Nie wiem po co ten tytuł

              

niedziela, 6 listopada 2016

Paryż 05:59 czyli Théo et Hugo dans le même bateau

Nie zgodzę się, że jest to film o miłości od pierwszego pieprzenia. Zanim Théo przeleciał Hugo w erotycznym klubie dla gejów, przyglądał mu się intensywnie nawet wtedy, gdy przyklejali się do niego inni faceci. I udało mu się, bo w pewnym momencie nikt się Hugo nie zajmował, więc doszło do głębszego kontaktu, zaiskrzyło, po czym chłopcy wyszli z klubu. Czasu nie mierzyłem, ale wyglądało na to, że historia toczy się w czasie rzeczywistym, czyli filmowe pięć minut równa się pięciu minutom akcji. Nawet się trochę dzieje, a główny dramat polega na tym, że jeden z chłopców jest nosicielem HIV, a penetracja odbyła się bez gumki, chociaż tuż obok na ścianie zainstalowany był dozownik kondomów. Kiedy to wychodzi na jaw, film zamienia się w instrukcje postępowania na wypadek możliwego zarażenia: trzeba niezwłocznie udać się do szpitala, zgłosić RKS (ryzykowny kontakt seksualny), broń Boże nie używać komórek na sali przyjęć (łot!?) i być przyjętym przez młodą i sympatyczną lekarkę, która wypisze receptę na leki zapobiegające namnażaniu się wirusa i z uśmiechem będzie patrzyła, jak połykamy tabletkę zagryzając ją magdalenką. W tle oglądamy zalążek pogłębiającego się związku między chłopcami, który momentami jest na krawędzi zerwania, ale raczej powinno się im udać, skoro w końcowych partiach mamy coś w rodzaju dytyrambu na cześć genitaliów Théo w wykonaniu Hugo. Twoje sutki. Twój brzuch. Lubię twojego fiuta. Jest taki piękny. Nie wiem, jak to opisać, ale podoba mi się. No cóż, nie jest to Pieśń nad pieśniami. Dodajmy, że członek jest dorodny, widoczny dość wyraźnie, choć nienachalnie, co można zobaczyć na unikatowych gifach, jakie dołączam, które celowo pomniejszyłem, żeby nie było, że.

sobota, 5 listopada 2016

Nauki społeczne jako przejaw kultu cargo?

Przypomnijmy, że kult cargo zrodził się na gdzieś wyspach Pacyfiku, a polegał na tym, że rdzenni mieszkańcy porzuceni przez kolonizatorów zaczęli odtwarzać magiczne w ich mniemaniu rytuały, dzięki którym biali ludzie otrzymywali cenne dobra - czy to drogą lotniczą, czy morską. Budowali więc imitacje wież kontroli lotów lub stacji radiowych w nadziei, że dobre siły ześlą im upragnione towary. W ten sam sposób można popatrzeć na naukę i odtworzyć system rytuałów, które w tym środowisku się praktykuje. Można zakładać czasopisma „naukowe”, w których umieszcza się „naukowe” artykuły, które przejdą sito „naukowych” recenzji. I mamy „naukę” pełną gębą. Aż dziw, że kreacjoniści od „inteligentnego” projektu nie wpadli na pomysł rozwijania konkurencyjnej metody „naukowej” i wciąż domagają się uznania od zwykłych biologów ewolucyjnych. (To być może już nie jest całkiem aktualne.) Myśl o kulcie cargo w naukach społecznych przyszła mi do głowy po obejrzeniu filmu z kanału King Crocoduck. Miałem wielki ubaw oglądając to zestawienie „naukowych” osiągnięć współczesnych nauk społecznych z naciskiem na teorię gender. Chyba zmarnowałem życie, skoro mogłem się z pasją poświęcić analizie utrwalania maczoizmu w filmach porno dla gejów lub ogłaszaniu odkryć w rodzaju tego, że większą furorę w grindrze robią wysportowani faceci. Warto tu również przypomnieć o niesamowitym pomyśle Sokala, który jako fizyk napisał „naukowy” artykuł do jednego z czołowych pism socjologicznych. Była to w istocie kompilacja bełkotu z paru innych źródeł, w których formułowano mądrości w stylu patriarchalizmu jednostki urojonej w matematyce. Jednak waham się, czy analogia do kultów cargo jest w tym przypadku trafiona - głównie dlatego, że nauki społeczne w pewnej części wyrodziły się z porządnej nauki, a więc nie jacyś „dzicy” zaczęli odtwarzać naukowe rytuały, lecz to naukowcy zdziczeli. W tym sensie dużo lepiej pasuje mi tu wizja ludzi „naukowych” z powieści Bestera. W stos prop!

poniedziałek, 24 października 2016

Cicha dyskryminacja mężczyzn

Nie tak łatwo odnaleźć hasła Strajku Kobiet oraz tekst petycji do polityków, pod którą zbierane są podpisy. Ja już teraz mogę powiedzieć, jaką część ciała podetrą sobie tą petycją aktualnie rządzący politycy - na pewno nie będzie to czoło zroszone potem od troski nad losem kobiet. Nie jest szaleństwem łączyć ten protest ze słowami Prezesa Polski twierdzącego, że zdeformowane płody zasługują na chrzest, choć niezwykle subtelnie zaznaczył, że chodzi o łagodną perswazję, a nie przymus. Jeśli perswazja ma być finansowana z budżetu - jestem przeciw. Z haseł Strajku Kobiet spodobało mi się takie:
Nie zgadzamy się na to, żeby o naszych najważniejszych sprawach ktoś decydował za nas.
Tak mogliby argumentować pedofile. Przyznam, że niestosowne zestawienie, no to może: taksówkarze. I w ogóle wszyscy, bo nikt nas nigdy nie pytał, czy nie chcielibyśmy żyć w jakimś anarchosyndykalizmie lub cezaropapizmie. Innych haseł specjalnie nie będę komentował, ale zauważę, że wiele z nich ma charakter płciowo neutralny, bo - dla przykładu - postulat szerszej świeckości państwa nie kojarzy mi się szczególnie z jakimikolwiek organami płciowymi. Poza tym sądzę, że całkiem sporo kobiet nie ma specjalnego problemu z wpływem Kościoła na życie publiczne. Jeśli chodzi o petycję, to cytuję punkt pierwszy:
Dość pogardy, wulgarności i seksizmu
Przyzwolenie na mowę nienawiści to przyzwolenie na nienawiść. Publiczne poniżanie kobiet kreuje świat, w którym kobiety mają się czego bać. Chcemy rzetelnego i skutecznego ścigania seksistowskich wypowiedzi jako mowy nienawiści na podstawie zapisów Kodeksu karnego.
Pisałem już o mowie nienawiści. Nie chcę się powtarzać, doskonale wiem, że są granice wolności słowa (klasyczny przykład: krzyczeć „pożar!” w zatłoczonym teatrze), ale naprawdę uważam, że można twierdzić, że geje są odrażający lub że miejsce kobiety jest w kuchni. Subtelne feministki ujrzą mowę nienawiści tam, gdzie ja zobaczę zwykłą głupotę, a za głupotę nie powinno się ludzi wsadzać za kratki lub choćby okładać grzywną. W kwestii molestowania czytam: ofiara nie może być zmuszana do udowadniania, że „sobie tego nie wymyśliła”. Naprawdę? Oj, kobiety, stawiam wam za wzór Paulę Jones (lub Monicę Lewinski, bo nie wiem, która to z tych dwu pań), która przez lata trzymała w szafie niebieską sukienkę z zaschniętą na niej spermą Clintona. Wedle coraz dziwniej się krystalizujących standardów amerykańskich kobieta dwa dni po stosunku po wytężonym namyśle może dojść do wniosku, że padła ofiarą gwałtu lub molestowania, choć nic na to nie wskazywało. Na koniec wypada nawiązać do tytułu tego wpisu. Rozumiem, że praktyka prawa często rozmija się z dobrymi intencjami, jestem gotów uwierzyć, że polskie kobiety nie mają dostatecznego wsparcia, jeśli są ofiarami przemocy - i w wiele innych, podobnych twierdzeń, na poparcie których można przytoczyć twarde dane. Przy okazji: nie uwierzę, że kobiety nie są faworyzowane przez sądy w przyznawaniu opieki nad dziećmi w sprawach rozwodowych. Dopóki w prawie polskim będzie istniał przepis przyznający kobietom inny wiek emerytalny niż mężczyznom - będę uważał się za członka dyskryminowanej grupy i to w sposób rażąco i odrażająco sprzeczny z konstytucją (artykuł 33).

niedziela, 16 października 2016

Absolutnie fantastyczne: Film czyli Absolutely Fabulous: The Movie

Pewien znany mi starszy pan oglądając jakąkolwiek komedię w telewizji zawsze reaguje w ten sam sposób: che, che, ale głupie. Po czym przełącza na kanał H2 i ogląda całkiem niegłupie filmy o starożytnych kosmitach i żonach Jezusa Chrystusa. Niektóre komedie nadal mnie bawią, więc może jeszcze nie osiągnąłem dostatecznego stopnia starczego dostojeństwa, ale na tym filmie poczułem się typowym zgredem. Podstarzałe bohaterki filmu chcą prowadzić życie full glamour w fantazyjnych kieckach zmienianych pięć razy dziennie i popijać margaritę na leżaku przy luksusowym basenie w otoczeniu celebrytów światowej klasy. Na to rzecz jasna potrzeba dużo kasy, ale to nic, bo Edina i Patsy wymyślają najgłupsze możliwe sposoby na płynność finansową, a co głupsze - udaje im się, choć nie bez komplikacji. Brytyjski serial, którego bękartem jest ten film, był produkowany przez dziesięć lat - czyli miał jakiś target. Target - wyjaśniam - to środek tarczy strzelniczej, mnie na niej nie ma, bo ja jestem na innej tarczy w odległej galaktyce. I stamtąd wołam: che, che, ale głupie.

Oczywiście, że wystąpienia są polityczne

Króciuteńko: jeśli rządzący obecnie politycy mówią o politycznych protestach w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej lub o politycznych wystąpieniach Rzeplińskiego w obronie Trybunału Konstytucyjnego, co ma naturalnie osłabić rangę tych wydarzeń, to mam dwa pytanka. Czy komentarze rządzących nie są również polityczne? Czytaj: mało ważne? I drugie: jak miałyby wyglądać niepolityczne wypowiedzi prezesa TK lub niepolityczne manifestacje? Staram się, jak tylko mogę, aby zgarnąć pleśń z oczu i w końcu zobaczyć, że najdoskonalszym przejawem apolitycznego uczestnictwa w życiu publicznym są wystąpienia prezesa.

„P”i„S” nie mówi: sprawdzam

Jaka szkoda, że nie! Chodzi o sprawdzenie, czy postulat szefa PO, którym - jeśli dobrze pamiętam, choć w tym przypadku chciałbym mieć problemy z pamięcią - jest Grzegorz Schetyna, aby zapisać w konstytucji tak zwany „kompromis aborcyjny”, nie jest ściemą. Przypomnijmy sobie, że w roku chyba 2007 niejaki Marek Jurek (też wolałbym nie pamiętać) zgłosił taki ekstremistyczny postulat, na słuch o którym wszyscy się pukali w głowy i niemalowane drewno. Nie doszło do skutku, więc Jurek wyszedł z „P”i„S” jako ten niezłomny, choć nie tak długo po tym wrócił na łono. Teraz mainstreamowy Schetyna podjął ten nieświeży wątek, ale nasza prawica jest już dawno w innym miejscu, w którym nie ma mowy o takich lewackich wybrykach. Wniosek mam tylko taki, że życzę panu Schetynie, aby jego partia w najbliższych wyborach zdobyła mniej więcej tyle procent, ile on miał we krwi, kiedy wpadł na swój genialny pomysł.

Bob Dylan dostaje Nobla

Ale czy go przyjmie? Podobno komitet noblowski bez powodzenia próbuje przekazać tę wiadomość laureatowi, ale on jest nieuchwytny, choć widziano go niedawno na koncercie w roli artysty na scenie. Chcesz pogadać z Dylanem, komitecie? Bilety kup! Od kiedy usłyszałem opinię Boba Dylana o własnych zdolnościach wokalnych - „mam głos zranionego kojota” (cytat lekko zmyślony, ale kojot był) - poczułem do niego pewną sympatię. Nie mam zdecydowanej opinii o tej nagrodzie, czy jest zasłużona, czy też nie, choć ze słuchanych jednym uchem tłumaczeń wyniosłem dobre wrażenie. Z kółka wzajemnej masturbacji dowiedziałem się, jak ważny był i jest Dylan dla Polaków, a bawi mnie to dlatego, że aby docenić, trzeba by naprawdę nieźle władać angielskim. O to nie podejrzewam szerokich rzesz społeczeństwa polskiego. Przy okazji zgłoszę swojego kandydata do przyszłorocznej nagrody Nobla: Library of Babel.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger