piątek, 14 stycznia 2022
Pierwsza krowa czyli First Cow
Młoda ludzka istota w czasie spaceru w lesie odnajduje dwa ludzkie szkielety zakopane płytko w ziemi. Z istotą się żegnamy, bo przenosimy się w przeszłość, aby poznać historię tych szkieletów, zanim zostały szkieletami. Przyznam, że w pierwszej chwili miałem wrażenie, że oglądam film post-apo o świecie przyszłości, w którym ludzie cofnęli się cywilizacyjnie, zapewne po jakiejś wojnie, i teraz Amerykanie toczą walki z Rosjanami na terytoriach zamieszkanych przez ludność o rysach dalekowschodnich. Jednak nie, rzecz dzieje się na dzikim zachodzie, „w jakimś stanie Oregonie”, kiedy biali przybysze zaczęli się w nim osiedlać. Lokalną sensację wzbudziła tytułowa krowa, którą do fortu sprowadził naczelnik. Fort to zbyt wielkie słowo na osadę w lesie, gdzie większość domostw to budy prowizorycznie sklecone z desek. Fascynująco i przekornie pokazano te realia pogranicza, zamieszkanego przez etnicznie urozmaiconą ludność, nie wyłączając rdzennych tubylców zwanych Indianami, którzy w pełnej zgodzie z białymi egzystują w tych półdzikich terenach. Główne postaci to Cookie i King, którzy wynajdują sposób na zarobek, a jest nim sprzedaż ciastek wypiekanych przez Cookie, który wyuczył się fachu w młodości w dalekim Bostonie. I byłoby pięknie, gdyby nie to, że jeden z składników do pysznych ciastek pochodzi z nielegalnego źródła. Skracając opowieść - przez to skończą jako szkielety. Historia sama w sobie pasjonująca nie jest, ale film warto obejrzeć dla wizji dzikiego zachodu, totalnie przeciwstawnej wobec tradycyjnych westernów. Można przy tym wczuć się w niedolę naczelnika wypytującego o najnowszą paryską modę, za którą nie sposób nadążać w barbarzyńskich okolicznościach, w jakich przyszło mu pędzić życie.
Minari
Obejrzałem koreańsko-reaganowskie Noce i dnie. To teraz wytłumaczę. Historia toczy się w latach osiemdziesiątych w SZA, a jej bohaterowie to rodzina koreańskich imigrantów, rodzice i dwójka dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Wszyscy mają zamerykanizowane imiona, choć w domu mówią po koreańsku. Zapewne nie chcą wkurzać typowych Stanowców tymi typowymi „bong moon changami”. Tatuś Jacob wpadl na pomysł, by poświęcić się uprawie koreańskich warzyw w jakimś stanie Colorado, co nie wygląda na decyzję uzgodnioną z żoną Monicą. Staje się to głównym źródłem rodzinnych konfliktów, w których Monica daleka jest od ideału koreańskiej żony, znanego mi z opowieści o wycieczce w koreańskie góry, kiedy panowie szli przodem, a panie za nimi w tyle z zachowaniem uniżonego dystansu. Tak było w starszym pokoleniu, bo młodsze Koreanki już się wyemancypowały na wzór koleżanek z SZA. Jak zauważył Chang, jeśli Koreańczycy przejmują wzorce z zewnątrz, robią to tak gorliwie, że osiągają rezultat przewyższający oryginał. Dotyczy to tak komunizmu, jak i kapitalizmu, który w Korei Południowej jest naprawdę formą aynrandyzmu, a po naszemu - korwinizmu-mikkizmu. W każdym razie Monica nie jest żoną potulną, niezbyt podoba jej się zadupie, na które sprowadził ją mąż, a sytuację komplikuje wada serca u syna. Wkrótce do domu wprowadzi się matka Moniki, która okaże się dość nietypową babcią. Ciekawe jest spojrzenie twórców filmu na amerykańską prowincję z jej żarliwą religijnością. W zasadzie nie ma innej niż kościół możliwości integracji z lokalną społecznością. Odcienie religijności są różne, starszawy pomocnik Jacoba obchodzi dzień pański dźwigając prawdziwy wielki krzyż. Dziś zapewne ta religijność w SZA jest inna niż czterdzieści lat temu, ale tylko z perspektywy Hollywoodu i wielkich miast jest to temat poboczny. Słuchając rozmów z The Atheist Experience, cotygodniowego programu w internecie, widać, że tamtejszym wierzącym chce się wchodzić dyskusję (do czego chrześcijanin jest zobowiązany w myśl 1 P 3:15). W Polsce, jak w każdym kraju katolickim, od dziecka wpaja się wiernym, żeby sami nie dociekali prawdy, bo od tego są inni, mądrzejsi, którzy wiedzą. Z tego powodu podobny program w Polsce jest jedynie bladym odbiciem oryginału. Wracając do filmu, temat amerykańskiej religijności nie ma w sumie wielkiego znaczenia dla historii, której zakończenie pachnie melodramatycznym banałem. Film nie ma epickiego rozmachu Nocy i dni, ale swobodnie można by sobie wyobrazić kontynuację tej bliskiej życiu opowieści. Ciągu dalszego zapewne nie będzie, a nawet gdyby był, to mnie starczy ten jeden film. Tytułowe minari to warzywo zwane pietruszką japońską, które ma niezwykle skromne wymagania, by dać plony. I dało.
czwartek, 13 stycznia 2022
Świnia czyli Pig
Kino nowego schematu? Może to dobre określenie. Mruk Robin mieszka w dziczy bez żadnych udogodnień, a najnowszą technologią w jego budzie jest kaseciak. Co tydzień odwiedza go Amir, który odbiera kolejny zbiór trufli, cieszących się popytem wśród restauratorów w pobliskim Portland. Towarzyszką Robina w poszukiwaniu trufli jest świnka, która, jak wiadomo, umie je wytropić w lesie. Musi to być zdolna bestia, dla której warto było napaść na Robina i ją uprowadzić. Odludek opuszcza las i udaje się na poszukiwania niegodziwców z pomocą Amira. W czasie tej eskapady Amir, a my razem z nim, ma możliwość poznania przeszłości Robina. Kolejne odsłony opadają w tempie flegmatycznego striptizu, ale opadną w zasadzie wszystkie. Schemat polega na tym, że pustelnik okazuje się geniuszem, który porzucił dawne życie po czym? Oczywiście, że po tragedii osobistej, ale w szczegóły nie wejdę. Jeśli obejrzało się pięć marveli, cztery romkomy i do tego parę niestrasznych horrorów, to Świnia będzie sprawiała wrażenie dzieła świeżego i oryginalnego. Na szczęście nie grozi nam, że takie filmy opanują kina i streamingi, bo szybko by nam spowszedniały. Oczywiście doceniamy Nicolasa Cage'a, który miał do niedawna gorszy okres, bo grywał nawet w chrześcijańskich szmirach. Z tezą o jakimś głębszym przekazie tej produkcji raczej bym polemizował. Nie oceniaj człowieka po pozorach czy coś w tym stylu? Cool story, bro, ale to niezbyt odkrywcze.
Na rauszu czyli Druk
Grupa nauczycieli postanawia urządzić eksperyment na samych sobie i sprawdzić teorię pewnego faceta, że prawidłowym poziomem alkoholu we krwi jest pół promila. To dość dużo, bo od tego poziomu prowadzenie samochodu zaczyna być przestępstwem, a nie zaledwie marnym wykroczeniem. Cóż się szybko okazuje? Po pierwsze, płynąc na falach alkoholowej fantazji z nudnych belfrów stają się mistrzami przyciągającymi zainteresowanie uczniów. Po drugie, odrzucamy zasadę połowy promila, bo po co się ograniczać, jeśli idzie tak dobrze. Dalszy ciąg mógłby wydawać się antyalkoholową agitką, ale twórcy rzucają widzowi coś na zachętę, czyli refleksję nad popularnością wszelkich substancji rozluźniających nasz uścisk z rzeczywistością. Nie tylko substancji, bo podobną funkcję pełni religia, która - o czym jestem przekonany - może powodować podobne jak używki efekty neurofizjologiczne w mózgu. Zdaje się, że nie warto było wyewoluować jak my, ludzie, skoro dysponując znakomitym organem penetrującym rzeczywistość, czyli mózgiem, tak bardzo pragniemy od niej uciec. Film otwiera motto z Kierkegaarda, mówiące o tym, że młodość jest snem, a miłość treścią tego snu. Kolejny powód, by się wstawić, jeśli ten sen mamy dawno za sobą, a miłość wywietrzała po latach. Z opisów filmu zrozumiałem, że tańczący w finale Mikkelsen rozwali mi system. Nic z tego, ale zrobił pewne wrażenie, nie piorunujące, lecz elektryzujące na poziomie trzech paluszków AA.
Jak wywołałem byłą żonę czyli Blithe Spirit
Jak mi doniesiono, ta historia powstała jako sztuka sceniczna przed osiemdziesięciu laty, a teraz ją sfilmowano. Obyło się bez szaleństw, po starokatolicku, bez żadnego aggiornamento, czyli w realiach epoki, kiedy wyższe sfery miały kucharki i pokojówki, a porządny dżentelmen nie wychodził z domu bez okrycia głowy. Pisarz Charles trochę dla żartu sprowadził skompromitowaną spirytualistkę na seans w swoim domu, co nieoczekiwanie zaowocowało wywołaniem ducha jego zmarłej żony, która nie ma zamiaru się zdematerializować, a w dodatku czasem siada za kierownicę automobilu. To nieco komplikuje jego relacje z obecną żyjącą żoną, choć nikt poza nim nie widzi nieboszczki. Typowy dowcip sytuacyjny polega na tym, że Charles rozmawia z duchem, a żywi ludzie myślą, że mówi do nich. Rzecz trąci zdechłą myszką i naftaliną, ale da się obejrzeć w gronie rodzinnym z babcią i wnukami, czyli najlepszym targetem tego dzieła, przeznaczonego dla osób jeszcze lub ponownie zdziecinniałych. Tytułowe słówko blithe, które oznacza „radosny” lub „beztroski”, też pochodzi z jakiegoś zakurzonego słownika, bo regularnie słuchając elokwentnych native’ów jakoś się z nim nigdy nie zetknąłem.
środa, 12 stycznia 2022
Jason Derulo na Sylwestrze Marzeń/Zakażeń
Nieznana mi wcześniej mega gwiazda w postaci Jasona wystąpiła na Sylwestrze Zakażeń zorganizowanym przez TVP. Wszystkim nam, nie wyłączając proepidemiczki Barbary Nowak, robi się mokro na widok Jasona, zwłaszcza kiedy w swoich tekstach propaguje cnoty niewieście w rodzaju „ssij i połknij”, nie mówiąc o cnocie bycia gotową do wylizania. Jason okazał się niewdzięczny, bo zaraz po występie usunął ze swoich sociali wszelkie wzmianki o występie w Polsce. Ups.
Nie patrz w górę czyli Don't look up
Połowa obsady tego filmu składa się aktorów, z których każdy z osobna mógłby być jedyną gwiazdą innej produkcji, przyciągającą widzów do kin lub streamingów. Jak im, czyli twórcom, udało się ich wszystkich zaangażować? Tego się nie dowiecie ode mnie, ale Tomasz Raczek na jutubie lubi dzielić się tego rodzaju wiadomościami, choć nie mam pojęcia, czy omówi ten tytuł (dopisek: omówił, ale tego tematu nie poruszył). Głębia myśli powinna się uśmiechać, a dobra komedia powinna dawać do myślenia. Moim skromnym zdaniem - ta daje. Pomysł na fabułę był prosty: pofantazjujmy, jak dzisiejszy świat przyjąłby wieść o nadciągającej zagładzie, do której doprowadzi uderzenie wielkiej komety w Ziemię. Nawet nie chodzi o to, że nikt nie wierzy w odkrycie Mindego i Dibiasky, a raczej o to, że jest wiele innych zdarzeń przyćmiewających zapowiedź katastrofy. Skandal z szeryfem biorącym udział w scenach soft porno obciążający aktualną prezydentkę SZA, rozstanie pary gwiazd DJ Chella i Riley Biny, poza tym ten fatalny tajming, kiedy prezydentka ma na głowie wybory w połowie kadencji. A do tego Mindy i Dibiasky są tacy niemedialni! On wyjeżdża z jakimiś błędami pomiarów, a ona wychodzi na zwykłą świruskę, jedną z tych szajbniętych attention whores. Kiedy do wszystkich dociera, że zagrożenie jest jak najbardziej realne, sprawa jest już przegrana. Raczej nie mam ochoty się bawić w interpretacje tej opowieści, w których za kometę podkłada się covid lub wysuwa się twierdzenia o spiskach władzy. Chciałem w filmie widzieć metaforę katastrofy klimatycznej, ale sobie to wyperswadowałem. Choćby dlatego, że ta katastrofa jest rozpisana na dziesiątki lat, a nie jeden moment w czasie. W ścieżce dialogowej szczególnie bawiły mnie kwestie Jasona, syna prezydentki i jednocześnie jej szefa sztabu. Zdaje się, że w podobnych majaczeniach celował niegdysiejszy wicepremier Piechociński. Nie jest niestety tak, że da się oddzielić naukę od medialnego kociokwiku. Wiemy dobrze, że jedne z zabawniejszych wiadomości zaczynają się od słów „amerykańscy naukowcy ustalili, że”. Do tego dochodzą podszywające się pod naukę idiotyzmy typu „teoretycy starożytnych kosmitów”, zderzające się z głupotą samych uczonych, jaką świetnie wykpił Vonnegut. Dzisiaj klimat jest taki, że negowanie nauki nie budzi zdziwienia. Jakieś sto lat temu z okładem brano naukę na serio. Kiedy odkryto bakterie, przed zjedzeniem parzono jabłka zanurzając je we wrzątku zawieszone na nitce przywiązanej do ogonka. Z kolei kiedy okazało się, że Ziemia znajdzie się w ogonie komety, wybuchła panika, bowiem ów ogon składał się z mocno toksycznych gazów. Kometa przeleciała i nic. Nic? A może to wtedy właśnie zakiełkowała idea podważania nauki...
PS. W swoim omówieniu Raczek wspomniał o di Carpio, który miał protestować przeciw szpetnemu ciału Meryl Streep, które jej dorobiono w filmie. Dlaczego? Dlatego, że Streep jest ideałem, którym nie można poniewierać. Ależ poniewierajcie, rzekła Streep zgadzając się na swoje niezbyt ponętne kształty.
PS. W swoim omówieniu Raczek wspomniał o di Carpio, który miał protestować przeciw szpetnemu ciału Meryl Streep, które jej dorobiono w filmie. Dlaczego? Dlatego, że Streep jest ideałem, którym nie można poniewierać. Ależ poniewierajcie, rzekła Streep zgadzając się na swoje niezbyt ponętne kształty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
