Nie wiem po co ten tytuł

              

sobota, 6 lutego 2021

Puk, puk czyli Toc Toc

Pięcioro osobników ze swoistymi psychicznymi defektami przychodzi na konsultacje do doktora Palomero. System nawalił, wszyscy dostali ten sam termin wizyty, ale nawalił też doktor, który wraca z daleka opóźnionym lotem. Pacjenci zaczynają więc sesję terapeutyczną na własną rękę. Cóż to za defekty? Zespół Tourette'a, fobia przed drobnoustrojami, maniakalne liczenie (jakby odwrócona dyskalkulia), unikanie stawiania stóp na liniach, natręctwo sprawdzania stanu mieszkania i kompulsywna potrzeba powtarzania każdego zdania dwa razy. Sześć przypadłości, sześć postaci, a siódma - to moja niechęć do wprowadzania zmian w pisanym tekście, który zacząłem od błędnej informacji. Komedia cieszy się szalonym powodzeniem wśród widzów, więc dziwnie mi trochę mówić, że zdecydowanie odradzam oglądanie. Postaci są całkiem określone przez te swoje natręctwa i wariactwa. Jakoś szybko zaczęła mnie nudzić ta dewotka czyniąca co chwilę znak krzyża w reakcji na wulgarne wyskoki gościa z Tourettem, czy ta bidulka, która co chwilę biegnie do łazienki myć ręce. Komediom wybaczam wiele, nie muszą być szczególnie mądre, a postaci w nich nie muszą być wyrafinowane. Infantylizmu wybaczyć nie umiem, a z nim tu mamy do czynienia - trochę w odniesieniu do tematu chorób psychicznych, ale głównie w zakresie konstrukcji postaci nakreślonych ręką czterolatka. A co gorsza, to nie jest film dla dzieci.

Dziwniejsza historia (Remigiusz Ryziński)

Chyba nic nie poradzę na to, że jakoś mało mnie obchodzi życie gejów i amatorów seksu homo przed drugą wojną, w jej trakcie i po. Coś tam wiem, a to, czego nie wiedziałem, a o czym w książce mogłem przeczytać, raczej mało wstrząsające jest. Homoseksualizmu starano się nie zauważać, zwłaszcza w PRL-u, bo to przecież jakiś burżuazyjny wymysł. Oczywiście służby specjalne lubiły gromadzić notatki na temat nietypowej orientacji seksualnej, bo zawsze jest poręcznie mieć haka na kogoś. Kwestię homoseksualizmu w czasach przedwojennych zdarzyło się poruszyć Miłoszowi, który sugerował, że funkcjonowało wówczas coś w rodzaju „don't ask, don't tell”. Józio Czechowicz pomieszkiwał ze swoim kuzynem, co Miłosz skwitował „powiedzmy, że to był kuzyn”. Najciekawsze okazały się relacje o czasach okupacji, kiedy miłość analna przekraczała podziały między okupowanymi a okupantami. No cóż, mundury od Hugo Bossa to niezły rodzaj fetysza. To rzecz gustu, że niezbyt mi się podoba konstrukcja książki. Byłaby zapewne dobra jako scenariusz filmu, gdzie skaczemy z ujęcia do ujęcia. Czasami podążamy za autorem w ślepe uliczki, jak historia morderstwa oficera milicji na tle seksualnym. Gdyby była jedną z pięciu, zrobiłaby wrażenie. Jest jedną ze stu i na tym polega nieszczęście. Wzmianka o polskiej Policji Kobiecej (pisała o niej „nawet prasa zagraniczna, bywały wzmianki lokalne” [941]) sama w sobie interesująca, ale słabo się rymuje z resztą. Lepiej dla książki byłoby, gdyby autor skupił się na dwóch, trzech nietuzinkowych postaciach starszych gejów, którzy wspominają dawne czasy. Jeśli książka jest kompromisem między autorem a redaktorem, to w tym przypadku zawalił redaktor, bo autor pokazał bez wątpienia, że potrafi pisać dobrze.

[670, w czasie okupacji w Warszawie]
Tymczasem do Café Otto niemiecki oficer mógł przyjść i prawie oficjalnie chłopaka jakiegoś poderwać.

[757]
Od 1932 roku mundury dla SS i dla Hitlerjugend projektowano i szyto w fabryce Hugo Bossa. Żeby zaspokoić ogromne zapotrzebowanie, korzystano z pracy niewolniczej. Po wojnie projektant stanął przed trybunałem, który zasądził karę stu tysięcy marek.

W 1948 roku Hugo Boss zmarł, a firma zajęła się produkcją garniturów.

[797]
Volksdeutsch R. dokonywał czynów na swoich praktykantach.

W obecności żony.

W tym samym pokoju.

W tym samym łóżku.

Gdy ona spała.

Było to możliwe, bo żona nie wiedziała, że takie rzeczy istnieją, a chłopcy bali się kary.

– Jeśli tego nie zrobisz, wyślę cię na roboty do Niemiec – mówił rolnik R.

Żona spała, a chłopiec nie.

Sprawy te skończyły się procesami.

Rolnik R. dostał dwa lata więzienia. Uwzględniono okoliczności łagodzące. W końcu to byli tylko Polacy. Walter G. odwrotnie, nie dość, że dokonywał czynów homoseksualnych, które były karalne, ale co gorsza, robił to z Polakiem, co wskazywało na zupełny upadek i brak elementarnej godności.

Gwałceni praktykanci volksdeutscha R. dostali po cztery lata.

[1154]
Według opinii Heinricha Himmlera seksualność człowieka nie jest sprawą prywatną, ale ma znaczenie dla państwa, bo „dotyczy życia i śmierci narodu”. Dlatego homoseksualiści byli ścigani tak samo jak kobiety dokonujące aborcji, która też była zakazana.

Na podstawie paragrafu 175 w latach 1931–1945 zginęło około pięćdziesięciu tysięcy mężczyzn.

Został zniesiony w 1994 roku.

[1176, opowieść Michała]
– Mój znajomy po marszu śmierci trafił do szpitala, potem zaczął studiować i mniej więcej po roku szukał matki tego swojego zaprzyjaźnionego współwięźnia. Trafił do niej i zaczął jej opowiadać, co się stało. Okazało się, że ta matka była hitlerówką i kiedy usłyszała, co się stało, zaczęła skakać z radości, że jej homoseksualny syn nie żyje.

[2167]
W 1934 roku wyszła w Polsce książka Alfreda Adlera Homoseksualizm. Trening erotyczny i erotyczny odwrót.

Na okładce przedstawiono autora jako profesora w Cambridge i Wiedniu. Nie wspomniano, że był też niegdyś przyjacielem i uczniem Freuda, ale zamieszczono hasłowo tematy omawianego problemu, a tu między innymi: sadyzm i masochizm, fetyszyzm i ekshibicjonizm, neurastenia płciowa i nekrofilia. 

Homoseksualizm – według Adlera – był chorobą wynikającą z niskiej oceny samego siebie oraz z pierwotnego odrzucenia przez ojca. Mowa tu naturalnie o chłopcach. Lesbijki, jak uczył jeszcze Freud, nie istniały, a to ze względu na ogólnoludzkie dążenie do posiadania penisa, który symbolizuje władzę oraz pełnię człowieczeństwa. Niemożliwym jest przecież, żeby ktoś nie chciał posiadać władzy oraz pełni człowieczeństwa, a więc lesbijek nie ma.

Adler włączył jednak ostatecznie i wbrew Freudowi lesbijki do szeregu perwertów chodzących swobodnie po ziemi. Ich przypadłość także określał chorobą, którą – dziękować bogom – można i należy leczyć.

[3798, opinia Huberta]
– Antysemityzm istnieje, w różnych formach, od zburzenia świątyni w Jerozolimie, przez Rzymian i początki diaspory. Kazimierz Wielki pozwolił Żydom żyć w Polsce, nie z litości, ale aby zaludnić miasta zniszczone przez Tatarów. Ta polska tolerancja to propaganda, królowie i magnaci ich chronili, bo Żydzi umieli pisać, znali tabliczkę mnożenia i byli potrzebni. Wiedzieli, co się dzieje na świecie, i mieli kuzynów od Lizbony do Indii czy nawet Chin. Ich wiara i ich język to była ich siła i wcale nie chcieli tej siły stracić. To był układ donnant-donnant, ochrona za usługi i nikomu nie przychodziło do głowy, aby z Żydów robić Polaków.

[3893, mówi Hubert]
– Te czterdzieści lat z Carlosem to było bardzo dobre życie. Może dlatego, że ja mam taki dobry charakter. Ja jestem przyzwyczajony żyć z Baranami. Moja matka była Baran, moja siostra jest Baran i Carlos Baran.
Ja jestem Wodnikiem. Cechą zodiakalną Wodników jest pogląd, że znaki zodiaku są idiotycznym wymysłem.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Daleko od Reykjavíku czyli Héraðið

Po tym filmie mając w pamięci inny, Kobieta idzie na wojnę, zasadne jest podejrzewać, że Islandczycy lubią kobiety z cojones. Tym razem chodzi o świeżą wdowę Ingę, która do niedawna razem z mężem tyrała przy krowach na islandzkiej prowincji. Lokalnym potentatem jest Kooperatywa, spółdzielnia rolników założona po koniec XIX wieku. Inicjatywa miała szczytne cele, ale z biegiem czasu wyrodzila się w monopol, a nawet gorzej - w paramafijną organizację, która pilnuje swoich interesów. Nikt nie broni rolnikom zamawiać farby poza sklepem Kooperatywy, ale gdy to wyjdzie na jaw, ograniczone zostaną zamówienia u słabiej podporządkowanych. A w sklepie oczywiście marża policzona jest hojnie. Słusznie imponują nam postaci takie jak Inga, które wiele ryzykują ujawniając niemiłą prawdę. Inna niemiła okoliczność jest taka, że rozwalenie Kooperatywy wcale nie oznacza końca kłopotów. Chcecie, by przyjechali tu ludzie ze stolicy i postawili domki letniskowe? - pyta szef Kooperatywy. Interesującą fobia. Mało holiłódzki to film, więc i zakończenie mało holiłódzkie, a za to bliższe życia. Poeta onegdaj chwytał życie za brzeg listka, ale w tym filmie wdeptujemy w życie jak w krowi placek. I jakiś czas jeszcze będziemy chodzić w butach umazanych życiem.

Zenek

Część filmu przespałem. Przyśnił mi się pan Kleks, który z kosmosu tłumaczył mi, że Zenek wcale nie jest nudnym filmem, ale trzeba go oglądać będąc fanem Zenka Martyniuka lub pragnąc zrozumieć, jak dość przeciętny wokalista przez serce prezesa Kurskiego dotarł do tylu Polaków uważających go za gwiazdę. Pierwsza opcja w moim przypadku nie wchodzi w grę, a druga jest mało atrakcyjna. Mniej więcej rozumiem, dlaczego lud polski woli słuchać prostych melodii z tekstem niewymagającym namysłu, zamiast dociekać na przykład, czemu Anna Jopek nie będzie spętana w zwoje czyjegoś mózgu, a Katarzynie Nosowskiej pies zjadł z życia ostatni sezon. Ludu polski, wybacz mi, że nie przyłączę się do ciebie w podziwie dla Zenka. Słuchając pana Kleksa przysnąłem i wtedy we śnie ujrzałem gmin polski z wypiekami na twarzy czytający Ulissesa, podczas gdy w tle rozbrzmiewa drugi koncert wiolonczelowy Pendereckiego. A kiedy się obudziłem, rzekłem sobie: ja chyba śnię. Już w czasie tegorocznego pobytu nad polskim morzem coś mi nie grało. Coś tu nie gra, ta myśl snuła się od jelit po czaszkę. No tak, to disco polo nie grało z żadnego stoiska z balonami i watami cukrowymi. No więc tego...

Tajemnica szczęścia czyli Secretul fericirii

Lepiej nie czytać opisu z filmwebu, skąd dowiemy się, do czego zmierza akcja po pierwszej połowie filmu, w której Tom namawia przyjaciela Davida i żonę Anę, aby się ze sobą przespali. Niby to potem Tom prześpi się z żoną Davida i w ten sposób urozmaicą sobie życie seksualne. Okazuje się, że to tylko gra pozorów, na którą poświęcono blisko pół filmu, trochę za dużo, bo w pewnym momencie naprawdę mieliśmy dość tych namolnych namów na zamianę partnerów z jednej strony oraz nieustannego oporu z drugiej. W przeciwieństwie do filmwebu zachowam dyskrecję, zdradzę jedynie, że do końca będziemy mieli tylko tych troje rozgadanych bohaterów, bo to najwyraźniej ekranizacja dramatu scenicznego. Jak zwykle w filmach rumuńskich jest tu mój ulubiony rodzaj aktorstwa, w którym unika się sztuczności i przerysowań. Tego wieczoru szczęścia bohaterowie raczej nie zaznają, klimat jest nieco podobny do Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, choć trochę też w duchu kryminałów do przeczytania w pięć minut, jakie pamiętam z peerelowskich czasopism. W jednym z nich pewien gość poczęstował drugiego kawą, ten wypił i poczuł dziwny smak. Wówczas pierwszy wytłumaczył, że to trucizna, wyjawił motyw i malowniczo opisał męki przedśmiertne zachęcając otrutego do samobójstwa. Po fakcie okazało się, że w kawie była zwykła sól. W drugim opowiadanku dwie kobiety lecą samolotem i zaczynają pogawędkę o swoich mężach. Od słowa do słowa okazuje się, że poślubiły tego samego faceta. Jeśli się przećwiczyło odpowiednią liczbę takich fabułek, nie zakończenie filmu będzie dla nas zaskakujące, lecz to, że można zrobić tak wciągający i jednocześnie skromny film. Przy okazji zauważyliśmy, że Rumunia zalicza się do krajów „kurwy”, w których to słowo używane jest w znaczeniu słowiańskim.

Wyspa Róży czyli L'incredibile storia dell'isola delle Rose

Historia istotnie niesamowita. Pod koniec lat sześćdziesiątych Giorgio Rosa zbudował własną platformę na wodach międzynarodowych niedaleko Rimini, w ten sposób tworząc terytorium niezależne od jakiegokolwiek państwa. Przynajmniej w teorii, bo gdyby rzeczywiście uznać platformę za osobne państwo, to proste sankcje w rodzaju zamknięcia granic szybko by je wykończyło. Na Wyspie Róży mieli swoją słodką wodę, ale przecież nie żywność czy system opieki zdrowotnej. Nocami widzimy oświetlenie, lecz z filmu się nie dowiemy, jak to było możliwe. Jakiś czas wcześniej Giorgia wkurzyły włoskie regulacje dotyczące awiacji i pojazdów lądowych, dlatego postanowił uniezależnić się od represyjnego państwa, które przez jakiś czas sprawę ignorowało, ale później przystąpiło do poważnych działań z użyciem pancernika z Wenecji. Dochodzi do próby, w której jedna ze stron - wiadomo, która - zwycięży moralnie. Odtąd będą chodzić po świecie niczym ocalony z Raportu z oblężonego miasta, „on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania/ on będzie Miasto”. Był więc Giorgio Wyspą, uosobieniem pięknej, choć naiwnej tęsknoty za prawdziwą wolnością. W prawdziwym życiu marzenie Giorgia obróciłoby się w swoją karykaturę, być może bazę handlarzy narkotyków, a być może burdel dziecięcy dla funkcjonariuszy Watykanu. Nie każda wolność jest piękna, nieprawdaż.

Giń, 2020! czyli Death to 2020

Gdybyśmy my, ludzie, mieli trochę oleju w głowie, to przedłużylibyśmy rok 2019, a po nim od razu przeszli do 2021. Ale wtedy o czym byłby ten film pierdokumentalny? Tak można by przełożyć na polski angielskie „mockumentary”, czyli film prześmiewczo udający dokument. Sięgam pamięcią wstecz i przypominam sobie, że pierwszym dziełem pierdokumentalnym, z jakim się zetknąłem, był Zelig. Było coś takiego przed nim? W literaturze - oczywiście, ale zostawmy to. Wydarzenia z 2020 komentują różne postaci, dziennikarz, naukowiec, gospodyni domowa z SZA, brytyjska królowa, podejrzany historyk i nie tylko. Głównym tematem jest oczywiście pandemia, ale nie sposób pominąć innych zdarzeń, jak na przykład protestów w SZA po śmierci George'a Floyda i wyborów prezydenckich tamże. Reakcja Trumpa na wynik wyborów pasuje doskonale do tego rodzaju filmu. Cały Trump zresztą jest postacią jakby wyciętą z paszkwila. Do dzisiaj po mediach grasuje pani blondynka, która pełni rolę sekretarza prasowego prezydenta Trumpa, ale również łącznika sztabu wyborczego z prasą, przy czym obie te role są ściśle oddzielone. Zdarzyło się więc pani blondynce rzec, że to pytanie należy skierować do Białego Domu, kiedy akurat wypowiadała się jako rzeczniczka sztabu. Jedne z zabawniejszych scen w filmie to wystąpienia takiej podróbki pani blondynki, która ma własne argumenty i fakty. Rozbawił nas również naukowiec, któremu pod wypowiedzi podkładano bardzo kreatywne ilustracje filmowe. Szkoda, że tak blado wypadła przeciętniaczka ze Zjednoczonego Królestwa. Była przeciętna, bo może taki był zamierzony efekt? Po to, żeby o reszcie dało się powiedzieć, że jest powyżej przeciętnej?
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger