Nie wiem po co ten tytuł

              

środa, 2 czerwca 2021

Anonimowi heretycy (Katie Henry)

Po kolejnej rodzinnej przeprowadzce niewierzący, bliski pełnoletniości Michael trafia do szkoły katolickiej. Dla dyrekcji to nie problem, ważne, żeby czesne wpływało. Wśród uczniów mają również Aviego, niepraktykującego żyda. Michael szybko odnajduje bliskie mu towarzystwo z tytułowego nieformalnego i niejawnego kółka. Nie chodzi o ateistów, a raczej o osoby kontestujące standardowy katolicyzm. Książka wpisuje się w schemacik opowieści o dojrzewaniu, pierwszych miłościach, problemach w szkole i w rodzinie. To nie szkodzi, jeśli nadzienie do foremki jest strawne, a tu jest. Można nawet docenić mądrość jednego z wątków - ojca, który chce swoim dzieciom oszczędzić traumy własnego dzieciństwa, ale krzywdzi je na inny sposób. Atakiem na religię książka nie jest, raczej na pewne formy religijności, które sam chętnie bym wykopał w kosmos. To mój prywatny pogląd, bo zapewne osoby wierzące mogłyby się poczuć urażone na przykład tym, że Michael nie docenił komentarza katoliczki Lucy o znaczeniu gościnności, jaka jest opiewana w rozdziale 19 Księgi Sędziów. Powieść jest dobra o tyle, że nie żałuję czasu na nią poświęconego, ale to nie typ lektury, kiedy doznajesz poczucia obcowania z tajemnicą bytu. Lub choćby jakąś tajemniczką mniejszej rangi. Szachownice Punnetta [5016], czyli rozrywka Sophie, młodszej siostry Michaela, to zdecydowanie za mało. Broniąc swej wiary Lucy wspomina Magnificat, czyli słowa ciężarnej Maryi, tu w wersji z Biblii Warszawskiej.
Bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, i święte jest imię jego.
A miłosierdzie jego z pokolenia w pokolenie nad tymi, którzy się go boją.
Okazał moc ramieniem swoim, rozproszył pysznych z zamysłów ich serc,
Strącił władców z tronów, a wywyższył poniżonych,
Łaknących nasycił dobrami, a bogaczy odprawił z niczym.
Gdybym był prawdziwie wierzącym kardynałem lub papieżem, to miałbym pewne podstawy do obaw. Lucy chce nas przekonać o rewolucyjnym przesłaniu tych słów, ale jakże wygodnie dla wszystkich rządzących i bogacących się kosztem innych - sprawiedliwości stanie się zadość dopiero w życiu przyszłym. W ten sposób chrześcijaństwo pod pozorem głoszenia szlachetnych haseł o równości mogło przez wieki do dziś funkcjonować jako wsteczna siła podtrzymująca status quo, bez względu na to czy obejmowało ono niewolnictwo, pańszczyznę, czy inne formy wyzysku lub nierówności.

[111]
W szkole podstawowej ułożyłem listę religii od najbardziej do najmniej przekonujących i przedstawiłem ją na wieczerzy wigilijnej, skutkiem czego babcia wrzuciła na tacę w kościele pieniądze, które miałem dostać pod choinkę.

[1821, mówi Sophia, siostra Michaela, w czasie Święta Dziękczynienia]
— I chciałam sprawdzić, co się stało z Wampanoagami, plemieniem, które uczestniczyło w pierwszym Święcie Dziękczynienia, i internet twierdzi, że koniec końców większość członków tego plemienia zabito lub sprzedano w niewolę. — Wzięła połowiczny wdech. — Lubię indyka i lubię paradę, ale to święto jest naprawdę smutne i trochę nie rozumiem, dlaczego je obchodzimy.

[2827, Lucy - żarliwa katoliczka]
W ogóle nie brałem pod uwagę, że Lucy mogłaby pić. Wydawało mi się, że to jedna z tych rzeczy, których nie zrobi, chociaż wiedziałem, że katolicki Jezus nie mógł mieć żadnego problemu z alkoholem, skoro jego krew to alkohol.

[3025]
„Jesteś zadowalającą istotą ludzką”
W taki sposób Lucy skomplementowała na fejsie Connora, kolegę ze szkoły, co miała zrobić w czasie gry „pytanie czy wyzwanie”.

[5294]
Przebaczyłem ojcu to, że mnie tu zaciągnął. Zacząłem przebaczać ojcowi Peterowi i wszystkim w świętej Klarze to, co zrobili.
Zabawna wpadka tłumacza (i redaktora). Słowo „ojcowi” występuje w języku polskim (np. ojcowi rodzice), ale to nie ten przypadek. Poza tym, czy naprawdę mówi się „przebaczam ci to"? Ok, mówi się, ale na tyle rzadko, że brzmi dziwnie.

A weź się ubogać duchowo!

Bardzo łatwo to zrobić, wystarczy odwiedzić generator mądrości Deepaka Chopry, który produkuje pseudo-cytaty z tego mędrca. Kto potrafi odróżnić cytat autentyczny od wyprodukowanego przez generator, niech pierwszy mnie porazi kwantową świadomością drugiego rzędu.

Inseminarium duchowne (Zbigniew Sawicki)

Na wszelki wypadek podkreślę, że ja się nie znam i że składanie literek idzie mi dobrze, ale w głębszych sensach słaby jestem. Słowo „inseminarium” sam sobie wymyśliłem wiele lat temu, ale pretensji do praw autorskich nie zgłaszam. Podobno styl to człowiek, więc jeśli to prawda, to Sawicki jest schizofreniczną hybrydą, o czym świadczy to, że książka składa się z wielu, bardzo stylistycznie niejednorodnych części. W „Maluczkich w Panu uduchowienie”, moim ulubionym „opowiadaniu”, mamy fajerwerki ironii i sarkazmu, a tuż potem „Matkę «Przeora»”, tekst z klasycznym narratorem wszechwiedzącym i to z pointą! Pornograficzny! Czyż to nie piękne? Następnie „Jaja żmijowe”, jakaś niepojęta młodopolska kolonoskopia mózgu, na swój sposób urocza. Każdy z rozdziałów jest opatrzony cytatem z Paula C., pięknym wielce, jakby wziętym z jakiegoś sieciowego generatora. Myśl przewodnia to chyba na pewno poniekąd religia? Są tu obrazoburcze akcenty, nawet mocny akapit o Kościele, matce naszej, ale na pewno nie jest to ateistyczna agitka. Przy czytaniu ubaw miałem dobry, ale zupełnie bym się nie zdziwił skrajnie inną oceną. To chyba fachowo nazywa się efektem Rashōmon, prawda? (A dlaczego ludzie polskojęzyczni wtrącają słowo „prawda” w swoich wypowiedziach? A nie na przykład „modrogrzbiecik tęposterny”? Dziwne, że tutaj o tym wspominam, modrogrzbiecik tęposterny?)

[431]
Gdzieś tam, pośród coraz intensywniejszych majaków, mignęło jej, by im doradzić, że na nadmiar energii pomaga onazizm (zob. przypis 12), jak mawiał jej trener od gimnastyki.

Przypis 12: Onazizm – ćwiczenie woli i charakteru zalecane szczególnie odkrywcom trotylu w samolotowej kiełbasie; do uprawiania judeoaseptycznego, tj. ręką lewą, w nerwowej stójce, dla poskromienia porannego moczowo-patriotycznego wzwodu modlitewnego (po uprzednim wyrecytowaniu ulotki organizacyjnej) jednocześnie z naprzemiennym żegnaniem się i oddawaniem salutu rzymskiego ręką niezajętą usuwaniem złogów ciała.

[439]
A tu, jak trwoga, to to, jakby płynące z jakiejś góry Kazanie na Śniadanie (zob. przypis 13), które teraz rozbrzmiewa w jej głowie, wygłaszane przez Sędziego Głównego gderliwym głosem sędziego głównego.

Przypis 13: Śniadan (właśc. Sznadan) – pagór w ciepłym kraju, kopiec bardziej, z którego śnięty od upału samozwańczy Prorok staszczył objawione dekrety, jako to: „Nie cudzołóż (cheba że muszysz)” albo: „Zabijaj tylko narodzonych (cheba że nie muszysz), nienarodzonych nie zabijaj”, na co rozbawieni współplemieńcy, że takie, intelektualnie za trudne dla nich do ogarnięcia, to im sztywnymi od cukru pejsami wedle szwanca merdają.

[3027, co mają zagrać na pogrzebie]
(...) niechby zagrali owi Nine Inch Nails to ich She’s Gone Away z trzeciej części Miasteczka Twin Peaks. (...) Niezgorzej odmalowali w zwolnionym tempie ową niszczycielsko ozdrowieńczą dla Gatunku, pełną mistycznego żaru, porywającą szarżę Jeźdźców Apokalipsy Böcklina, którym Bóg dał władzę, by z umiłowania Dobra „zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez dzikie zwierzęta” (Ap 6,8) dla zapewnienia Chrystusowi panowania nad siłami Zła.

wtorek, 25 maja 2021

Eurowizja 2021

Ja to się tym w ogóle nie przejmuję i mam spokój - taki komentarz miałem pod którymś z tekstów o Eurowizji. Trochę przyłączam się do tej opinii, co nie znaczy, że Eurowizja mnie nudzi. Przed 2014 unikałem Eurowizji jak anioł smoły piekielnej, a gdyby ktoś mi z fusów przepowiedział, że będę się na niej za parę lat nieźle bawił, to bym dopytał, czy też wygram w lotka i to bez wydawania na kupony. Rzuciłem okiem na ranking i stwierdziłem, że nie jest tak źle, bo często wygrywają niezłe utwory spoza mainstreamu, którym jest euro-happy-pop, mam na myśli Jamalę, Sobrala i Laurence'a. Ciekawe, czemuż to w tym roku Eurowizję olali Słowacja, Węgry, Białoruś (jest opisana w wikipedii, he he, piosenka polityczna - stwierdzili apolitycznie organizatorzy) oraz Watykan. Może też mają problem z selekcją, jak Polska, i stwierdzili, że nie ma się z czym pchać? Podobno najlepszy polski kandydat ostatnich lat, czyli Szpak, został przepchnięty szturmem internautów, wbrew woli wysokiego gremium decyzyjnego. Tulia w 2019 była propozycją oryginalną, choć te panie są zaskakująco nużące w swojej wokalnej manierze, a w tym roku zapewne chcieliśmy się wpisać w średnią, i cóż, wyszło średnio i po katolicku, bo już w następnym numerze półfinału męski balecik Mołdawianki Gordienko ociekał seksem, czyli całkiem inaczej niż u Brzozowskiego. Uwielbiam tych instrumentalnie traktowanych facetów. Polska nie jest seksowna i nawet nie stara się być. A teraz bardziej szczegółowe impresje ułożone w listę.
  • Belgowie, czyli Hooverphonic, to rzadka okoliczność, że znam wykonawcę przed jego występem na Eurowizji. Mało tego, ja ich uwielbiam za album Jackie Cane. Od razu wiedziałem, że przepadną, choć mieli przyzwoitą piosenkę w swoim stylu. Również portugalski zespół The Black Mamba jest podobno znany w świecie, choć nie moim. Fajny wokal, niezły kawałek w stylu The Beatles, jak zauważył Kwiatek.
  • Litwini, czyli The Roop, pokazali, jak połączyć świetny show z przyjemną muzyką.
  • Medal imienia Miecia Szcześniaka przyznaję Francuzce Barbarze Pravi za bezkompromisowe podejście „ja tu śpiewam i przeżywam - i to jest mój show”. Przypomnijmy, że medal dostałby zwycięski Sobral, gdybym go rozdawał w zeszłych latach. A jeśli do finału wszedłby Gruzin Tornike Kipriani, to też miałby medal Szcześniaka.
  • Kto szorował dno rankingu? Brytol James Newman, mężczyzna Rubensa, który dostał zero. ZERO - za piosenkę, która nie powalała, ale wcale nie była zła. Lubię takie sekcje dęte, jak w tym kawałku, a podobna była u Niemca Jendrika, też z dna tabeli, co nieco bardziej ogarniam. Jendrik to chłopiec uśmiechnięty i sympatyczny, ale jak, dziewczynko, skończyłaś dziesięć lat, to już zbyt dojrzała jesteś na tę twórczość.
  • Łotewka Samanta Tīna z drugiego półfinału w tym roku stanowi największą rozbieżność między moimi pozytywnymi wrażeniami a oceną jury i publiczności. Określenie jej propozycji jako popu na poziomie światowym jest trochę przesadne, ale cóż, podbiła obydwie moje półkule.
  • Na ogół występy przedstawicieli jury krajowych są nudne, ale, Boshe moj, ten Islandczyk był naprawdę śmieszny!!! Był lepszy nawet od Afro-Holendra Jeangu Macrooya śpiewającego w pidżynie.
  • Zwycięzca w punktacji jury, Szwajcar Gjon's Tears, to rzeczywiście najlepszy wokal tego roku. Jakby Pavarotti zaszedł w ciążę z Celine Dion, to by urodzili Gjona.
  • Wygrana Włochów, czyli Måneskin, cieszy mnie, bo ja mam duszę bardziej rockową niż popową. Taką muzykę grało się pięćdziesiąt lat temu w czasach Led Zeppelin i, proszę, już mamy ją na Eurowizji. (Z tego punktu widzenia rapper Flo Rida w utworze Sanmarinianki Senhit wydaje się wtryskiem mocno przedwczesnym.) Ostro grali też Finowie, taki klon Evanescence.
  • Ucieszył mnie dobry wynik ukraińskiego Go A. Widać, że to ludzie z charyzmą, podobnie jak Rosjanka Maniża. Wielu innych wykonawców wyglądało przy nich jak ciastko z foremki czyichś wyobrażeń o sukcesie na Eurowizji z umizgami do najbardziej miałkiego, czyli szwedzkiego, popu.
  • Ogólna koncepcja, czyli prowadzący i spektakle ekstra to były nuuudy... Gwiazdy sprzed lat występują na dachach, a wcześniej udzielają wywiadów, które postawiłbym jako wzorzec banału w Sèvres. Tak być nie musi, co pokazała Ukraina w 2017. Miała wprawdzie dobry sztab pomocników z zewnątrz, ale umiała ich dobrze wykorzystać, co też jest sztuką.

Apologeci mówią

And Jesus said unto them, "And whom do you say that I am?" They replied, "You are the eschatological manifestation of the ground of our being, the ontological foundation of the context of our very selfhood revealed." And Jesus replied, "What?."

Quotation of the minute z infidels.org.

Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla? (Janina Bąk)

Na matematyce może znam się nieźle, ale ze statystyki jestem noga, taka, wiecie, jedna z pięciu, które średnio mam, kiedy idę z moim pająkiem Wackiem na spacer. Czy przeczytanie tej książki coś zmieni w zakresie mojej identyfikacji z odnóżami? Trochę tak, ale nie do końca: nadal noga, ale już taka mniejsza, motyla noga. Marzy mi się niemożliwy podręcznik do statystyki, pisany z użyciem wzorów, ale w niepowtarzalnym stylu Janiny Bąk. Jeden z moich kolegów swego czasu zagłębił się w pewne matematyczne rozważania, mózg jego opuścił zwykłe rejony doczesności, a z ust jego płynęły frazy w rodzaju: „a teraz ta funkcja separuje nam te ciulowe punkty od pozostałych”. Doczesność nie zbulwersowała się przesadnie, bo żadna wrażliwa koleżanka nie miała szczęścia znaleźć się w pobliżu. Nie wiem, czy Janina Bąk jest wybitną statystyczką, ale nie ulega wątpliwości, że jest genialną facecjonistką, miary Billa Brysona, jeśli nie większej. Książkę wypełniają porównania i peryfrazy cięte jak głowy w rewolucji francuskiej, z których część tylko odnosi się do tematu głównego, czyli statystyki jako metody dociekania prawdy w naukach empirycznych. Oczywiście o wielu rzeczach już wiedziałem wcześniej, na przykład o tym, że korelacja często nie oznacza związku przyczynowego (przykład: w czasie spaceru moknę prawie zawsze wtedy, gdy tworzą się kałuże - co tu jest przyczyną czego?), bo jest jeszcze parę innych możliwości. W przyzwoitym omówieniu błędów poznawczych nie powinno zabraknąć efektu Forera, o którym już wspomniałem. Mnie ten efekt kojarzy się z horoskopami pisanymi na tyle ogólnikowo, że mało kto powie o nich, że to bzdury. Julia Sweeney wspomina, że jako nastolatka czytała swoje horoskopy dla znaku Panna, dokładnie odpowiadające jej wyobrażeniom o sobie. Mając lat bodaj trzynaście usłyszała, że jej prawdziwym znakiem zodiaku jest Waga, bo fałszując datę urodzin mama (nadmieńmy, że gorliwa katoliczka) mogła wysłać ją wcześniej do przedszkola. Zaczęłam więc czytać horoskopy dla Wag, które również pasowały do mnie jak ulał - wyznaje Julia. Część dowcipów Janiny wymaga znajomości angielskiego, bez którego nie rozbawi nas odkrycie irlandzkich studentów, że Polish people eat a lot of yaykos [2971]. Jak ktoś ma nastrój do zabawy, to doceni również żart wydawcy ebuka: „patrz przypis na str. 265”. Na północy Serengeti, tuż obok rosochatego hebanowca, leży kupa słonia, a pod nią spoczywa kamień, którym możesz, drogi wydawco, puknąć się w główkę, jeśli byłbyś tak miły.

[502, o artykule, który zapoczątkował ruch proepidemiczny]
Wszystko zaś ułożyło się w naprawdę sensowną całość, gdy okazało się, że Wakefield otrzymał za publikację swojego artykułu 435 000 funtów od prawników, którzy działali w imieniu rodziców domagających się odszkodowań za rzekome szkody wywołane przez szczepionki. Niemniej z pewnym smutkiem muszę odnotować, że to wszystko wiemy nie dzięki wybitnemu zaangażowaniu naukowego świata, ale dzięki dziennikarskiemu śledztwu, które przeprowadził Brian Deer z „The Sunday Times”. 

[585]
Bo wiecie, mój mąż, Wojciech, to chłopiec miły, grzeczny, ale jednak z politechniki. A w życiu najbardziej ceni sobie precyzję. Pochylmy wspólnie głowy, by uczcić tych bohaterów, którzy nigdy nie usłyszeli zakończenia historii opowiadanych przez mojego męża, bo po drodze umarli ze starości. Wojtuś wychodzi bowiem z założenia, że historie należy opowiadać dokładnie, precyzyjnie, a im więcej po drodze można wymienić szczegółów, tym lepiej.

[656]
Wynik [ankiety na Facebooku] może być szczególnie niemiarodajny, jeśli w owej ankiecie pytamy o kluczowe przekonania i opinie. A to ze względu na coś, co nazywamy HOMOFILIĄ W SIECIACH SPOŁECZNYCH. Co po ludzku oznacza tyle, że wykazujemy tendencję do przyjaźnienia się z ludźmi, którzy mają podobne upodobania, poglądy i opinie do naszych. Tak, to te słynne bańki, w których żyjemy.

[791]
[W 1967 roku] opublikowano osobiste dzienniki Malinowskiego z jego wypraw. Treść tych zapisków nie pozostawiała żadnych złudzeń. No raczej nie zaprosilibyśmy go na herbatkę do własnej cioci (cudzej w sumie też nie). Ten (jak dotychczas się wydawało) otwarty, tolerancyjny badacz, zakochany w idei zrozumienia drugiego człowieka i odmiennej kultury, okazał się megalomanem o skrajnie rasistowskich poglądach.

[927]
Pierwsze zajęcia w roku akademickim zawsze były dla mnie trudne, a to głównie za sprawą miejsca, gdzie odbywała się owa pedagogiczna prywatka, rewia najdoskonalszych popisów w zakresie szkolnictwa wyższego i prywatny benefis mojego edukacyjnego geniuszu, czyli że za sprawą Irlandii. Takie zajęcia trzeba było bowiem zaczynać od sprawdzenia obecności, a to zawsze trauma. Z jakiegoś powodu Amnesty International nigdy nie chciało przyznać, że nazywanie dzieci Aoibheann, Caoilfhionn czy Feidhlimidh jest wyrazem prowadzonej przez Irlandczyków polityki nienawiści wobec innych narodowości. Choć tak po prawdzie to to nie jest jakiś ogromny kłopot, bo czytanie irlandzkich imion wymaga jedynie odrobiny intuicji. Na przykład takie przyjemne imię jak Méadhbh czyta się dokładnie tak, jak się pisze, tj. Maeve.

[1214]
Boże mój, człowiek zaczyna analizować ten wykres z niemowlakiem na rękach, a gdy kończy, to ten ma pretensje, że nie przyszło się na jego osiemnastkę.
[1295]
Jedną z najwspanialszych inicjatyw fundacji [Smarter Poland założonej przez Przemysława Biecka] jest coroczny konkurs na Najgorszy Wykres Roku. To w sumie takie Złote Maliny statystyki, tylko że w internecie, dzięki czemu nikt z nas nie musi wychodzić z piwnicy do tego niebezpiecznego świata (zwanego też prawdziwym), w którym nikt nie śmieje się z wybornego żartu o tym, że wchodzi całka oznaczona do pociągu, a to nie jej przedział.

[1835]
Moim ulubionym błędem poznawczym jest zaś haptic metaphor effect, który występuje nie tylko w badaniach ankietowych, lecz także jest tak szalenie interesującym błędem, że bezapelacyjnie zasługuje na przytoczenie w tej książce. Występuje on mianowicie wtedy, kiedy na nasze odpowiedzi wpływają… dotyk i wszelkie fizyczne odczucia. Na przykład jeśli chwilę przed spotkaniem z inną osobą potrzymamy w dłoniach gorący napój, to częściej ocenimy naszego towarzysza jako osobę o ciepłym usposobieniu, niż gdybyśmy sobie przed tym spotkaniem potrzymali kostki lodu.

[1839]
(...) daleka byłabym od rezygnacji z tego powodu z badań ankietowych. W końcu gdybyśmy to zrobili, to nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że 11% (z 2392 ankietowanych) Amerykanów myśli, że HTML to choroba przenoszona drogą płciową.

[2520]
Istnieje wiele prostych narzędzi statystycznych, które rozwiązują ten problem, a których Bennett zapomniał zastosować (charakteryzują się tym, że mają długie nazwy: poprawka Bonferroniego, poprawka Holma-Bonferroniego czy procedura Benjaminiego-Hochberga). Myślcie o tych narzędziach jak o niezwykle skutecznych plastrach na krwawiącą ranę błędnych analiz. Serio, bo jak tylko Bennett i jego naukowa drużyna zastosowali odpowiednią korektę do swoich obliczeń, to mózg łososia natychmiast wrócił do prawidłowego, bardzo martwego stanu.
Bennett odkrył, że martwy łosoś w fMRI reaguje na obrazy podsuwane mu przed oczy. Martwy łosoś zapewne zmartwiłby się tym akapitem, w którym jest sprzeczność. W końcu Bennett zapomniał o poprawkach, czy je zastosował?

[2762]
Doskonale pokazuje to [czyli efekt autorytetu] przykład Elisabeth Holmes, bohaterki jednego z większych skandali w Dolinie Krzemowej. Od 2004 roku oszukiwała inwestorów, opinię publiczną, partnerów biznesowych i media. Twierdziła, że skonstruowany przez nią niewielki aparat o nazwie Edison będzie w stanie wykonywać ponad 270 testów diagnostycznych z kilku kropli krwi kapilarnej. Zainteresowanym polecam doskonały dokument o tej historii Wynalazczyni: Dolina Krzemowa w kropli krwi (2019) dostępny na HBO.

[2852]
Musimy zacząć się komunikować w sposób pozbawiony pogardy, nawet w przypadku najdziwniejszych teorii, niepewności i pytań. WSZAK HISTORIA NIE ZNA TAKICH PRZYPADKÓW, ŻE KTOŚ SIĘ CZEGOŚ NAUCZYŁ, BO GO UPOKORZYLIŚMY.

[3526, przypis 62]
Ja rozumiem, że łabędzie nie pływają po morzu, ale tym bardziej czyni to tę metaforę tragiczną.
Zgadzamy się. Ale tylko do momentu, kiedy zauważymy, że chodzi o łabędzia gumowego.

wtorek, 4 maja 2021

Whiplash

Oskarowy film sprzed siedmiu lat o Andrew, początkującym perkusiście jazzowym, i Fletcherze, sadystycznym nauczycielu w najlepszej szkole dla muzyków jazzowych w kraju. Metoda Fletchera ma dopingować młodych ludzi do pracy nad sobą, ale nie ulega wątpliwości, że przekracza on granice. Przez połowę czasu oglądamy dość techniczne aspekty doskonalenia warsztatu muzycznego. Dla laików takich jak ja jest to lekko nużące, a dla profesjonalistów - zgaduję, że śmieszne. Jazz nie jest moją fascynacją, ale akurat Caravan Armstronga, wałkowany w filmie, jest jednym z moich ulubionych standardów. Na drodze kariery Andrew wydarzają się różne wypadki, w tym samochodowe. Nie zdradzę, czy się w końcu podda, ale ostatecznie dojdzie do jego konfrontacji z Fletcherem, która skończy już poza filmem, więc widz może sobie pofantazjować. Jako osobnik małostkowy nie pobiegłbym do nich z życzeniami wielu lat życia w łasce bożej, bo obaj bohaterowie są antypatyczni. Film wywołał u mnie parę skojarzeń z życia i nie tylko. Mojej wychowawczyni z liceum daleko było do Fletchera, ale bywała okropną jedzą. Nie wiem, czy w ten sposób kogokolwiek do czegokolwiek zmotywowała, ale jedno jest pewne: nie wspominam tego czasu miło. Mam od tamtych lat awersję do określenia „wychowawca”, a wychowawczy efekt tej pani jest taki, że stała się dla mnie antywzorem. Inne wspomnienie to miła polonistka, która była uczennicą starszej polonistki uczącej w tym samym liceum. Jak wiadomo, można znaleźć klucz do serca każdej polonistki. W przypadku tej starszej były to fantazje typu „obudziłam się jako Zosia w Soplicowie”, prowokujące tę młodszą do kpin, do czego by nie doszło, gdyby starsza choć trochę przypominała Fletchera. Kolejne skojarzenie to Dyrygent Wajdy. Jak pamiętamy, kiedy młody i narwany Seweryn musiał oddać batutę miłemu, starszemu, ale uznanemu Gielgudowi, atmosfera się od razu poprawiła, a z nią - efekt artystyczny. Wniosek: nie trzeba być Fletcherem, żeby osiągnąć satysfakcjonujący rezultat. Z małym zastrzeżeniem: Fletcher chciał kształtować indywidualności, co nie było ambicją miłego Gielguda. Ostatnie skojarzenie: to.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger