Tę książkę Kinga akurat przeczytałem dawno temu, ale nadal pamiętałem z grubsza o czym to było. Nie na tyle dobrze jednak, żeby konfrontować detale fabuły z filmem z 1989 roku. Powiedzmy sobie jasno, to nie jest film wybitny, ale całkiem przyzwoity. Lekarz Louis przeprowadza się do małego miasteczka i za sprawą sąsiada poznaje sekretny cmentarz Indian Micmaców, który sprawia, że pochowane na nim istoty wracają do życia. W ten sposób uratował ukochanego kota córki, która akurat była parę dni poza domem, więc nawet się nie dowiedziała, że kotu się zdechło. Dom Louisa stoi przy ruchliwej drodze, po której jeżdżą rozpędzone ciężarówki, a nikt nie wpadł na pomysł, żeby odgrodzić dom z małymi dziećmi od ulicy jakimś płotem. Następną ofiarą jest synek Louisa, więc domyślamy się, co będzie dalej. Mam niejasne podejrzenie, że do filmu dodano „dobrego” ducha Victora, który nijak mi nie pasuje do książki, bo jest to zwyczajnie postać źle skonstruowana, niby chce pomagać, ale lepiej, żeby sobie darował, a w końcu od duchów słusznie oczekujemy, że będą w stanie przewidzieć skutki swoich interwencji. Nie uważam Kinga za mistrza pióra, ale takiego dziadostwa raczej by nie odstawił, zwłaszcza że jego powieści to nie szerokie panoramy społeczne, lecz opowieści sprowadzające się do paru postaci i kilku wydarzeń na krzyż. Największa niespodzianka dla mnie to ta, że film zadziałał! Miało być strasznie i było, choć wtedy nie było takich możliwości jak dzisiaj. Zdaje się, że wówczas z konieczności - i na nasze szczęście - twórcy musieli stawiać na niedopowiedzenia i sugestie, a teraz się nie hamują i walą nas łopatą w łeb, ale mało kogo to wzrusza.
poniedziałek, 9 lipca 2018
Agata Kowalska komentuje
W zasadzie nie komentuje, ale rozmawia z Pawłem Knutem z KPH o projekcie prawa Nowoczesnej, który jest próbą ustanowienia związków partnerskich w Polsce. Projektu nie znam, więc zakładam, że jest racjonalny w tym sensie, że dopuszcza związki hetero- i homoseksualne, ale rzecz jasna chodzi głównie o te drugie. Sejmowi, pardon, sejmowi prawnicy wysmażyli opinie, wśród których jest ta autorstwa Rafała Dubowskiego zadającego pytanie o dzieci wychowywane w związkach jednopłciowych, które miałyby być narażone na szwank z tego powodu. Autor nie stawia tezy, a zadaje pytanie, jak zrozumiałem z wypowiedzi Knuta, bo nie bardzo mi się chce czytać tekst źródłowy. Dubowski po prostu wykazuje troskę o dzieci. Ależ skąd! - mówi Kowalska. - Przecież takie dzieci już w Polsce mamy w związkach nieformalnych. Chodzi o to, jak na te dzieci wpłynie legalizacja związku ich opiekunów (cytuję z pamięci). Dodajmy, że projekt nie przewiduje możliwości adopcji poza jednym wyjątkiem, kiedy wychowują razem dziecko jednego z partnerów. Wyobrażam sobie małego Krzysia, który w wieku trzech lat znowu zaczął moczyć łóżeczko, bo jego opiekunowie sformalizowali związek. Jeśli już, to stawiałbym na to, że przestanie moczyć. Mnie kiedyś zdarzyła się sytuacja odwrotna, kiedy moja szurnięta, religijna babka w sekrecie powiedziała mi, dziecku jeszcze, że moi rodzice nie mają ślubu. Chodziło dokładniej o to, że nie mają kościelnego, ale tego jej się nie chciało już rozwijać, choć byłem dzieckiem pojętnym i zrozumiałbym, na czym polega różnica między ślubem cywilnym i kościelnym. Nie oceniam postępku babki jako makabrycznego, bywa większe zło na świecie, ale patrzcie - wciąż to pamiętam, bo swego czasu trochę mnie to martwiło. A jest to naprawdę gówniany powód do zmartwień. Na szczęście dla babki piekła nie ma, co jest również okolicznością miłą dla rządzących w Polsce od roku 1989, którzy uważają, że w porządku jest, kiedy odbiera się dziecko jednej z mam po śmierci drugiej, która była matką biologiczną. Wychowywały je razem, ale sąd przyznał dziecko rodzinie zmarłej. Bo to taki przedmiot jest. Znany mi jest ten przypadek sprzed paru lub parunastu lat, choć linku do tego nie mam. Co ciekawe, opinii, o których mowa powyżej, nie można znaleźć na stronach sejmowych, bo po co ta śmieszna jawność. Rączki pod kołderką to ulubiona zabawa pisiorków. Pada oczywiście nieśmiertelny argument o artykule osiemnastym konstytucji o ochronie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Tylko w wyrafinowanych główkach prawiczków możliwe jest to subtelne powiązanie jakiegokolwiek prawa dla gejów i lesbijek z atakiem na małżeństwo heteroseksualne. Tak rozumując, jeśli w konstytucji (która w tym aspekcie jest dla prawiczków święta, choć innymi paragrafami sobie tyłek podtarli) byłaby mowa o ochronie rolnictwa (a chyba jest), to jakiekolwiek wsparcie dla górnictwa byłoby rażącym atakiem na chłopów. Cóż, jako oszołomiony lewak jestem umysłowo ociężały, więc nie wiem doprawdy, jak mam skomentować przemawiającego, tym razem nie ex karoca, Dydycza:
– Nie zapominajmy o potrzebie prawdy w naszym życiu – mówił hierarcha w swoim kazaniu. – Prawda nadal ma kłopoty, aby znaleźć właściwe miejsce w każdym sumieniu, a zwłaszcza w mediach i w życiu publicznym. To się łączy z osłabieniem naszej wiary, naszego katolicyzmu. Wolności nie ma bez prawdy, ale i bez wartości. Tą, którą trzeba chronić szczególnie, jest rodzina i małżeństwo. Słowo „małżeństwo” – mówił bp Dydycz – jest nadużywane, bezczeszczone, straszliwie zniesławiane i ośmieszane: – Dwóch mężczyzn albo dwie kobiety ogłaszają się małżeństwem i domagają się prawnego zapisu. Czy to nie jest nadużycie? Jest! I to bolesne! - mówił hierarcha, nawiązując w ten sposób być może – choć głośno o tym nie powiedział – do tego, że w niedzielę, gdy na Jasnej Górze będzie się rozpoczynać uroczysta suma, z przeciwnego krańca alej NMP w stronę Jasnej Góry wyruszy pierwszy w historii Częstochowy Marsz Równości, który bronił będzie m.in. praw środowisk LGBT.
– Kiedyś normalnie się to nazywało „zboczenie” – komentował chwilę później kazanie o. Rydzyk. – Ale jak tak powiedział jeden minister w rządzie AWS, to następnego dnia już nie był ministrem. Przyszedł błękitny telefon z Brukseli – wspominał. [X]
piątek, 6 lipca 2018
Childish Gambino - This Is America
Jutub podsuwa filmiki z interpretacją tego klipu. Az taki wyrafinowany on mi się nie wydaje, bo przesłanie ma dość oczywiste. To jednak nie jest przypadek Becketta, do którego egzegezy pisywał Libera, a były one chyba dłuższe od samych tekstów oryginalnych.
środa, 4 lipca 2018
To czyli It
Skoro Stawiszyński w Tok FM poświęcił cały kwadrans twórczości Kinga, poczułem się głupio, że znam ją tak słabo, dlatego postanowiłem To obejrzeć. A może nawet nie jest ze mną tak źle, w końcu przeczytałem za młodych lat Miasteczko Salem, Lśnienie, Smętarz i Misery (z tego co pamiętam). Są to powieści dawnego Kinga w dobrej formie, bo po wypadku w 1999 artystycznie osłabł, jak nam mówi Stawiszyński. Chyba już jestem za duży, żeby mi się chciało czytać, więc nawiązując do tradycji biblii pauperum sięgnąłem po niedawny film. Akcja nie została uwspółcześniona, więc lądujemy w końcówce lat osiemdziesiątych w miasteczku Derry, gdzie nastolatkowie (tacy bliżsi dziesiątki) właśnie zaczynają wakacje. Nie będą zbyt udane, bo akurat obudził się lokalny demon w postaci klauna Pennywise'a, który szczególnie upodobał sobie znęcanie się nad dziatwą w wieku naszych bohaterów (i młodszą też). Wcześniejsze jego wyczyny, te sprzed lat, były wprawdzie odnotowane w prasie, ale jakoś nikt nie zostawił dla potomności żadnych dokładniejszych wiadomości o Pennywise'ie. Można by zadać parę niestosownych pytań. Dlaczego tatuś Beverly nie widzi krwi oblepiającej łazienkę po jednym z makabrycznych wyskoków klauna? Kim w ogóle jest Pennywise? Ani to wampir, ani zombie, a za to ma imponujące uzębienie, które by go zrujnowało, gdyby musiał chodzić do amerykańskiego dentysty. Czy udało się uwolnić dawne ofiary Pennywise'a? Niby nic na to nie wskazuje, więc co się z nimi stało? Te pytania nie świadczą o mojej przenikliwości, a bardziej o tym, że nie jestem ci ja targetem tego filmu. Wampirami i demonami od ponad dwudziestu lat przejmuję się dużo mniej niż cieknącym kranem. To żałosne, wiem.
niedziela, 1 lipca 2018
Pomówmy o ejczarze
O samym ejczarze nic ciekawego nie mam do powiedzenia, ale dumny jestem, że wiem o co chodzi. Najważniejszy jest kontekst, bo gdybym o ejczarze usłyszał od Krystyny Jandy lub Marka Jędraszewskiego, przenigdy bym nie zgadł. Z terminem zapoznałem się dzięki Henryce Bochniarz, która nasiąkła terminologią biznesową łącznie z prawidłową wymową, więc już teraz wszyscy wiedzą, że chodzi o HR, czyli zasoby ludzkie, które w tym tłumaczeniu kojarzą mi się głównie z dziatwą szkolną przerabianą na mielonkę w filmie The Wall. Czy jest konsekwencja w tym nowotwórstwie? Czy pani Henryka o pracownikach ejczaru mówi: ejczarownicy? Jeśli nie, to proszę sobie to wziąć do serca i zastosowania. Zachowam tu na wszelki wypadek tekst wpisu z blogu poświęconego (nie tylko) korpo-językowi.
- Musisz to zarikłestować i wypełnić ścieżkę apruwalową.
- Trzeba rizolwnąć taska albo zarikłestować o risorsy.
- Jak brak risorsów, bierz kontraktorów.
- Sczelendżuj tim, daj jakiś insentiw, bo nie ma apruwala na dodatkowe hedkanty.
- Zaszedżuluj kola i pikapniemy to jutro, bo dziś nie ma wolnego rumu na łantułana.
- Ustaw drukarkę blisko zespołu, to unikniesz łejstu na muwmencie.
- Nasza praca afektuje cały tim, więc się sfokusuj.
- Puść mi tiketa, dołączymy go do sprinta.
- Sejlsi będą na padzie, bo przyszły bekordery.
- Szybko proceduj, bo to wyeskalują.
Polska mistrzem świata! (W spadku religijności młodych)
Badania amerykańskiej firmy cytuje oko.press. Na podstawie nieistotnej statystycznie próbki osób, które znałem w życiu, miałem wrażenie, że ludzie niespecjalnie religijni nagle stają się bardzo wierzący, kiedy ich dzieci zaczynają chodzić do przedszkola. Więc ci młodzi na tej zasadzie niedługo mogą się stać modelowymi owieczkami. Chyba miał ktoś rację, gdy mówił, że nie należy omawiać seksu w szkole, jeśli nie chcemy zatrzymać przyrostu demograficznego. Wszystko, co szkolne, staje się śmiertelnie nudne, a w przypadku religii dochodzi jeszcze odklejenie od rzeczywistości. Niech se tu poczyta. Cóż więc ma począć biedny (nie znaczy ubogi) Kościół? Chyba nie lansować model duchownego według obecnego papieża? To przecież nie jest nasz papież. Mam pomysł: a może by tak poprosić biskupa Dydycza, żeby zwołał młodych na katechezę do swojego pałacu biskupiego? A jeśli nie przyjdą, to niech ruszy w Polskę w karocy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





