Szymborska kiedyś genialnie sparodiowała napisy wprowadzające do filmów historycznych. Mnie one też bawią, ale napisy zamykające również bywają frapujące. Oglądasz sobie, widzu, półnormalny film o Eisensteinie, a na koniec czytasz, że władze w ZSRR szykanowały gejów. Film Quo vadis wyświetlany dzisiaj można by na przykład spointować stwierdzeniem:
Prześladowania chrześcijan nie ustały do dzisiaj. W wielu krajach rządy przeforsowały prawo do zawierania „małżeństw” dla osób prowadzących homoseksualny styl życia.
Film Burning Blue jest nieco zaskakujący, bo myślałem, że w SZA przeminęła moda na martyrologiczne filmy o gejach. Akcja jest osadzona w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to Clinton próbował wymusić na armii elementarną akceptację dla osób homoseksualnych, co wbrew niemu doprowadziło do wprowadzenia zasady Don't ask, don't tell, która w praktyce była przykrywką dla kolejnego polowania na czarownice. To smutne zjawisko prześledzimy na przykładzie przyjaciół Daniela i Willa, z których jeden okaże się gejem. Są pilotami na lotniskowcu, snują wielkie plany na przyszłość, gdy tymczasem rusza śledztwo w sprawie wypadku jednego z kolegów pilotów. Prowadzący je agent niewiele w tej sprawie zdołał wyjaśnić, za to trafił na trop homoseksualnego skandalu, więc przy poparciu szefostwa zaczął temat drążyć. Jak Jasiowi wszystko kojarzyło się z dupą, tak jemu wszystkie poszlaki wskazywały na zorganizowaną grupę „miłośników wielofunkcyjnego odbytu” (że zacytuję profesora Rybińskiego, szorującego mózgiem po dnie internetowego ścieku). Twórcy próbują nas wzruszyć losem prześladowanych gejów w armii, po drodze chyba stwierdzili, że nie, to za mało, więc dowalili mocny akcent melodramatyczny. Byłoby całkiem nieźle, gdyby w tej melodramatyczności byli konsekwentni, zabrakło mi sceny śmierci jednego z kochanków, który broczy, podczas gdy drugi ociera mu twarz białą chusteczką. Bo tak działa medycyna w melodramatach - to też wiem od Szymborskiej. PS. Zaciekawił mnie też inny wątek pseudo-medyczny, bowiem agent śledczy wywęszył hemoroidy u podejrzanych (wywęszył, cha cha). Tłumaczyli mu, że to typowe dla lotników wojskowych, którym z racji zawodu zdarzają się liczne przeciążenia. Dość wygodne jest takie wytłumaczenie, nieprawdaż, ale my już tam wiemy, skąd te hemoroidy. Po krótkiej kwerendzie ustaliłem, że hemoroidy raczej nijak się mają do seksu analnego w sensie kauzalnym (czyli anal nie owocuje hemoroidami, ani hemoroidy nie prowadzą do analu), za to rzeczywiście mogą utrudniać tego rodzaju kontakty.
W zasadzie z góry wiadomo, o jakie wyznanie chodzi, skoro film występuje w katalogu z wątkami homo. Jest to staroć z początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy homoseksualizm był jeszcze dość kontrowersyjnym tematem, więc nie ma tu śmiałych scen erotycznych. Wcale zresztą o nie nie chodzi, bo główny temat to rodzina Nicka Cartera, surowego ojca, którego dzieci nie potrafią sprostać oczekiwaniom ojca. W bodaj najmniejszym stopniu dotyczy to Tima, zjawiającego się w domu rodzinnym z posażną panną, którą wkrótce ma poślubić. Z jego rodzeństwem jest już gorzej, bo córka wyszła za mąż za nieudacznika, a drugi syn ma zadatki na alkoholika. Z początku nastrój jest przyjemny, wszyscy (no, prawie wszyscy) ze wzruszeniem słuchają mamy dziękującej Jezusowi za dary (które sama kupiła, a potem w pocie czoła upiekła i ugotowała), ale pod pokrywką dość mocno kipi i w pewnym momencie wybucha. Podejrzewam, że ten film przetrwał w pamięci internetu, bo występuje w nim młody Jim Carrey w dziwnej roli całkiem serio dramatycznej, zanim zaczął śledzić psy, czy psy zaczęły śledzić jego, źle się w tym orientuję. W pewnym momencie nawet miałem wrażenie, że zagrał niesamowicie. I do tej pory tak uważam.
Pierdolności TVP zajęły się tematem pani Kukieły, która po wizycie pacynki Dudy w Wentzlu wystosowała gniewny wpis na twitterze o jedzeniu z koryta. Podobno to jest jakaś okropna afera, tyle że nawet gdybym przeczytał o niej w gazetce osiedlowej, uważałbym to za przesadę. Nie oglądam prawie żadnej telewizji, a po tym z pewnością TVP jeszcze bardziej nie będę oglądał. No chyba, że (podobno) przystojny prezenter Pierdolności zacznie występować w nich topless.
W czasie rządów PO-PSL chyba nie było publicznego wystąpienia Brudzińskiego bez przypomnienia nam, jakim dziadowskim państwem jest kraj rządzony przez tę koalicję. Po aferze oponowej (według ustaleń mediów w limuzynie prezydenta założono zużytą oponę), czy problemach z systemem Empatia nie słyszymy Brudzińskiego mówiącego o dziadowskim państwie. Wiem, wiem, to spuścizna po poprzedniej władzy i tak dalej, ale wcześniej Brudziński rzadko przejmował się tego rodzaju niuansami. Może jakiś inny Brudziński zapełni tę lukę w debacie publicznej.
Zwykle marudzę, kiedy film okazuje się zbitką luźno powiązanych historyjek, ale czasami da się strawić. W tym przypadku mamy cztery opowieści, tyle samo co księżyców w tytule. W dodatku chodzi o księżyce w różnych fazach, co ma odpowiadać różnym fazom życia. Widzimy kolejno dziesięciolatka zafascynowanego swoim kuzynem, a potem parę chłopców około dwudziestoletnich, którzy z pewnym zaskoczeniem odkrywają, że mają na siebie ochotę. Następna para gejów ma już poważny staż w związku, więc jednemu z nich zaczyna doskwierać rutyna. Ostatni motyw obejmuje starszego faceta, żonatego, dzieciatego i uwnuczonego, ale zafascynowanego młodszym facetem, który dorabia sobie na seksie. Jak ustalił Kwiatek, w grę wchodzi kwota rzędu paruset złotych, cena zaporowa dla starszego, ale to nic, uskubie z pieniędzy odłożonych na prezenty dla wnuków i sobie użyje. Naturalnie, część dramatów i dylematów w tym filmie można by swobodnie przenieść na relacje heteroseksualne, ale jednak nie wszystkie, bo nie jest łatwo w Meksyku (jak i wszędzie) być otwartym gejem, lub choćby częściowo ujawnionym. Przy okazji: od roku 2015 Meksyk dopuszcza małżeństwa gejów, choć zawrzeć takie małżeństwo jest - co dziwne - trudniej niż różnopłciowe. W jednej ze scen obserwujemy chłopców próbujących seksu analnego pierwszy raz w życiu, co wyszło dość zabawnie, a dla zainteresowanych jest to pewne ostrzeżenie: jeśli macie ochotę spróbować, warto sobie coś o tym poczytać, aby być dobrze przygotowanym. Film zyskuje przez to, rzec można, walor edukacyjny, ale nie jest to walor jedyny.