czwartek, 28 października 2021
Krętacze czyli El cuento de las comadrejas
Kiedy pod dom Mary podjeżdża samochód z Barbarą i Franciskiem, nie mamy złudzeń, że to jest przypadek. Para młodych ludzi zafascynowanych zapomnianymi aktorami, reżyserami i scenarzystami? - bo takie towarzystwo mieszka w domu Mary. Wniebowzięta Mara zrobi wszystko dla miłego Franciska, podpisze te nudne papiery o sprzedaży domu, bo przecież została przekonana, że świat dyszy żądzą ponownego ujrzenia jej na srebrnym ekranie, choć zdaje się, że przekroczyła siedemdziesiątkę, i od wielu lat nie gra filmach. Przeprowadzka do Buenos! Dla przyjaciół to niedobre wieści, więc zaczynają knuć intrygi. Idzie im lepiej lub gorzej, w tym drugim przypadku to dobrze dla widza, bo można się pośmiać, zwłaszcza kiedy do akcji zatrudniono pewne ośmionogie stworzenie. Twórcy mierzyli trochę wyżej niż w prostacką komedię, bo widzimy próbę refleksji nad przemijaniem wielkiej sławy. Gdzieś u Felliniego widziałem podstarzałą Ekberg, która patrzy na sporo młodszą siebie w La Dolce Vita - te klimaty, choć w mniej przekonującym wydaniu. Mniej - dlatego, że przeszłość tu jest pretekstem dla fabuły, a zakończenie przypomina Arszenik i stare koronki, ulatniają się resztki emocji, zostaje szelest papieru. To niekoniecznie źle wróży w temacie wrażenia końcowego, bo to papier, na którym mogły się znaleźć wersy śpiewane przez Jędrusik: Proszę pana, ja panu coś powiem: jestem ciepła, choć jeszcze nie wdówka. / Ale jeśli pan umie owdowić, czeka pana urocza placówka...
Miłość gwarantowana czyli Love, Guaranteed
Film napatoczył mi się na Netflixie, w obsadzie zobaczyłem tego śmiesznego Afromurzynka z Happy Endings, więc rzekłem sobie: czemu nie? Pomyliłem się, bo to był Wayans, o którym niedawno wspomniałem. Ale zaraz, sprawdzam obsadę, a to ten sam Wayans grał w Happy Endings. Jakoś mi to wcześniej umknęło. W tym filmie zagrał Nicka, który ma za sobą blisko tysiąc internetowych randek ustawionych w portalu randkowym, który obiecuje znalezienie miłości, drobnym drukiem: w czasie tysiąca randek. Portal każe sobie płacić trzy dychy miesięcznie, więc takie zapewnienie, jakkolwiek głupie się wydaje, jest prawnie wiążące. Redaktor Michniewicz swego czasu rozpatrywała podobne dylematy, zadając pytanie, czy można zaskarżyć producenta batonów Mars, jeśli w czasie spożycia nie odczuło się „smaku raju”. Sprawę Nicka wzięła Susan, wielkoduszna prawniczka pracująca pro bono, której księgowy, gratulując kolejnej wygranej sprawy, wyjaśnił, że pro bono równa się „kranówa”, kiedy z biura wynoszono dystrybutor wody, który wypadł z budżetu z powodu niskich przychodów. Również Nick okaże się szlachetnym gościem, a nie typem, który liczy na łatwą forsę. Miodzio, w którym toniemy jak naiwna mucha. Niestety od razu jest jasne, że tych dwoje jest skazanych na miłość, a na dodatek umysłem swym lotnym jak kura zdołałem odgadnąć, jaka przeszkoda stanie na drodze potencjalnych kochanków. Nic dziwnego, że film zaliczyli do kategorii wiekowej siedem plus. Widziałem wiele gorszych romkomów, ale gdybym miał dziesięć minus, podobałoby mi się dużo bardziej.
Venom 2: Carnage czyli Venom: Let There Be Carnage
Gdybym rok temu usłyszał propozycje obejrzenia filmu Jad 2: Masakra, to bym popukał się w głowę i niemalowane drewno. Po angielsku tytuł nie brzmi już tak masakrycznie głupio, czyż nie? No i ten Tom Hardy w roli głównej... I zwiastun z dowcipną scenką... Marketing działa super. Wszystkie te atrakcje, plus dobre wspomnienia o poprzednim Venomie, jakoś zdołały mi przesłonić logo Marvela, które przy promocji powinno być wyświetlane non stop z ostrzeżeniem ministra zdrowia psychicznego, że kontakt z Marvelem grozi martwicą półkul i zaburzeniami erekcji szyszynki. Z napisów wynika, że sam Tom Hardy, odtwórca głównej postaci, był zainteresowany tym sequelem, jako jeden z producentów i scenarzystów. Wyszło mu średnio, choć do obsady udało mu się dokooptować samego Woody'ego Harrelsona, który gra psychopatę w symbiozie z rywalem Venoma. Tymczasem Eddie rozstał się z Venomem po kolejnym konflikcie. I kto teraz uratuje świat? Z dawnego jugosłowiańskiego filmu pamiętam zaśpiewkę „wkrótce będzie koniec świata, niech przepadnie, mała strata”. Zgoda, gdyby przepadł świat Marvela, to byłaby naprawdę mała strata. Mam nadzieję, że za parę lat produkcje Marvela podzielą los japońskich filmów o Godzilli, które dzisiaj ogląda się tylko dla beki. Nie mam nadziei, że pustkę po Marvelu wypełni coś ciekawszego.
Friendzone
Mili faceci, nie wystarczy być miłym facetem, żeby zasłużyć na miłość kobiety. Do tego trzeba jeszcze trochę dowcipu i zawadiackości ze szczyptą nonszalancji. Bycie atrakcyjnym to ciężka praca, jeśli nie przychodzi ci to naturalnie. Ale jeśli myślicie, że zdobędziecie serce waszej wybranki fortelem, udając kogoś innego, kim nie jesteście, to się mylicie. Mówcie o swoich uczuciach śmiało, bo zwlekając z tym przegapicie właściwy moment i pozostaną wam tylko akty desperacji. To bardzo ważne przesłanie, które z filmu płynie do miłych, trzynastoletnich facetów, ale co ma o tym filmie myśleć dorosły? Jeśli już zechce myśleć, bo po co wytrącać umysł z bezmyślności? Poza tym ci dorośli, kiedy zaczną myśleć, zaczynają niuansować i podważać, a wtedy miły trzynastoletni facet może się pogubić, co mogłoby również spotkać z pozoru dorosłego Thibaulta, głównego bohatera filmu, który zabujał się w Rose. Cóż z tego, kiedy dziewczyna traktuje Thibaulta jak przyjaciela, a z przyjaciółmi się nie sypia, ani nie inwestuje w nich uczuciowo. Thibault utkwił w „strefie przyjaźni”, a miałby ochotę na miłość i na pewno nie znalazłby wielkiej pociechy w Podziękowaniu Szymborskiej. Trzy przyjaciółki Thibaulta postanowiły zrobić z niego faceta do wzięcia. Jakiś czas później widzimy Thibaulta imprezującego z ajlajnerem na powiekach, podczas gdy koleżanki knują kulawe intrygi. Kulawe w zestawieniu z tym, co na przykład zobaczyliśmy w Madame J. Czasem wyłączam radio, kiedy stwierdzam, że cisza jest ciekawsza od tematu audycji, którym jest, powiedzmy, 76 sezon NBA. W żadnym momencie nie stwierdziłem, że ten film jest ciekawszy od ciszy medialnej, a to już coś.
poniedziałek, 18 października 2021
Tata kontra tata czyli Daddy's Home
Czy to nie zastanawiające, że przez moment miałem potrzebę usprawiedliwiania się z obejrzenia kolejnej komedii? Dlaczego nikt nie tłumaczy się z oglądania Lyncha lub dramatów o ciemiężeniu czarnoskórych? Powód, który zachęcił mnie do tego filmu, można ująć w dwóch słowach, pierwsze: Mark, drugie: Wahlberg. Po obejrzeniu nadal uważam, że to najlepsza motywacja, by się z tym dziełem zapoznać. Krótkie opisy w sieci nie od rzeczy są krótkie, tam naprawdę chodzi o rywalizację między ojczymem a ojcem, kiedy ten drugi nagle po latach przypomniał sobie o dzieciach. Biedny ojczym staje do nierównej walki o względy dzieci, bo będąc przeciętniakiem ściera się z uosobieniem swagu, którym jest motocyklista z boskim torsem grany przez Wahlberga. Większość gagów spłynęła po mnie bez żadnych efektów, choć raz nie wytrzymałem, kiedy postaciom włożono w usta rozmowę, która zapewne odbyła się w pokoju scenarzystów pracujących nad tym filmem. Lepiej chyba było tego nie pisać. Najlepszy sposób, żeby zarżnąć dowcip, to zacząć od słów: a teraz opowiem najlepszy dowcip, jaki znam.
Funny People
Poczucie humoru to dziwna sprawa. Pamiętacie tych pacjentów w psychiatryku, którzy ponumerowali sobie dowcipy, a potem któryś z nich rzucał: siedemnaście! I wszyscy w śmiech. Od dłuższego już czasu, kiedy zdarza mi się widzieć kabaret w telewizji, reaguję, jakbym słyszał numer kawału. Ale ubaw mam średni, bo nie dość psychiczny jestem. Zauważyłem za to, że bawi mnie co innego. Ostatnio na przykład to, że mówi się o orzeczeniu ogłoszonym w budynku Trybunału Konstytucyjnego, oczywiście w mediach tzw. wolnych. Zakładam, że do owego budynku wejść może każdy, choćby tylko na portiernię, i tam ogłosić orzeczenie o nieważności orzeczeń zapadających w tym budynku. Zdaje się, że doszliśmy do wersji paradoksu golibrody, więc przejdźmy do filmu. Znany komik George właśnie się dowiaduje, że ma rzadką odmianę białaczki, a jego rokowania są fatalne. Ciekawy temat na komedię z Adamem Sandlerem. W opisie filmu widzimy komedię łamaną przez dramat, więc okej, może będzie łzawo, ale od czasu do czasu się pośmiejemy? Oj, będzie trudno, bo najzabawniejsze w Sandlerze jest to, że ktoś mu wmówił, że potrafi być zabawny (no dobra, niechętnie przyznam, że raz był). Poza Sandlerem jest wiele innych „zabawnych ludzi”, między innymi Seth Rogen, Audrey Plaza i Aziz Ansari (tych dwoje znanych z Parks & Recreation). W epizodzie wystąpił nawet Eminem. Rzecz w tym, że ich talent komediowy jest pokazywany w strzępkach stand-upów, a poza tym jest bardzo poważnie, choć druga część filmu, w której George ze swoim asystentem Irą odwiedzają byłą wielką miłość tego pierwszego, miała w zamierzeniu być chyba komedią. Problem w tym, że miłość jest zamężna i dzieciata, a mąż znienacka wraca wcześniej z wyjazdu służbowego. Gdybym miał do wyboru Sandlera i Erica Banana, nie miałbym żadnych rozterek. Film jest dość stary, ale już wtedy zauważono, że największe zasięgi w sieci robią relacje typu Przyłapałem kota na oglądaniu seks-taśmy Kingi Dudy! Skoro jesteśmy w tych zabawnych klimatach, tych białaczkach itp., to zakończmy dowcipem o Jasiu (cytat wierny).
Jasiu jest z babcią w kościele i jest wyznanie wiary.
Babcia mówi: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
A Jasiu: babci wina, babci wina, babci bardzo wielka wina.
czwartek, 14 października 2021
Wszyscy moi przyjaciele nie żyją
Nie znam reakcji na ten film, ale wyobrażam sobie, że może wywołać efekt Rashōmon, czyli cokolwiek od zachwytu przez obojętność do obrzydzenia. Oceny zależałyby od stopnia luzu, z jakim gotowi jesteśmy oglądać produkcje filmowe. Znam osoby, dla których śmierć parunastu osób nie może być nigdy tematem komedii. A jeśli uwzględnić Jezusa, który został włączony do fabuły jako omam jednej z postaci, rzecz robi się jeszcze bardziej ciężkostrawna, choć nie dla mnie. Ale mniejsza o Jezusa, kiedy pokazują całujących się facetów. Okej, tylko proszę się nie napalać, to motyw totalnie uboczny i jakby z innej rzeczywistości. Od samego początku wiadomo, że w pewnym domu noc sylwestrowa zakończyła się jatką, a cała fabuła polega na pokazaniu rozwoju zdarzeń do niej prowadzących. Zanim dojdzie do jednej z głupszych masakr, jakie widziałem, pooglądamy sobie imprezującą młodzież przed trzydziestką, będzie seks, namiętności, alkohol, narkotyki i dialogi, niektóre nawet udane, choć pewności nie mam, bo nie włączyłem sobie napisów, a z samej ścieżki dźwiękowej nie da się wszystkiego zrozumieć - typowe dla polskich filmów. Film łączy klimaty gore z komedią, co nowością nie jest, ale na naszym podwórku chyba owszem. Wyszło lepiej niż się spodziewałem, co nie znaczy, że chciałbym takie produkty oglądać częściej niż debaty sejmowe. Właśnie wyobraziłem sobie w polskim sejmie akcję jak w styczniu na Kapitolu, a w niej chłopca z filmu, który sparodiował scenę z siekierą z Lśnienia. Rozmarzyłem się...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








