, które spotkało Byrona. Zmiany fabularne względem Szekspira są spore, ale może to niewłaściwe podejście, bo sam Szekspir wziął historię wymyśloną przez kogo innego i ją na swój sposób ubarwił. Librecista Rossiniego mógł też czerpać z oryginału, a nie z Szekspira. Poza tym jest to libretto na swój sposób barokowe w stylu, przez co rozumiem ten zabieg, że jakiś banał śpiewamy przez pięć minut, np.
Radość jest tym milsza, im dłużej wyczekiwana i bardziej upragniona.
Niby to oczywiste, ale ja w duchu przekory zawsze mam ochotę się pospierać, bo może
Radość jest tym milsza, im bardziej powodowana nienawiścią?
Tu zamieszczam link do dużo wartościowszego niż moje wynurzenia na temat Otella - ale po angielsku.

piątek, 11 lipca 2025

Pierre de Médicis, opera Józefa Michała Poniatowskiego (Filharmonia Krakowska, wersja koncertowa)

Poniatowski był stryjecznym wnukiem naszego ostatniego króla, ale pomimo prawdziwie polskich personaliów nie przypuszczamy, że czuł się specjalnie mocno związany z Polską, której wówczas nie było na mapie. Opera o Medyceuszu odniosła sukces w marcu 1860 roku, niedługo po tym jak Wagner zaliczył klapę z Tannhäuserem, ale, niestety, Wagnera wystawiają do dziś, a Poniatowskiego wygrzebują z otchłani zapomnienia, by zaraz odłożyć go tam z powrotem. A szkoda, bo to całkiem przyzwoita muzyka, efektowna, a chwilami efekciarska. Oj, lubimy te bębny, chóry i talerze. Fabuła opiewa Piotra Medyceusza, nieszczęsnego władcę Florencji w czasach, zanim go nie przepędził Savonarola. Jest w tym spektaklu Fra Antonio, prototyp tego typa. Brat Piotra, Julian, kocha Laurę z wzajemnością, ale tę upatrzył sobie również Piotr. W jednej ze scen Piotr wraz Fra Antoniem zaskakują Laurę swoim przyjściem, po czym Piotr wyznaje jej miłość. Ta odpowiada sprytnie:
Nie jestem godna twej miłości.
To jednak nie zadziała. Wzburzony Piotr mówi:
Ty jedna jesteś winna mojego gniewu,
po czym każe jej udać się do klasztoru. Czy Julian zdąży powstrzymać ją przed złożeniem ślubów zakonnych? Ta wątpliwość rozstrzygnie się na końcu. Chodzi nie o byle co, bo wówczas nie było możliwości złamania ślubów zakonnych. Dziś chyba nie byłoby z tym tak dużego problemu, choć trzeba aż zgody papieża, aby była zakonnica mogła wziąć ślub kościelny. (Znakomity opis opery po angielsku: tutaj.)

sobota, 14 czerwca 2025

L'inganno felice czyli Szczęśliwe oszustwo (Royal Opera Festival)

Przedstawienia w ramach Royal Opera Festival obrosły swoistym rytuałem. Przed spektaklem celebrantka Coufał wychodzi na scenę i mówi „Rossini płakał trzy razy w życiu: pierwszy raz, kiedy przeczytał recenzje po wystawieniu Cyrulika sewilskiego, drugi, kiedy usłyszał arię skomponowaną przez Je-ne-sais-qui, a trzeci, kiedy w czasie rejsu po jeziorze Como przypadkiem do wody wpadł bażant nadziewany truflami” (nb. internet twierdzi co innego). Uszyma duszy słyszę publiczność, która powtarza unisono za Coufał „bażant nadziewany truflami”. A potem włącza się chóralnie do słów „Pan Marszałek nie mógł dzisiaj być z nami, dlatego odczytam list Pana Marszałka...” Ktoś powie, że się nabijam, ale przysięgam na truskawki mojego ojca, że nie. Bez tego ceremoniału spektakle w ramach ROF byłyby nieważne, jak komunia udzielana przez kobietę. Przejdźmy do omówienia spektaklu, jednoaktowej opery Rossiniego. Zawczasu zajrzałem do omówienia fabuły, bo nie wiedziałem, czy będą dobre napisy (akurat były bardzo dobre). Czytam i odnoszę wrażenie, że dzieje się dużo, zdecydowanie za dużo na jednoaktówkę. W czasie przedstawienia okazało się, że wszystko było klarowne, bo choć libretto do najmądrzejszych nie należy, to przynajmniej w zakresie prezentacji kolejnych zakrętów fabuły spisuje się świetnie. A że tam jakaś księżna, niesłusznie oskarżona o zdradę małżeńską, po dziesięciu latach odzyskuje miłość męża, to już szczegóły. Niewiasta wiele zawdzięcza niejakiemu Tarabottowi, który otoczył ją opieką i, jakże szlachetnie, nie domagał się odpłaty. Nasze podejrzenia w tej kwestii spotęgowały się, kiedy Tarabotto zapytany o kobiety w jego życiu odrzekł „na co mi kobiety?”. Jeśli chodzi o wykonawstwo, to wyróżniał się Francesco Bossi w roli Tarabotta właśnie, a pozostali faceci byli okej, atoli przyćmieni przez Bossiego. Również Xiangjie Liu jako księżna dała radę. Scenografia była minimalistyczna, ale to nic, zawsze to lepsze od wersji estradowej.

Don Carlos (Opera Wrocławska)

Podobno gdyby wystawić wersję pięcioaktową, byłoby klarowniej. Wiedzielibyśmy, czemu infant hiszpański Carlos pała cielesną żądzą do matki. Za fałszywą legendę Don Carlosa odpowiada Schiller, ale część pretensji idzie na konto Verdiego, skoro podpisał się swoim talentem pod tym tekstem libretta. Jak na Wrocław spektakl jest nietypowy, żadnych śmieci, łóżek szpitalnych i łysych kobiet, choć suknia głównej intrygantki nosi znamię krawieckiej szajby. Muzycznie bez zarzutu, pomysł z chórem na sali - znakomity. Mój ulubiony motyw z fabuły: król pyta inkwizytora, czy może poświęcić syna dla dobra kraju. Inkwizytor odpowiada: panie, skoro Bóg poświęcił swojego Syna, to... - wiemy dobrze co. Ten inkwizytor miał w intencji twórców być złem wcielonym, bo pod koniec dopuszcza się morderstwa na oczach króla, czego - jeśli dobrze rozumiem - nie było w oryginale opery. No i czy nie mają racji chrześcijanie, kiedy krzyczą, że są szykanowani?

Pierwsza zmarszczka (Opera Krakowska)

W omówieniach pisze się o „zapomnianym” dziele Teodora Leszetyckiego. Można przypuszczać, że słusznie zostało zapomniane i może nie warto do niego wracać tym bardziej, że to opera komiczna. Niedawno słyszałem kogoś argumentującego, że komedie Szekspira zestarzały się gorzej niż jego tragedie. Jeśli opera Leszetyckiego nas rozbawi, to tylko przez współczesne wtręty, na przykład wtedy, gdy rozmowa ze służącą przechodzi płynnie w stosunek seksualny. Wątpię, że ktoś szczerze ubawi się głupiutką intrygą, w której służąca pomaga swojej pani znaleźć kandydata na męża. Dylematy są poważne, bo czy wypada wyjść za wicehrabię odrzucając generała? Są momenty niezłe muzycznie, kiedy przyszła mężatka waha się, komu oddać rękę, po czym uświadamia sobie i nam, że szczęście polega na byciu kochaną. To nic, że przy okazji wspięliśmy się na wyżyny banału. Do samej inscenizacji zastrzeżeń nie mam, scenografia jest niby uboga, ale wspomagana dobrymi multimediami, są baleciki damsko-męskie, a układ choreograficzny z wachlarzami z piór udał się znakomicie.

niedziela, 11 maja 2025

Czarodziejski flet w Breslau (Opera Wrocławska)

Jednym z moich marzeń było usłyszenie arii Der Hölle Rache na żywo. Spełnione. Aria jest wyczynowa, nie mam większych zastrzeżeń do jej wrocławskiego wykonania, choć na moje ucho orkiestra trochę pomogła diwie lekko zwalniając przy staccato. Moje ulubione wykonanie do obejrzenia w jutubie to wersja Cristiny Deutekom. Jak wiemy, Czarodziejski flet to nie opera, lecz śpiewogra, z licznymi monologami podawanymi bez muzyki (w przeciwieństwie do recytatywów, które zwykle są po prostu nużące). We Wrocławiu wszystkie je wycięto i wstawiono komentarze inspirowane kryminałami Krajewskiego. I wyszło, że Królowa Nocy to burdelmama, Sarastro to nawrócony bandzior itp. Syfilityczny półświatek - to oglądamy na scenie. Jeśli chodzi o realizację tej wizji, nie zgłaszam zastrzeżeń. Wolałbym jednak wcześniej obejrzeć spektakl zrealizowany po bożemu, Czarodziejski flet jako baśń, wprawdzie niezbyt składną, ale jednak baśń. Mam więc jeszcze jedno marzenie. Na koniec myśl zaczerpnięta z libretta: mężczyzna powinien kierować sercem kobiety ku rozsądkowi. Urzeka nas idea serca przepełnionego rozsądkiem, nawet jeśli to serce kobiece.

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Opera! (The Opera!)

Być może maksymą słusznie podsumowującą film powinno być: jeszcze nigdy nie zrobiono tak wiele dla tak niewielu. Seanse filmowe były rzadkie, a nawet niektóre kasowano po ogłoszeniu. Pójście na ten film do kina to sposób na potwierdzenie własnej przynależności do duchowych elit lub - prostacko rzecz ujmując - sposób na nakarmienie swojego wewnętrznego snoba. Mój snob nie jest aż tak wygłodniały, obejrzałem już wystarczająco wiele spektakli operowych, by osiągnąć coś w rodzaju rozeznania w temacie w stopniu podstawowym. Nie musiałbym więc iść na film, który - jak mi się słusznie wydawało - będzie zlepkiem znanych operowych hitów z pretekstową fabułą, w której Orfeusz udaje się do Piekła, a raczej Hadesu, aby wyprowadzić stamtąd ukochaną Eurydykę. Nie ma w tym krzty ironii, jesteśmy na antypodach opowieści z Offenbacha z udziałem tych samych postaci. Wedle mojej pobieżnej analizy aktorzy śpiewający w filmie naprawdę są profesjonalnymi śpiewakami operowymi, również śliczna ciemnoskóra Włoszka w roli Eurydyki. Poza tym mamy całkiem gwiazdorska obsadę, w której wyróżnia się Rossy de Palma, kobieta o urodzie tak oryginalnej, że określenie „szpetna” wydaje się eufemizmem. Między kolejnymi ariami pokazywanymi jako piękne teledyski mamy nawet dużo scenariusza z dialogami, bo to w końcu Piekło, gdzie są jacyś strażnicy i zarządcy. Prawie wszystko odgrywane jest na green screenie, co lekko nas zmęczyło. Ścieżka dźwiękowa z filmu to świetny zestaw dla początkujących zaznajamianie się z operą. Wśród pieśni jest The Power of Love Frankie Goes to Hollywood - nawet dobrze wypadło w tym zestawie. Z mniej spodziewanych rzeczy były hity barokowe: Lascia ch'io pianga Händla i Siam navi all'onde algenti Vivaldiego. Oczywiście ten seans to namiastka opery na żywo, ale nadal lepsza od standardowego odbioru na zwyczajnym zestawie domowego audio.

poniedziałek, 24 marca 2025

Aida w Operze Krakowskiej

Dzieło zamówił u Verdiego wicekról Egiptu na otwarcie Kanału Sueskiego, ale premiera odbyła się dwa lata po. To jest jedna z tych oper, które można wystawić z rozmachem, dużo chórów, wartka akcja, egzotyczne miejscówki. To po prostu warto zobaczyć, bo trudno spartaczyć Aidę. Spektakl krakowski z pewnością nie jest spartaczony, choć widziałem w jutubach większy splendor w scenie marsza tryumfalnego - jednak opera na żywo robi znacznie większe wrażenie. Parę rzeczy mi się podobało, a jedna mniej. Świetna była scenografia, surowa, ale pomysłowa i majestatyczna. To zresztą już norma od paru lat w produkcjach pod nowym kierownictwem. Pomysł, aby nie doświetlać postaci scenicznych od przodu wydaje się dziwny, ale w scenach tańca ciemne sylwetki na jasnym tle dają efekt niesamowitości. Również kostiumy były udane, nieco udziwnione kreacje w złote prążki na pewno odbiegają od sztampy. Mniej podobały mi się zaczernione twarze wykonawców, jakby chcieli przekazać widzom sygnał: skupcie się na śpiewie i oprawie, nie na grze aktorskiej, która w tych warunkach traci jakikolwiek sens (ok, lekka przesada, pozostaje jeszcze gestykulacja). A śpiew? Jako laik zauważę, że ogólnie było dobrze, Radames brzmiał najmocniej, a zakochane w nim panie, Aida i Amneris, momentami słabiej, ale w wielu innych - imponująco. Opera miała przypomnieć o dawnej świetności Egiptu, co znowu nie tak jasno zostało oddane w libretcie. Egipski wódz kocha kobietę zagraniczną, a poza tym dał się głupio wmanewrować w oskarżenie o zdradę. Znalazłyby się może bardziej bohaterskie motywy w historii Egiptu. Swoją zgubę przypieczętował Radames rzucając w stronę Amneris, córki faraona, te oto dumne słowa:
L'ira umana più non temo,
Temo sol la tua pietà.
(Nie boję się już ludzkiego gniewu,
Boję się tylko twojej litości.)
Tu dodam ostrzeżenie, że ów rozmach, chóry i rydwan zwycięzcy są tylko w pierwszej części. W dwóch kolejnych mamy już typowe operowe farfocle namiętności. Na boku napomknę o motywie z egipskiej mitologii. Izyda wspomniana jest jako matka i żona (sik!) Ozyrysa, a w ikonografii zdarzyło się przedstawienie tej pary jako Izydy-ptaszka siedzącego na fallusie Ozyrysa. Doznałem takiej wizji: mitologia egipska przetrwała do dzisiaj i takie obrazki są omawiane na niby nieobowiązkowych lekcjach religii...
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger