Nie wiem po co ten tytuł

              

poniedziałek, 15 lutego 2021

Bridgertonowie (serial)

Jeszcze parę takich seriali, a młodzi ludzie przestaną rozumieć, na czym polegała opresja czarnoskórych, skoro w serialu są diukami i hrabiami, nawet królowa brytyjska jest etniczna. Pominąwszy kolor skóry, epoka jest pruderyjna w całej krasie, panna z dobrego domu nie może być całowana, już jej wyjście do ogrodu w pojedynkę może zszargać jej reputację. Pannę Phoebe rozumiemy doskonale, bo któż nie chciałby zszargać sobie reputacji z Simonem Bassetem, diukiem Hastings?


W pewnym momencie o rękę panny Phoebe stara się pruski książę, skoligacony z brytyjską rodziną królewską. Książę waha się, czy warto podejmować próby, skoro panna wydaje się zainteresowana innym. You are a prince. Charm her! - pada polecenie z ust królowej.

sobota, 6 lutego 2021

Ginczanka. Przepis na prostotę życia (Teatr Łaźnia Nowa online)

Nazwisko, a raczej pseudonim obiło mi się o jedno ucho, i gdyby na decyzji, czy obejrzeć, miało zaważyć moje zaciekawienie postacią międzywojennej młodziutkiej poetki, to grzecznie bym odmówił. A jednak obejrzałem. Teraz jest moment trudny, bo to przedstawienie zrobiło ze mną to, co „Szał uniesień” z Zapolską. Dlatego ograniczę się do stwierdzenia, że spektakl jest wybitny, a Agnieszka Przepiórska w roli głównej i jedynej - genialna. Zwłaszcza gdy woła: ja! ja! ja!

Solaris w Teatrze Ludowym

Teatry zeszły do internetu, ideał sięgnął bruku, ale żeby się za bardzo nie upaprać, postanowili, że spektakle będą dostępne tylko przez bardzo ograniczony czas, dóbka i cześć. Dobrze, że obraz idzie z wielu kamer, mamy więc coś w stylu teatru telewizji. Możemy więc popatrzeć z bliska na aktorów, którzy przeżywają. A przeżywają bardzo, dużo bardziej, niżby to wynikało z książki Lema. Udał się pomysł na obsadę kobiecą, podobała mi się ta zadziorna Harey (zupełnie nie ta „melodramatyczna cipunia” z filmu Soderbergha), a i Snow jako kobieta wypada super, choć w pewnym momencie znużyła mnie jej trudna relacja z matką. Oglądając spektakl doświadczyłem swoistego, kulturalnego rozdwojenia. Z jednej strony niewątpliwie wziąłem udział w zjawisku kulturalnym, a drugiej - słuchałem dialogów nafaszerowanych „kurwami”. No to teraz, kurwa, pytam, czy się prawidłowo ukulturalniłem. Liczę na kulturalne odpowiedzi.

Barakah Meets Barakah czyli Barakah yoqabil Barakah

Głęboka i wszechstronna jest moja niewiedza o Arabii Saudyjskiej. Mógłbym nawet być dumnym z tego gruntownego braku znajomości realiów życia w tym dziwnym kraju, który jest prawdziwą monarchią (nie jakąś żałosną jej namiastką z przydomkiem „konstytucyjna”), gdyby nie to, że podobny poziom rozeznania w tym temacie ma ponad trzydzieści milionów moich rodaków. Po obejrzeniu filmu nie mogę mieć pewności, że uzyskałem rzetelną wiedzę, skoro ten produkt przeszedł przez sito wewnętrznej kontroli, a wiemy przecież, że tego rodzaju władza nie pozwoli sobie na daleko posuniętą krytykę. W filmie krytyka lekką jest, ale jest, co lekko dziwi. Czego dotyczy? Głównie nadmiernej kontroli „dobrych” obyczajów, której nie było jeszcze jakieś pół stulecia wcześniej. Gdyby to pominąć, mielibyśmy dość banalną historyjkę romansu młodego mężczyzny z gwiazdą Instagrama o jednako brzmiących imionach - za to z niesztampowym zakończeniem. Mężczyzna pracuje jako - mutatis mutandis - strażnik miejski, a po godzinach występuje na deskach dość amatorskiego teatru w roli Ofelii. Hm, w starej, poczciwej Europie Ofelię odgrywali mężczyźni, ale chyba mniej brodaci. Dzisiaj znowu grywają, ale wciąż bardziej w ramach koncepcyjnej awangardy, a nie rutynowo. Z kolei instagramerka jest o tyle odmienna od koleżanek z Zachodu, że nie pokazuje twarzy. Jednym ze stereotypów krajów islamskich jest podporządkowanie kobiet mężczyznom. Czy film potwierdza stereotyp? W pewnym stopniu tak, choć - jak widzimy - bywają pyskate te kobiety, zwłaszcza w zaciszu domowym. To ja dziękuję za takie zacisze.

Elegia dla bidoków czyli Hillbilly Elegy

Dobrze, że wcześniej zapoznałem się z omówieniem tego filmu, więc się nie zdziwiłem. A mógłbym się zdziwić mocno, bo chyba nie są moim omamem te opinie o książce, że wyjaśnia fenomen Trumpa i jego poparcia u amerykańskiej biedoty. Jeśli coś takiego jest w książce, to prawie nic z tego nie przeniknęło do filmu, który jest opowieścią o niezbyt szczęśliwej rodzinie z prowincji. W tym sensie jest to za prosta historia, której nie da się odpicować na poważną analizę polityczną, czy też społeczno-gospodarczą. Mam w pamięci zdarzenie ze szkoły podstawowej, w której na lekcjach polskiego pani katowała nas, czyli mniej więcej dwunasto-, trzynastolatków, problemami przemian społecznych i ekonomicznych w XIX wieku. Wywołana do odpowiedzi na taki temat Adrianka wstała i milczała przez pięć minut. Taka właśnie wypowiedź Adrianki znakomicie podsumowałaby wkład filmu w dyskurs polityczny o dzisiejszych SZA. Trochę przesadzam, nie? W jednej ze scen pobrzmiewa wyższość elit wobec prowincji, z której chce wyrwać się J.D., świeżo po studiach w Yale. Jakkolwiek stwierdzenie, że Trump to elita, jest paradoksalnie głęboko prawdziwe, było jakieś pięć minut w 2016 roku, kiedy mogło się wydawać inaczej. I to mogło zadecydować o jego wygranej. „Bidok” z polskiego tytułu ma odpowiadać angielskiemu „hillbilly”, protekcjonalnemu określeniu prostego człowieka z prowincji – dyskusyjne. Główny problem rodzinny J.D. Vance'a to niezrównoważona matka narkomanka. Czy to coś specyficznego dla prowincji? Dopóki ktoś nie pokaże mi jakichś statystyk, będę uważał, że nie. Oglądany jako dramat rodzinny film wypada nieźle. Niesamowita jest ta Glenn Close, kojarząca się z rolami kobiet wyrafinowanych, a tutaj na wskroś małomiasteczkowa babcia z Appalachów. Zazwyczaj w filmach amerykańskich jest ten moment, kiedy jeden z bohaterów przytacza parabolę o niezwykłej, metaforycznej głębi (za wiele z tych scen przyznaję w duchu Złote Maliny lub Węże). A tu nic, ale nie szkodzi, bo dzięki temu rośnie wrażenie autentyczności. Jeśli się pamięta niektóre filmy Jarmuscha, a w dodatku posłucha pogadanek Kulinskiego, to obraz amerykańskiej biedy nas nie zdziwi. Film nie jest laurką, choć garść informacji rzucona przed napisami końcowymi powinna nas pokrzepić. Ta amerykańska prowincja nie wygląda jednak tak ponuro... Przy okazji sprawdziłem sobie polskie synonimy słowa „prowincjonalny”, które wiąże się z zacofaniem, prostactwem i tym podobnymi. Biedna polska prowincja przypomina polski seks, o którym da się mówić tylko wulgarnie lub naukowo, tertium non datur.

Puk, puk czyli Toc Toc

Pięcioro osobników ze swoistymi psychicznymi defektami przychodzi na konsultacje do doktora Palomero. System nawalił, wszyscy dostali ten sam termin wizyty, ale nawalił też doktor, który wraca z daleka opóźnionym lotem. Pacjenci zaczynają więc sesję terapeutyczną na własną rękę. Cóż to za defekty? Zespół Tourette'a, fobia przed drobnoustrojami, maniakalne liczenie (jakby odwrócona dyskalkulia), unikanie stawiania stóp na liniach, natręctwo sprawdzania stanu mieszkania i kompulsywna potrzeba powtarzania każdego zdania dwa razy. Sześć przypadłości, sześć postaci, a siódma - to moja niechęć do wprowadzania zmian w pisanym tekście, który zacząłem od błędnej informacji. Komedia cieszy się szalonym powodzeniem wśród widzów, więc dziwnie mi trochę mówić, że zdecydowanie odradzam oglądanie. Postaci są całkiem określone przez te swoje natręctwa i wariactwa. Jakoś szybko zaczęła mnie nudzić ta dewotka czyniąca co chwilę znak krzyża w reakcji na wulgarne wyskoki gościa z Tourettem, czy ta bidulka, która co chwilę biegnie do łazienki myć ręce. Komediom wybaczam wiele, nie muszą być szczególnie mądre, a postaci w nich nie muszą być wyrafinowane. Infantylizmu wybaczyć nie umiem, a z nim tu mamy do czynienia - trochę w odniesieniu do tematu chorób psychicznych, ale głównie w zakresie konstrukcji postaci nakreślonych ręką czterolatka. A co gorsza, to nie jest film dla dzieci.

Dziwniejsza historia (Remigiusz Ryziński)

Chyba nic nie poradzę na to, że jakoś mało mnie obchodzi życie gejów i amatorów seksu homo przed drugą wojną, w jej trakcie i po. Coś tam wiem, a to, czego nie wiedziałem, a o czym w książce mogłem przeczytać, raczej mało wstrząsające jest. Homoseksualizmu starano się nie zauważać, zwłaszcza w PRL-u, bo to przecież jakiś burżuazyjny wymysł. Oczywiście służby specjalne lubiły gromadzić notatki na temat nietypowej orientacji seksualnej, bo zawsze jest poręcznie mieć haka na kogoś. Kwestię homoseksualizmu w czasach przedwojennych zdarzyło się poruszyć Miłoszowi, który sugerował, że funkcjonowało wówczas coś w rodzaju „don't ask, don't tell”. Józio Czechowicz pomieszkiwał ze swoim kuzynem, co Miłosz skwitował „powiedzmy, że to był kuzyn”. Najciekawsze okazały się relacje o czasach okupacji, kiedy miłość analna przekraczała podziały między okupowanymi a okupantami. No cóż, mundury od Hugo Bossa to niezły rodzaj fetysza. To rzecz gustu, że niezbyt mi się podoba konstrukcja książki. Byłaby zapewne dobra jako scenariusz filmu, gdzie skaczemy z ujęcia do ujęcia. Czasami podążamy za autorem w ślepe uliczki, jak historia morderstwa oficera milicji na tle seksualnym. Gdyby była jedną z pięciu, zrobiłaby wrażenie. Jest jedną ze stu i na tym polega nieszczęście. Wzmianka o polskiej Policji Kobiecej (pisała o niej „nawet prasa zagraniczna, bywały wzmianki lokalne” [941]) sama w sobie interesująca, ale słabo się rymuje z resztą. Lepiej dla książki byłoby, gdyby autor skupił się na dwóch, trzech nietuzinkowych postaciach starszych gejów, którzy wspominają dawne czasy. Jeśli książka jest kompromisem między autorem a redaktorem, to w tym przypadku zawalił redaktor, bo autor pokazał bez wątpienia, że potrafi pisać dobrze.

[670, w czasie okupacji w Warszawie]
Tymczasem do Café Otto niemiecki oficer mógł przyjść i prawie oficjalnie chłopaka jakiegoś poderwać.

[757]
Od 1932 roku mundury dla SS i dla Hitlerjugend projektowano i szyto w fabryce Hugo Bossa. Żeby zaspokoić ogromne zapotrzebowanie, korzystano z pracy niewolniczej. Po wojnie projektant stanął przed trybunałem, który zasądził karę stu tysięcy marek.

W 1948 roku Hugo Boss zmarł, a firma zajęła się produkcją garniturów.

[797]
Volksdeutsch R. dokonywał czynów na swoich praktykantach.

W obecności żony.

W tym samym pokoju.

W tym samym łóżku.

Gdy ona spała.

Było to możliwe, bo żona nie wiedziała, że takie rzeczy istnieją, a chłopcy bali się kary.

– Jeśli tego nie zrobisz, wyślę cię na roboty do Niemiec – mówił rolnik R.

Żona spała, a chłopiec nie.

Sprawy te skończyły się procesami.

Rolnik R. dostał dwa lata więzienia. Uwzględniono okoliczności łagodzące. W końcu to byli tylko Polacy. Walter G. odwrotnie, nie dość, że dokonywał czynów homoseksualnych, które były karalne, ale co gorsza, robił to z Polakiem, co wskazywało na zupełny upadek i brak elementarnej godności.

Gwałceni praktykanci volksdeutscha R. dostali po cztery lata.

[1154]
Według opinii Heinricha Himmlera seksualność człowieka nie jest sprawą prywatną, ale ma znaczenie dla państwa, bo „dotyczy życia i śmierci narodu”. Dlatego homoseksualiści byli ścigani tak samo jak kobiety dokonujące aborcji, która też była zakazana.

Na podstawie paragrafu 175 w latach 1931–1945 zginęło około pięćdziesięciu tysięcy mężczyzn.

Został zniesiony w 1994 roku.

[1176, opowieść Michała]
– Mój znajomy po marszu śmierci trafił do szpitala, potem zaczął studiować i mniej więcej po roku szukał matki tego swojego zaprzyjaźnionego współwięźnia. Trafił do niej i zaczął jej opowiadać, co się stało. Okazało się, że ta matka była hitlerówką i kiedy usłyszała, co się stało, zaczęła skakać z radości, że jej homoseksualny syn nie żyje.

[2167]
W 1934 roku wyszła w Polsce książka Alfreda Adlera Homoseksualizm. Trening erotyczny i erotyczny odwrót.

Na okładce przedstawiono autora jako profesora w Cambridge i Wiedniu. Nie wspomniano, że był też niegdyś przyjacielem i uczniem Freuda, ale zamieszczono hasłowo tematy omawianego problemu, a tu między innymi: sadyzm i masochizm, fetyszyzm i ekshibicjonizm, neurastenia płciowa i nekrofilia. 

Homoseksualizm – według Adlera – był chorobą wynikającą z niskiej oceny samego siebie oraz z pierwotnego odrzucenia przez ojca. Mowa tu naturalnie o chłopcach. Lesbijki, jak uczył jeszcze Freud, nie istniały, a to ze względu na ogólnoludzkie dążenie do posiadania penisa, który symbolizuje władzę oraz pełnię człowieczeństwa. Niemożliwym jest przecież, żeby ktoś nie chciał posiadać władzy oraz pełni człowieczeństwa, a więc lesbijek nie ma.

Adler włączył jednak ostatecznie i wbrew Freudowi lesbijki do szeregu perwertów chodzących swobodnie po ziemi. Ich przypadłość także określał chorobą, którą – dziękować bogom – można i należy leczyć.

[3798, opinia Huberta]
– Antysemityzm istnieje, w różnych formach, od zburzenia świątyni w Jerozolimie, przez Rzymian i początki diaspory. Kazimierz Wielki pozwolił Żydom żyć w Polsce, nie z litości, ale aby zaludnić miasta zniszczone przez Tatarów. Ta polska tolerancja to propaganda, królowie i magnaci ich chronili, bo Żydzi umieli pisać, znali tabliczkę mnożenia i byli potrzebni. Wiedzieli, co się dzieje na świecie, i mieli kuzynów od Lizbony do Indii czy nawet Chin. Ich wiara i ich język to była ich siła i wcale nie chcieli tej siły stracić. To był układ donnant-donnant, ochrona za usługi i nikomu nie przychodziło do głowy, aby z Żydów robić Polaków.

[3893, mówi Hubert]
– Te czterdzieści lat z Carlosem to było bardzo dobre życie. Może dlatego, że ja mam taki dobry charakter. Ja jestem przyzwyczajony żyć z Baranami. Moja matka była Baran, moja siostra jest Baran i Carlos Baran.
Ja jestem Wodnikiem. Cechą zodiakalną Wodników jest pogląd, że znaki zodiaku są idiotycznym wymysłem.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger