Nie wiem po co ten tytuł

              

niedziela, 26 sierpnia 2018

Emigrant z żelkowej malinowej łódki czyli Vadelmavenepakolainen

Niektórzy mają pecha, bo rodzą się chłopcami, a od dziecka pragną być dziewczynką. Mikkowi trafiło się podobne nieszczęście, bo urodził się Finem, a chce być Szwedem. Nie wystarczy mu po prostu zamieszkać w Szwecji, bo wtedy byłby jedynie Finem osiadłym w wymarzonym kraju. Podobnie przebranie się za kobietę nie rozwiąże problemu transseksualisty. Zbieg okoliczności sprawił, że spotkał Szweda, który chce ze sobą skończyć, więc za obopólnym porozumieniem organizują przejęcie tożsamości. Jak Gustaw Konradem, Mikko staje się Mikaelem. Oczywisty problem jest taki, że trudno jest nowemu Mikaelowi przekonać rodzinę, że on to on. Matka miała być zamroczona alzheimerem, a jednak widzi, że to nie jej syn. Siostra Maria tym bardziej nie akceptuje Mikaela, ale ponieważ jest on sympatycznym facetem, wchodzi do tej gry pozorów. Źródłem komizmu po części jest zapewne sposób mówienia Mikaela, który dla szwedzkiego ucha musi brzmieć dziwacznie. Dalszy ciąg filmu to coś w rodzaju komedii romantycznej, a na końcu okazuje się, że tylko jako Fin Mikael-Mikko może odnaleźć szczęście. Chociaż niektóre postaci filmu, w tym główna, skrojone są dość głupkowato i jednowymiarowo, zdecydowanie cieszę się, że obejrzałem.

Hooked

Z podejściem, jakie ma prostytuujący się Jack wobec swoich klientów, powinien szybko wypaść z branży po paru recenzjach w TripAdvisorze w zakładce „seksualne atrakcje Nowego Jorku”. A ponieważ ta sekcja chyba jeszcze nie jest wystarczająco dobrze rozwinięta, jakoś sobie radzi. Kamera bezczelnie zabrana klientowi przyda się na prezent dla ukochanego Toma. Obaj uciekli z domu i klepią biedę planując wspólne życie w przyszłości, a na razie nawet nie mogą razem mieszkać. Jak widzimy, różne są oblicza prostytucji, kiedy zdarza się Jackowi klientka, która życzy sobie, aby Jack ubrany w pieluchę ssał jej pierś. I oto na scenie zjawia się Ken, podstarzały tatuś dzidziusia, którego kolejny raz dopadają myśli o seksie z mężczyznami, do czego nawet otwarcie przyznaje się żonie, a co zdarza mu się nie po raz pierwszy. Postać Kena nie tylko ilustruje przegraną z popędem, bo na swój sposób jest on gejowskim Jezusem, który przygarniał nierządnice, i w dodatku Jezusem łagodnie ćpającym. Wygląda na to, że naprawdę chce pomóc Jackowi bezinteresownie, a jak się okaże, nie jest to łatwa sprawa. Przyznam, że w pewnym momencie się pogubiłem, kiedy (przyłapany) złodziejaszek Jack chwilę potem zagrał kartą moralnego oburzenia. Wybaczamy mu to jednak, bo wcześniej parę razy rozbawił nas w ciętych dialogach (spodobał nam się szczególnie pomysł, aby „safe word” w czasie seksu Jacka z Tomem było „harder”), choć film kończy się szalenie poważnymi statystykami pokazującymi ciężki los homoseksualnych młodzieńców uciekających ze swoich mało tolerancyjnych domów. Czyli trochę jak w dziewiętnastowiecznych wierszykach dla dzieci, czytelnicza radość z uciętego paluszka musi być okupiona nieszczęsnym morałem ku przestrodze pacholąt.

Zjadanie zwierząt (Jonathan Safran Foer)

Motywacja do napisania tej książki była nieco dziwna, bo kiedy autorowi urodził się syn, postanowił on przyjrzeć się bliżej swoim nawykom żywieniowym, aby mieć lepsze przekonanie w kwestii powstrzymania się od jedzenia mięsa. Z jedzeniem jest trochę jak z religią, jemy najczęściej to, co nam dawano do jedzenia w dzieciństwie, i mało namysłu poświęcamy temu, czy to jest dobre i właściwe. Jest w zasadzie oczywiste, że jedzenie mięsa jest nieodłączne od cierpienia zadawanego istotom żywym. W znakomitym posłowiu Dariusz Gzyra zauważa, że każdy przypadek kopniętego psa czy kota oblanego benzyną, a potem spalonego, doprowadza do furii pół internetu. Tymczasem przeciekające do sieci filmiki z przemysłowych ferm hodowlanych, w których zwierzęta są niesamowicie męczone w majestacie prawa, spływają po nas jak woda po gęsi (tej gęsi, która rozbija łeb o ścianę, żeby uniknąć sadystycznego karmienia na foie gras). Tak po prostu musi być i już. No właśnie, czy musi? Czy mięso jest koniecznym składnikiem naszego menu? Na pewno znajdzie się wielu utytułowanych dietetyków, którzy powiedzą, że tak, jak najbardziej, ale równie wielu, jeśli nie więcej, powie, że wcale nie. Ta druga opinia trafia mi bardziej do przekonania choćby dlatego, że w wielu kulturach na naszej planecie nie spożywa się mięsa, lub je się go bardzo mało. Czy nasze prawo do znęcania się nad zwierzętami wynika z naszej ewolucyjnej „wyższości”? Pominąwszy to, że ewolucyjna „wyższość” to bzdura, czy w razie inwazji wysoko rozwiniętych obcych, którzy uznaliby za przysmak ludzi panierowanych lub gotowanych w kapuście, pogodzilibyśmy się z takim naszym przeznaczeniem bez szemrania? Jeśli natomiast mięsożercy wyobrażają sobie, że tanie mięso kupowane w hipermarketach pochodzi od zwierząt, które wprawdzie zostały zabite, ale wcześniej hasały sobie po łąkach i skubały trawkę, więc były przez jakiś czas szczęśliwe - tacy mięsożercy uciekają w świat fantazji bez pokrycia. Praca w zakładach „produkcji” mięsa jest tak psychicznie wyniszczająca, że rotacja pracowników sięga stu procent w czasie roku do dwóch. Jest czymś zdumiewającym, że ceny innych produktów wzrosły w ciągu kilkudziesięciu lat wielokrotnie, a ceny mięsa utrzymują się na mniej więcej jednakowym poziomie (tak przynajmniej jest w SZA). Kolejny aspekt przemysłowej produkcji mięsa to jej oddziaływanie na środowisko. Jak podaje Foer, produkcja gazów cieplarnianych z przemysłowych ferm przewyższa znacząco szkody wywołane transportem samochodowym, lotniczym i każdym innym, liczonymi łącznie. Jeszcze inna sprawa to antybiotyki rutynowo dodawane do paszy zwierząt hodowanych przemysłowo, co prowadzi do tego, że w fermach nie tylko produkuje się mięso, ale też nowe szczepy antybiotykoopornych drobnoustrojów. Wprawdzie wirus grypy hiszpanki powstał jeszcze przed rozpowszechnieniem chowu przemysłowego, nie jest to jednak argument chybiony, bo z tego co nam wiadomo, współczesne fermy, gdzie zwierzęta zmuszone są tarzać się we własnych odchodach, to świetny sposób na kolejną pandemię. Nie zapominajmy o innych niespodziankach, takich jak priony wywołujące gąbczaste zwyrodnienie mózgu, które wyhodowaliśmy sobie karmiąc krowy paszą absolutnie dla nich nieodpowiednią. A może w takim razie choć ryby i krewetki można jeść bez wyrzutów sumienia? Jak przekonuje nas Foer, nasze założenie, że ryby cierpią mniej, jest po prostu guzik warte, a metody ich połowu i uśmiercania znowu budzą skojarzenie z systematycznym i wyrafinowanym sadyzmem. A należałoby przy tym pamiętać o przemysłowej hodowli ryb, która powiela wszystkie koszmary znane z ferm naziemnych. Cierpienie krewetek jest, przyznaję, nieco bardziej abstrakcyjne, ale sposób ich odławiania według autora przypomina masowy wyręb lasów, kiedy ogałaca się dna mórz z wszelkiego życia, produkując tony tak zwanego przyłowu, czyli wszelkich morskich stworzeń bez wartości spożywczej, które się zwyczajnie martwe wyrzuca. Cóż, na koniec muszę się zgodzić z Olgą Tokarczuk, że z naszej epoki zostanie zapamiętane haniebne torturowanie zwierząt hodowanych na mięso. Nie mam złudzeń, że wszystkie powyższe argumenty przeciw jedzeniu mięsa wprawny mięsożerca zawiesi sobie na haku gdzieś w odizolowanej części głowy, gdzie się nigdy nie zagląda. Tak jak nigdy nie zechciałby patrzeć na wiszące na haku wykrwawiające się świnie czy często jeszcze żywe kurczaki moczone we wrzątku. Bardzo trudno mi ocenić siłę perswazyjną książki Foera, bo obraz ma moc tysiąca słów, a obejrzany przeze mnie film Łukasza Wybrańczyka na temat jedzenia mięsa zadziałał mi na wyobraźnię jednak dużo potężniej.

[355]
Hipokrates uważał, że ich mięso jest źródłem siły. Upodobanie do psiego mięsa znalazło swoje miejsce w języku: na przykład w jednej z odmian chińskiego symbol określający coś jako odpowiednie i sprawiedliwe (yeon) dosłownie tłumaczy się: „Odpowiednio przyrządzone psie mięso jest doskonałe”. Rzymianie jedli „pieski oseski”, Indianie Dakota psie wątróbki, a Hawajczycy jeszcze całkiem niedawno podawali na obiad psie móżdżki i krew. Nagi pies meksykański był głównym składnikiem diety Azteków.
Później autor podaje filipiński przepis na weselnego psa duszonego.

[544, o konikach morskich, typowym przyłowie]
Co ciekawe, to samiec „zachodzi w ciążę”. Zapładnia jaja, odżywia je swoimi wydzielinami i nosi przez sześć tygodni. Sam poród jest zupełnie niewiarygodny – mętna ciecz wydobywa się z jamy brzusznej samca i nagle wokół pojawiają się maleńkie koniki morskie.

[1014]
KFC współpracuje z firmami, które starają się zapewniać ptakom dobre warunki. Nie wspomina się natomiast o tym, że właściwie wszystko, co spotyka zwierzęta w ubojniach, określa się jako dobre warunki.

[1926]
Pandemię z 1918 roku nazywano grypą hiszpanką, gdyż Hiszpania jako jedyny zachodni kraj relacjonowała w prasie przebieg zarazy, uwzględniając wszystkie tragiczne fakty. (Niektórzy twierdzą, że było tak dlatego, że Hiszpania nie brała udziału w wojnie, więc media nie podlegały tak restrykcyjnej cenzurze).

[2044]
Ostatnie badanie przeprowadzone przez magazyn „Consumer Report” wykazało, że 10 do 30 procent masy naturalnego mięsa kurzego i indyczego to „bulion, polepszacze smaku lub woda”.

[2084]
Kiedyś nadzór z Departamentu Rolnictwa kazał wyrzucać wszystkie zanieczyszczone odchodami ptaki. 30 lat temu przedstawiciele przemysłu drobiarskiego przekonali Departament do zmiany tego przepisu, dzięki czemu uratowali swoje automaty. Od tamtej pory zanieczyszczenia odchodami nie nazywa się zanieczyszczeniem odchodami, ale „wadą kosmetyczną”, a inspektorzy odrzucają o połowę mniej ptaków. Pewnie Lobb z National Chicken Council skomentowałby to tak: „Tak czy inaczej jedzenie odchodów trwa tylko parę minut”.
A wcześniej powiedział, że przecież proces zabijania kurczaków trwa tylko parę minut.

[2521]
Dziękuję za świńskie oczy.
Autentyczny wpis jednego z dzieci, które mogło te oczy rozkroić i poznać ich budowę. Również - chyba nie przypadkiem - tytuł niedawnej książki polskiego autora na podobny temat.

[3435]
David Foster Wallace w swoim genialnym eseju o cierpieniu homarów Consider the Lobster pisał: „Kwestia związku pomiędzy jedzeniem zwierząt a zadawanym im cierpieniem jest nie tylko bardzo złożona, ale też niewygodna. W każdym razie jest bardzo niewygodna dla mnie i dla każdego, kto lubi jeść, ale jednocześnie nie chce myśleć o sobie jak o kimś okrutnym czy nieczułym. Moim sposobem na radzenie sobie z tą niewygodą było niemyślenie”. W dalszej części eseju autor opisywał o czym konkretnie starał się nie myśleć: „Homary nagle ożywają we wrzątku. Kiedy wrzuca się je do gotującej wody, zaczynają wspinać się po ścianach naczynia i stukać szczypcami w ścianki, jakby chciały się wydostać. Gdy przykryje się garnek, słychać jak pokrywka poszczękuje, gdyż zwierzę próbuje ją zrzucić”.

[3589]
Czy wykastrowałbyś zwierzę bez znieczulenia? Albo wypalił mu znak na skórze? Albo poderżnął gardło? Można sobie obejrzeć, jak to wygląda w praktyce (najlepiej zacząć do filmu Meet Your Meat, który można bez problemu znaleźć w internecie).

[4202]
Gdy Celia Steele zamknęła pierwszą partię kurczaków w ciasnym hangarze, nie miała pojęcia, jakie będą tego konsekwencje. Kiedy w 1946 roku Charles Vantress skrzyżował kurę rasy cornish z kurczakiem new hampshire, by otrzymać „kurczaka jutra”, przodka dzisiejszych brojlerów, nie miał pojęcia, co z tego wyniknie.

[4536]
„Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”.
To pięknie brzmiący zapis z polskiej ustawy o ochronie zwierząt, ale według autora posłowia jest to w istocie kodyfikacja przyzwolenia na więzienie, kaleczenie, stres, cierpienie, uprzedmiotowienie i śmierć zwierząt.

Ostatnia rodzina

Zdarzyło mi się wstąpić do galerii Beksińskiego w Sanoku i z zaskoczeniem stwierdzić, że to malarstwo na mnie działa. Może nie tak, jak sam twórca by sobie życzył, ale powiedzmy to jasno - nie muszę się nim bardzo przejmować. Z jego synem Tomkiem zetknąłem się drogą radiową, czyli przez fale Trójki, gdzie prowadził swoje niesamowite audycje muzyczne. To dziwne, ale z filmu o rodzinie Beksińskich raczej nie dowiemy się, że Tomasz był wybitnym radiowcem. Za to zobaczymy, że życie cenionego artysty w schyłkowym PRL-u i po jego upadku szalenie mało przypominało jakiekolwiek nasze wyobrażenia o artystycznej bohemie. Opowieść o Beksińskich zaczyna się od przeprowadzki z Sanoka do Warszawy w połowie lat osiemdziesiątych. Oprócz żony i syna, w blokowisku mieszkały z nimi matki obojga małżonków, które z biegiem czasu wymagały coraz większej opieki. Nie było to więc życie łatwe, zwłaszcza dla Zofii, która ciężej niż mąż przeżywała życiowe nieprzystosowanie syna. Chociaż był on człowiekiem utalentowanym jako tłumacz i radiowiec, a w dodatku mógł się zawodowo realizować w ramach swoich pasji, to cierpiał na potężny weltschmerz popychający go do prób samobójczych, z których jedna w końcu mu się udała. Wcześniej matka próbuje namówić Tomka, aby zajrzał do babki przykutej do łóżka, mówiąc, że to przecież ta sama babka Beksińska, która pomagała mu w dzieciństwie wieszać jego klepsydry. Jego ojciec miał zdecydowanie większy apetyt na życie, nie poddał się nawet wtedy, gdy pozostał sam z całej rodziny, a kiedy w końcu zmarł, nie była to śmierć zwyczajna. Słaba to jednak pociecha dla niego i dla nas wszystkich.

Allah puka tylko dziunie

Armin Navabi, eks-muzułmanin, całkiem niedawno maszerował po ulicach Vancouver w czasie parady równości niosąc transparent z napisem „Allah jest gejem”. To oczywiście wywołało wielkie oburzenie, w związku z tym Gummy Bear Messiah (twitterowy @zero132132) rzucił pytanie, czy Allah puka tylko dziunie, a jakiekolwiek inne przypuszczenie jest z gruntu nienawistne. Zaproponowałem więc Arminowi, aby następnym razem poniósł transparent z innym tekstem.

M/M

Na outfilm.pl lojalnie uprzedzali, że będzie hardkor. Był rzeczywiście, ale nie takie rzeczy już się widziało. Chociaż ścieżka dialogowa zmieściłaby się na jednej stronie A4, cała historyjka mogłaby od biedy być uznana za wiarygodną. Pamiętajmy, że żyjemy w świecie, gdzie dwóch facetów umówiło się, że jeden będzie kolacją drugiego. W tym dziele nie chodzi o tego rodzaju konsumpcjonizm, lecz, by tak rzec, o zastosowanie cytowanej przez Mickiewicza maksymy Schillera, że co ma ożyć w pieśni, zaginąć winno w rzeczywistości. Główni bohaterowie filmu to dwóch Matthiasów w Berlinie, z których jeden przybył tu z Quebecu i chyba nawet nie mówi lokalnym narzeczem. I tego właśnie Matthiasa opętała obsesja drugim, berlińskim, który w oczach pierwszego jest posągowo piękny. Po perypetiach obejmujących śpiączkę po wypadku, obaj Matthiasowie będą splatać się cieleśnie i życiowo, na tym jednak nie koniec. Zetknąłem się z poglądem, że morał filmu to "na basenach w Berlinie unikaj farbowanych ratowników z Quebecu". Niniejszym dopisujemy sobie to zalecenie do spisu zagrożeń dla życia i zdrowia - tuż po glutenie.

Player One czyli Ready Player One

Gdybym tak jak wszyscy za te dwadzieścia parę lat więcej życia niż w realu spędzał w wirtualnym świecie Oasis, to za awatar przyjąłbym wiewiórkę Małgosię, a nie blond wymoczka, jak główny bohater Wade. Genialny Halliday, twórca Oasis, zostawił pośmiertną niespodziankę, czyli zakodowane trzy klucze, których zdobycie ma zapewnić znalazcy fortunę, a nawet przejęcie kontroli nad całym wirtualnym światem. Wskazówki pozwalające odnaleźć klucze zaszyfrowane są w biografii Hallidaya, a momentami nawiązują do popkultury, dlatego jeden z kluczy wymaga wejścia w świat ekranizacji Lśnienia w wykonaniu Kubricka. Musi być rzecz jasna antagonista, czyli szef firmy IOI, który pragnie sam pozyskać pakiet kontrolny nad Oasis. Zgodnie z oczekiwaniami gra bardzo nieczysto, bo wychodzi poza świat wirtualny i próbuje zlikwidować Wade'a w jego fizycznej postaci. Z kolei Wade zawiera nieoczekiwane sojusze z wirtualnymi rebeliantami, a w pewnym momencie wywołuje powstanie wirtualnego ludu przeciw IOI. Film zapewne spodobał się małolatom, bo zarobił sporo, ale my z Kwiatkiem jesteśmy już na takie bajki za starzy. Lub nie dość starzy. Mogę więc śmiało przyznać, że był to najlepszy film pełnometrażowy, jaki wczoraj obejrzałem. Również jedyny.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger