Nie wiem po co ten tytuł

              

sobota, 9 maja 2020

Nareszcie trafna diagnoza, prosimy o więcej

Moja rekomendacja dla Sądu Najwyższego w przedmiotowej kwestii rozpiździaju wyborczego

Z góry uprzedzam, że nie ja ją wymyśliłem, lecz szacowna głowa, której w tej chwili nie jestem w stanie przypisać do konkretnej osoby. Sąd Najwyższy wreszcie zaczyna odpowiadać standardom obecnej władzy, mającej pewne oczekiwania wobec instytucji państwowych, z których najważniejsze jest to, aby spełniać jej oczekiwania. SN ma uznać nieważność wyboru prezydenta po jutrzejszych „wyborach”. Władza zapomniała podać nazwisko wadliwie wybranego prezydenta, ale to można nadrobić. Ustalenie nazwiska zleci się młodszemu referentowi z biura zastępcy sekretarza stanu, który wyśle mail do SN. Jeśli referent zabaluje i skacowany nie wyśle, to SN miałby pole manewru, mógłby odrzucić sprawę jako organ pozbawiony kompetencji. Tak mi się wydawało do niedawna. Tymczasem przecież „wybory” nie zostały przez nikogo odwołane! Są prawnym faktem! Wobec tego ich wynik będzie taki, że każdy z kandydatów otrzymał tę samą liczbę głosów, więc wszyscy przechodzą do drugiej tury za dwa tygodnie. I to jest moja ulubiona interpretacja obecnej sytuacji. Niegdysiejsza koncepcja początków życia na naszej planecie zakładała istnienie zupy pierwotnej, w której wedle różnych ujęć pływały gotowe organy lub choćby aminokwasy. W sensie prawnym nasz kraj w szybkim tempie cofnął się do stanu owej zupy pierwotnej, która raczej nie jest krupnikiem rozstrzygnięć. Jest szambem, z którego są możliwe wynurzenia. Jestem tego najlepszym przykładem.

poniedziałek, 4 maja 2020

Starość aksolotla (Jacek Dukaj)

Niedawno narzekałem na powieść z gatunku space opera, w której brakowało mi szaleństwa. A przecież szaleństwo uwielbiamy - z niezbędnym zastrzeżeniem - jeśli jest zamknięte między okładkami ebooka lub między napisami wstępnymi i końcowymi. Szaleństwo wylewa się jednak poza te wąskie ramy, wsącza się w przepisy prawa podatkowego i eksploduje fajerwerkami politycznymi. Książka nowością wydawniczą nie jest, więc pozwolę sobie na coming out - mamo, tato, lubię rzodkiewkę. Wróć, coming out w kwestii bodźca czytelniczego, którym był belgijski serial Kierunek: Noc, niby na podstawie Dukaja. W moim rankingu ściem - mocna piąta pozycja. Historia o samolocie uciekającym przed zabójczym słońcem pojawia się w opowieści jako wzmianka na jednej z 247 stron, raczej jako miejska legenda, w której nie brał udziału żaden z bohaterów. Mówiąc po ludzku, serial jest spin-offem książki. Punkt startowy powieści to nasza niedaleka przyszłość, w której możliwe będzie sprzęganie mózgu z elektroniką, a nawet jego cyfryzacja, choć to technologia w powijakach. I taka musiała wystarczyć, kiedy w Ziemię uderzył śmiercionośny promień, który wyczyścił planetę z całej biosfery. Na pomysł przetransferowania się do sieci wpadł Grześ i paręnaście tysięcy innych osób, które rozpoczęły nowe, dziwne życie, w postaci fizycznej jedynie jako pasażerowie licznych maszyn z opcją zdalnego sterowania, które zostały po zagładzie. Świat zaludniły (tak jakby) transformery. Historia przyszłości podzielona jest na trzy części: tysiąc, dziesięć i sto tysięcy dni PostApo. Cyfrowy Grześ jest praktycznie nieśmiertelny, ale jak długo można to znosić? Szaleństwo nie polega tylko na katastrofalnej zmianie świata, wizja autora jest totalna, mamy wrażenie, że poznajemy tylko fragment wyobrażonego uniwersum, pełnego niespodzianek, z których tylko część nam ujawniono. Choćby ten morfeusz, czyli wyśniony przez transformery moduł snu, którego były pozbawione przez lata. Teraz mogą włączać go kręcąc potencjometrem od zera do stu, od niezakłóconej jawy do pełnego odlotu. I tu właśnie trzeba Dukaja, żeby opisać, jak to wpływa na percepcję. Albo ten cudowny pomysł ze zdziczałym botem IRS-u, który stał się u-botem. W szaleństwie Dukaja jest metoda, ale należy lojalnie ostrzec, że duża część fabuły, albo raczej języka, wisi na informatycznym żargonie. Dla mnie dialog typu
SoulEater emotnął pytajnik.
Grzesiu emotnął wzruszenie ramionami
. (57)
brzmi niczym Mickiewiczowska woda dysząca spod zielonych pleśni, ale w innych uszach będzie to zgrzyt metalu o szkło. Momentami przypomina mi Dukaj Raya Aldridge'a, autora świetnych opowiadań o stechnicyzowanym świecie przyszłości. Ale tylko momentami, bo jako autor jest niepodrabialny.

[22]
Addony do programów leczących z uzależnień potrafią całkowicie zmienić osobowość człowieka, łącznie z jego orientacją seksualną, genderem, poglądami politycznymi, wiarą religijną i tożsamością etniczną.

[62]
Trzymam się z daleka od pojebańców i linuxowców.

[116]
Pod kodem QR znajduje się program umożliwiający wydrukowanie figurek Star Troopera na drukarkach 3D
Należałoby wspomnieć, że to jest książka nie tylko z obrazkami, ale też z kodami QR prowadzącymi do muzyki i programów wspomnianych wyżej. Obrazki ładne, ale bez nich książka niewiele by straciła. Niby jotpeg wart jest tysiąca słów, ale to waluty niewymienne, o czym na przykład przekonała siebie (i nas) Szymborska w eseju o Vermeerze.

Pożegnanie z nocą czyli L'adieu à la nuit

Zapewne nie jest to film, który przejdzie do historii kina, nic w nim nowatorskiego, ani zaskakującego, ale według mnie porusza ważny temat. Do babki Muriel (Deneuve) przyjeżdża po dłuższym czasie wnuk Alex, który ku jej zaskoczeniu stał się pobożnym muzułmaninem. Historia rodzinna jest taka, że babka zastąpiła Alexowi matkę, kiedy ta zmarła, więc jej relacja z wnukiem ma charakter nieco specyficzny. Przewidywałem dwa sad endy - i trafiłem, więc fabuła nie jest wielce oryginalna. Najbardziej przejmujący moment nastąpił, gdy Fouad, wyleczony z fanatyzmu chłopak, powiedział Muriel, że już straciła wnuka, który pragnie zostać męczennikiem za ISIS. Mimo to Fouad próbuje jej pomóc, a z jakim skutkiem? - powiedzmy, że bez zgonów. Fanatyzm miewa różne odcienie, bywa polityczny, kiedy wiadomo-która partia ma rzeszę gorących zwolenników odpornych na krytykę obiektu ich afektu. Bywa religijny jak w przypadku Alexa, ale to dotyczy też wiadomo-którego radia, któremu wyznawczynie potrafią dla przykładu przekazać kwotę przeznaczoną na studia syna (przypadek mi znany). Sytuacja Muriel jest oczywiście ekstremalna, a jej główny dylemat polega na tym, jak dorosłemu człowiekowi wybić z głowy chore idee. Po dobroci się nie da, niestety.

sobota, 2 maja 2020

Pocztówki z Iranu. Pod skrzydlatym słońcem (Tomasz Larczyński)

Mniej niż autora interesuje mnie rodzaj zabudowy, choć nie można mu zarzucić, że bardzo się na tym skupia. Najciekawsze oczywiście są informacje o życiu mieszkańców Iranu pod szariackim butem, z licznymi nawiązaniami do historii tego kraju. Iran nie zapomniał o tym, że kiedyś był Persją, a dominującą tu niegdyś religią był zoroastryzm, od którego zresztą wywodzi się najważniejsze irańskie święto. Słabo tolerowane niedobitki zoroastrian nie wydały jeszcze w Iranie ostatniego tchnienia, a pozostałości dawnego kultu w postaci posągów nie są taką rzadkością. Trzeba też pamiętać, że ludność tego kraju to mozaika różnych narodowości, nie wszystkie mówią językiem perskim, który ma zresztą wiele narzeczy w samym Iranie i w krajach ościennych (Afgańczycy posługują się swoją perszczyzną, na realia polskie przekładam to sobie tak, że Śląsk - gdyby miał odrębną państwowość - miałby swoją odmianę języka polskiego). Większa część kraju to słona i spalona słońcem pustynia, zdaje się, że dawne cywilizacje umiały tu lepiej gospodarować wodą niż Republika Islamska, która dokonała tego, czego jeszcze niedawno nikt sobie w Iranie nie wyobrażał - całkowitego wysuszenia głównej rzeki Zajande. Cóż, jeśli się postanawia uprawiać ryż w suchym kraju, taki musi być koniec. Inna ciekawostka to irańskie meczety, które nie tyle są budowlami, a placami obwarowanymi ścianami, i to niekoniecznie czterema. Autor przypomniał mi o prawie Lewisa-Mogridge'a, które sprawdza się nawet na irańskich czternastopasmowych autostradach. (Mają rozmach, s....)

[54%, o podróży powrotnej, której etap polski wcale nie jest końcem przygód]
Można wracać wózkiem inwalidzkim z Kuala Lumpur z przesiadkami w Rio de Janeiro, Władywostoku i Kinszasie, a największe prawdopodobieństwo złapania jakiegoś zakrzywienia i tak czeka dopiero gdzieś w przykładowym Radomiu.

[65%, na równinie rzeki Zajande]
Nad polami co kawałek wznoszą się bogato zdobione, szerokie, gliniane wieże, gęste jak wiatraki na przedwojennych Żuławach, przypominające strażników doglądających miękkich łanów. Ich pochodzenie jest zresztą tyleż prozaiczne, co oryginalne – to ogromne, stare gołębniki służące do produkcji nawozu. W Persji nie marnowano cennej ziemi oazy na pastwiska dla bydła, stąd też dla podtrzymania plonów posiłkowano się właśnie ptakami, które w wewnętrznych ścianach wież, na specjalnie przygotowanych półkach zakładały gniazda, a gotowy towar wystarczyło zebrać z podłogi.

[68%, o robotnikach recytujących z pamięci Hafiza]
Czy sytuacja, w której robotnicy fabryczni znają na pamięć Mickiewicza, nie była przypadkiem marzeniem utopijnej lewicy? Iran to kraj, w którym tak właśnie bywa (to znaczy – nie z Mickiewiczem). Złe języki zaraz odpowiedzą, że przecież Islamska Republika ma tyle wspólnego z lewicowym projektem co Witold Waszczykowski ze sztuką dyplomacji, ale to raczej kwestia wielowiekowego zżycia perskiej poezji z ludem, a jeśli ajatollahowie coś tu od siebie dołożyli, to masową alfabetyzację, do czego przecież trudno się przyczepić.

[85%, zabawny opis pobytu w „turystycznym” Abarkuhu]
A kiedy jeszcze ta choinka pod płotem w końcu wykituje, w ogóle będzie dramat.
Najfajniejsze w tej w tej aspirującej do atrakcji turystycznej mieścinie były puste, ale drogie hotele, do których chcieli go zakwaterowąć. Z relacji autora wynika, że najczęściej sypiał w domach zwykłych ludzi, którzy chętnie zapraszali cudaka z innych stron świata, trochę z ciekawości, trochę z gościnności. Wspomniana „choinka” to cyprys-matuzalem, czterysta krzyżyków na karku.

[94%, o Hafizie, piewcy wina kpiącego z mułłów - to jakby Oscar Wilde był czczonym w Polsce autorem]
Nasz poeta tak naprawdę nazywał się Mohammad Szams ad-Din, hafiz to ktoś znający Koran na pamięć i umiejący go wyrecytować na siedem różnych sposobów intonacji. Mohammad zresztą znał ich ponoć aż 14. No cóż, jakoś zarabiać na życie w islamskim państwie trzeba.
Dlatego ponoć ze względu na ową „hafizowatość” nie został wygumkowany przez ajatollahów z kultury współczesnego Iranu.

[97%, skąd my to znamy?]
Tym razem podczas powrotu padło na komedię Jaszczurka (Marmoulak) Kemala Tabriziego [wyświetlaną w autokarze - G.]. Film leciał bez żadnych obcojęzycznych napisów, więc były pewne trudności ze zrozumieniem fabuły, ale ogólnie sprowadza się to do ucieczki drobnego złodziejaszka o tytułowej ksywie. Przebiera się on za mułłę i zaszywa się w przygranicznej wiosce, gdzie mimo że nie posiada teologicznego wykształcenia, wygaduje jakieś piramidalne bzdury, a ludzie i tak traktują go z nabożną czcią, bo przecież ma strój mułły (to znaczy ukradł go). Swoją drogą, mimo ideologicznie słusznego zakończenia, zaskakująco odważny film jak na oficjalną dystrybucję (produkt odwilży czasów Chatamiego, ale na DVD wciąż legalnie dostępny). Jak dla mnie to celna metafora właśnie dzisiejszego Iranu. Islamskiej Republiki, która, choć formalnie przepojona religią, to przecież znajduje się na takiej pozycji, że można w jej imię dokonać dowolnego wyboru.
(...)
W pewnym momencie miałem już tak dość IRIB [oficjalnego irańskiego kanału TV - G.] i wrestlingu, że odszukałem na satelicie (w tej górskiej wiosce!) TVP Info. Z ulgą włączyłem polską państwową telewizję, bo przecież przy wszystkich naszych narzekaniach na PiS-owski reżim obejrzenie czegoś, co zachowuje szeroko pojętą świeckość, jest prawdziwym oddechem wolności.

Tak założyłem, tymczasem pierwsze, na co się natknąłem, to transmisja obrad Konferencji Episkopatu Polski.

Richard mówi do widzenia czyli The Professor

Że u Richarda zdiagnozowano zaawansowanego raka, dowiadujemy się na samym początku filmu. Zostało mu pół roku bez leczenia, albo rok lub nieco dłużej w przeciwnym razie. Wybiera to pierwsze. Tytuł polski nie jest zły, mówi więcej od oryginalnego, a jedynie to „do widzenia” jest lekko chybione, bo zakłada możliwość ponownego spotkania po śmierci, co wcale takie oczywiste nie jest. Ale rozumiemy, taka konwencja, Terminator też mówił „hasta la vista”, a przecież nie miał na myśli umówienia się za tydzień z kimś, komu właśnie przedziurawił mózg. Pytanie, czy „do widzenia” Richarda jest frapujące lub poruszające. O swojej diagnozie nie mówi z początku nikomu poza przyjacielem z uczelni, więc nawet nieco się dziwimy, że tak łatwo tolerowane są dydaktyczne wybryki, jakich się dopuszcza wiedząc o chorobie. Uniwersytet wygląda bardzo szacownie, profesorowie pod krawatem, nie w polarowych bluzach, jak to często bywa na polskich ujotach. Alkohol i trawka w czasie zajęć? Niby szok, ale uchodzi, bo jak później się dowiadujemy, Richard ma stałą posadę, czyli jest nietykalny niczym szef NIK, organ konstytucyjny. Jeśli zaś o organy chodzi, to po latach przestają być nietykalne i wracają do użycia w układach niesakramentalnych i nie zawsze heteroseksualnych, co zobaczymy w dość zabawnej scenie. Im dalej, tym ckliwiej, bo Richardowi coraz ciężej wychodzi udawanie, że jest wsio ok. Nie powiem, że jego los mało mnie obszedł, ale jednak nieco mniej niż bohatera Inwazji barbarzyńców, filmu na bardzo podobny temat. Inna rzecz to Depp w roli głównej, któremu nie zarzucam złego aktorstwa, wręcz przeciwnie, ale w paru momentach było wrażenie, że znowu oglądam jego stare wygłupy. Klątwa Jacka Sparrowa.

Bohater ostatniej akcji czyli Last Action Hero

Czy tytułu nie należało przetłumaczyć raczej jako Ostatni bohater akcji? Kij z tym, bo w żadnej wersji tytułu nie widzę wielkiej wartości dodanej. Omawiany okaz to staroć, o którym mało kto wspomina, ale jakoś dziwnie się złożyło, że zapamiętałem ten film z czasów przedmultipleksowych, to była środa, trzy dni po wyginięciu dinozaurów. Dzisiaj do obejrzenia skłoniła mnie książka Saramago o śmierci w rozterce, bowiem w tym filmie śmierć jest również jednym z bohaterów. Jakie meandry fabuły sprowadziły tę postać do Nowego Jorku, tego nie wyjawię, za to bez ryzyka można zdradzić, że bardzo nam się spodobała interwencja Danny'ego w akcję Hamleta. Szekspir wiedział, co pisał, kiedy wspominał o śniących filozofach, którzy przecież nie mieli szans domyślić się tego, że wystarczy obsadzić Szwarcego w roli księcia i nie byłoby wtedy tych biadań i wahań. Parę serii z kałacha, dobrze podłożony dynamit i sprawa załatwiona. Danny to chłopiec, który uwielbia filmy o policjancie Jacku Slaterze, granym przez Szwarcego. Pod magicznym pretekstem wchodzi do świata filmu, gdzie panują swoiste filmowe reguły, ale kiedy bohaterom udaje się przedostać do naszego świata, okazuje się, że upadek z trzeciego piętra może być bolesny, a kula może naprawdę zranić. Film jest nieco infantylny, ale parę pomysłów z zabawą konwencjami filmowymi wyszło świetnie. Szwarcy jest taki jak to zwykle on, ale trochę szkoda, że chłopiec Danny to nie była kreacja aktorska na miarę Osmenta, choć ówże jako dorosły też oszałamiającej kariery nie robi. Jak wygląda życie takich dojrzałych facetów rozpamiętujących sukcesy z dzieciństwa - to temat na inny, potencjalnie niezły film.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger