środa, 9 listopada 2016
Fourth Man Out
Ciężko jest być gejem, gdy twoi kumple są heteryczni do bólu, ciągają cię po klubach z rozbierającymi się kobitkami i ciągle dziwią się, czemu nikogo sobie nie znajdziesz. Widocznie zbyt wybredny. Nasz Adam ma już tego dość i w końcu się ujawnia. Jedna ze standardowych przyjemności w takim przypadku to przymusowe pytanie, czemu wcześniej nam nie powiedziałeś. I jeszcze to: przecież miałeś tę niezłą lasencję parę lat temu, a nawet sobie z nią użyłeś. Więc o co chodzi? Adam jest zwyczajnym facetem we flanelowej koszuli, który pracuje jako mechanik, przeto zaskoczenie jest tym większe, choć kumple starają się nie robić z tego problemu, a po krótkim czasie pomagają mu w poszukiwaniu faceta. Jedna z prób nie udała się szczególnie, kiedy jako swatka dołączyło toksyczne dziewczę, z którym sypiał jeden z kolegów. (Przecież obaj jesteście gejami, więc w czym problem?) Innym razem facet wydawał się pasować, ale spłoszył się, kiedy trzewia Adama zajęły się trawieniem nachos zjedzonych wcześniej w czasie romantycznej kolacji. Niestety ten wątek nie jest rozbudowany na tyle, aby można było zaliczyć ten film do komedii o pierdzeniu i bekaniu. Wobec tego odkładamy ten film do hali magazynowej zapełnionej nieszkodliwie zabawnymi i sympatycznymi filmami obyczajowymi. Tam podzieli los arki z filmu o Indianie Jonesie.


wtorek, 8 listopada 2016
Maciej Maleńczuk - Fajnie
Proponuję, aby prezydent w imieniu obozu rządzącego odciął się Maleńczukowi i - zachowując piękno rymów w stylu księdza Baki - zaśpiewał:
Pseudoartysta,
pornografia czysta,
mają lemingi
posikane stringi.
niedziela, 6 listopada 2016
Przepraszam, że żyję czyli Scusate se esisto!
Serena urodziła się w Antwerpii, malutkiej mieścinie we Włoszech, więc z dziesięć razy słyszymy, że nie chodzi o tę Antwerpię we Flandrii. Z wykształcenia jest architektem i nawet ma branie, bo widzimy ją w różnych miejscach świata, od Wielkiej Brytanii, przez Chiny do SZA. Gryziona tęsknotą postanawia wrócić do Włoch, gdzie nawet znajduje jakieś zajęcie związane z zawodem, czyli projektowanie nagrobków, ale utrzymać się z tego nie sposób, więc zatrudnia się jako kelnerka. I tak poznaje Francesco, przystojnego szefa restauracji, któremu też spodobała się nowa pracownica. Nie zdradzę tu jeszcze za wiele, kiedy powiem, że nie dojdzie jednak do spodziewanej komplikacji, kiedy seks miesza się z relacją szef-pracownik, albowiem Francesco jest gejem. Wcześniej miał wprawdzie żonę i syna, ale najpewniej ktoś go uwiódł i tak mu już zostało. Orientacja seksualna Francesco nie jest jednak gwoździem programu, bo najważniejsze są zmagania Sereny z włoskim stereotypem płciowym, wedle którego kobieta w żadnym wypadku nie może być architektem. Jestem nieco uczulony na takie feministyczne tezy, ale nie wykluczam, że tego rodzaju uprzedzenia mogą występować we Włoszech, choć dajmy na to w Szwecji byłyby nie do pomyślenia. Fabuła nieubłaganie zmierza do lukrowanego zakończenia, w którym nawet nieletni synek Francesco po przełamaniu lodów zaakceptuje tatusia geja, a projekt Sereny zostanie zrealizowany (ponoć w rzeczywistości również). Boków przy oglądaniu nie zrywałem, chociaż parę chachów z siebie wydałem, co byłoby fatalne, gdyby z założenia film był melodramatem, a nie komedią.
Paryż 05:59 czyli Théo et Hugo dans le même bateau
Nie zgodzę się, że jest to film o miłości od pierwszego pieprzenia. Zanim Théo przeleciał Hugo w erotycznym klubie dla gejów, przyglądał mu się intensywnie nawet wtedy, gdy przyklejali się do niego inni faceci. I udało mu się, bo w pewnym momencie nikt się Hugo nie zajmował, więc doszło do głębszego kontaktu, zaiskrzyło, po czym chłopcy wyszli z klubu. Czasu nie mierzyłem, ale wyglądało na to, że historia toczy się w czasie rzeczywistym, czyli filmowe pięć minut równa się pięciu minutom akcji. Nawet się trochę dzieje, a główny dramat polega na tym, że jeden z chłopców jest nosicielem HIV, a penetracja odbyła się bez gumki, chociaż tuż obok na ścianie zainstalowany był dozownik kondomów. Kiedy to wychodzi na jaw, film zamienia się w instrukcje postępowania na wypadek możliwego zarażenia: trzeba niezwłocznie udać się do szpitala, zgłosić RKS (ryzykowny kontakt seksualny), broń Boże nie używać komórek na sali przyjęć (łot!?) i być przyjętym przez młodą i sympatyczną lekarkę, która wypisze receptę na leki zapobiegające namnażaniu się wirusa i z uśmiechem będzie patrzyła, jak połykamy tabletkę zagryzając ją magdalenką. W tle oglądamy zalążek pogłębiającego się związku między chłopcami, który momentami jest na krawędzi zerwania, ale raczej powinno się im udać, skoro w końcowych partiach mamy coś w rodzaju dytyrambu na cześć genitaliów Théo w wykonaniu Hugo. Twoje sutki. Twój brzuch. Lubię twojego fiuta. Jest taki piękny. Nie wiem, jak to opisać, ale podoba mi się. No cóż, nie jest to Pieśń nad pieśniami. Dodajmy, że członek jest dorodny, widoczny dość wyraźnie, choć nienachalnie, co można zobaczyć na unikatowych gifach, jakie dołączam, które celowo pomniejszyłem, żeby nie było, że. 

sobota, 5 listopada 2016
Nauki społeczne jako przejaw kultu cargo?
Przypomnijmy, że kult cargo zrodził się na gdzieś wyspach Pacyfiku, a polegał na tym, że rdzenni mieszkańcy porzuceni przez kolonizatorów zaczęli odtwarzać magiczne w ich mniemaniu rytuały, dzięki którym biali ludzie otrzymywali cenne dobra - czy to drogą lotniczą, czy morską. Budowali więc imitacje wież kontroli lotów lub stacji radiowych w nadziei, że dobre siły ześlą im upragnione towary. W ten sam sposób można popatrzeć na naukę i odtworzyć system rytuałów, które w tym środowisku się praktykuje. Można zakładać czasopisma „naukowe”, w których umieszcza się „naukowe” artykuły, które przejdą sito „naukowych” recenzji. I mamy „naukę” pełną gębą. Aż dziw, że kreacjoniści od „inteligentnego” projektu nie wpadli na pomysł rozwijania konkurencyjnej metody „naukowej” i wciąż domagają się uznania od zwykłych biologów ewolucyjnych. (To być może już nie jest całkiem aktualne.) Myśl o kulcie cargo w naukach społecznych przyszła mi do głowy po obejrzeniu filmu z kanału King Crocoduck. Miałem wielki ubaw oglądając to zestawienie „naukowych” osiągnięć współczesnych nauk społecznych z naciskiem na teorię gender. Chyba zmarnowałem życie, skoro mogłem się z pasją poświęcić analizie utrwalania maczoizmu w filmach porno dla gejów lub ogłaszaniu odkryć w rodzaju tego, że większą furorę w grindrze robią wysportowani faceci. Warto tu również przypomnieć o niesamowitym pomyśle Sokala, który jako fizyk napisał „naukowy” artykuł do jednego z czołowych pism socjologicznych. Była to w istocie kompilacja bełkotu z paru innych źródeł, w których formułowano mądrości w stylu patriarchalizmu jednostki urojonej w matematyce. Jednak waham się, czy analogia do kultów cargo jest w tym przypadku trafiona - głównie dlatego, że nauki społeczne w pewnej części wyrodziły się z porządnej nauki, a więc nie jacyś „dzicy” zaczęli odtwarzać naukowe rytuały, lecz to naukowcy zdziczeli. W tym sensie dużo lepiej pasuje mi tu wizja ludzi „naukowych” z powieści Bestera. W stos prop!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




