Nie wiem po co ten tytuł

              

piątek, 15 lipca 2022

Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata (Benjamin Alire Sáenz)

Kolejny ból dupy dla kuratorki Nowak, ziejącej chrześcijańską miłością bliźniego. Jeden z chłopców okaże się gejem, a drugi przyjmie to spokojnie, nie będzie namawiał do żadnej terapii konwersyjnej, ani „pokornego niesienia swojego krzyża i trwania w abstynencji", jak to zapewne ujęliby katolicy. Mieć na imię Arystoteles lub Dante to poważne życiowe wyzwanie. Czy Arystoteles może zarabiać przerzucając hamburgery? A Dante może popalać trawkę? Na szczęście nasi prawie dorośli bohaterowie zdecydowanie się wyróżniają, Ari - bo woli samotność od towarzystwa swoich rówieśników, a Dante - bo ma wiele nietypowych pasji i zainteresowań, które również nieco go oddzielają od reszty. To bardziej otwarty Dante zagadał do Ariego i tak zaczęła się ich przyjaźń. Cała historia opowiedziana jest z punktu widzenia narratora Ariego, więc razem z nim miotamy się w jego świecie drugiej połowy lat osiemdziesiątych, próbując zrozumieć jego i innych. Motyw naczelny to nieprzystosowanie, trudne relacje z rodzicam, a także ponura rodzinna tajemnica. Sytuację komplikuje rodzina Dantego, który jest jedynakiem, a jego rodzice są otwarci i mili. Czemu ja nie mam takich rodziców? - może dręczyć się Ari. Po dramatycznym zwrocie akcji Ari stanie się wręcz częścią rodziny Dantego, ale ukojenia to nie przyniesie - rozterki, wątpliwości, pytania nadal nie będą dawać mu spokoju. Każdy, kto przechodzi przez życie ze skłonnością do refleksji, jest po trosze takim Arim, który czasem nie rozumie swoich reakcji i odczuć. Są w książce nawiązania do znanych obrazów: Nocne marki Hoppera i Tratwa Meduzy Géricaulta, oba dość ponure, choć drugi - w dużo bardziej oczywisty sposób. W końcówce następuje bajkowy moment, w którym na mroczną duszę Ariego pada snop światła. Czyżby odtąd miał rozpocząć życie jasne i radosne? Skoro powstał kolejny tom o naszych bohaterach, mamy powody sądzić, że radość zostanie zmącona. Od czasu Żywotu człowieka poćciwego mało kto pisze książki o bohaterach szczęśliwych od pierwszej do ostatniej strony.

[1247, zapis z pamiętnika Ariego]
Problem nie w tym, że nie kocham swojej matki i ojca. Problem w tym, że nie wiem, jak ich kochać.

czwartek, 14 lipca 2022

1177 przed Chr. Rok, w którym upadła cywilizacja (Eric H. Cline)

Uwaga: wszystkie daty w tym wpisie odnoszą się do czasów przed Chrystusem (o którym też zasadnie można powiedzieć, że urodził się „przed Chrystusem”). Autor jest Amerykaninem oraz profesorem, co można zauważyć w czasie lektury. Gdziekolwiek jest okazja przytoczyć anegdotę, autor czyni to - i chwała mu za to. Dzięki temu przeczytałem o hrabim Carnovanie, który zatrudnił archeologa Cartera, by odnaleźć grób Tutanchamona. Sam Carnovan jeździł do Egiptu regularnie dla podratowania zdrowia, mocno nadszarpniętego po wypadku samochodowym w Niemczech w roku 1901, kiedy w czasie jazdy z oszałamiającą prędkością 30 km/h pręt przebił mu płuco. Już tytuł jest clickbaitowy, bo z tekstu zasadniczego dowiemy się, że, owszem, tajemnicze Ludy Morza przed 1177 najechały na wiele ówczesnych państw, a w tym roku zostały odparte przez Egipcjan. Zagrożenie zostało zatem zażegnane, a część krajów wykazywała jeszcze potem oznaki żywotności, ale już po parudziesięciu latach zaginęły w pomroce dziejów. Egipt oczywiście przetrwał, ale nigdy już nie odzyskał statusu mocarstwa, To i tak lepiej niż z Hetytami, Mitannijczykami, Kasytami z Babilonu, Asyryjczykami, Cypryjczykami, Kanaanitami, Minojczykami i Mykeńczykami, którzy zniknęli na zawsze z końcem epoki brązu. Kolejna epoka, żelaza, jest nam dużo bliższa, bo na dobrą sprawę historia wielu dzisiaj istniejących państw europejskich w sposób naturalny łączy się z powstałymi w tym czasie imperiami i królestwami. O epoce brązu wiemy wiele z glinianych tabliczek pokrytych pismem klinowym i z egipskich hieroglifów. Gdyby wówczas wynaleziono papier, zapewne wiedzielibyśmy dużo mniej, bo do naszych czasów nic by nie przetrwało (pisma Platona przetrwały poprzez nieustanny proces kopiowania, a nie zaginęły, bo nasza cywilizacja nie doznała aż tak potężnego kataklizmu od czasów tego filozofa). Wzruszające jest, że znamy imiona wielu władców, a nawet kupców z tych czasów. Poniżej [2821] zamieszczam urywek z imionami królów Asyrii, a przy okazji wspomnę o Kuszmeszuszy, królu Cypru z początków XII wieku, a imię to pojawia się na tabliczkach z Ugarit, miasta, które upadło i już nigdy nie wróciło do życia. Ówczesny „świat” to wschodnie wybrzeża Morza Śródziemnego, sieć organizmów politycznych powiązanych sojuszami i handlem. Egipt słynął ze złota, Alaszija (czyli Cypr) z miedzi, Mykeńczycy i Minojczycy z ceramiki i sztuki w ogóle (już wtedy robili freski!), cynę, składnik brązu, sprowadzano z relatywnie dalekiego Wschodu, cedr z Libanu, a żywicę terebintową z drzew pistacjowych już nawet nie pamiętam skąd, zapewne nie z Magiddo (biblijny Armagedon!). Autor wspomina o Bronisławie Malinowskim - to przy okazji opisów rytualnych wizyt wysłanników królów składających sobie dary, a towarzyszący im kupcy dobijali prawdziwych targów (jakże przypomina to dzisiejszych prezydentów odwiedzających inne kraje ze świtą biznesmenów). Malinowski opisał podobne obyczaje na Triobriandach. Autor jest zbyt wyrafinowany, by obstawać przy jakimś jednym powodzie upadku cywilizacji brązu. Z mojego punktu widzenia powoływanie się na teorię złożoności, która kładzie nacisk na skomplikowany układ poddany „stresorom”, jest tanim wybiegiem, ubraniem w wyrafinowane lingwistycznie szaty stwierdzenia, że tak naprawdę nie wiemy, co się stało. Najprawdopodobniej wiele nieszczęść naraz. A jakich? - poczytajcie, aby się przekonać, że raczej nie takich, które przyniosą kres naszej cywilizacji.

[137, opinia archeologessy Susan Sherratt]
sytuacja, która miała miejsce pod koniec epoki późnego brązu, w dużym stopniu przypominała dzisiejszy świat z coraz bardziej homogeniczną, chociaż niemożliwą do kontrolowania globalną ekonomią i kulturą, w której … polityczny brak stabilności w jednym miejscu świata może mieć dramatyczny wpływ na ekonomię regionów oddalonych od niego o tysiące kilometrów

[1158, jeden z paragrafów prawa hetyckiego]
Jeżeli ktoś odgryzie nos wolnego człowieka, zapłaci czterdzieści szekli srebra.

[1523, według Panagiotopoulosa]
Nie ma jakichkolwiek powodów, aby wierzyć, iż Hatszepsut była pacyfistką, ponieważ mamy wiarygodne informacje na temat co najmniej czterech, a być może nawet sześciu wypraw militarnych, które miały miejsce w okresie jej panowania – co najmniej jedną z nich dowodziła osobiście.

[1922]
Wiemy też wiele o synu Echnatona, Tutanchatonie, który później zmienił swoje imię i władał pod tym, pod którym znamy go dzisiaj – Tutanchamon. Nie urodził się on jednak w Arizonie, w przeciwieństwie do tego, co twierdził Steve Martin w programie Saturday Night Live, ani nigdy nie dotarł do Babilonii. Udało mu się natomiast zasiąść na tronie Egiptu w bardzo młodym wieku – miał wówczas około ośmiu lat i mniej więcej tyle samo miał Totmes III, kiedy obejmował tron niemal 150 lat wcześniej. Szczęśliwie dla Tutanchamona, nie było w jego otoczeniu Hatszepsut, która władałaby w jego imieniu. Dzięki temu miał możność samodzielnie sprawować rządy przez niemal 10 lat, zanim zmarł, nie osiągnąwszy jeszcze nawet pełnoletniości.

[2574, o Schliemannie]
(...) tak naprawdę odnalazł on dziewięć miast, wznoszących się jedno na drugim, w miejscu noszącym nazwę Hisarlik (tureckie Hisarlık), które obecnie uznane zostało przez większość badaczy za starożytną Troję. Nie udało się jednak określić, które z owych dziewięciu miast było Troją Priama.

[2683]
Shelley [polegał] na starożytnym greckim historyku, Diodorze Sycylijskim, który błędnie przetłumaczył tronowe imię Ramzesa II, jako Ozymandias – jego poprawna wersja brzmi User-maat-re Setep-en-re.
Świetny wiersz zamieściłem tutaj.

[2735]
Pomimo tego, że w licznych miejscach, które mogły mieć związek z Eksodusem (do których należy również zaliczyć ciągle trwające prace w Chasor w Izraelu i Tell el-Borg na północnym Synaju), przeprowadzono badania archeologiczne, praktycznie ciągle nie mamy nic, co mogłoby rzucić nieco światła na historyczność tego wydarzenia – wszystko opiera się tylko i wyłącznie na przypuszczeniach.

[2750, o rozstąpieniu wód Morza Czerwonego]
Nie możemy nawet dowieść, że przyczyną owego zjawiska było tsunami (fala pływowa) wywołane przez Santorini na Morzu Egejskim, gdyż datę erupcji wulkanu obecnie przesunięto wstecz do roku 1550 albo nawet 1628, czego dowiodły badania radiowęglowe oraz analiza rdzeni lodowych; natomiast Eksodus miał się odbyć najprawdopodobniej około 1250 r. albo, najwcześniej, w 1450 r.

[2821]
Po okresie panowania Salmanasara I (1275-1245 r.), który kontynuował główne kierunki polityki Adad-nirariego I i najprawdopodobniej położył kres istnieniu królestwa Mitanni, nastał czas rządów największego „króla-wojownika” na tronie Asyrii, Tukulti-Ninurty I, który panował około 1244-1208 r. i pod którego wodzą państwo wkroczyło na scenę świata. Podążał on wyraźnie śladami Adad-nirariego, ale równocześnie być może gorliwie naśladował swojego poprzednika na tronie z poprzedniego wieku, Aszur-uballita, decydując się zaatakować Babilon. Jednak prześcignął go – nie tylko pokonał kasyckiego władcę Babilonu, Kasztiliaszu IV, i przywiódł go do Aszur w więzach, ale też około 1225 r. zajął jego państwo i koronował się na jego króla, chociaż następnie mianował swojego marionetkowego następcę, który władał państwem w jego imieniu. Okazało się jednak, że nie było to zbyt szczęśliwe posunięcie, gdyż ów władca, Enlil-nadin-szumi, niemal natychmiast został zaatakowany i obalony przez armię elamicką, która przybyła ze wschodu – ojczyste strony Elamitów znajdowały się w południowo-zachodniej części współczesnego Iranu.

sobota, 2 lipca 2022

Trubadur w Operze Krakowskiej

Czy analizowanie motywacji bohaterów oper ma sens? Zapewne taki, jaki ma rozważanie pobudek postaci bajek o Czerwonym Kapturku lub Kopciuszku. Uwaga, będą mega spojlery. W finale Cyganka Azucena mówi o spełnionej zemście za matkę, którą ojciec hrabiego di Luny spalił na stosie. Splot zdarzeń sprawił bowiem, że di Luna zabił Manrica, swojego konkurenta do względów Leonory, nie wiedząc, że zgładził swojego brata, którego całe życie pragnął odszukać, by spełnić życzenie umierającego ojca. Szkopuł polega na tym, że Azucena wychowała Manrica jak własnego syna i we wzniosłych ariach zapewniała jego i widzów o niezwykłej głębi matczynego uczucia. Satysfakcja Azuceny z powodu dokonanej zemsty jest nieco podejrzana. Manrico był wychowywany wśród Cyganów, ale wyrósł na znacznego żołnierza? Chyba słabo mu matka wpajała środowiskowe wartości, w szczególności cygańskie umiłowanie wolności, które mizernie rymuje się z wojskowym drylem. Operowe postaci oczywiście muszą przesadnie dramatyzować, czasem z powodów jak najbardziej zrozumiałych, choć i głupkowatych, na przykład wtedy, gdy Leonora w ciemnościach pomyłkowo wyznaje miłość di Lunie zamiast Manricowi, który od razu zaczyna drzeć japę o niewiernych kobietach. W żywiołowej arii Cyganów pada pytanie, co sprawia radość Cyganom. Odpowiedź „Cyganeczka!” wydaje nam się wystarczającą zniewagą wobec lewicowych świętości, by nastąpił szturm bojowników o sprawiedliwość społeczną. Zakazać! Ocenzurować! Z libretta miałbym ochotę przytoczyć wierny cytat o di Lunie bezowocnie próbującym zabiegać o uczucie Leonory, w sercu którego zazdrość zalęgła się niczym kłębowisko żmij - to co tu przytaczam jest tylko wariacją na temat. Wszystkie powyższe uwagi bledną przy tym, co najważniejsze: muzyce. Verdi jest mistrzem i nikt mu tego nie odbierze. Scenografia jest nieco umowna, ale pomysłowa, a kostiumy takie, jakich spodziewamy się w operze. Cieszmy się, bo Charybda modernizmu nadciąga nieuchronnie.

piątek, 1 lipca 2022

Bingo! czyli Such Good People

Śniło mi się, że siedzę na ławce w parku, słucham Les Barricades mystérieuses polecanego przez nazistę Maxa ([1909]), a nie wiadomo skąd przybiega szpetny kundelek i się łasi. Sympatyczny, stara się, ale łapka szpotawa i ucho nadgryzione. Przypatruję mu się i widzę, że to na film Bingo! patrzę. To coś mocno kuśtyka - i to na wielu płaszczyznach. Spójrzmy na scenariusz. Czy naprawdę zdarzają się takie przypadki niezdrowej fascynacji blichtrem jak u Richarda, który marzy, by móc choć parę dni pomieszkać w domu bogatej pary? A jeśli tak, to czy warto zatrudniać ich w roli głównych bohaterów? Z kolei jego facet Alex jest taki niemiłosiernie ideowy! Kiedy przypadkiem wpada im w ręce duża kasa, Alex od razu chce wszystko przeznaczyć na sieroty w Bhutanie. Pomysł, żeby zostawić sobie chociaż małą część, jest poza dyskusją. W fabułę wplątana jest inna para, przyrodnia siostra Alexa z mężem i niepełnosprawny prawnik, którzy zapewnią nam wiele epileptycznych zwrotów akcji. Inna płaszczyzna kuśtyku to humor. Widać, że bardzo się starają, że mamy się turlać po raz dziesiąty słysząc o „ludziach morza”, ale to nie zadziałało - trochę z powodu kolejnego zarzutu, o aktorstwo. Michaela U. da się jeszcze strawić, ale jakże mi smutno, że Randy H., znany z roli Justina z amerykańskiej wersji Queer as Folk, wypadł słabo, zwłaszcza kiedy jego bohaterem wstrząsały emocje po porwaniu jego psa. Paradoksalnie jednak Alex, w którego wcielił się Randy, daje szansę widzowi, by poczuć sympatię do jednego choćby bohatera tej historii. Wobec tego nominuję film w kategorii źle odegranych, lecz sympatycznych postaci.

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Straszny dwór w Operze Krakowskiej

Droga prokuraturo, j'accuse! Donoszę, że padłem ofiarą spojlingu, bo jeszcze przed spektaklem zdradzono mi, skąd wzięło się określenie „straszny dwór”. Bynajmniej nie stąd, że w nim straszyło, atoli wiele poszlak by na to wskazywało. Stary zegar grający dziwne melodie, babki wychodzące z portretów… Jak to zwykle bywa, fabuły oper są wtórne względem muzyki, każdy może sobie przeczytać w necie, więc omówię po łebkach. Czas akcji wygląda na wiek XVII, wojna za wojną, znajomy historyk skomentował ówczesny spadek populacji wcielając się w rycerza, który ze wzwodem biegł bronić ojczyzny, zamiast dokonywać czynności reprodukcyjnych. A tu jeszcze dziwna niechęć braci, Zbigniewa i Stefana, do żeniaczki, o czym nam komunikują w arii: „Nie ma niewiast w naszej chacie! Ani jednej! Ani pół!”. Pół to nawet bym chciał ujrzeć. Niewiasty, owszem, są, ale te z gminu, a one się nie liczą. Wiele chórów cieszy ucho, Moniuszko wiedział, co spodoba się widzom. Znana aria o starym zegarze okazuje się całkiem dowcipna w kontekście, w którym Skołuba, domownik „strasznego” dworu Miecznika, opowiada gościowi Maciejowi, że dziwny jest ten popsuty zegar, bo czasem wydaje podejrzane odgłosy, jakby był nawiedzony. Dzieło brzmi dość frywolnie na operę, ale mamy przynajmniej dwie poważne arie: Stefana z aktu III o ojcu, który przestał śpiewać „pieśń serdeczną” po śmierci żony, oraz Hanny z aktu IV o polskich niewiastach, które gotowe są ponieść ofiarę z małżonka przelewającego krew za ojczyznę. Jakże przypomina nam to Lorda Farquaada, gotowego na poświęcenie własnych żołnierzy. Lub polskich biskupów, którzy dzielnie zniosą cierpienie polskich kobiet rodzących płody bez czaszek. W czasach powstania opery nie było innej opcji niż turbopatriotyzm, który tak usilnie chcieliby nam zaszczepić Zalewskie z Czarnkami. Nie kibicuję tym państwu, bo nie odpowiada mi ich kołtuńska wersja Polski, co mówię jako polski patriota. Straszny dwór jest dziełem swoich czasów, ale czas obszedł się z nim łaskawie. Krakowskie przedstawienie nie stara się na siłę uwspółcześniać realiów - i dobrze.

niedziela, 26 czerwca 2022

Jezus Niechrystus (Piotr Augustyniak)

Wyobrażam sobie, że lokalny biskup zamiast zwyczajowego nihil obstat na tej książce przybija stempel omna obstat (co być może po łacinie znaczy „wszystko stoi na przeszkodzie”). Nie tylko dlatego, że autor jest ateistą (co dla mnie jest synonimem „niewierzącego”, a nie „wierzącego, że Boga nie ma”), ale - co ważniejsze - przedstawia swoją interpretację postaci Jezusa, osobliwą z katolickiego punktu widzenia. Autor przyjmuje optymistycznie, że nie ma problemu z istnieniem takiej postaci (a są tacy, którzy uważają ją za całkiem mityczną), a co więcej - można zrekonstruować jej prawdziwe przesłanie na podstawie ksiąg Nowego Testamentu. W ujęciu Augustyniaka kwestia istnienia jest w zasadzie drugorzędna, podobnie jak w przypadku Sokratesa (jeden z ulubionych argumentów teistów), bo przesłanie tych postaci jest ważne, nawet gdyby były tylko wytworem czyjejś fantazji. Jeśli traktować Jezusa jak człowieka, nie Boga, to odpada element eschatologicznego szantażu (ogień piekielny), a wówczas do jego twierdzeń możemy podejść jak do tez Hegla lub Nietzschego. Jezus okazuje się filozofem. To niespodzianka, bo G.H. Smith, było nie było filozof, napisał o moralnym przekazie Jezusa, że zasługiwałby na niewiele więcej niż przelotne przejrzenie, gdyby nie znaczenie tej postaci dla tak wielu ludzi. Kolejny raz żałuję, że nie jestem filozofem, a jako amator mogę wyróżnić dwa nurty filozofii: bardziej przyswajalny, anglosaski, który wypracował epistemologiczne narzędzia krytyki religii, i drugi, ten tajemniczy, mniej przystępny nurt filozofii, głównie niemieckiej, z Nietzschem na czele. Augustyniakowi jest bliżej do tego ostatniego, który i dla mnie jest intrygujący, bo idealizm pociąga mnie w pewien pokrętny sposób - chciałbym by okazał się prawdą, choć obecnie niekoniecznie w nią wierzę. Sensem przekazu Jezusa jest kairotyczne doświadczenie Boskości Życia, które jest jak najdalsze od chrześcijańskiego Boga (p. [1032] poniżej). Kairotyczne, od greckiego kairos, oznacza skupione na chwili intensywnego doznania i przeciwstawione jest chronosowi, czasowi następujących po sobie zdarzeń, wypełnionemu troską o przetrwanie. Tak ujmuje to autor, ale - jak widać z poniższych cytatów - nie tyle o zwykłą troskę tu idzie, lecz o bezrefleksyjne i obsesyjne dążenie do zaspokajania najabsurdalniejszych potrzeb wytwarzanych w ramach współczesnego turbokapitalizmu (określenie autora). Łatwiej jest pojąć, czym owo kairotyczne doświadczenie nie jest, niż czym jest. Nie jest pogonią za zaspokajaniem potrzeb, ale też nie jest pseudo-spełnieniem w jakiejś formie buddyzmu czy jogi, przynajmniej w zachodnim sensie. Mogę zgodzić się, że kairotyczne doświadczenia przydarzają się wielu ludziom, ale nie sposób wyobrazić sobie trwania w tym stanie. Wszelkie przykłady postaci, które to osiągnęły, wedle zwykłej miary były nieszczęśliwe, albo jako maniacy, albo jako hipochondrycy (określenie autora na postaci wycofane z życiowego kieratu). Przykłady literackie: kapitan Ahab (typ pierwszy), Bartleby (drugi) - postaci z Melville'a. Przykłady z życia: Jezus i zapewne Nietzsche. Zacytujmy parę herezji Augustyniaka: Jezus to schizo-ozdrowieniec („schizo”, bo tak jest postrzegany przez „normalnych”); Jezus-Lucyfer niesie „światło transowego Życia światu zamroczonemu wiarą w Boga – patriarchę i władcę absolutnego”. Niepokojąca uwaga na boku: doznania intensywnego poczucia Istnienia mogą być intersubiektywnie niekomunikowalne, nieodróżnialne od bełkotu szaleńców lub majaczeń niuejdżowców. Być może kto inny zostanie mocniej niż ja przekonany do ich realności. Natura pisana w książce z wielkiej litery jest synonimem Życia, raczej nie tą zwyczajną naturą biologiczną, również na swój sposób fascynującą i przerażającą jednocześnie. Doceniam sięgnięcie po Imagine Lennona, które znałem bardzo dobrze, zanim usłyszałem je w radiu jako jedną ze smutnych piosenek po śmierci JP2 (kto zna tekst, doceni tu kuriozalność). Nie sądzę, by spełnił się czarny scenariusz, w którym ktoś przeczyta książkę, zakrzyknie „on jest Prorokiem!” i ustanowi oficjalny kult Jezusa w interpretacji Augustyniaka. Coś podobnego zdarzyło się dwa tysiące lat temu, kiedy święty Paweł stworzył religię, a z autentycznych nauk Jezusa zostały jedynie strzępy (cytat z Kena Smitha).

[181, temat rozważań wielkanocnych autora, gdy był klerykiem]
Weronika ociera twarz Jezusowi
O żadnej Weronice nie ma wzmianki w Nowym Testamencie! W dalszym ciągu w swoich dewocyjnych rozważaniach autor przedstawia gest Weroniki jako wyraz gościnności, która daje „nam w ten sposób wolność bycia sobą”. Jest to jeden z wielu przykładów katolickiego dwójmyślenia, bo ta wolność bycia sobą nie dotyczy na przykład gejów. Za te i podobne słowa został autor ochrzaniony przez ojca Z., szefa dominikanów. Najpewniej chodzi o Ziębę, czego taktownie autor nie ujawnia.

[404]
[Katolicka] prawda o człowieku sprowadza się do tego, że jest grzesznikiem. Taka wizja życia ludzkiego, w którym najistotniejszą rolę odgrywają grzech i walka z nim, jest okropnie zredukowana i uboga. Psychologicznie płaska.

[662]
Gdy Budda proponuje człowiekowi wygaszenie iluzji ego i oświecenie będące stanem wolnym od ekscytacji czymkolwiek i pełnym wewnętrznego dystansu, Jezus otwiera perspektywę transgresji i transu, zatracenia się w „bożym szaleństwie”.

Jest to‍ droga karkołomna i ekstremalna, dlatego niech porzuci wszelką nadzieję każdy, kto szukałby tu czegoś w rodzaju mindfulness czy psychologicznej‍ „akceptacji siebie”. Nic z tych rzeczy. Propozycja Jezusa nigdy nie była i nie stanie się tego rodzaju protezą duchowości, która nie daje nic prócz odrobiny ulgi w świecie drapieżnego egocentryzmu i żarłocznej konsumpcji.

[722, o „ubogich w duchu”]
Nie chodzi jednak ani o prostolinijność, ani o skromność, ale właśnie o umiejętność (dar, a raczej wydarzenie) zamieszkania w kairosie.

[849]
Troska, ochrona, asekuracja, bezpieczeństwo i zabezpieczenie ostatecznie prowadzą do utraty, do goryczy i poczucia porażki.

[866]
Boskie Życie roztrwania siebie i, paradoksalnie, tylko w ten sposób potwierdza siebie i umacnia. Jego zasadą wcale nie jest samozachowanie, jak uczy Darwin, lecz ekstaza, czyli roztrwanianie, pomnażanie siebie poprzez wyjście z siebie.

[1032, z mistyki Mistrza Eckharta]
Boskość to Bóg, który „nie jest ani dobry, ani lepszy, ani najlepszy”. Nie jest‍ też duchem: „Mówimy, że Bóg jest duchem. Tak nie jest. Gdyby Bóg był faktycznie duchem, zostałby nazwany”. Nie jest‍ osobą: „Nie wystarcza mu ani Ojciec, ani Syn, ani Duch Święty, ani trzy osoby…”. Nie jest nawet bytem, który by nas przewyższał i tworzył.

[1150]
Kupujemy to jako coś, co trzeba mieć, bo jest trendy. To zaś‌ pozwala kapitałowi rosnąć i nieustannie nakręcać koniunkturę. Mechanizm kopiowania preferencji jest tu kluczowy. Nasze życie przestaje być n a s z y m życiem. Nie jest‌ oryginałem życia. Jest de facto‌ kopią kopii.‌ Przemienia się w zombie-życie. Codzienność chronologii w kapitalizmie odsłania więc swoje najbardziej upiorne oblicze.

[1203]
Natura pierwotna,‍ choć – jak rzekł Heraklit – „lubi się skrywać”, pozostawać zagadkowa i nieprzenikniona, lubi jednak również wdzierać się niespodziewanie i przewrotnie do ludzkiego świata. Jej odsłonięcie bywa wspaniałe i upojne, ale bywa też przerażające.
Wcześniej autor wyjaśnia, że natura pierwotna jest „całkowicie suwerennym (pozostającym poza wszelkim wpływem) nurtem Życia vel Istnienia w‍ jego prostym, źródłowym, nieuwarunkowanym przepływie”.

[1243]
Różnica pomiędzy Jezusem i chrześcijaństwem byłaby jednak taka, że tam, gdzie Jezus w skrajnym, agonalnym bólu dokonuje wstrząsającej korekty i uznaje grozę Boskości, tam chrześcijaństwo (ręką Łukasza) dokonuje redakcyjnej i w gruncie rzeczy cenzorskiej korekty: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23, 46).
W odróżnieniu od „Mój Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?!” (Mk 15, 34–35) z Ewangelii Marka.

[1304]
Z pewnością Jezus – mimo że obwołany w Polsce królem – nie chciałby mieć nic wspólnego z tak funkcjonującym społeczeństwem, którego kondycję duchową najlepiej wyraża discopolowe „wszyscy Polacy to jedna rodzina”.

[1394]
Wolność, równość, braterstwo nie‌ są ideami, które da się zrozumieć i zrealizować na gruncie oświeceniowego racjonalizmu, czy to w formie liberalnego indywidualizmu samorealizacji, czy liberalno-lewicowej emancypacji, czy socjaldemokratycznej solidarności społecznej, czy rewolucyjnej walki z systemem wyzysku i wykluczenia.

[1574]
nowoczesna wizja człowieka znacznie się oddaliła od oświeceniowych założeń i dziś sprowadza się w dużym stopniu do płytko pojętej samorealizacji i narcystycznego, podsycanego turbokapitalistycznymi technikami promocji i sprzedaży, konsumpcjonizmu

[2115, o miasteczku Monemwasia, miejscu epifanii autora]
Doskonale zachowane bizantyjskie miasteczko na wyspie, którą od lądu oderwało trzęsienie ziemi… Bizantyjska perełka.

[2457]
Gdyby koronawirus umiał mówić, wygłosiłby do Olgi Tokarczuk następującą mowę: Na litość boską, dziecko drogie, Natura wcale nie jest taka, jak ci się wydaje! Ona wcale nie jest dobra. Ani to opiekuńcza i hojna biała morwa, ani ten mały, bezbronny jeżyk w pędach twoich włosów.
W kontrze do dość banalnej opinii Tokarczuk o wspaniałej naturze.

[2674, to, czyli rozwój duchowy w ujęciu autora]
A może ma to nas skłonić do praktykowania jakiejś quasi-buddyjskiej ascezy i medytacji, czy też innej ezoteryki? To z pewnością byłoby na rękę kapitałowi, który dzięki temu będzie mieć do czynienia nie ze śmiertelnymi wrogami, lecz z niegroźnymi, nawiedzonymi pomyleńcami, oddanymi jakiejś nowej wersji mindfulness.
Podobną opinię wygłosił Witkowski. Ale, mówi autor, nie należy nie doceniać życia duchowego. „Duchowość to (mówiąc językiem potocznym) zdolność nienakręcania się. Krytyczne spojrzenie nie tylko na świat, ale i na siebie. Umiejętność i potrzeba stawiania sobie pytań i wyzwań tyleż istotnych, co bezproduktywnych. Samodzielne podążanie za tym, co zwie się (może nazbyt górnolotnie) tajemnicą życia”. Szczególnie „nienakręcanie się” brzmi zaskakująco, ale w kontekście jest jasne, bo oznacza nieuleganie mirażom świata urojonych potrzeb.

[2783]
Potrzebny jest ruch radykalniejszy. Ruch ku wnętrzu, ku odczuwaniu i przeżywaniu otchłani Życia, ku zbawiennej Pustce, ku transowej Boskości lub, wyrażając się najprościej, ku nieprzeniknionej zagadce Istnienia. Takiej potrzebujemy edukacji, takiej sztuki, takiej kultury. Bez tego nasze życie będzie coraz bardziej zombie-życiem.

środa, 22 czerwca 2022

Osa czyli Wasp

Jaki to jest prawdziwie kameralny dramat! Trzy osoby w słonecznym pejzażu południowej Francji, dokąd na wakacje udali się Anglicy Oliver i James. Miał to być romantyczny pobyt kochającej się pary w domu letniskowym rodziców Olivera, ale te plany komplikują się, bowiem dołączyła do nich Caroline, zaproszona przez Jamesa, powodowanego odruchem sympatii wobec koleżanki ze studiów, którą właśnie rzucił facet. Niby nic szczególnego się nie dzieje, ale czemu ten gej Oliver tak nieustannie przypatruje się Caroline? Ta też coś wyczuła, a ponieważ Oliver to kawał dorodnego faceta, nie przeszkadza jej bycie obiektem fascynacji. Sytuacja się zagęszcza w ramach odwróconego schematu, w którym to gej uwodzi faceta w związku z kobietą, jak w Morskich opowieściach, gdzie gość pragnie utwierdzić się w heteroseksualizmie poprzez kompulsywny seks z partnerką. Tu zobaczymy to samo à rebours. Tytuł odnosi się do Caroline, która w wersji łagodnej będzie dla pary gejów zagrożeniem blisko polatującym - i nic więcej, ale może też boleśnie użądlić. Który ze scenariuszy się zrealizuje? Jeśli którykolwiek z nich - o tym nie napiszę, skoro nie chciałbym tego przeczytać przed obejrzeniem filmu. Za to chętnie dowiedziałbym się, w jaki sposób wypasiona hacjenda z basenem jest utrzymana w tak dobrym stanie. Zadbane klomby, równo przystrzyżona trawka, nawet takimi trywialnymi sprawami jak gotowanie i sprzątanie nasi bohaterowie niespecjalnie się przejmują. Gdyby naprawdę musieli się tym zająć, nie mieliby sił i ochoty na jakiekolwiek figle na boku. Tak oczywiście nie jest, bo figle to jedna z trzech najważniejszych ludzkich spraw. Jak sobie przypomnę, jakie były te dwie pozostałe, to dam znać.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger