Nie wiem po co ten tytuł

              

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Powróćmy jak za przyszłych lat czyli Mateusz Morawiecki mówi

Chcemy po świętach przedstawić pewien bardzo logiczny, uporządkowany, przedyskutowany z ekspertami i od zdrowia, i od gospodarki, i od spraw społecznych plan pewnego powrotu do nowej rzeczywistości gospodarczej, ponieważ ta dotychczasowa rzeczywistość, która była przed pandemią, ona przez długi czas, myślę, że może nawet przez lata nie wróci. Ale to nie znaczy, że nie mamy mieć nadziei. [X]
Ma rację, że kiedy mówi o „pewnym” powrocie, w sensie „swego rodzaju”, ale raczej nie „niewątpliwym”. Uwagę na to zwrócił niejaki Kaczyński, redaktor TVN, mówiąc, że liczy na to, że premier wyjaśni, jak się wraca do nowej sytuacji. Być może ten powrót będzie do tego stopnia swoisty, że żadnym powrotem nie będzie.

sobota, 11 kwietnia 2020

Bogowie pokazują klaty (Bill Gaston)

Od parudziesięciu lat literaci mają fobię na punkcie point, dlatego nie przepadam za opowiadaniami. W dobrej powieści pointa nie jest potrzebna, ale w opowiadaniu? W pozytywistycznych nowelach i w miesięczniku Fantastyka pointy to był obowiązek. Z większości opowiadań Gastona można by wyciąć ostatnią stronę i niewiele by to zmieniło. Po paru pierwszych tekstach w tym tomie poddałem się i zacząłem je czytać, jak gdyby były fragmentem większej całości. Polecam takie podejście. Tematyka orbituje wokół współczesnego realizmu, choć momentami jest to dalsza orbita, jak w tym Dziele w toku o absurdalnej i mało mnie obchodzącej próbie wytrzymałości między krytykiem a autorem. Ale to raczej wyjątek. Z książki wyniosłem terminy takie jak „awunkulat” i „koan”, wsłuchałem się w Pieśń burłaków wołżańskich oraz zapoznałem się z pisarzem Lowrym, który był bohaterem jednego z opowiadań, a raczej antagonistą zza grobu bohatera Leśnej ścieżki.
Lowry widział tam „delikatne światło i zieloność, światło dodało urody kobiecym liściom klonów okrągłolistnych, a młodziutkie listki olch błyszczały w słońcu jak gwiaździste kwiaty derenia”. I tak dalej, i tak dalej, w nieskończoność. [644]
Roztrząsana w posłowiu kwestia kanadyjskości autora obchodzi mnie w równym stopniu, co Real Madryt Marię Czubaszek. Jak stwierdziła, Realem Madryt interesuję się tak samo, jak mną interesuje się Real Madryt.

Dziewczyna z lilią czyli L'écume des jours

Pokochali się od pierwszego wejrzenia, odtąd się nie rozstawali, a rodzina i przyjaciele cieszyli się z ich szczęścia. Jedynym źródłem ich rozterki było, kto kogo bardziej kocha. Tak mniej więcej wygląda pierwsza część filmu. Mały szczegół: reżyserem jest Gondry, a podstawą scenariusza Piana dni Viana, więc nie może być zwyczajnie. Film zaczyna się od sceny w Centrum Zarządzania Rzeczywistością, w jasno oświetlonym pomieszczeniu wiele osób siedzi przy maszynach do pisania, które przesuwają się jak na taśmie fabrycznej. Ogłasza się, co następuje. Colin nie musi pracować, może tworzyć swoje wynalazki (głupawe nieco, bo skrzyżowanie pianina z szejkerem), ma piękny dom w centrum Paryża, w tym domu ma pomoc domową w osobie Nicolasa, który mu gotuje, a ma do dyspozycji dziesiątki urządzeń kuchennych, jakie nie śniły się zoofilom. Jeśli potrzebna jest frezarka do ubierania kabaczków w pestki granatu i dekorowania ich cynamonem, to na pewno ma ją Nicolas. Gdyby akurat skończył się anyż gwiazdkowy, Nicolas zapuka do telewizorka i dyżurny szef kuchni mu poda. Jest ponadto Pan Mysz, którego się nie przegania, a kysz, bo to przyjaciel rodziny. Rodziny? No właśnie, przypomniał sobie Colin, przecież jeszcze nie założyłem rodziny. Idzie więc na przyjęcie, poznaje Chloé i po niedługim, bajkowym narzeczeństwie biorą ślub. Wkrótce po ślubie okazuje się, że u Chloé rośnie w piersiach lilia wodna, rokowania są złe. To ten moment, kiedy pomyślałem, że polski tytuł jest wredny. Ma potencjał przyciągania romantycznych dusz, które się zdziwią mocno, nie tylko tym, że jeden z bohaterów jest zagorzałym miłośnikiem Jean-Sol Partre'a i nie nadąża z kupowaniem jego kolejnych publikacji, choć stara się usilnie. Po fast-forwardzie, w świecie wyzutym z barw, z pudła udającego trumnę martwe ciało zsuwa się do dołu w ziemi, a wspaniała niegdyś rezydencja Colina zapada się, niemal przygniatając Pana Mysz. Ktoś tu chyba nie pożył długo i szczęśliwie.

środa, 8 kwietnia 2020

Zabawmy się na śmierć

Przy okazji tematu, który poruszę, nawiązywanie do Postmana czy Watersa jest pomysłem nienajsilniejszym, ale przypadkiem pasuje jak ulał. Chodzi o te nieszczęsne wycieczkowce z pasażerami zarażonymi wirusem, których nie chce wpuścić na swoje terytorium żaden kraj. Nadzwyczaj asekurancka Panama zabroniła statkowi Zaandam nawet przepłynięcia przez kanał. Oczywiście docelowy port na Florydzie również odmawia przyjęcia jednostki. W Chinach życzą wrogom życia w ciekawych czasach. Głupolki, bo przecież jeśli ciekawe czasy przydarzą się wrogom, to nijak nie ominą życzących. [X]

Nadmiar Łaski czyli Troppa grazia

Podobno w Licheniu objawiła się Matka Boska i zagroziła, że jeśli nie stanie tu świątynia, to sama ją postawi. Gdyby do tego doszło, Dawkins z Palikotem poszliby tam z pielgrzymką? Zapewne nie, bo jeśli istnieje Bóg Ojciec i Syn, i Duch święty, to jeszcze nie wiadomo, czy są warci czci. Są poważne obiekcje, że nie. Niestety ludzie zmarnowali okazję i wznieśli ten sakralny gargamel. W filmie jest podobnie, Matka Boska objawia się Lucii i żąda postawienia kościoła tam, gdzie rusza budowa nowego osiedla. Lucia jest geodetką, która dokonuje pomiarów terenu, więc w sumie niewiele ma do powiedzenia. Niestety Maryi tak po prostu olać się nie da, bo Święta Rodzicielka chyba źle coś usłyszała z nauk Syna, który wcale nie mówił, że jak bliźniemu przywalisz w lewy policzek, to zaraz popraw w prawy. Oj, zdaje się, że Dzieciątko Jezus nieraz dostało od matki po tyłku. Objawienia widzi tylko Lucia, ale i tak namącą jej w życiu, które jest już dostatecznie skomplikowane po niedawnym rozstaniu z mężem (fajny dialog był przy tej okazji – z odwołaniem do Interstellara). Jak się można było spodziewać, plan Maryi się powiedzie, ale w bardzo pokrętny sposób. Jako włoska komedia film jest mało zaskakujący. Zaczyna się komediowo, a kończy ostro metafizycznie, a ponieważ w podstawówce metafizykę przeszedłem na naciąganych trójkach, to skorzystam z uniku i tematu nie rozwinę, rzekomo aby uniknąć spojlerów.

Ostatni cesarz czyli The Last Emperor

Nie pierwszy raz oglądam ten film w bs. („w bieżącym stuleciu”), ale ponad dziesięć lat już minęło od poprzedniego razu. Nie jest to dla mnie zwyczajny film, bo kiedy wszedł na ekrany w Polsce, poszedłem na niego pięć razy w ciągu dziesięciu dni. Przypadek niemal psychiatryczny. Dzisiaj spokojnie wystarczyłby mi jeden raz, co jest okazją do odnotowania oczywistości, że ten ja sprzed lat to był zupełnie inny człowiek. Film się troszkę zestarzał, choć oczywiście w swoim czasie był znakomity i zasłużenie zgarnął parę oskarów. Jakże podobał mi się ten O'Toole w roli Johnstona, nauczyciela nastoletniego cesarza! „If you cannot say what you mean you will never mean what you say” z tym „what” wymawianym ”huot”. Film opowiada o postaci historycznej, której życie zostało artystycznie przetworzone w metaforę uwięzienia w teatrze. Można ją pojmować wąsko lub szeroko, bo przecież sytuacja odgrywania przymusowych ról jest wspólnym doświadczeniem wszystkich ludzi. W przypadku cesarza Pu Yi było to widoczne bez potrzeby uciekania w przenośnie. Cesarzem został jako niespełna trzylatek, brakło mu jednak politycznej przebiegłości, aby utrzymać tron, z którego został zrzucony po czterech latach. Poprawka: cesarzem pozostał, ale jego władza nie sięgała poza Zakazane Miasto, czyli terytorium porównywalne z dzisiejszym Watykanem. Gdyby cesarstwo po prostu zlikwidowano, nie byłoby o czym robić filmu. Chiny się modernizowały, a dwór monarchy z jego archaiczną obrzędowością trwał w najlepsze, choć wymagało to sporych nakładów ze strony państwa. Ciekawe, że nikt wtedy nie myślał, aby przekształcić Chiny w rodzaj monarchii konstytucyjnej. Mamy tu zapewne do czynienia z fantazją twórców, kiedy oglądamy cesarza, inteligentnego nastolatka, zdającego sobie sprawę z gry pozorów, w której bierze udział wbrew swej woli. Po kolejnym rządowym przewrocie do władzy doszli nacjonaliści, którzy postanowili zlikwidować teatrzyk. Spełniło się marzenie Pu Yi: mógł, a nawet musiał, opuścić Zakazane Miasto, a potem pojechać choćby do wymarzonej Wielkiej Brytanii. Nie pojechał, po szalonych latach dwudziestych nadeszły ponure trzydzieste, a Pu Yi okazał się bardzo przydatnym pionkiem w rękach Japończyków, którzy – tym razem zgodnie z jego wolą – osadzili go na tronie marionetkowego państwa Mandżukuo, czyli Mandżurii, skąd brał się ród cesarski. Kolejny teatrzyk, a raczej kinoteatrzyk, gdzie najpotężniejszą figurą był pan Amakasu, nominalnie szef wytwórni filmowej. Trudno orzec, czy prawdziwa jest filmowa opowieść, wedle której cesarz niewiele wiedział o potwornościach, jakich w „jego” kraju dopuszczali się Japończycy. Tak to widzimy w scenach komunistycznej resocjalizacji Pu Yi, już w ChRL. Bardzo to szlachetne ze strony władz chińskich, że zostawili go przy życiu, bo któż by protestował, gdyby go po prostu osądzono i skazano na śmierć za zbrodnie w Mandżukuo. Po paru latach więzienia Pu Yi wychodzi na wolność – i tym razem jest to prawdziwa wolność, jak sugeruje film. Hm, nie musiała to być prawda, bo trudno wierzyć w szczerość pamiętników Pu Yi, bardzo miłych dla władz komunistycznych. Wśród pamiętnych scen z filmu jest noc poślubna, kiedy usłużne dłonie rozbierają całujących się małżonków, późniejsza scena łóżkowa Pu Yi z dwiema żonami, kiedy pożar oświetla atłasowe nakrycie, pod którym baraszkowali, cesarzowa żująca kwiaty po intronizacji w Mandżukuo i znowu ona, kiedy wraca na dwór cesarski tuż przed upadkiem tego kraju jako zniszczony, plujący na wszystkich upiór. Druga żona miała szczęście wypisać się z tej historii dużo wcześniej, a widzieliśmy to w innej przepięknej scenie, gdy w euforii wybiega z willi Pu Yi w strugach deszczu. Z jednego z pięciu seansów pamiętam szyderczy śmiech z tego świerszcza, który wyszedł z puszki po sześćdziesięciu latach. Takich bzdur nie wciska się poważnym ludziom o umyśle instruktora BHP.

The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger