poniedziałek, 24 marca 2025
99 chłopaków Micaha Summersa (Adam Sass)
Jako stary dziad nie powinienem sięgać po literaturę z nurtu young adult, jak teraz modnie określa się literaturę młodzieżową. (Ten young adult to niby jakieś odkrycie ostatnich lat, a mnie się wydaje stare jak świat. Podobno ta moda już więdnie.) Mamy więc książkę o młodych dla młodych. Micah mieszka w Chicago, ma około 17 lat i poszukuje swojej pierwszej miłości. Tytuł nam zdradza, że chodzi o miłość do Księcia z Bajki, z czym w zasadzie nikt nie ma problemu - w sensie akceptacji homoseksualizmu. Tych 99 chłopaków to nie prawdziwi ludzie, z którymi Micah cokolwiek próbował, lecz fantazje przekształcane na rysunki publikowane w anonimowo sieci. Tak oto Micah stał się osobowością internetową. Pojawia się ten setny i wszystko wskazuje na to, że to będzie On. Co się później pociapcia i pokałapućka, to sami o tym sobie przeczytajcie, lub też olejcie, bo to zdecydowanie nie jest lektura obowiązkowa. Ja doczytałem i w sumie nie żałuję. Na boku rodzi się refleksja o obłudzie małżeństw zawieranych do grobowej deski, które rozlatują się po paru latach. Może warto byłoby uświadamiać młodym ludziom, że te ich śluby z miłości to tylko miła iluzja? Nikt tego jednak nie będzie nigdy robil i na tym polega prawdziwa potęga miłości.
Mumio - Welcome Home Boys
Mam dla Mumio dziwny komplement: przypominają mi Monty Pythona. To niby bardzo dobrze, ale Monty Pythona mogę oglądać z zachowaniem kamiennej twarzy, choć dobrze wiem, że to, co oglądam jest zabawne. Kabaret nie wywołujący śmiechu, to tak trochę słabe, ale nie jest tak źle, na skeczu z zupą śmiałem się szczerze i głośno. Spektakl jest nietypowy w tym sensie, że nie jest jedynie zlepkiem przypadkowych skeczy, lecz ma coś na kształt fabuły, w której dwaj bracia po śmierci ojca próbują w bajkowo-absurdalnej konwencji dotrzeć do matki uwięzionej w ogórku. Jeśli to dla kogoś zbyt wielka dawka purnonsensu, to tu stwierdzę, że skecze mogą się obronić bez fabuły (słyszałem na własne uszy). Inna rzecz w tym przedstawieniu jest całkiem niezwykła, a mam na myśli niezwykły zabieg multimedialny, o którym szerzej nie napiszę, żeby była szczypta suspensu.
Nosferatu
Po co chodzić na horrory, skoro przerażają mnie nie bardziej niż przepis na garum? W tym przypadku zdecydowały oczekiwania ponurego nastroju połączonego z wysmakowanymi ujęciami. Film nawiązuje do starego, przedwojennego Nosferatu - symfonia grozy. Jest to o tyle ważne, że nie mamy tu do czynienia z adaptacją powieści Stokera, mimo że sąd przed wojną przychylił się do żądania wdowy po Stokerze, by zniszczyć wszystkie kopie filmu jako plagiatu. Rzecz dzieje się w Niemczech w czasach gorsetu i melonika. Hutter, młody urzędnik kancelarii prawniczej, udaje się w podróż do hrabiego Orlocka („na wschód od Czech”), czyli wampira, który ma w planach opętać żonę Huttera, Ellen. Fabułą rządzą tajemnicze konieczności, przed którymi nie ma ucieczki. Między Ellen a Orlockiem wytwarza się specyficzna więź, mocno niezalecana przez wszystkich terapeutów i wszystkie terapeutki. Cóż, Orlock nie z tych mięczaków, co kładą się na kozetce. Jako porządny wampir nie znosi światła dziennego, ale w nocy nie ma na niego mocnych. Szczególną radość wywołała u nas akcja z udziałem dwóch słodkich dzieciątek, co miało tym bardziej przekonać Ellen, aby mu się oddała. W jakim stopniu film sprostał moim oczekiwaniom? W dość nikłym, bo ów artyzm kadrów okazał się oszczędnością światła, więc wygłodzone oko widza musiało zadowalać się w dużej mierze ciemnymi szarościami na czarnym tle. Nastrój był ponury w sam raz. A nieoczekiwanym plusem filmu okazał się wokalny występ Skarsgårda w roli Orlocka z jego przedziwną angielszczyzną. To oczywiście frajda tylko dla znających język, bo gdy mówił po rumuńsku (?), efekt był dużo słabszy. Podsumowując, powtórzę za JP2: nie lękajcie się Nosferatu.
sobota, 8 marca 2025
Zeznanie #8
Dzisiaj w menu są trzy filmy, spektakl teatralny i omówienie kiążki. Nieco à propos spektaklu o Latającym Potworze proponuję obejrzeć przedpotopowy filmik z jutuba.
Pies i Robot (Robot Dreams)
Chciałem napisać, że jest to niemy film animowany, ale technicznie nie, bo przecież mamy wiele różnych dźwięków, skrzypiące drzwi, szumiące morze, ale żadnych dialogów. Może to dobrze, bo w tej rzeczywistości alternatywnej Nowy Jork z dwiema wieżami jest zamieszkany przez rozmaitą faunę, psy, koty, słonie, kaczki, a wszystkie okazy prowadzą zwykłe ludzkie życie. Nasz główny bohater Pies z początku nie robi nic innego poza oglądaniem telewizji i wcinaniem makaronu z serem (ale w jaki sposób na to zarabia - nie wiemy i się nie dowiemy). Psu doskwiera samotność, więc wpada na pomysł, aby sprawić sobie Robota. To nie takie proste, bo Robot przychodzi w częściach, które trzeba skręcić. W końcu się udaje i Pies znajduje w Robocie przyjaciela - i to z wzajemnością, bo to Robot z Duszą, do tego Marzyciel. Nie wchodząc w szczegóły zdradzę, że okrutny los ich rozdzieli, a nurtujące nas, widzów, pytanie jest takie, czy uda im się wrócić do siebie. Tego oczywiście nie mogę wyjawić, ale stwierdzę, że temat potraktowano bardzo mądrze i nie tylko dzieci mogą wynieść cenną refleksję z tego filmu. Dorzucę tu moją śmieciową refleksję: czemu Pies nie sprawił sobie człowieka do towarzystwa? Czyżby obawiał się konieczności częstej wymiany kuwety ze względu na wyjątkowo nieprzyjemną woń ludzkich odchodów? A może chodzi o tę trudną do zbilansowania dietę, bo żałosne ludziki - w przeciwieństwie do innych stworzeń - nie potrafią same zsyntetyzować witaminy D czy K? A poza tym - co to za przyjemność tulić się do takiego stworzenia, które nawet nie ma porządnej, przyjemnej w dotyku sierści?
Emilia Pérez
Jeśli ktoś zrezygnuje z obejrzenia tego filmu jedynie z powodu transpłciowej bohaterki, to - ujmę to elegancko - postąpi bardzo nierozważnie. Temat zmiany płci jest ważny dla fabuły, ale w gruncie rzeczy jest drugorzędny. Gdyby mafioso Manitas w jakiś inny sposób zmienił wygląd, można by przepisać tę historię z niewielkimi zmianami. Scenariusz zakładał, że Manitas pragnął być kobietą, a że zgromadził spory majątek, postanowił zmienić płeć i w ten sposób stał się tytułową Emilią. Jako mężczyzna miał żonę i dzieci - i to z nimi będą związane dalsze perypetie. Drugą postacią filmu, równie ważną co Emilia, jest prawniczka Rita (grana przez aktorkę z Dominikany, co nawet zaznaczono w fabule, żeby usprawiedliwić jej niemeksykański akcent - ale kontrowersje i tak były). Idąc na film nie wiedziałem, że to musical, więc przeżyłem zaskoczenie. Musical to dość zużyta forma, ale wciąż zdarzają się świetne wyjątki. Przez moment myślałem, że może to być przypadek tego filmu. Wiele piosenek Rity to po prostu znakomite, szarpiące duszę kawałki ze szczeno-opadowym montażem pomysłowych ujęć. Niestety nie da się tego powiedzieć o śpiewie Emilii, która przy Ricie wypada blado. Inny powód, dla którego Emilia nie jest nowym Tańcząc w ciemnościach, to jednak niedostateczne zgranie piosenek z fabułą. Kiedy Rita śpiewa o skorumpowanych elitach Meksyku, spodziewamy się, że akcja skręci w stronę rozliczeń. Mały spojler: nie skręciła. Dwa zdania podsumowania. Pierwsze: film jest świetny, ale nie idealny. Drugie: miał rację Mistrz, pisząc: „więc tu trzeba by zalecić w czasie deszczu nie mieć dzieci”, a po Emilii to zalecenie wydaje się słuszne w każdych warunkach atmosferycznych.
Titane
Przed seansem streaming kazał nam potwierdzić, że mamy ukończone 18 lat, bo tam goła babka jest. Jest tylko taki problem, że ktokolwiek doznałby seksualnej przyjemności w trakcie filmu, powinien się przebadać psychiatrycznie. Znawcą strejtowej erotyki nie jestem, ale bez trudu dostrzegam, że główna bohaterka Alexia mało przypomina typowe gwiazdy porno. Nawet nie w tym rzecz, że jest szpetna, bo raczej nie, ale jej nagość nie ma w sobie nic erotycznego (poza początkiem). Alexia jest psychopatką (więc będą trupy), która zachodzi w ciążę z pojazdem mechanicznym (miejmy nadzieję, że był po przeglądzie), a w dalszym ciągu uciekając przed organami trafia pod opiekę kapitana strażaków. I ta chora opieka to coś ponad pół filmu. Oczywiste jest, że twórcy, a raczej twórczynie chciały widza zaszokować. Doceniam, ale co dalej? Gdyby amputować makabrę i groteskę, to nie bardzo wiem, co zostaje i czy to jest warte obejrzenia. Wydaje mi się, że ta amputowana opowieść o bólu po stracie i fałszywym ukojeniu mogłaby być ciekawiej rozegrana w realiach wiktoriańskiej Anglii lub peerelowskiej Polski.
Latający Potwór Spaghetti (Łaźnia Nowa)
Jest to już enty spektakl Mateusza Pakuły, jaki widziałem, więc trudno mi się dziwić tematem, którym zajął się twórca. Że religia go uwiera, było jasne od dawna. Według konceptu autora Bobby Henderson, orędownik Latającego Potwora Spaghetti, trafia do chrześcijańskiego piekła (zapewne po zgonie, miejmy nadzieję, że po). Fabuła wątłą jest, a składają się na nią interakcje Bobby'ego z Szatanem i dwiema osobami z Trójcy Świętej. Jest przy tym dużo ubawu (o czym wnioskuję z reakcji publiczności), wiele niedorzecznych tekstów włożonych w usta osób boskich i szatańskich, a także dużo niezłego śpiewu w stylu gospel. Jako niedowiarek krytyczny wobec religii powinienem być wniebowzięty. Niestety nie byłem. Jakiś czas temu doznałem przesytu argumentacją przeciw religii, bo ileż można. W tym zakresie od Pakuły nie dowiedziałem się niczego nowego - poza tym drobiazgiem, że ponoć Rushdie ukorzył się i pokajał za Szatańskie wersety, ale guzik mu to pomogło, bo fatwa nie została zdjęta. Co przytaczane jest na obronę religii, można śmiało określić jako bełkot (momentami zabawny). Argumenty przeciw ujęte są w formę monologu-diatryby, czyli opcji rozpaczliwej. Pastafarianie od ponad dziesięciu lat starają się o zarejestrowanie ich jako związku wyznaniowego w Polsce. Podobno odwołania do trybunałów unijnych są skazane na porażkę, bo kult Potwora uznawany jest za parodię religii. Niby to oczywiste, ale jakimi kryteriami odróżnić wiarę udawaną od rzeczywistej? I dlaczego niby mormonizm nie jest parodią religii? Bo takie wyniosłem wrażenie z występu Julii Sweeney w Letting go of God. Sztandarowy przykład to Zakon Braci Zjednoczenia Energetycznego, który nie wydaje mi się poważnym religijnym przedsięwzięciem, a jest zarejestrowany. Gdybym miał dwadzieścia lat i nie słyszał nigdy o spektaklu Sweeney, zapewne byłbym szczerze ubawiony. Ktoś może zapyta, czemu się czepiam Pakuły, skoro monolog Sweeney to jedna wielka dwugodzinna diatryba? Jednak nie, bo w swój spektakl Julia włożyła kawał duszy. Pakuła też to umie, co pokazał w Jak nie zabiłem swojego ojca..., ale nie w Potworze.
Pastuch panem Rzymu. Ostatni Sewerowie i barbarzyńca na tronie (Łukasz Ścisłowicz)
Gratulujemy klikbejtowego tytułu. Wyczuwam tu bardziej rękę wydawcy niż autora, bo polscy uczeni najbardziej gustują w tytułach typu „próba zarysu interpretacji...” Książka poświęcona jest trzem postaciom na tronie rzymskim: Heliogabalowi, Aleksandrowi Sewerowi i Maksyminowi Trakowi. W tle za dwoma pierwszymi stały szare eminencje, panie Meza i Mamea, które w rzeczywistości rządziły imperium. To za sprawą Mezy na tronie zasiedli jej wnukowie Heliogabal i Aleksander, i to ona poświęciła pierwszego z nich, kiedy przebrała się miara jego niepopularności. Autor próbuje przedstawić postaci władców w kontrze do utartych schematów (np. Gibbona), co najsłabiej udaje się w przypadku Aleksandra, który przez całe swoje niezbyt długie życie nie wyzwolił się spod wpływu matki. Relacje o wyuzdaniu Heliogabala pochodzą ze źródeł stronniczych lub mało wiarygodnych - część z nich już z czasów chrześcijańskich, w których było społeczne zapotrzebowanie, by przedstawić bałwochwalcę w jak najgorszym świetle. Bardzo smakowite anegdoty o Heliogabalu (p. [26]) są zapewne mocno przesadzone, ale można mniemać, że coś tam było na rzeczy. Heliogabal podpadł elitom, bo był żarliwym wyznawcą nieznanego do tej pory boga. Nie pasowało to do dekorum, wedle którego cesarze wprawdzie uczestniczyli w obrzędach, ale bez nadmiernej egzaltacji. A Maksymin, ów tytułowy pastuch? Jak wielu innych cesarzy lub uzurpatorów został wybrany przez wojsko, w którym po latach służby doszedł do stanowiska dowódcy. Jego rządy uznane zostały za wyjątkowo brutalne, zarzucano mu chciwość i brak umiaru w łupieniu zacnych rzymskich obywateli z majątków. Podobno Maksymin miał nienawidzić elit z powodu swego niskiego pochodzenia. Ale - mówi autor - może te relacje też są przesadzone, a nie chodziło o chciwość, lecz o troskę o stan imperium. Być może Maksymin słusznie dostrzegał ciemne chmury nad cesarstwem, ale nie rozumiał ograniczeń władcy, którego nieprzemyślane działania mają konsekwencje. To samo żołdactwo, które Maksymina wyniosło, po paru latach się go pozbyło. Potem w dziejach Rzymu nastąpił wieloletni kryzys (tzw. kryzys wieku trzeciego), w czasie którego liczba cesarzy przewyższyła chyba liczbę cesarzy spoza tego okresu (jeśli chodzi o Zachód). Wśród tych pierwszych był ów nieszczęsny Walerian, który został pojmany przez króla Persów i podobno służył mu jako podnóżek podczas dosiadania końskich grzbietów.
[16, o imieniu Heliogabal]
Leonardo de Arrizabalaga y Prado [...] wskazuje, że analogicznie można by nazywać Dalajlamę Buddą, rzymskiego papieża Jehową czy japońskiego cesarza Amaterasu. Heliogabal (Elagabalus) to zlatynizowana wersja imienia Elah Gabal (aramejskie: ĕlāhgabāl), dosłownie „Bóg Góry”, imię bóstwa, któremu wnuk Mezy oddawał posługę kapłańską w Emesie.
[20]
Kłamliwej informacji E. Gibbona, jakoby Gannys był eunuchem, towarzyszy kąśliwa uwaga: „Sam Antoninus [Heliogabal - G.], który już potem nigdy w życiu nie postąpił jak mężczyzna, w tej zwrotnej chwili swoich losów okazał się bohaterem”.
• Gannys to wychowawca Heliogabala, który - nie będąc szkolonym dowódcą - z sukcesem stanął na czele wojsk przeciw konkurentowi jego wychowanka.
[22, o Heliogabalu]
Pyzaty, przypominający wielką bryłę tłuszczu, dziwacznie szeroki w biodrach młodzieniaszek budził zaciekawienie otoczenia.
[26, o Heliogabalu]
Wielkość członka miałaby być kryterium rozstrzygającym o doborze uczestników wewnętrznego, cesarskiego kręgu znajomych
[56, w czasie panowania jej syna Aleksandra...]
Mamea zyskuje rozbudowaną tytulaturę: mater Augusti et castrorum et senatus atque patrie et universi generis humani („Matka Augusta i obozów, i senatu oraz ojczyzny i całego rodzaju ludzkiego”).
• To natychmiast przypomina argument Russella o błędzie złożenia: z tego, że każdy człowiek ma matkę, nie można wnosić, że cała ludzkość ma matkę. Jak widać, to zależy - za czasów Mamei miała.
[57]
Mamea postanowiła wybrać sobie synową. Padło na Gneję Seję Herennię Sallustię Barbię Orbianę, córkę Lucjusza Sejusza Herenniusza Sallustiusza. Sewer podniósł teścia do rangi cezara, a pannę młodą błyskawicznie uczynił augustą.
• Źle się to dla nich skończyło.
[65, o wojnie Aleksandra z Persami]
Początek kampanii przypomina kondycję naszej piłkarskiej reprezentacji, (s)kopanej w meczu z Mołdawią w czerwcu 2023 roku, oczywiście do przerwy.
[103]
Dzięki nim [silnym kobietom - G.] seweriański ród pozostawał zwornikiem systemu. To jego roztrzaskanie otworzyło symboliczną beczkę (bo nie puszkę, jak tłumaczy Natalie Haynes) Pandory.
Pies i Robot (Robot Dreams)
Chciałem napisać, że jest to niemy film animowany, ale technicznie nie, bo przecież mamy wiele różnych dźwięków, skrzypiące drzwi, szumiące morze, ale żadnych dialogów. Może to dobrze, bo w tej rzeczywistości alternatywnej Nowy Jork z dwiema wieżami jest zamieszkany przez rozmaitą faunę, psy, koty, słonie, kaczki, a wszystkie okazy prowadzą zwykłe ludzkie życie. Nasz główny bohater Pies z początku nie robi nic innego poza oglądaniem telewizji i wcinaniem makaronu z serem (ale w jaki sposób na to zarabia - nie wiemy i się nie dowiemy). Psu doskwiera samotność, więc wpada na pomysł, aby sprawić sobie Robota. To nie takie proste, bo Robot przychodzi w częściach, które trzeba skręcić. W końcu się udaje i Pies znajduje w Robocie przyjaciela - i to z wzajemnością, bo to Robot z Duszą, do tego Marzyciel. Nie wchodząc w szczegóły zdradzę, że okrutny los ich rozdzieli, a nurtujące nas, widzów, pytanie jest takie, czy uda im się wrócić do siebie. Tego oczywiście nie mogę wyjawić, ale stwierdzę, że temat potraktowano bardzo mądrze i nie tylko dzieci mogą wynieść cenną refleksję z tego filmu. Dorzucę tu moją śmieciową refleksję: czemu Pies nie sprawił sobie człowieka do towarzystwa? Czyżby obawiał się konieczności częstej wymiany kuwety ze względu na wyjątkowo nieprzyjemną woń ludzkich odchodów? A może chodzi o tę trudną do zbilansowania dietę, bo żałosne ludziki - w przeciwieństwie do innych stworzeń - nie potrafią same zsyntetyzować witaminy D czy K? A poza tym - co to za przyjemność tulić się do takiego stworzenia, które nawet nie ma porządnej, przyjemnej w dotyku sierści?
Emilia Pérez
Jeśli ktoś zrezygnuje z obejrzenia tego filmu jedynie z powodu transpłciowej bohaterki, to - ujmę to elegancko - postąpi bardzo nierozważnie. Temat zmiany płci jest ważny dla fabuły, ale w gruncie rzeczy jest drugorzędny. Gdyby mafioso Manitas w jakiś inny sposób zmienił wygląd, można by przepisać tę historię z niewielkimi zmianami. Scenariusz zakładał, że Manitas pragnął być kobietą, a że zgromadził spory majątek, postanowił zmienić płeć i w ten sposób stał się tytułową Emilią. Jako mężczyzna miał żonę i dzieci - i to z nimi będą związane dalsze perypetie. Drugą postacią filmu, równie ważną co Emilia, jest prawniczka Rita (grana przez aktorkę z Dominikany, co nawet zaznaczono w fabule, żeby usprawiedliwić jej niemeksykański akcent - ale kontrowersje i tak były). Idąc na film nie wiedziałem, że to musical, więc przeżyłem zaskoczenie. Musical to dość zużyta forma, ale wciąż zdarzają się świetne wyjątki. Przez moment myślałem, że może to być przypadek tego filmu. Wiele piosenek Rity to po prostu znakomite, szarpiące duszę kawałki ze szczeno-opadowym montażem pomysłowych ujęć. Niestety nie da się tego powiedzieć o śpiewie Emilii, która przy Ricie wypada blado. Inny powód, dla którego Emilia nie jest nowym Tańcząc w ciemnościach, to jednak niedostateczne zgranie piosenek z fabułą. Kiedy Rita śpiewa o skorumpowanych elitach Meksyku, spodziewamy się, że akcja skręci w stronę rozliczeń. Mały spojler: nie skręciła. Dwa zdania podsumowania. Pierwsze: film jest świetny, ale nie idealny. Drugie: miał rację Mistrz, pisząc: „więc tu trzeba by zalecić w czasie deszczu nie mieć dzieci”, a po Emilii to zalecenie wydaje się słuszne w każdych warunkach atmosferycznych.
Titane
Przed seansem streaming kazał nam potwierdzić, że mamy ukończone 18 lat, bo tam goła babka jest. Jest tylko taki problem, że ktokolwiek doznałby seksualnej przyjemności w trakcie filmu, powinien się przebadać psychiatrycznie. Znawcą strejtowej erotyki nie jestem, ale bez trudu dostrzegam, że główna bohaterka Alexia mało przypomina typowe gwiazdy porno. Nawet nie w tym rzecz, że jest szpetna, bo raczej nie, ale jej nagość nie ma w sobie nic erotycznego (poza początkiem). Alexia jest psychopatką (więc będą trupy), która zachodzi w ciążę z pojazdem mechanicznym (miejmy nadzieję, że był po przeglądzie), a w dalszym ciągu uciekając przed organami trafia pod opiekę kapitana strażaków. I ta chora opieka to coś ponad pół filmu. Oczywiste jest, że twórcy, a raczej twórczynie chciały widza zaszokować. Doceniam, ale co dalej? Gdyby amputować makabrę i groteskę, to nie bardzo wiem, co zostaje i czy to jest warte obejrzenia. Wydaje mi się, że ta amputowana opowieść o bólu po stracie i fałszywym ukojeniu mogłaby być ciekawiej rozegrana w realiach wiktoriańskiej Anglii lub peerelowskiej Polski.
Latający Potwór Spaghetti (Łaźnia Nowa)
Jest to już enty spektakl Mateusza Pakuły, jaki widziałem, więc trudno mi się dziwić tematem, którym zajął się twórca. Że religia go uwiera, było jasne od dawna. Według konceptu autora Bobby Henderson, orędownik Latającego Potwora Spaghetti, trafia do chrześcijańskiego piekła (zapewne po zgonie, miejmy nadzieję, że po). Fabuła wątłą jest, a składają się na nią interakcje Bobby'ego z Szatanem i dwiema osobami z Trójcy Świętej. Jest przy tym dużo ubawu (o czym wnioskuję z reakcji publiczności), wiele niedorzecznych tekstów włożonych w usta osób boskich i szatańskich, a także dużo niezłego śpiewu w stylu gospel. Jako niedowiarek krytyczny wobec religii powinienem być wniebowzięty. Niestety nie byłem. Jakiś czas temu doznałem przesytu argumentacją przeciw religii, bo ileż można. W tym zakresie od Pakuły nie dowiedziałem się niczego nowego - poza tym drobiazgiem, że ponoć Rushdie ukorzył się i pokajał za Szatańskie wersety, ale guzik mu to pomogło, bo fatwa nie została zdjęta. Co przytaczane jest na obronę religii, można śmiało określić jako bełkot (momentami zabawny). Argumenty przeciw ujęte są w formę monologu-diatryby, czyli opcji rozpaczliwej. Pastafarianie od ponad dziesięciu lat starają się o zarejestrowanie ich jako związku wyznaniowego w Polsce. Podobno odwołania do trybunałów unijnych są skazane na porażkę, bo kult Potwora uznawany jest za parodię religii. Niby to oczywiste, ale jakimi kryteriami odróżnić wiarę udawaną od rzeczywistej? I dlaczego niby mormonizm nie jest parodią religii? Bo takie wyniosłem wrażenie z występu Julii Sweeney w Letting go of God. Sztandarowy przykład to Zakon Braci Zjednoczenia Energetycznego, który nie wydaje mi się poważnym religijnym przedsięwzięciem, a jest zarejestrowany. Gdybym miał dwadzieścia lat i nie słyszał nigdy o spektaklu Sweeney, zapewne byłbym szczerze ubawiony. Ktoś może zapyta, czemu się czepiam Pakuły, skoro monolog Sweeney to jedna wielka dwugodzinna diatryba? Jednak nie, bo w swój spektakl Julia włożyła kawał duszy. Pakuła też to umie, co pokazał w Jak nie zabiłem swojego ojca..., ale nie w Potworze.
Pastuch panem Rzymu. Ostatni Sewerowie i barbarzyńca na tronie (Łukasz Ścisłowicz)
Gratulujemy klikbejtowego tytułu. Wyczuwam tu bardziej rękę wydawcy niż autora, bo polscy uczeni najbardziej gustują w tytułach typu „próba zarysu interpretacji...” Książka poświęcona jest trzem postaciom na tronie rzymskim: Heliogabalowi, Aleksandrowi Sewerowi i Maksyminowi Trakowi. W tle za dwoma pierwszymi stały szare eminencje, panie Meza i Mamea, które w rzeczywistości rządziły imperium. To za sprawą Mezy na tronie zasiedli jej wnukowie Heliogabal i Aleksander, i to ona poświęciła pierwszego z nich, kiedy przebrała się miara jego niepopularności. Autor próbuje przedstawić postaci władców w kontrze do utartych schematów (np. Gibbona), co najsłabiej udaje się w przypadku Aleksandra, który przez całe swoje niezbyt długie życie nie wyzwolił się spod wpływu matki. Relacje o wyuzdaniu Heliogabala pochodzą ze źródeł stronniczych lub mało wiarygodnych - część z nich już z czasów chrześcijańskich, w których było społeczne zapotrzebowanie, by przedstawić bałwochwalcę w jak najgorszym świetle. Bardzo smakowite anegdoty o Heliogabalu (p. [26]) są zapewne mocno przesadzone, ale można mniemać, że coś tam było na rzeczy. Heliogabal podpadł elitom, bo był żarliwym wyznawcą nieznanego do tej pory boga. Nie pasowało to do dekorum, wedle którego cesarze wprawdzie uczestniczyli w obrzędach, ale bez nadmiernej egzaltacji. A Maksymin, ów tytułowy pastuch? Jak wielu innych cesarzy lub uzurpatorów został wybrany przez wojsko, w którym po latach służby doszedł do stanowiska dowódcy. Jego rządy uznane zostały za wyjątkowo brutalne, zarzucano mu chciwość i brak umiaru w łupieniu zacnych rzymskich obywateli z majątków. Podobno Maksymin miał nienawidzić elit z powodu swego niskiego pochodzenia. Ale - mówi autor - może te relacje też są przesadzone, a nie chodziło o chciwość, lecz o troskę o stan imperium. Być może Maksymin słusznie dostrzegał ciemne chmury nad cesarstwem, ale nie rozumiał ograniczeń władcy, którego nieprzemyślane działania mają konsekwencje. To samo żołdactwo, które Maksymina wyniosło, po paru latach się go pozbyło. Potem w dziejach Rzymu nastąpił wieloletni kryzys (tzw. kryzys wieku trzeciego), w czasie którego liczba cesarzy przewyższyła chyba liczbę cesarzy spoza tego okresu (jeśli chodzi o Zachód). Wśród tych pierwszych był ów nieszczęsny Walerian, który został pojmany przez króla Persów i podobno służył mu jako podnóżek podczas dosiadania końskich grzbietów.
[16, o imieniu Heliogabal]
Leonardo de Arrizabalaga y Prado [...] wskazuje, że analogicznie można by nazywać Dalajlamę Buddą, rzymskiego papieża Jehową czy japońskiego cesarza Amaterasu. Heliogabal (Elagabalus) to zlatynizowana wersja imienia Elah Gabal (aramejskie: ĕlāhgabāl), dosłownie „Bóg Góry”, imię bóstwa, któremu wnuk Mezy oddawał posługę kapłańską w Emesie.
[20]
Kłamliwej informacji E. Gibbona, jakoby Gannys był eunuchem, towarzyszy kąśliwa uwaga: „Sam Antoninus [Heliogabal - G.], który już potem nigdy w życiu nie postąpił jak mężczyzna, w tej zwrotnej chwili swoich losów okazał się bohaterem”.
• Gannys to wychowawca Heliogabala, który - nie będąc szkolonym dowódcą - z sukcesem stanął na czele wojsk przeciw konkurentowi jego wychowanka.
[22, o Heliogabalu]
Pyzaty, przypominający wielką bryłę tłuszczu, dziwacznie szeroki w biodrach młodzieniaszek budził zaciekawienie otoczenia.
[26, o Heliogabalu]
Wielkość członka miałaby być kryterium rozstrzygającym o doborze uczestników wewnętrznego, cesarskiego kręgu znajomych
[56, w czasie panowania jej syna Aleksandra...]
Mamea zyskuje rozbudowaną tytulaturę: mater Augusti et castrorum et senatus atque patrie et universi generis humani („Matka Augusta i obozów, i senatu oraz ojczyzny i całego rodzaju ludzkiego”).
• To natychmiast przypomina argument Russella o błędzie złożenia: z tego, że każdy człowiek ma matkę, nie można wnosić, że cała ludzkość ma matkę. Jak widać, to zależy - za czasów Mamei miała.
[57]
Mamea postanowiła wybrać sobie synową. Padło na Gneję Seję Herennię Sallustię Barbię Orbianę, córkę Lucjusza Sejusza Herenniusza Sallustiusza. Sewer podniósł teścia do rangi cezara, a pannę młodą błyskawicznie uczynił augustą.
• Źle się to dla nich skończyło.
[65, o wojnie Aleksandra z Persami]
Początek kampanii przypomina kondycję naszej piłkarskiej reprezentacji, (s)kopanej w meczu z Mołdawią w czerwcu 2023 roku, oczywiście do przerwy.
[103]
Dzięki nim [silnym kobietom - G.] seweriański ród pozostawał zwornikiem systemu. To jego roztrzaskanie otworzyło symboliczną beczkę (bo nie puszkę, jak tłumaczy Natalie Haynes) Pandory.
poniedziałek, 3 marca 2025
Zeznanie #7
Rekord świata w powstrzymywaniu się od mrugania należy do Julio Mora z Ekwadoru. Udało mu się nie mrugać przez 1 godzinę, 5 minut i 40 sekund (29 października 2021). Preselekcje do ESC wygrała babunia Steczkowska, co było zgodne z moimi oczekiwaniami i preferencjami. W tej kwestii zachowuję full wypas stoicyzm, za to zdziwiło mnie, że wiele osób kierowało się przeciwieństwem stoicyzmu, czyli wkurwizmem. I na biedną Steczkowską wylały się pomyje i inne niemiłe substancje. Trzymaj się, Justyna, i rób swoje. Pozytywnym zaskoczeniem tych preselekcji był większy niż dotychczas profesjonalizm, którym popisała się TVP w Likwidacji. Znakomitym ruchem była amputacja jury, które wielokrotnie w zeszłych latach zadecydowało, żeby na konkurs główny wysyłać śpiewaczki specjalnej troski. Do grochu z kapustą, czyli niniejszego wstępu dołączam trylemat Agryppy, filozoficzny gadżet, który brzmi jak następuje. Jeśli twierdzisz o czymś, że jest prawdą, i chcesz to uzasadnić, to masz trzy możliwości. Pierwsza: znajdziesz uzasadnienie, dla którego potrzebne będzie nowe uzasadnienie i tak bez końca. Druga: w tym ciągu uzasadnień zatrzymasz się i powiesz, że tego uzasadniać nie będziesz, bo to przyjmujesz za prawdę, czyli dogmat. Trzecia: twoje rozumowanie sprowadzi się do błędnego koła, czyli w ciągu uzasadnień będzie powtarzać się to samo stwierdzenie. To ostatnie pasuje do tezy o Biblii jako boskim przesłaniu. Dlaczego Biblia jest boskim przesłaniem? Ponieważ Bóg przemawia przez tekst Biblii. A skąd to wiemy? Ponieważ Biblia nam o tym mówi, więc jest przesłaniem od Boga. Przypięty obrazek przywłaszczyłem sobie z tego blogu.
Bridget Jones: Szalejąc za facetem (Bridget Jones: Mad About the Boy)
Specjalność Bridget Jones to nie całkiem fortunne związki z facetami, w każdym odcinku serii jest ich dwóch, ale oczywiście tylko jeden okaże się Panem Bezbłędnym (niekoniecznie tym sensie). Zaraz, zaraz, no przecież ona w ostatnim filmie poślubiła tego Darcy'ego, więc co z tym szukaniem? Czyżby chciała urządzić romantyczny trójkąt? Dobra, koniec ze ściemą, Darcy został po prostu wyeliminowany z fabuły, a Bridget na pociechę zostały po nim dwie pociechy. Trochę trudno randkować w takim układzie, ale kobieta sobie poradzi. Konkurentów jest dwóch, niespełna trzydziestoletni nieomal Adonis (zgoda, przystojniak, ale mierząc go w hemsworthach dalibyśmy mu co najwyżej osiem i pół na dziesięć), a drugi to nauczyciel w szkole dzieci Bridget (też nie dziesiątka, ale tors godny dłuta Fidiasza). Nie ma wielkiego sensu wchodzić w dalsze detale fabuły, bo nie one są najważniejsze. Albowiem najważniejsze jest to, że film jest udaną komedią. Hugh w rozmowie z „matką” wspominający niegdysiejsze wybryki łóżkowe, Bridget kupująca zapas kondomów dla małej armii facetów, też Bridget wyznająca publicznie, że ubiegłej nocy odbyła wiele intensywnych stosunków, no i Emma Thompson jako ginekolożka. Niespodzianka wiąże się z tym, że są momenty refleksyjne, ale tak samo jak dowcipy - organicznie zgrane z fabułą. Udał się ten czwarty film, ale co dalej? Chwilowo nie wyobrażam sobie kontynuacji, bo musiałaby chyba być osadzona w domu spokojnej senioralności. No chyba, że zrobią z tego franczyzę i tak jak u Bonda będą wymieniać Bridget, Darcy'ego i Cleavera na młodsze modele.
Simona Kossak
Simono, szkoda, że nie możesz zobaczyć tego, że ze wszystkich Kossaków ty jesteś obecnie najbardziej znana. Kręcą o tobie filmy, a również niepowtarzalna Przepiórska poświęciła ci jeden ze swoich monodramów. Oczywiście film nie startuje w tej samej konkurencji co monodram, ale nie sposób uniknąć porównań. Z monodramu zapamiętałem moment magicznej poezji w finale, nieoczywiste zwieńczenie opowieści o życiu Simony. W filmie zobaczymy tylko Simonę za młodu, od studiów do doktoratu. Nie minęło wiele czasu, kiedy świeżo upieczona magisterka (lubimy feminatywy) postanawia opuścić Kraków i zająć się badaniami w Puszczy Białowieskiej. Zatrudnił ją Batura, szef leśników, aby przyjrzała się diecie saren. Okaże się to elementem jakiejś bizantyjsko-peerelowskiej intrygi, w której ów Batura przestaje być bohaterem jednoznacznie pozytywnym, atoli na końcu też chyba nie ostatnią gnidą. Simona mieszka w leśnej placówce nie obfitującej w cywilizacyjne udogodnienia, a że mieszkał tam również młody Wilczek, będzie trochę erotycznie, do czasu aż mamunia nie zepsuje. Ów Wilczek również zaznał trochę sławy światłem odbitym od gwiazdy. W tej roli zobaczymy bardzo sympatycznego (czytaj przystojnego) blondasa, któremu życzymy szczęśliwego rozwoju kariery na ekranie. Odtwórczyni roli głównej zresztą też tego życzymy. Nie wiem, jaki las wcielił się w rolę Puszczy Białowieskiej, ale i jemu życzymy powodzenia i niech opatrzność chroni go przed kornikami tudzież piłami spalinowymi.
Bridget Jones: Szalejąc za facetem (Bridget Jones: Mad About the Boy)
Specjalność Bridget Jones to nie całkiem fortunne związki z facetami, w każdym odcinku serii jest ich dwóch, ale oczywiście tylko jeden okaże się Panem Bezbłędnym (niekoniecznie tym sensie). Zaraz, zaraz, no przecież ona w ostatnim filmie poślubiła tego Darcy'ego, więc co z tym szukaniem? Czyżby chciała urządzić romantyczny trójkąt? Dobra, koniec ze ściemą, Darcy został po prostu wyeliminowany z fabuły, a Bridget na pociechę zostały po nim dwie pociechy. Trochę trudno randkować w takim układzie, ale kobieta sobie poradzi. Konkurentów jest dwóch, niespełna trzydziestoletni nieomal Adonis (zgoda, przystojniak, ale mierząc go w hemsworthach dalibyśmy mu co najwyżej osiem i pół na dziesięć), a drugi to nauczyciel w szkole dzieci Bridget (też nie dziesiątka, ale tors godny dłuta Fidiasza). Nie ma wielkiego sensu wchodzić w dalsze detale fabuły, bo nie one są najważniejsze. Albowiem najważniejsze jest to, że film jest udaną komedią. Hugh w rozmowie z „matką” wspominający niegdysiejsze wybryki łóżkowe, Bridget kupująca zapas kondomów dla małej armii facetów, też Bridget wyznająca publicznie, że ubiegłej nocy odbyła wiele intensywnych stosunków, no i Emma Thompson jako ginekolożka. Niespodzianka wiąże się z tym, że są momenty refleksyjne, ale tak samo jak dowcipy - organicznie zgrane z fabułą. Udał się ten czwarty film, ale co dalej? Chwilowo nie wyobrażam sobie kontynuacji, bo musiałaby chyba być osadzona w domu spokojnej senioralności. No chyba, że zrobią z tego franczyzę i tak jak u Bonda będą wymieniać Bridget, Darcy'ego i Cleavera na młodsze modele.
Simona Kossak
Simono, szkoda, że nie możesz zobaczyć tego, że ze wszystkich Kossaków ty jesteś obecnie najbardziej znana. Kręcą o tobie filmy, a również niepowtarzalna Przepiórska poświęciła ci jeden ze swoich monodramów. Oczywiście film nie startuje w tej samej konkurencji co monodram, ale nie sposób uniknąć porównań. Z monodramu zapamiętałem moment magicznej poezji w finale, nieoczywiste zwieńczenie opowieści o życiu Simony. W filmie zobaczymy tylko Simonę za młodu, od studiów do doktoratu. Nie minęło wiele czasu, kiedy świeżo upieczona magisterka (lubimy feminatywy) postanawia opuścić Kraków i zająć się badaniami w Puszczy Białowieskiej. Zatrudnił ją Batura, szef leśników, aby przyjrzała się diecie saren. Okaże się to elementem jakiejś bizantyjsko-peerelowskiej intrygi, w której ów Batura przestaje być bohaterem jednoznacznie pozytywnym, atoli na końcu też chyba nie ostatnią gnidą. Simona mieszka w leśnej placówce nie obfitującej w cywilizacyjne udogodnienia, a że mieszkał tam również młody Wilczek, będzie trochę erotycznie, do czasu aż mamunia nie zepsuje. Ów Wilczek również zaznał trochę sławy światłem odbitym od gwiazdy. W tej roli zobaczymy bardzo sympatycznego (czytaj przystojnego) blondasa, któremu życzymy szczęśliwego rozwoju kariery na ekranie. Odtwórczyni roli głównej zresztą też tego życzymy. Nie wiem, jaki las wcielił się w rolę Puszczy Białowieskiej, ale i jemu życzymy powodzenia i niech opatrzność chroni go przed kornikami tudzież piłami spalinowymi.
czwartek, 20 lutego 2025
Zeznanie tygodniowe #6
Być może zabrakło jednego zeznania po drodze, ale czasem tak niewiele się dzieje, że nie ma o czym pisać. W ubiegłym tygodniu działo się dużo więcej. Zakończyliśmy oglądanie dwóch seriali, Those About to Die oraz Mary & George. Rzadko wspominam o serialach, ale te dwa łączy jeden walor: nie opowiadają znowu tej samej historii. Zwykle jeśli filmują opowieść z historii Anglii to koniecznie o Heniu VIII lub - od biedy - Eli I. A jeśli chodzi o Rzym - to Neron lub Kaligula. A tu proszę, można zrobić rzecz o angielskim Jakubie I, postaci barwnej, którą znam najlepiej z książki Limona. Po prawdzie nie jest to główny bohater (choć król), bo pierwszoplanowe postaci serialu to tytułowa Mary i jej syn George, sprytnie podsunięty przez matkę królowi na faworyta. Klimaty są mocno homo, więc jeśli ktoś nie gustuje, to niech odpuści, choć fabuła jest atrakcyjna, w stylu planów wewnątrz planów w planach. W jednym z momentów George musi się - z wielką niechęcią - ukorzyć przed matką, a stało się to w chwili poważnego zagrożenia jego pozycji, a nawet życia. Matka nie wydawała się wówczas w dużo lepszej pozycji, więc jak mogłaby zaradzić? Otóż okazało się, że mogła, a pomysł miała znakomity, choć jednocześnie niezwykle cyniczny i okrutny. Z kolei serial o tych, których czeka śmierć, opowiada o czasach Wespazjana i jego następców, którzy byli też jego synami - rzadkość w sukcesji cesarskiego tronu w Rzymie. Znowu jest zaskakująco wiele momentów homo, i znowu jest to naciągane. Pociąg króla Jakuba do chłopców jest domniemany (ale dość prawdopodobny), a Domicjana, syna Wespazjana - chyba doszczętnie z prącia wyssany. Kim są ci mający umrzeć? Gladiatorami, którzy toczyli walki na arenach. Z serialu można wynieść wrażenie, że igrzyska odbywały się nieustannie i zawsze ze skutkiem śmiertelnym. Trening i utrzymanie gladiatora był chyba zbyt kosztowny, żeby lekko poświęcać go w walce. Inna rzymska rozrywka to wyścigi rydwanów, sport z założenia mniej okrutny, ale wypadki się zdarzały. Serial jako rozrywka jest ok, efekty cyfrowe na trzy z plusem, a koncepcja mocno łołkowa, bo najszlachetniejsi bohaterowie to Afrykańczycy z niezwykle rezolutną mamusią, która robi, co może, by wyzwolić swoje dorosłe dzieci z niewoli. Dodajmy przy okazji, że - o czym nie wspomniano w serialu - Wespazjan był wyznawcą Serapisa i za jego pomocą dokonał niejednego cudu ozdrowieńczego. Zawsze wtedy pada pytanie o wiarygodność innych relacji o cudach. (Dygresja: z cudami najlepiej rozprawił się Hume.) Prawdziwy cesarz Tytus nie był tak przystojny jak ów serialowy, ale rzeczywiście miał romans z żydowską księżniczką. Czy Żydzi naprawdę budowali Koloseum, a potem wskutek politycznych knowań byli rzucani na pastwę dzikich zwierząt na arenie - lekko wątpię, ale nie chce mi się tego sprawdzać.
Kiedy tak narzekałem na tę monotonię serialowych tematów historycznych, przypomniała mi się Faworyta, film o pierwszej brytyjskiej monarchini. Tak, brytyjskiej, bo Wielka Brytania to twór stosunkowo młody, niewiele starszy od SZA. Na dobrą sprawę można by pomyśleć, że ów polityczny projekt był zrzynką z unii polsko-litewskiej, ze słabym monarchą i silnym parlamentem. Miała szczęście Brytania, że za czasów schorowanej Anny znaleźli się bardzo zdolni rządzący, którzy mniej byli przejęci dobrem własnym niż dobrem kraju (albo chociaż mieli to ostatnie na agendzie, czego bym Polako-Litwinom nie zarzucił). W filmie nie ma prawie nic z wielkiej historii, są za to małostkowe intrygi wokół królowej, słabej, bo słabej, ale jednak warto było być w jej łaskach. Jak zobaczymy, kobiety nie potrzebują mężczyzn, by urządzić sobie piekło. Film jest zapewne znakomity, ale oglądając go, przez dwie godziny musimy znosić towarzystwo wrednych bab, bez żadnego komicznego przerywnika (comic relief). Niechby nie był komiczny, wystarczyłoby ziarno refleksji lub okruch życiowej mądrości, ale żadna z postaci niczym takim nie błysnęła. Po filmie można by mieć jakieś refleksje w rodzaju przemyślenia swojego (predyktorze tekstu, czemu podpowiadasz mi „wzwiedzionego”?) zachowania wobec innych. Jasne, starajmy się w tym względzie jak najmniej przypominać królową Annę, ale to żadne dla mnie odkrycie, bo moim antywzorem jest i pozostanie wychowawczyni Terenia z liceum, której przecież nie zrzucę z wątpliwego piedestału na rzecz Anny, zwłaszcza że nie jest to postać wielce godna uwagi, skoro notka o niej w wikipedii wydaje się ciekawsza od całego filmu.
Bardzo operowo spędziłem zeszły tydzień. W ramach Opera Rara zobaczyłem Alceste Lullego, Dardanusa Rameau i The Fairy Queen Purcella. Wszystkie trzy bardzo barokowe, pierwsze dwie w wersji koncertowej, a ostatnia jako dziwnie pomyślany spektakl. Do muzyki barokowej trzeba mieć specjalne ucho, nie wiem, czy nim dysponuję, ale nie powstrzymam się od opinii: z wszystkich trzech najbardziej przebojowy wydał mi się Dardanus. Tu mam na myśli stronę muzyczną, bo od strony fabularnej te barokowe opery wydają się kpiną z widza. Ale - dodajmy - kpiną fascynującą, bo treść tych dzieł wydaje się bardziej mentalnie odległa od nas niż te wszystkie Ajschylosy i Sofoklesy ze starożytnej Grecji. Czy można wyobrazić sobie widza, który doznaje autentycznych wzruszeń słuchając przez pół godziny ubranych w piękne arie rozmyślań o tym, czy rozkosze zapanują w królestwie Amora, czy też spokój zostanie zmącony przez troski i zazdrość, które wypłyną z serca Miłości (koniecznie z wielkiego „m”) - to mieliśmy w prologu Dardanusa. Jakże frywolne są niektóre zwroty akcji, na przykład w Alceste bohaterka zstępuje w podziemia Hadesu, skąd - ni stąd, ni zowąd - wyprowadza ją Herkules. Ten oczywiście od razu zakochuje się w Alceście, ale ona przecież została poślubiona Admetowi, więc Herkules stacza najcięższy w życiu bój - z Miłością, po czym zwraca Alcestę Admetowi. W odróżnieniu od pozostałych dzieł, w The Fairy Queen nie zauważyłem żadnej fabuły, nic poza barokowym pitu pitu, że wiosną zielone listki cieszą oko wśród promieni słońca, a poza tym jakże wiele starań dołożymy, aby pofolgować swoim pożądaniom. Był przystojny balet męski w dziwnych sukniach, a obsada śpiewacza została przyodziana w kombinezony robocze i fartuchy szpitalne. Niby coś tam fabularnego odstawiali, ale dla mnie była to raczej forma teledysku, w którym kręci się pupcią i robi zbliżenia na wykonawców.
Widziałem również Romea i Julię, operę Gounoda wystawioną w Operze Śląskiej. To już był prawdziwy spektakl ze scenografią i baletem. Opera nie wydaje mi się wybitna, temat jakby skądś znany, więc nawet nie ma wielkich zaskoczeń w kwestii opowiadanej historii. Jak napisano w recenzji z czasów pierwszego wystawienia w Londynie (1867): opera przyjemna, ale niemal pozbawiona zachwycających momentów. Oczywiście należy wiedzieć, że to z tej opery pochodzi bardzo znana i udana aria Je veux vivre w formie walczyka. Odniosłem wrażenie, że wersja operowa sztuki Szekspira była lekko dziurawa, więc nie do końca pojmiemy, dlaczego to Romeo nie dowiedział się o tym, że śmierć Julii była pozorna. W tym celu trzeba by wywalić ze spektaklu ze dwa baleciki, a przecież szkoda by było.
Jego trzy córki (His Three Daughters)
Film wybrany trochę z przypadku, ale okazał się na tyle wciągający, że mimo późnej pory po dniu pełnym wrażeń obejrzałem do końca bez przysypiania. Dwie córki wprowadziły się do mieszkania umierającego ojca, z którym mieszka trzecia z nich, Rachel. Sytuacja jest psychologicznie napięta, co zrozumiałe, ale napina się jeszcze bardziej, bo owa Rachel nie do końca odpowiada wysokim standardom, jakie chciałaby utrzymywać najstarsza z córek. W odróżnieniu od sióstr Rachel prowadzi życie niekonwencjonalne, zarabia na obstawianiu wyników meczy i ciągle pali trawkę. Wiele interakcji prowadzi do wielu dyskusji, nie wszystkich bardzo kulturalnych. Cała akcja rozgrywa się w jednym mieszkaniu i na pobliskim skwerze. Problem z takimi filmami jest ten, że nie ma dobrego zakończenia. W finale albo dostaniemy króliczka z kapelusza (i powiemy sobie, a więc to dlatego ona zachowywała się tak, a nie inaczej), albo zawiśniemy w niedopowiedzeniu (co zawsze wydawało mi się pójściem na łatwiznę). Nie będzie to wielki spojler, że w tym filmie wygra pierwsza opcja z ojcem ex machina (tak jakby). Nie byłoby tego filmu bez Natashy Lyonne w roli Rachel, fanem której stałem się po Russian Doll.
Film wybrany trochę z przypadku, ale okazał się na tyle wciągający, że mimo późnej pory po dniu pełnym wrażeń obejrzałem do końca bez przysypiania. Dwie córki wprowadziły się do mieszkania umierającego ojca, z którym mieszka trzecia z nich, Rachel. Sytuacja jest psychologicznie napięta, co zrozumiałe, ale napina się jeszcze bardziej, bo owa Rachel nie do końca odpowiada wysokim standardom, jakie chciałaby utrzymywać najstarsza z córek. W odróżnieniu od sióstr Rachel prowadzi życie niekonwencjonalne, zarabia na obstawianiu wyników meczy i ciągle pali trawkę. Wiele interakcji prowadzi do wielu dyskusji, nie wszystkich bardzo kulturalnych. Cała akcja rozgrywa się w jednym mieszkaniu i na pobliskim skwerze. Problem z takimi filmami jest ten, że nie ma dobrego zakończenia. W finale albo dostaniemy króliczka z kapelusza (i powiemy sobie, a więc to dlatego ona zachowywała się tak, a nie inaczej), albo zawiśniemy w niedopowiedzeniu (co zawsze wydawało mi się pójściem na łatwiznę). Nie będzie to wielki spojler, że w tym filmie wygra pierwsza opcja z ojcem ex machina (tak jakby). Nie byłoby tego filmu bez Natashy Lyonne w roli Rachel, fanem której stałem się po Russian Doll.
poniedziałek, 3 lutego 2025
Zeznanie tygodniowe #5
Na podstawie tegorocznych wynurzeń można by odnieść wrażenie, że jestem jakimś hobbystą amerykanistą. Chwilowo rzeczywiście jest to dla mnie najciekawszy temat, bo sprawdziło się moje przypuszczenie, że po wyborze Trumpa - w przeciwieństwie do Kamali Harris - nudno nie będzie. Afera kondomowa może kiedyś wstrząsnęłaby światem amerykańskiej polityki, ale dziś jest to powód raczej do wzruszania ramionami niż załamywania rąk. Panna „Usta Trumpa” demonstrująca krzyżyk na bujnej piersi bez żadnych zahamowań wyrzyguje te swoje kłamstwa i półprawdy, i mało kto tym się przejmuje. Podjąłem się dziwnego zadania przeczytania dzieła Gibbona o zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego (trzy grube tomy, a kolejne trzy już po angielsku). Zapewne za jakiś czas napiszę o tym więcej, a tymczasem wspomnę o chrześcijanach w czwartym wieku, którzy według Gibbona wychwalali pokorę i rezygnację pierwszych uczniów Ewangelii, ale ich nie naśladowali. Kiedy (arcychrześcijański skądinąd) cesarz Teodozjusz dokonał interwencji na korzyść żydów, którzy ucierpieli wskutek chrześcijańskiego fanatyzmu, spotkał się z reprymendą świętego Ambrożego, dla którego tolerancja wobec żydów oznaczała prześladowanie religii chrześcijańskiej. Dzisiaj Ambroży zapewne doznałby szoku, gdyby zobaczył współczesne imperium władane przez chrześcijan, które wspiera państwo żydowskie w jego ludobójczym przedsięwzięciu.
Wredne liściki (Wicked Little Letters)
Dziwnym trafem zdarzyło mi się wiele lat temu widzieć Traviatę w budapesztańskiej operze. W roli amanta obsadzili artystę dalekowschodniego, a ja, dziecię naiwne, dałem wyraz swemu zdziwieniu. Okazało się, że wyrobiony widz opery zwyczajnie ignoruje tego rodzaju obsadowe wybryki, bo w operze liczy się przede wszystkim muzyka. Kiedy jakiś czas później obejrzałem Sigismonda, w którym węgierscy monarchowie byli ciemnoskórzy, niczemu już się nie dziwiłem. Najwyraźniej dzisiejsi twórcy filmów chcą u widzów filmowych wyrobić podobną niewrażliwość na kwestie rasowe. (Wiem dobrze, że pojęcie rasy to konstrukt rasistowski itd. itp., ale w pełni to zrozumiem wtedy, gdy zobaczę Channinga Tatuma w roli Zulusa Czaki lub Umę Thurman jako Siedzącego Byka.) We Wrednych liścikach na angielskiej prowincji tuż po pierwszej wojnie mamy ciemnoskórą policjantkę, a jedna z dwóch głównych bohaterek ma czarnoskórego faceta (poniekąd zgrabnego). To nie jedyne etniczne postaci; co dziwne, jakoś nie było Azjatów. W tym zamieszaniu zrazu nie można pojąć, cóż takiego przeszkadza panu Swanowi, który nie chciał złożyć skargi na ręce policjantki Moss: jej skóra czy płeć? Facet okazał się mizoginem, ale rasizmu nie sposób mu zarzucić. Cała ta historia wydarzyła się naprawdę, a dotyczyła incydentu rozsyłania tytułowych wrednych liścików, z początku tylko do rodziny Swanów, a ich wulgarny język bardzo dobrze pasował do sąsiadki Rose, która została uznana za ich autorkę, a potem aresztowana. Historyjkę zapewne nieco podkręcili, Rose z jej niewyparzoną gębą jest najzabawniejszą postacią, a obsadzenie Colman w roli świętoszkowatej Edith wydawało się obsadowym nieporozumieniem. Do czasu. Film jest ok, ale nie jest to dzieło, które koniecznie należy zobaczyć, więc odradzam umierającym rozpamiętywanie na łożu śmierci tego, że nie zdążyli obejrzeć Wrednych liścików.
Planeta samotności (Lonely Planet)
Komentarz do tego filmu w stylu mojego ojca byłby taki, że starej babie nie zaszkodzi młody bolec, wedle maksymy w wolnym tłumaczeniu ze staro-cerkiewno-słowiańskiego: jak młody pobodzie, to starej dogodzi. Wszystko rozgrywa się w Maroku na jakimś spędzie pisarzy z wielu stron świata. Ona jest pisarką zmagającą się z chwilowym blokiem twórczym, a on - osobą towarzyszącą innej, dużo młodszej pisarki. Och, czyżby miało dojść do zdrady? I tak, i nie. Miło pooglądać sobie marokańskie pejzaże, ale przyznam szczerze, że Hemsworth swoim torsikiem ukradł ten film. To niezbyt trafnie sugeruje, że było wiele do ukradzenia, bo przecież tym torsikiem można by przyćmić dzieło dużo większej klasy. Tytuł jest zarąbiście na wyrost, gdyż sugeruje sięganie po analizy bolączek współczesnego świata. Tymczasem przypomina on bardziej te reklamy z przystojnymi tatusiami zajętymi opieką nad dzidziusiem. Jak to nam cynicznie wyjaśniła specjalistka od reklamy, nie chodziło w nich o zmianę stereotypu, ale o trafianie w oczekiwania kobiet, które używając jednorazowych pieluch firmy XY mogą sobie fantazjować o takim partnerze. Tak jak ja mogę pomarzyć, że używając dezodorantu AB będę miał torsik Hemswortha.
Wróg (Foe)
Jeśli chodzi o fantastykę bliskiego zasięgu, to bardzo trudno być oryginalnym, przynajmniej w zakresie pomysłów na przyszłe możliwości technologiczne. Przenosimy się w przyszłość zaledwie o czterdzieści lat, a odmalowany przed naszymi oczami obraz jest tak „lively and colorful” (pełny życia i kolorowy) jak niezapomniana April Ludgate, czyli wcale. Susze, upały, burze piaskowe, limitowane przydziały wody itd. Według fabularnych założeń wdrażane są plany przeniesienia ludzkości w przestrzeń pozaziemską na jakieś wielkie bazy kosmiczne. Teraz musimy sobie dać wmówić, że istotnym problemem staje się paroletnia rozłąka małżonków, więc mąż wysyłany w kosmos zastępowany jest kopią do złudzenia przypominającą oryginał (nie do końca biologiczną). W miarę oczywiste staje się to, z jakimi moralnymi dylematami można tu mieć do czynienia. Wracając do wspomnianego deficytu oryginalności zaczniemy od Lema, który w Summa technologiae rozważał scenariusz powstania dokładnej kopii osoby. Przecież nikt ze zdrowym mózgiem nie pomyśli, że skoro jest ta kopia, to ja mogę spokojnie umrzeć lub dać się zabić bez sprzeciwu. Inne skojarzenia to dwa opowiadania Philipa K. Dicka, Oszust (w późniejszych edycjach Impostor - to pod wpływem mało udanej ekranizacji) i Człowiekiem jest.... Kto pamięta te opowiadania, ten może zarzucić mi spojlerowanie (ale w zamian może poczuć się członkiem elitarnego grona). To, że wykorzystano znane wcześniej pomysły, nie oznacza, że film musi być wtórny. Nawet rzekłbym, że nie jest, ale mam wrażenie, że troszkę na siłę ciągnęli pierwszą część, kiedy widz już od dłuższego czasu wie, że zmierzamy do twistu, ale musi grzecznie czekać. Dialogi i sytuacje w tej części są celowo zagmatwane i niejednoznaczne. Kiedy już zrozumiemy, o co chodzi, w głowie rodzi się sto pytań o sens pewnych poczynań. Jak to zwykle bywa, twórcy wybrali epatowanie emocjami kosztem poczucia dorzeczności.
Żegnajcie, laleczki (Drive-Away Dolls)
Ujmując rzecz krótkie: jest to bardzo dobrze zrobiony słaby film. Dobrze zrobiony, bo reżyserem był jeden z Coenów, któremu udało się namówić do występu w rolach epizodycznych takie gwiazdy jak Pedro Pascal czy Matt Damon. Scenariusz wygląda jak historyjka sklecona przez nastolatka lubującego się w lesbijskim porno, więc projekt należało odrzucić na tym wstępnym etapie. Nie odrzucili, więc obejrzeliśmy film o dwóch lesbijkach (które nie są parą, ale dobrze wiemy, że będą), które wplątały się w przerażająco głupią aferę kryminalną, jadąc z Filadelfii do Tallahassee wypożyczonym samochodem. Jedna z bohaterek jest sztywniarą czytającą Henrego Jamesa, a druga używa życia wykorzystując okazje do niezobowiązującego seksu. To ostatnie, czyli seks, może być dobrym motywem, by film obejrzeć, ale po co stosować półśrodki, kiedy można włączyć Pornhub.
Generacja przyszłości (The Pod Generation)
I znowu mamy wycieczkę w przyszłość, ale tym razem jest ona puchata i pastelowa - przynajmniej z początku. Będziemy żyć w obszernych mieszkaniach, sztuczne inteligencje będą nam podpowiadać, jak możemy poprawić swój byt (ale też kontrolować wydajność naszej pracy), wszyscy będą uśmiechnięci i uprzejmi, a to wskutek psychoterapii u Eleny, kolejnej sztucznej inteligencji. Para złożona z Racheli i jej męża Alvy po lekkich przejściach decyduje się na dziecko. Oczywiście można by podjąć próbę wywołania ciąży naturalnej (wiedza o tym sposobie nie zanikła), ale po co, skoro można skorzystać z bociana, czyli firmy, która opracowała technologię inkubacji noworodków w sztucznych łonach przypominających strusie jaja. Więcej trudno byłoby napisać bez spojlerowania, za to mogę wyznać, że zakończenie było w moim odbiorze niezwykle zaskakujące i jednocześnie dość rozczarowujące. No i naraziłem się połowie Europy, która złożyła się na ten film.
Wredne liściki (Wicked Little Letters)
Dziwnym trafem zdarzyło mi się wiele lat temu widzieć Traviatę w budapesztańskiej operze. W roli amanta obsadzili artystę dalekowschodniego, a ja, dziecię naiwne, dałem wyraz swemu zdziwieniu. Okazało się, że wyrobiony widz opery zwyczajnie ignoruje tego rodzaju obsadowe wybryki, bo w operze liczy się przede wszystkim muzyka. Kiedy jakiś czas później obejrzałem Sigismonda, w którym węgierscy monarchowie byli ciemnoskórzy, niczemu już się nie dziwiłem. Najwyraźniej dzisiejsi twórcy filmów chcą u widzów filmowych wyrobić podobną niewrażliwość na kwestie rasowe. (Wiem dobrze, że pojęcie rasy to konstrukt rasistowski itd. itp., ale w pełni to zrozumiem wtedy, gdy zobaczę Channinga Tatuma w roli Zulusa Czaki lub Umę Thurman jako Siedzącego Byka.) We Wrednych liścikach na angielskiej prowincji tuż po pierwszej wojnie mamy ciemnoskórą policjantkę, a jedna z dwóch głównych bohaterek ma czarnoskórego faceta (poniekąd zgrabnego). To nie jedyne etniczne postaci; co dziwne, jakoś nie było Azjatów. W tym zamieszaniu zrazu nie można pojąć, cóż takiego przeszkadza panu Swanowi, który nie chciał złożyć skargi na ręce policjantki Moss: jej skóra czy płeć? Facet okazał się mizoginem, ale rasizmu nie sposób mu zarzucić. Cała ta historia wydarzyła się naprawdę, a dotyczyła incydentu rozsyłania tytułowych wrednych liścików, z początku tylko do rodziny Swanów, a ich wulgarny język bardzo dobrze pasował do sąsiadki Rose, która została uznana za ich autorkę, a potem aresztowana. Historyjkę zapewne nieco podkręcili, Rose z jej niewyparzoną gębą jest najzabawniejszą postacią, a obsadzenie Colman w roli świętoszkowatej Edith wydawało się obsadowym nieporozumieniem. Do czasu. Film jest ok, ale nie jest to dzieło, które koniecznie należy zobaczyć, więc odradzam umierającym rozpamiętywanie na łożu śmierci tego, że nie zdążyli obejrzeć Wrednych liścików.
Planeta samotności (Lonely Planet)
Komentarz do tego filmu w stylu mojego ojca byłby taki, że starej babie nie zaszkodzi młody bolec, wedle maksymy w wolnym tłumaczeniu ze staro-cerkiewno-słowiańskiego: jak młody pobodzie, to starej dogodzi. Wszystko rozgrywa się w Maroku na jakimś spędzie pisarzy z wielu stron świata. Ona jest pisarką zmagającą się z chwilowym blokiem twórczym, a on - osobą towarzyszącą innej, dużo młodszej pisarki. Och, czyżby miało dojść do zdrady? I tak, i nie. Miło pooglądać sobie marokańskie pejzaże, ale przyznam szczerze, że Hemsworth swoim torsikiem ukradł ten film. To niezbyt trafnie sugeruje, że było wiele do ukradzenia, bo przecież tym torsikiem można by przyćmić dzieło dużo większej klasy. Tytuł jest zarąbiście na wyrost, gdyż sugeruje sięganie po analizy bolączek współczesnego świata. Tymczasem przypomina on bardziej te reklamy z przystojnymi tatusiami zajętymi opieką nad dzidziusiem. Jak to nam cynicznie wyjaśniła specjalistka od reklamy, nie chodziło w nich o zmianę stereotypu, ale o trafianie w oczekiwania kobiet, które używając jednorazowych pieluch firmy XY mogą sobie fantazjować o takim partnerze. Tak jak ja mogę pomarzyć, że używając dezodorantu AB będę miał torsik Hemswortha.
Wróg (Foe)
Jeśli chodzi o fantastykę bliskiego zasięgu, to bardzo trudno być oryginalnym, przynajmniej w zakresie pomysłów na przyszłe możliwości technologiczne. Przenosimy się w przyszłość zaledwie o czterdzieści lat, a odmalowany przed naszymi oczami obraz jest tak „lively and colorful” (pełny życia i kolorowy) jak niezapomniana April Ludgate, czyli wcale. Susze, upały, burze piaskowe, limitowane przydziały wody itd. Według fabularnych założeń wdrażane są plany przeniesienia ludzkości w przestrzeń pozaziemską na jakieś wielkie bazy kosmiczne. Teraz musimy sobie dać wmówić, że istotnym problemem staje się paroletnia rozłąka małżonków, więc mąż wysyłany w kosmos zastępowany jest kopią do złudzenia przypominającą oryginał (nie do końca biologiczną). W miarę oczywiste staje się to, z jakimi moralnymi dylematami można tu mieć do czynienia. Wracając do wspomnianego deficytu oryginalności zaczniemy od Lema, który w Summa technologiae rozważał scenariusz powstania dokładnej kopii osoby. Przecież nikt ze zdrowym mózgiem nie pomyśli, że skoro jest ta kopia, to ja mogę spokojnie umrzeć lub dać się zabić bez sprzeciwu. Inne skojarzenia to dwa opowiadania Philipa K. Dicka, Oszust (w późniejszych edycjach Impostor - to pod wpływem mało udanej ekranizacji) i Człowiekiem jest.... Kto pamięta te opowiadania, ten może zarzucić mi spojlerowanie (ale w zamian może poczuć się członkiem elitarnego grona). To, że wykorzystano znane wcześniej pomysły, nie oznacza, że film musi być wtórny. Nawet rzekłbym, że nie jest, ale mam wrażenie, że troszkę na siłę ciągnęli pierwszą część, kiedy widz już od dłuższego czasu wie, że zmierzamy do twistu, ale musi grzecznie czekać. Dialogi i sytuacje w tej części są celowo zagmatwane i niejednoznaczne. Kiedy już zrozumiemy, o co chodzi, w głowie rodzi się sto pytań o sens pewnych poczynań. Jak to zwykle bywa, twórcy wybrali epatowanie emocjami kosztem poczucia dorzeczności.
Żegnajcie, laleczki (Drive-Away Dolls)
Ujmując rzecz krótkie: jest to bardzo dobrze zrobiony słaby film. Dobrze zrobiony, bo reżyserem był jeden z Coenów, któremu udało się namówić do występu w rolach epizodycznych takie gwiazdy jak Pedro Pascal czy Matt Damon. Scenariusz wygląda jak historyjka sklecona przez nastolatka lubującego się w lesbijskim porno, więc projekt należało odrzucić na tym wstępnym etapie. Nie odrzucili, więc obejrzeliśmy film o dwóch lesbijkach (które nie są parą, ale dobrze wiemy, że będą), które wplątały się w przerażająco głupią aferę kryminalną, jadąc z Filadelfii do Tallahassee wypożyczonym samochodem. Jedna z bohaterek jest sztywniarą czytającą Henrego Jamesa, a druga używa życia wykorzystując okazje do niezobowiązującego seksu. To ostatnie, czyli seks, może być dobrym motywem, by film obejrzeć, ale po co stosować półśrodki, kiedy można włączyć Pornhub.
Generacja przyszłości (The Pod Generation)
I znowu mamy wycieczkę w przyszłość, ale tym razem jest ona puchata i pastelowa - przynajmniej z początku. Będziemy żyć w obszernych mieszkaniach, sztuczne inteligencje będą nam podpowiadać, jak możemy poprawić swój byt (ale też kontrolować wydajność naszej pracy), wszyscy będą uśmiechnięci i uprzejmi, a to wskutek psychoterapii u Eleny, kolejnej sztucznej inteligencji. Para złożona z Racheli i jej męża Alvy po lekkich przejściach decyduje się na dziecko. Oczywiście można by podjąć próbę wywołania ciąży naturalnej (wiedza o tym sposobie nie zanikła), ale po co, skoro można skorzystać z bociana, czyli firmy, która opracowała technologię inkubacji noworodków w sztucznych łonach przypominających strusie jaja. Więcej trudno byłoby napisać bez spojlerowania, za to mogę wyznać, że zakończenie było w moim odbiorze niezwykle zaskakujące i jednocześnie dość rozczarowujące. No i naraziłem się połowie Europy, która złożyła się na ten film.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






