Nie wiem po co ten tytuł

              

piątek, 26 listopada 2021

Trzeba ich rozwieść czyli Breaking Them Up

Kiedy słyszę, jaką to tragedią jest rozwód, zwłaszcza dla dzieci, przypomina mi się znajoma, której rodzice rozeszli się, kiedy była nastolatką. Ucieszyłam się - odpowiadała, kiedy pytano ją o rozwód rodziców. To raczej oczywiste, że lepiej się rozstać niż trwać w związku pełnym pretensji i agresji bez szansy na poprawę. Zapewne prawdą jest, że dzisiaj rozwody bierze się często lekko i bezmyślnie, bez głębszej refleksji nad tym, czy małżeństwo można uratować. W filmie nastoletni Damien postanawia zmotywować rodziców do rozwodu, choć nie udało się mnie jako widza przekonać, że w ich domu sytuacja jest rzeczywiście napięta. Agresja nie wychodzi poza utarczki słowne bez żadnych krzyków. Damienowi pomaga koleżanka Erin, z którą wspólnie prowadzą w szkole biznes polegający na łączeniu ludzi w pary, jeśli jedna z osób wcześniej upatrzyła sobie sympatię. Mają wprawę w akcjach swatania ludzi, więc próbują znaleźć rodzicom Damiena nowych partnerów. Niegdyś spowodowałem konfuzję u pewnej niewiasty, wtedy chyba młodej żony, kiedy sprzeciwiłem się słysząc jej twierdzenie, jakoby wspólne życie w małżeństwie prowadziło do wydobywania z siebie nawzajem tego, co najlepsze. Może i tak bywa, a ja jestem pechowcem, który nie miał okazji o tym się przekonać. Za to widziałem ludzi z dziesiątkami lat stażu małżeńskiego, bezustannie robiących awantury o bzdury, podczas gdy inni wyglądają na zgodnych, za to wspierają się w teoriospiskowych banialukach. Rodzice Damiena - uwaga, lekki spojler - uczciwie przyznają, że kiedyś było im ze sobą super. Po szesnastu latach już tak nie jest. Z książki o Marnym zapamiętałem parę gejów, którzy co dziesięć lat odnawiali swój partnerski układ. Po dwudziestu (chyba) latach postanowili się rozstać w przyjaźni i zgodzie, zachowując dobre o sobie wspomnienie, niezmącone pamięcią czasu rozkładu pożycia. Może taka tymczasowość miałaby sens w związkach formalnych? Żeby nie ujawnić zbyt wiele, nie napiszę, na czym polegał nietypowy wątek friendzone'u. Ojca Damiena zagrał znany mi z jutubowego B-Squadu Stephen Schneider, który z kolegami robił mniej więcej to, co polski GF Darwin, ale bardziej amatorsko.

Heretycy Diuny (Frank Herbert)

Wiele zdarzyło się przez piętnaście stuleci po upadku Leto II, zwanego teraz Tyranem. Poprawka: zwanego tak przez siostry Bene Gesserit, bo na samej Rakis, planecie wcześniej znanej jako Diuna, rozwija się kult Podzielonego Boga, wcielonego w czerwie pustyni na globie ponownie okrytym suchym bezmiarem piasku. Na scenie politycznej nie pojawił się żaden nowy imperator, więc główna uwaga skierowana jest na zakon Bene Gesserit, który porzucił swe niegdysiejsze, dalekosiężne projekty, a skupiony jest bardziej na przetrwaniu jako jeden z głównych graczy Starego Imperium. Łatwo nie będzie, bo z Rozproszenia, setki lat po przemianie Tyrana, wracają liczne hordy z dostojnymi matronami na czele. Matrony chętnie pozbyłyby się konkurencji Bene Gesserit, które z kolei we własnym interesie próbują łączyć siły z Tleilaxanami. Nie do końca jest jasne, po co zakonowi potrzebny jest ghola (ożywieniec) Duncana Idaho, ani dlaczego tak ważna jest Sziena, dziewczynka z Rakis potrafiąca komunikować się z czerwiami (w których wciąż drzemie uśpiony relikt świadomości Tyrana). Jedną z głównych postaci jest Teg Miles, legendarny baszar Bene Gesserit, wciąż na służbie pomimo trzech setek lat na karku, a postacią drugoplanową jest Abdl Waff, mistrz Tleilaxan, którzy okazują się fanatykami religijnymi czczącymi Leto jako Proroka. (To jest spojler, ale nieistotny.) Dla wyrafinowanych uczonych polonistów powyższe omówienie jest argumentem za odłożeniem tego tomu na półeczkę z literaturą niepoważną, której nie czyta się, jeśli się już nie jest nastolatkiem. Dlatego ja przeczytałem, nie pierwszy raz w życiu, ale nie tylko z przekory. Herbert ma ten unikalny dar opisywania sfer polityki, władzy i religii w ujęciu, które wydaje się zawsze aktualne, choć wyobrażam sobie polemikę z tezami autora. Czy wszystko jest cyniczną grą interesów podszytą intrygami i zdradami? Ależ nie, o czym w tym tomie świadczy postać Milesa. Zauważyłem, że w nowym wydaniu jest „dżihad butlerowski”, nie „butleriański” (ang. Butlerian Jihad), a swoją drogą, w dawnych wydaniach „dżihad” był rodzaju żeńskiego, więc była „dżihad butleriańska”. W nazwie planety Ix jest mały dowcip, bo jest to dziewiąta planeta Eridani A, w numeracji rzymskiej IX.

[4093, w pozaprzestrzennym schronie Harkonnenów]
– Nienawidzę tego zegara – powiedział Duncan.
– Nienawidzisz tu wielu rzeczy – odparł Teg, ale spojrzał jeszcze raz na zegar. Był to kolejny antyk z okrągłą tarczą, dwiema analogowymi wskazówkami i cyfrowym sekundnikiem. Wskazówkami były dwie nagie ludzkie postacie: większą mężczyzna z ogromnym fallusem, mniejszą kobieta z rozłożonymi szeroko nogami. Ilekroć się spotykały, mężczyzna zdawał się łączyć z kobietą.


[5748]
Dziewięćdziesiąt tysięcy ton! Półroczny zbiór z rakańskiej pustyni. Nawet trzecia część tego stanowiła w nowym układzie sił ważny argument przetargowy.
Mowa o zapasach przyprawy z czasów Leto, jakie odkryła Odrade. Swoją drogą, termin przydatności do spożycia jest długi, skoro po tysiącu pięciuset latach jest wciąż zdatna do użytku. Na dzisiejszych słoiczkach z melanżem można by pisać Best before: Nov 11, 4021.

[5753]
Odrade nigdy nie rzuciło się tak wyraźnie w oczy, jak łatwo metody Missionaria Protectiva niszczyły ludzką niezależność. To był oczywiście ich główny cel: „Uczyńcie z nich czcicieli uległych wobec naszych żądań”.
Cytat z terminologii Imperium: główną funkcją Missionaria Protectiva było rozsiewanie i utrwalanie zaraźliwych zabobonów na prymitywnych planetach w celu szerzenia tam wpływów Bene Gesserit. Ciekawe w tym kontekście jest pytanie o religijność autora Diuny. Czy można być wierzącym i pisać tak cynicznie o religii jako narzędziu podporządkowania?

[5818]
[Odrade zdecydowała] się na kreatywną prawdę.
Być może zainspirowała się siostrami Kerkovich, które doprowadzały do „zmiany percepcji rzeczywistości” u przyjaciół.

[8934, z terminologii Imperium]
BIBLIA PROTESTANCKO-KATOLICKA: Księga Ksiąg, kanoniczny tekst opracowany przez Kongres Ekumeniczny Federacji. Zrewidowane połączenie starożytnych świętych pism, zawierające elementy najstarszych religii, łącznie z Maometh Saari, chrześcijańską Mahayaną, katolicyzmem zensunnickim i przekazami buddislamskimi. Za najważniejsze przykazanie Biblii P-K uważa się: „Nie będziesz kaleczył ducha”.

Jack Reacher: Nigdy nie wracaj czyli Jack Reacher: Never Go Back

Nie wiem, czy książki o Reacherze swoją jakością dorównują popularności, jaką się cieszą. Kiedyś sprawdzę. W ekranizacji zatrudnili samego Toma Cruise'a, aktora nietaniego, który może w rolach przebierać. Kim jest Reacher? Skromniejszym kolegą Bonda, byłym wojskowym, który wymierza sprawiedliwość na własną rękę, bo system zawodzi. Z takim bohaterem emocje są słabe. Kto będzie obgryzał nerwowo paznokcie, widząc Reachera osaczonego w zaułku przez czterech bandziorów? Nikt, kto ma już te dziesięć lub więcej wiosen na karku. Oś fabuły obraca się... Zaraz, fabuła ma oś? Turbina fabuły obraca się wokół Reachera i dwóch dziewczyn. Starsza, po trzydziestce, ma stopień majora i została oskarżona o szpiegostwo tuż przed randką z Reacherem, który szybko odkrywa, kto stoi za fałszywym oskarżeniem. Druga to nastolatka, córka, na którą Reacher nie łożył alimentów. Kanalia! - zawołacie? Naiwni, przecież Reacher jest rycerzem bez skazy, a trupy padłe z jego ręki nigdy nie budzą wątpliwości, że trupami być nie powinny. Dziewczynę w stopniu majora gra Cobie Smulders, czyli Robin Scherbatsky z Jak poznałem waszą matkę. Po tej ostatniej roli nigdy nie wpadłbym na to, że warto ją obsadzać w roli żołnierek, jak w Avengersach i w tym Reacherze. Jednak nie ze względu na Cobie jestem gotów przyznać, że to nie taki całkiem banalny produkt sensacyjny. W motywie córki, osóbki młodej, lecz z charakterem, jest ów twist, który już wprawdzie widziałem gdzie indziej, ale jeszcze mi się nie znudził. Ale to już ostatni raz.

poniedziałek, 8 listopada 2021

Bóg Imperator Diuny (Frank Herbert)

Wróciłem do tej książki z powodu niedawnej fantazji o jej ekranizacji. Czy to w ogóle byłoby możliwe? W sensie technicznym jak najbardziej, ale fabularnie to marne widowisko. Leto II, syn Paula z Diuny, po wejściu w symbiozę z piaskopływakami osiągnął niezwykłą długowieczność, a dzięki ojcu stał się super istotą, przechowującą wspomnienia całej przeszłej ludzkości, a także potrafiącą przejrzeć niemal wszystkie przeszłe i przyszłe postępki mieszkańców swojego imperium, którym rządzi już trzydzieści pięć stuleci w momencie, kiedy stykamy się z nim w tym tomie. Większa część powieści to opis imperium Leto, które poznajemy głównie przez serię rozmów samego władcy ze swoim marszałkiem dworu Moneo, poza tym z kolejnym Duncanem Idaho, którego do życia wraz ze wszystkimi jego wspomnieniami przywracają Tleilaxanie, i wieloma innymi. Leto nie może być zwykłą postacią, więc dyskusje z nim są wyzwaniem, zwłaszcza dla nieszczęsnego Moneo, który robi, co może, by uniknąć furii swego pana. A ponieważ pytania i refleksje Leto odznaczają się przejrzystością buddyzmu zen, mowy pełnej paradoksów i niejasnych intencji - przynajmniej dla zwykłych śmiertelników, nie dziwimy się, że Moneo nie nadąża. Nikt by nie zdołał. Czy dzisiejszy widz miałby ochotę oglądać Leto w pięciotonowym ciele czerwia pustyni z resztkowymi ludzkimi przydatkami w postaci głowy i ramion, który zakochuje się w Ixance Hwi Noree? Widz w postaci mojej osoby czerpałby przyjemność z patrzenia na Duncana, jednego z parudziesięciu, jeśli nie paruset - pod warunkiem, że rolę dostałby Momoa. Mógłby popisać się kunsztem aktorskim, prócz licznych rozmów mógłby zaliczyć scenę seksu, a kiedy indziej stanąć nago na polu walki - tak jak to się powinno robić według starożytnych Greków. Biedne Bene Gesserit, niegdyś tak potężne, w imperium Leto są ledwie tolerowane i jedyne, na co mogą liczyć, to łaskawe przyzwolenie władcy na współpracę. Bez obaw, trud wniesiony w przetrwanie przyniesie owoce po upadku Leto. W nowym wydaniu wprowadzono zmiany terminologiczne. Nie ma piaskopływaków, są piaskowe trocie (ang. sandtrouts), zamiast Tancerzy Oblicza są maskaradnicy (ang. Face Dancers), a Mówiące-do-Ryb (kobieca armia Leto) zastąpiły Rybomówne (ang. Fish Speakers).

[Podróże Leto w głąb pamięci]
Raz, po śmierci szczególnie wspaniałego Duncana, odbył podróż przez wiele koncertów muzycznych zawartych w swych pamięciach. Mozart szybko go zmęczył. Był pretensjonalny. Ale Bach... Och, Bach...

[Moneo w rozmowie z Duncanem]
Powiem ci tylko ten jeden raz. Homoseksualiści byli pośród najlepszych wojowników w naszej historii, to byli bersekerzy na czarną godzinę. Byli wśród naszych najlepszych kapłanów i kapłanek.

I szczęśliwie czyli Happily

Od czasów Balzaka nie wypada pisać utworów aspirujących do miana „realistyczny” bez wytłumaczenia źródeł dochodów postaci. To lekka przesada, zwykły czytelnik jest chyba mało zainteresowany czytaniem PIT-ów bohaterów, ale za to chętnie zapoznałby się z ich motywacjami. A jeśli powstają z martwych, to nie pogardzilibyśmy wyjaśnieniem tego fenomenu. Oczywiście możemy przyznać, że ktoś tu udawał, wciągając nas w niby to życiową historyjkę o niezwykle szczęśliwym małżeństwie z czternastoletnim stażem, które - pomijając spojlery - udaje się na weekend z przyjaciółmi i w czasie tego wyjazdu przeżyje parę dziwnych chwil. Jeśli ktoś zrozumiał z filmu, po co to komu było, to gratuluję. Kiedy zaczęła się końcowa lista płac, odniosłem wrażenie, że to jakiś słabszy produkt Lyncha, tworzącego nie na zwykłych dla niego psychotropach, lecz na bigosie i ruskich. W męża wcielił się McHale znany z Community, eksponujący muskulaturę, jakby na plan filmu wracał z kręcenia pornosów dla gejów. W ogóle ta produkcja wygląda, jakby paru drugoplanowych aktorów postanowiło zrealizować pragnienie udziału w pełnym metrażu, do tego odbiegającym od sztampy. Poważnie wątpię, że ten film będzie dla kogokolwiek z obsady trampoliną do aktorskiej sławy, choć na pewno nie jest schematyczny. Są momenty, kiedy naprawdę nie wiemy, czego możemy się spodziewać w dalszym ciągu, co byłoby super, gdyby nie to, że scenarzyści też nie wiedzieli, więc zakończyli historię mało sensownym happy endem z jednym trupem po drodze. Bywały bardziej krwawe happy endy...

czwartek, 28 października 2021

Diuna czyli Dune

O, cholera - pomyślałem spoglądając na okno jaśniejące świtem. No nic, czytam dalej, rzekłem sobie w myślach. Chodziło rzecz jasna o Diunę Herberta - pierwsze moje z nią zetknięcie. Dzisiaj trudniej mi sobie wyobrazić nastolatka, który zarywa noc pochłaniając książkę. Samego porno na Pornhubie jest tyle, że można by oglądać ponad sto pięćdziesiąt lat bez przerwy, a to przecież jedna z niewielu podniet. Czy można być na bieżąco z ofertą księgarską? Filmową? Muzyczną? Naukową? Teatralną? Sto pięćdziesiąt lat Pornhuba staje się śmiesznie małym ułamkiem czasu, który należałoby zainwestować w przyswajanie dzieł kultury dawnej i współczesnej. Szansa, że kogoś dzisiaj przyciągnie książka pod tytułem Diuna jest znacznie mniejsza, niż wtedy, gdy ja miałem ją w ręku po raz pierwszy. Film jest bezpieczniejszy, jeśli chodzi o możliwość zarwania nocy. Często w kinie zdarza mi się analizować, suflować reżyserowi, aby poprawił tę scenę, wyciął inną lub znalazł innego aktora. Najlepiej jest wtedy, gdy nie mam na to ochoty, co zdarzyło mi się na tym filmie. Wchłonęła mnie ta historia całkowicie, choć przecież dobrze ją znam. Świetna strona wizualna, niesamowita oprawa muzyczna, znakomita obsada i ów niezwykły patos, który ani przez chwilę nie nuży. Kto liczy na humorek z pierwszej trylogii Gwiezdnych wojen, przejedzie się na tym filmie jak Rodowicz na kucyku. Część uroku scenografii polega na jej surowości, to nie Barok, lecz klasycyzm. Nie jestem w stanie wczuć się w widza nieznającego tej historii, choć bardzo chciałbym, by możliwe było na chwilę wyłączyć sobie część pamięci, by móc oglądać ze świeżym umysłem. Opowieść Herberta to przeniesienie realiów feudalnych w kosmos, jest cesarz zwany padyszachem, są jego wasale, a wszyscy układają intrygi, zawierając dorywcze sojusze, „plany wewnątrz planów w planach”. Atrydzi wydają się najmniej umoczeni w tej galaktyce zdrad i spisków, choć lojalność Jessiki, nałożnicy księcia Leto, wydaje się wątpliwa, skoro jest ona członkinią potężnego zakonu żeńskiego Bene Gesserit, w którym nie chodzi o celibat i modły, lecz o realizację dalekosiężnych planów. Główną postacią jest Paul, syn Leto i Jessiki, który według książki naprawdę ma być młodziankiem, więc postanowiłem przestać marudzić na Chalameta, do którego, poza tą chłopięcością, żadnych uwag krytycznych nie mam. Za Paulem w Diunie Lyncha też szczególnie nie przepadałem, bo MacLachlan ani był chłopięcy, ani był typem męskim. Już bardziej przypadł mi do gustu Paul z serialu, ale to była produkcja drugoligowa. Szczegół z filmu: już na początku wspomina się o wielkim znaczeniu przyprawy, bogactwa naturalnego występującego tylko na planecie Arrakis, oddanej Atrydom w lenno. Przyprawa potrzebna jest między innymi nawigatorom Gildii Kosmicznej, monopolisty w zakresie podróży międzygwiezdnych. Jeśli dobrze pamiętam, w książce jest to jedna z tajemnic skrywanych przez Gildię, a tymczasem w filmie, bum, wypaplali na samym wstępie. Dobrze, że nie wpadli na pomysł wplątania do filmu fragmentów historii Paula spisanej przez jego późniejszą żonę. „Igrek! Igrek! Igrek! - brzmi refren. - Milion śmierci za mało było dla Igreka!” - to do przeczytania jedynie w książce (kto czytał lub oglądał, wie o jakiego Igreka chodzi). Sfilmowano jakieś czterysta z sześciuset stron pierwszego tomu wieloksiągu. Wiem, bo sprawdziłem, choć wcześniej wydawało mi się, że zostało dużo więcej, a to z tej przyczyny, że przed nami naprawdę spektakularne akcje z „paskudztwem” Alią i pięknym Feydem-Rauthą, cudownym młodzieńcem z linii Harkonnenów. Powieściowy cykl Diuny to sześć tomów (pomijam te napisane po śmierci Herberta), więc jeśli będzie popyt, to być może doczekam się ekranizacji Boga Imperatora. O, Boże Imperatorze, spraw, abyśmy cię ujrzeli na srebrnym ekranie!

Wielki apetyt czyli Da E

Nadwaga, bulimia, nietolerancja wobec płciowo niestandardowych zachowań... Chiny mówią nam: my też mamy problemy pierwszego świata. To może powinniśmy nie stosować do tego filmu taryfy ulgowej, skoro przynależność do pierwszego świata jest jakimś zobowiązaniem. Jiang Ying-Juan ma problem, bo jest otyła i ulega naciskowi otoczenia z matką na czele, że powinna nad sobą popracować. Próbuje tego i tamtego, miota się i nic. Zdaje się, że niektórzy z nas nie mogą tak po prostu wziąć się w garść i zmienić się na lepsze. „Na lepsze” napisałem z przekąsem, bo czy powinniśmy tak lekko korzystać z prawa do oceniania innych ludzi, kiedy w zasadzie ich rzekome niedoskonałości nie mają żadnego wpływu na nasze życie? Zwłaszcza kiedy te defekty są praktycznie poza kontrolą nieszczęśników nimi dotkniętych. W tym sensie film mądrze podchodzi do tematu, choć - jak to zwykle bywa z mądrością - lekko przynudza. Lekko znudzeni doceniliśmy.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger