Film bardzo śmieszny, bo jest jakby operą mydlaną w formie pełnometrażowej. Ogólnie chodzi o życiowe trudności homoseksualnych młodzieńców w Bangkoku, którzy występują w trzech egzemplarzach: od całkiem jawnego, przez skrytego do takiego, który sam jeszcze nie wie. Mydlany charakter ma gra aktorska, bardzo przypominająca amerykańskie dokonania (bo, o dziwo, brytyjskie opery trzymają niezły poziom) oraz te liczne powtórki, które przypominają nam, że w danym momencie bohater postąpił w określony sposób, bo ktoś pięć minut wcześniej mu powiedział że. Ścieżki życiowe bohaterów nie są usłane różami, ale gdyby mogli usłyszeć piosenki z offu o tym, że taki jesteś, to nic złego, nikomu nie czynisz krzywdy i masz prawo do szczęścia - otuchą napełniłyby się ich serca. Chyba nie warto zbyt głęboko wnikać w fabułę, bo jest jej po kostki, czy to w końcu ważne, że Tat liczy na wzajemność ze strony Eka, a nie wie, że podkochuje się w nim Nat. Ten film to powrót do świata prostych wartości, nawet Boy-Żeleński by zrozumiał.
sobota, 15 kwietnia 2017
Straightman
Przyjaciele Jack i David zostali porzuceni przez swoje kobiety, na skutek czego jeden z nich porzucił heteroseksualny styl życia. Film powstał jeszcze w zeszłym wieku, więc można się spodziewać, że kiedy dojdzie do ujawnienia, będzie większa tragedia, niż się spodziewałem. Obaj korzystają z seksualnej swobody, obaj chcieliby znaleźć kogoś na stałe, ale słabo im wychodzi. Niby-partner Jacka pytany o związek odpowiada, że wolałby się nie definiować, bo po co, skoro jest dobrze tak, jak jest. Z kolei otyły David nie ma problemu ze znalezieniem kobiet na niezobowiązujące numerki, ale przecież nie porzucą dla niego swoich mężów i narzeczonych. Jedna ze scen z seksualnej odysei Davida jest chyba równie zabawna, co sceny seksu z filmu Million Dollar Hotel. Nawet krew z kolana się polała. Mało wstrząsające jest zakończenie, za to patrząc na wspólne mieszkanie obu bohaterów możemy sobie pogratulować. Odrapane ściany i kable z nich wystające to akceptowalny koszt życia w supermocarstwie. Jak nas zapewniają twórcy pod koniec napisów: No Mid-Westerners were harmed in the making of this film.
Much ado about Misiewicz
Mam radość z powodu Misiewicza, nie ja jeden. Gdzie młodzi ludzie mają zdobywać kwalifikacje? - pyta Misiewicz. Odpowiadam: z twoimi, chłopcze, kwalifikacjami - na kasie w Biedronce. Po przesłuchaniu przez partyjną komisję Misiewicz przeprosił Polaków za ten żałosny medialny spektakl, jakim była publiczna nagonka na niego. Wrogie „P”i„S”-owi redakcje odwracają w ten sposób uwagę społeczeństwa od sukcesów rządu. Nieładnie, Misiewiczu, bo w ten sposób brzydko oskarżasz Prezesa Polski i jego najwierniejszych o uleganie tym fałszywym medialnym oszczerstwom. „P”i„S”-owska komisja partyjna miała przyjrzeć się Misiewiczowi, który najwyraźniej zawinił tym, że zgadzał się obejmować proponowane mu funkcje i stanowiska. Wielki podziw dla „P”i„S”-owskich mędrców, którzy potrafią rozważać tak wysublimowane etyczne niuanse i ujrzeć winę Misiewicza tam, gdzie zwykły człowiek niczego nie dojrzy. Ja miałem prostackie wrażenie, że Misiewicz jest zwykłym protegowanym ministra Macierewicza, który ma niecodzienny (ale całkiem zrozumiały) pociąg do młodzieńców z nadwagą. Oczywiście, że pokrętny umysł ujrzy w tej sprawie próbę przykrycia sądowej reformy Ziobry, ale to niezbyt się udało. Najzabawniejsze jest to, że sprawa Misiewicza powinna być załatwiona przez bezpośredniego przełożonego ministra Macierewicza. Podobno jest ktoś taki, taka pani z broszką. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie - proszę się skontaktować.
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Solaris
Widziałem ten film dawno temu i zapamiętałem, że nie, to nie to. Ponieważ mnie namówili audycją w Tok FM do powrotu do książki, to czemu nie zobaczyć jeszcze raz. No i jest opad kopary, bo jeśli się zmieni nastawienie i nie oczekuje wiernej ekranizacji, to film wypada całkiem dobrze. Przede wszystkim lata świetlne dzielą go od standardowych produkcji sajens-fikszyn, bo Lem jednak zobowiązuje. Jeśli film odbiega od książki, to nie w stronę głupawych strzelanek z obcymi, czy szalenie nużących ucieczek przed wrogami. Wyciął Soderbergh z książki cały wątek solarystyki, czyli badań naukowych poświęconych najprawdopodobniej inteligentnemu oceanowi, jedynemu mieszkańcowi planety. Skupił się za to na Kelvinie, którego przeżycia na stacji kosmicznej splecione są mocno z retrospekcjami z pożycia z Rheyą. Co ciekawe, ów świat przyszłości nie wygląda specjalnie dziwnie, ludzie wciąż jeżdżą metrem i chodzą do barów na podryw, a do grup wsparcia po wsparcie. Wątek Rhei jest rozegrany nie bardziej melodramatycznie niż w książce, za to jeden z niezwykłych twistów dotyczy załoganta Snowa, granego przez mało znanego aktora, ale ta jego rola naprawdę zapadła mi w pamięć. Jest to oryginalny pomysł scenarzysty, nie ma tego w książce, ale podobny pomysł był u Lema w opowiadaniu o Zazulu. Na koniec o zakończeniu. Podobnie jak w Solaris radzieckim zakończenie odbiega od książkowego, które jest zwyczajnie słabe - Kelvin popada w zadumę na mimoidzie. Radzieckie uważam za świetne, choć dość jednoznaczne, a to Soderbergha - za mocno popieprzone i trochę przez to wykrętne. Ale nie muszę się upalić podejrzanymi ziołami, ani zagłębić w buddyzm zen, żeby zobaczyć, że końcowy mistycyzm ma niezły potencjał interpretacyjny. Jako złośliwa małpa postanowiłem zrobić gif z antytwarzą Clooneya, do czego się onegdaj z takim wstydem przyznawał.


niedziela, 9 kwietnia 2017
Konstanty Radziwiłł błaznem roku?
Znak zapytania nie wynika z ostrożności procesowej, ale z przekonania o wielkim potencjale obecnie rządzących. Możliwe, że ktoś zbłaźni się jeszcze bardziej niż minister Radziwiłł, który w żadnym wypadku nie podałby żadnej ze swoich czterech córek preparatu EllaOne, gdyby doszło do gwałtu. Bo nie wolno zabijać dzieci. Co innego, gdyby gwałtu dokonano na synu ministra. Dowcip polega na tym, że EllaOne nie jest środkiem wczesnoporonnym, a jedynie hamującym owulację, co po ryzykownym stosunku może zapobiec zapłodnieniu, bo po prostu nie wykształca się komórka jajowa. Nie stwierdzono, aby EllaOne miała wpływ na już zagnieżdżone zarodki. Jeśli chodzi o szkodliwość EllaOne, porównywalna ona jest z pyralginą. „P”i„S”-owski beton partyjny zapewne ma wiele podziwu dla ministra, na podobnej zasadzie, co w przypadku Marka Jurka, podziwianego za wierność swojemu światopoglądowi, a jest to uzasadnienie słabe w moim przekonaniu. Radziwiłł jest bardzo światopoglądowy, a ten światopogląd sprowadza się do tego, że ciulik (semper bez gumki) trafia do cipki po ślubie. Tak i tylko tak. Z drugiej strony: drogi „P”i„S”-owski elektoracie! Czy naprawdę urządza was rozwiązanie, zgodnie z którym tak straszliwy preparat jest nadal dostępny w aptekach? This measure is so profoundly half-assed, jak mówią obserwatorzy z trzeciego świata. Jeśli jestem przy temacie, to zwrócę uwagę na to, że w komisji sejmowej czeka na rozpatrzenie obywatelski projekt zakazu aborcji połączony z zakazem sprzedaży w Polsce środków antykoncepcyjnych. Fascynujące jest, że czeka. Rozumiem, że procedury, że obywatelski, ale gdyby obywatele zgłosili projekt ustawy o budowie autostrad na Marsie, to trafiłby natychmiast do kosza. A ten czeka, choć niekonstytucyjne akty prawne uchwalano w mniej niż dobę (od projektu do podpisu tzw. prezydenta).






poniedziałek, 3 kwietnia 2017
Wielki Liberace czyli Behind the Candelabra
Gdyby podobno genialny pianista dopasował się do oczekiwań, grałby wyfraczony jakieś szopeny i betoweny w salach koncertowych, solo bądź z orkiestrą. Jakkolwiek grono wybitnych pianistów szerokie nie jest - byłby jednym z wielu. Od losu otrzymał dar charyzmy, dzięki któremu potrafił na swoje koncerty przyciągać sporą publikę złożoną w przeważającej części z amerykańskich statecznych dam, które emocjonowały się jego życiem prywatnym, a szczególnie tym dziwnie nieszczęśliwym związkiem z Sonją Henie. Że Sonja nie była w typie Liberace, który wolał bardziej wybujałe kształty męskie, to jakby było powszechnie wiadome, ale kto nie chciał, nie był tą prawdą rąbany prosto w oczy. W filmie śledzimy historię związku Liberace ze Scottem, która przebiega całkiem standardowo, od pierwszej fascynacji, miłosnych uniesień, poprzez drobne niesnaski przeradzające się w poważne nieporozumienia, do całkowitego rozkładu pożycia pozamałżeńskiego zakończonego rozmowami z udziałem prawników. Podstawą fabuły była książka Scotta, który po czasie na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że był jednym z wielu, ale jeśli mu wierzyć, to właśnie z nim Liberace spędził najszczęśliwsze lata życia. Umierający na AIDS Liberace nie usłyszał od Scotta, że jego też. Życie u boku podstarzałego Liberace było skrzyżowaniem złotego snu w oszałamiającym przepychu ze złotą klatką. Może dlatego.


Logan: Wolverine czyli Logan
Polski tytuł jest do łez rozbawiający, bo przede wszystkim dwukropek, a po drugie „wolverine”, co na polskich jutubach zapewne będą wymawiać fonetycznie „wolwerine”, czym dadzą świadectwo powszechnej znajomości języka „lengłydż” uprawniające polskiego dystrybutora do takich manewrów. Mniej wyedukowanym starszym obywatelem tego kraju przypominam, że „wolverine” znaczy rosomak. Po raz kolejny widzimy, ze Marvel przejął się opinią o swoich filmach jako tandetnych, infantylnych bzdurach z rozmachem, bo ten odcinek z serii X-men jest poważnie brutalny i śmiertelnie poważny. Profesor Xavier popadł w lekką demencję i wymaga stałej opieki przebywając w ukryciu na amerykańskim zadupiu pod opieką podstarzałego Wolverina, mutanci są prawie całkowici wytępieni, a ich resztki w postaci dziecięcej próbują uciec poza granice SZA. Zabawne, że dzieciątka grające w tym filmie jeszcze przez jakiś czas nie będą mogły legalnie go obejrzeć. Gdyby nieco okroić taśmę, moglibyśmy zobaczyć dramat psychologiczny o trudnym pożyciu zniedołężniałego staruszka, jego syna i wnuczki, dlatego właśnie powiedziałbym, że można się wczuć, i bez wahania powtórzyłbym opinię Krystyny Jandy o filmie Life (coś w rodzaju „film dla mężczyzn nie bojących okazywania uczuć”), która niestety zniknęła już ze strony z komentarzami do tego filmu na Filmwebie. Gołym okiem da się zauważyć nowy udany aktorski egzemplarz w roli Pierce'a, bo nasz polski wkład w postaci Mohawka, czyli Soszyński, nie zapadł specjalnie w pamięć, a poza tym skończył marnie, jak widzimy na załączonym obrazku.
PS. O, ja głupi! Wspomniana wypowiedź Jandy ukazała się na stronie kino.krakow.pl. Załączam zrzut ekranu.
PS. O, ja głupi! Wspomniana wypowiedź Jandy ukazała się na stronie kino.krakow.pl. Załączam zrzut ekranu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





