Nie wiem po co ten tytuł

              

poniedziałek, 14 listopada 2016

Uroczy dialog z filmu Wyższe sfery


Linki: źródło gifów, o filmie.

Viva

Jezus Maryja! No nie do końca, bo główna postać to Jezus, ale nie nazareński, lecz kubański, niestety bez Maryi, bowiem jego matka wyzionęła kopyta przed punktem startowym fabuły. Żeby było śmieszniej, ojcem Jezusa jest Anioł, jeśli spolszczymy hiszpańskie imiona bohaterów. Dramat rozgrywa się między tymi dwiema postaciami, a zaczyna się mocnym akcentem, kiedy pięść Anioła ląduje na twarzy Jezusa debiutującego w roli drag queen o pseudonimie Viva. Anioł był niegdyś znanym bokserem, a teraz nawet trudno zaliczyć go do damskich bokserów. Wyszedł właśnie po latach z więzienia, czym mocno skomplikował życie Jezusa, już choćby tym, że pozbawił go źródła jakiego takiego dochodu, a sam jest bardzo kiepski w roli żywiciela rodziny (jeśli w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek rodzinie). Dalszym omawianiem toksycznej relacji Jezusa z Aniołem zajmie się redaktor Janicka, a ja zauważę, że Kuba to rzeczywiście kraj dość specyficzny, Widocznym świadectwem upadku socjalizmu jest choćby to, że całkiem otwarcie może działać klub dla amatorów drag queen, a przecież najbardziej postępowy ustrój na całym świecie dobrze był znany z nieskrywanej homofobii. Do miłośników drag queen się nie zaliczam, więc specjalnie się nie ubawiłem, chociaż przyznaję, że zrobiła na mnie wrażenie groteskowa grafomania tekstów piosenek towarzyszących ich występom.

sobota, 12 listopada 2016

Księgowy czyli The Accountant

Z momentami nużących retrospekcji dowiadujemy się szybko, że tytułowy księgowy w dzieciństwie cierpiał na nieprzyjemną odmianę autyzmu, więc wcale nas nie dziwi, że wyrósł na dość specyficznego faceta. Gminna wieść głosi, że autystyczne dzieci są na swój sposób genialne, a szczególnie dobrze radzą sobie z rachunkami. Ale to nie wszystkie zdolności, którymi włada nasz Christian, ale tematu nie rozwinę, bo jestem związany klauzulą tajemniczości. Lamar, szef sporej firmy, zleca Christianowi zadanie, by wyszukał źródło wycieku pieniędzy z firmowych kont, które zostało sprytnie zakamuflowane w księgach rachunkowych. I jak to zwykle przy robocie papierkowej - nie tylko dojdzie do gorszących dzieci aktów przemocy, ale i trup zaściele się gęsto. Ostateczne wyjaśnienie afery następuje po twiście, którego stopień niepospolitości nie przewyższa słoików twist-off, a po drodze musimy połknąć dwa zakalce, kiedy jeden z bohaterów rozwlekle tłumaczy, co wiąże go z księgowym, a pod koniec - kiedy w offie leci pieśń smętna, na tle której rozstajemy się z bohaterami. To powiedziawszy jednak stwierdzam, że film był wart obejrzenia choćby z tego powodu, że przez przynajmniej połowę nie było jasne, do czego zmierza fabuła. Drugi powód jest taki, że, proszę państwa, Ben Affleck tym razem wcale nas nie przeraża. A czym zwykle przeraża nas Ben Affleck? Mimiką mięśni twarzowych. W tym filmie na szczęście tego nie mamy, a kto za tym tęskni, to proszę bardzo.

PS. Jak zauważył Kwiatek, Księgowy jest sequelem Bilansu kwartalnego, jeśli czegoś nie pomieszałem. Chodzą słuchy, że w zamian za to Zanussi nakręci kolejną część Dnia Niepodległości.

Orient Men u wróżki

Brooklyn 9-9 (sezon 1, odcinek 10)

piątek, 11 listopada 2016

Nowy początek czyli Arrival

Powinniśmy być oczywiście zaskoczeni, że w filmie sajens fikszyn nikt nikogo nie goni, nie ma spektakularnych wybuchów, broni elektromagnetycznej czy choćby najzwyklejszej telepatii. Na Ziemię przybyli kosmici w dwunastu statkach rozrzuconych po różnych miejscach globu i gdyby się nikt nimi nie zajął, to by sobie tak stały, bo ich pasażerowie wykazują zero inicjatywy. Główny problem polega na kontakcie z tą superinteligencją, która - jak się potem okazuje - dysponuje niesamowitymi i niepojętymi dla ludzi możliwościami, ale jakoś nie chciało im się ułatwić kontaktu z Ziemianami, co niemal doprowadziło do globalnej katastrofy. Na szczęście doktor Louise współpracując z wojskowymi rozgryzie siedmionożnych alienów i wszystko skończyłoby się ślicznie, gdyby nie śmierć jednej dziewczynki, którą - jak mniemam - przybysze mogliby ocalić, ale im się nie chciało. Mamy więc film SF, który odchodzi od zużytego jak papier toaletowy schematu, hurra? No nie do końca, bo w zamian dostajemy niuejdżową pierdułkę z magicznym wpływem języka na rzeczywistość, a dokładniej na postrzeganie czasu, co w praktyce przekłada się na wciskanie nam relatywizacji następstwa zdarzeń, przyszłość jako forma przeszłości i tego rodzaju podobne banialuki. Podobno kiedyś na Odyseję kosmiczną Kubricka należało iść po zażyciu LSD, być może to dobry pomysł także na ten film. Upalcie się lub odurzcie ludwikiem (lub co tam macie pod ręką) i idźcie, a wtedy może nawet nie będzie wam przeszkadzać melodramatyczna cipunia jako główna bohaterka. Kiedyś tak Kałużyński nazwał Jandę grającą u Kieślowskiego, widocznie zbyt trzeźwy był.

Moby - Little Failure

The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger