[Opinia zabezpieczająca] była w PRL-u i tak zwani prywaciarze mieli swoje panie w urzędzie skarbowym. Mój znajomy, pan Wojciech, chodził do takiej pani, którą obdarowywał jakimiś prezentami na święta i tak dalej, prawda, i pytał: pani Barbaro, czy mogę sobie kupić nowe auto? A jakiej marki? Mercedes. Oj, nie, panie Wojciechu, pan dopiero trzy lata temu poprzednie kupił, jeszcze ze dwa lata niech pan poczeka. I to było stuprocentowo pewne zabezpieczenie, bo ta pani wiedziała, co mówi. A on mówił: cholera, muszę jeździć tym starym, trzyletnim rzęchem, nie mogę nowego kupić, bo pani Barbara mi nie pozwoliła. [33:50]
środa, 16 marca 2016
Andrzej Arendarski mówi
Tytułem wstępu: rząd chce wprowadzić regulacje, które pozwalałyby przeciwdziałać kreatywnemu, choć stuprocentowo zgodnemu z prawem omijaniu podatków w Polsce. Skoro legalne, zabronić nie można, ale można przeciwdziałać? Według projektu, podatnik może zwrócić się do urzędu czy ministerstwa o wydanie tak zwanej opinii zabezpieczającej.
Maciej Giertych robi dzieciom wodę z mózgu
Kiedyś to umiano rozstrzygać spory naukowe! Nie to, co dzisiaj, kiedy już tysiąc razy wytłumaczono, że inteligentny projekt to pseudonaukowa przykrywka dla kreacjonizmu. Nikt dzisiaj śmiałków nie spali na stosie, ani do loszku nie wtrąci. Wątpliwości, które podnoszą „inteligentni”, dzielą się na trzy zasadnicze grupy: fałszywe (bo oparte na błędnych przesłankach), całkowicie do uzgodnienia z dzisiejszym stanem wiedzy oraz te, na które nie umiemy obecnie odpowiedzieć. Jeśli nie wiemy, to nie wiemy, łatanie luk w naszej wiedzy jakimkolwiek bogiem to żadna odpowiedź. Jak rozumiem z relacji, jako autor książki „Ewolucja, dewolucja, nauka” profesor Giertych maskuje swoje kreacjonistyczne przekonania, a tylko podsuwa swoje zastrzeżenia do teorii ewolucji. Gdzie indziej nie hamował się wciskając nam bajki o zgodnym pożyciu ludzi i dinozaurów. Dewolucja to koncepcja, według której podobno nie jest możliwy przyrost informacji genetycznej, a jedynie jej stały ubytek. Książki nie mam zamiaru czytać, ale znam wiarygodne opinie, że koncepcje Giertycha to czysta spekulacja nie poparta rzetelnymi badaniami. Najlepsze jest to, że dzieło zostało podobno wydane przepięknie, a jego bezpłatne egzemplarze trafiły do bibliotek szkolnych w Polsce. Skoro książkę napisał profesor biologii, to może rzeczywiście coś w tym jest? Miejmy nadzieję, że jak najmniej nauczycieli biologii tak pomyśli. Nie wiem, czy program biologii zmienił się od moich czasów szkolnych, z których pamiętam przerażające mitozy i mejozy oraz odróżnicowanie komórek miękiszu pierwotnego, podczas gdy punkt spojrzenia od strony ewolucji wydaje mi się dużo ciekawszy. Ewolucji ze szkoły nie pamiętam w ogóle, no bo kto powiedział, że w szkole ma być cos ciekawego.
Z komentarzy pod filmem: They're grammar are horrible (IMakeThings5), +IMakeThings I beleev its "there grammer our whoreable" (John Barker1).
Z komentarzy pod filmem: They're grammar are horrible (IMakeThings5), +IMakeThings I beleev its "there grammer our whoreable" (John Barker1).
niedziela, 6 marca 2016
Kryptonim U.N.C.L.E. czyli The Man From U.N.C.L.E.
Widziałem kiedyś wykresik, który pokazywał odsetek oryginalnych fabuł w kolejnych latach, począwszy od lat osiemdziesiątych. Od końca ubiegłego wieku w sensie produkcji filmowej jesteśmy (my, Ziemianie) padlinożercami, którzy przeżuwają starocie na papkę, która kolejny raz jest przecierana bez ładu i składu, więc nie dziwmy się, że niedługo Alicja po drugiej stronie lustra wraz z Mechagodzillą będzie chciała zawładnąć światem, czemu zapobiegnie James Bond sprzymierzony z Batmanem i Catwomanem. Przez jakieś pięć sekund nawet myślałem, że U.N.C.L.E. to produkt oryginalny, ale oczywiście, że nie, bo powstał na bazie serialu z lat sześćdziesiątych. To właśnie w tych latach nad światem zawisła groźba użycia przez włoskich faszystów (tak, tak, tych patałachów) broni nuklearnej, co doprowadziło do oryginalnego sojuszu amerykańskich i rosyjskich agencji szpiegowskich. Akcja gmatwa się i plącze, ale nie jesteśmy zanadto przejęci losem świata, bo agenci Illya i Napoleon uczestniczą w zabawnej konfrontacji o to, kto ma większą zabawkę i opracował lepszy plan działania. Specjalnych zaskoczeń po filmie nie należy oczekiwać, nawet tego, że reżyser Ritchie znowu zrobił kawał dobrej rozrywki w swoim stylu. Za to na pewno do niespodzianek można zaliczyć Hammera (Illya), który jako przystojniak dorównuje Cavillowi, a być może nawet go przewyższa nie tylko wzrostem. W tym kontekście zasadne jest pytanie, skąd bierze się niechęć reżysera do rozbierania swoich aktorów, którzy są w tym filmie przez cały czas odziani od stóp po szyję stosownie do pory dnia.
Cytat wart ocalenia
"Sort of" is such a harmless thing to say. Sort of. It's just a filler. Sort of - it doesn't really mean anything. But after certain things, sort of means everything. Like after "I love you" or "You're going to live" or "It's a boy." (Demetri Martin)
Bogowie Egiptu czyli Gods of Egypt
Nie znam się na mitologii egipskiej, ale podejrzewam, że Hollywood nie traktuje jej specjalnie bardziej serio niż greckiej. A nawet mniemam (szalony), że Żywot Briana to niewinna przeróbka oryginalnej historii w zestawieniu z Bogami Egiptu i prawdziwymi wierzeniami starożytnych Egipcjan. Twórcy zapewne wyszli od jakiegoś pomysłu na splątanie ścieżek boga Horusa z człowiekiem o imieniu Bek (skąd mogli wiedzieć, że po polsku to imię brzmi idiotycznie) i stopniowo w trakcie pracy nad fabułą zaszli hen, hen daleko, bo nawet do wizji alternatywnego wszechświata, w którym Egipt jest rządzony przez bogów, Ziemia jest płaska, a słoneczko jest ciągnięte przez powóz za sznurki. Na razie nie jestem aż takim debilem, żeby spodziewać się religioznawczej trafności po takim dziele, więc spojrzałem na nie jak na czystą rozrywkę. Wypadło lepiej niż mogłem się spodziewać, ani Horus, ani Bek nie są sztywnymi od zaparcia bohaterami, którzy muszą z zaciśniętymi zębami ratować świat, czyli mamy szczyptę dystansu, której nie zobaczyłem w nieszczęsnym Gniewie tytanów. Poza tym wszystko, co przewiduje schemat: dobrzy na początku dostają ostre lanie, ale potem się odwiną, tylko muszą sobie zdać sprawę z tego, na czym polega ich słabość, i - jak to bywa w finalnym boju - znowu dają ciała, ale w ostatnich pięciu sekundach odnoszą zwycięstwo. Schemacie-kacie - zawyłby Stachura, ale schemat musi istnieć, żeby można od niego uciec. Taki jak Bogowie Egiptu jest w porządku.






sobota, 5 marca 2016
Dyke Hard
Należy zacząć od tego, że ten wytwór ma się do filmu jak dziecięce bazgrołki do malarstwa holenderskiego (bo sztuki współczesnej już bym w tym porównaniu z pełnym przekonaniem nie użył). Posługując się kryteriami stosowanymi do zwykłych filmów trzeba po prostu przyznać, że Dyke Hard jest amatorszczyzną czystą, bez śladu profesjonalizmu w scenariuszu, dialogach, grze aktorskiej i wielu innych aspektach, więc można przypuszczać, że twórcy byli tego świadomi, ale mówią nam: no i co z tego? Jestem zwolennikiem poglądu, że każdy przejaw naszej działalności artystycznej i jego odbiór coś o nas mówi, i to byłby zapewne jedyny powód, aby się tym „dziełem” zainteresować. Staram się zrozumieć, że „camp”, że zabawa konwencjami (od sf przez musical do horroru), że afirmacja odmienności i co tam jeszcze, ale żaden z tych powodów nie działa w moim przypadku i, co gorsza, już chyba w tym życiu nie zadziała. Nawet rozumiem, dlaczego ten „film” trafił na outfilm.pl, ale że znalazł się dystrybutor, który zdecydował się to rozpowszechniać w polskich kinach, pozostanie dla mnie jedną z zagadek owianych aurą głupkowatości.
PS. Jeśli chodzi o stronę wizualną, nie zaryzykowałbym twierdzenia, że zostaliśmy rozpieszczeni doborem atrakcyjnej fizycznie obsady. Jest wprawdzie jeden niezły gej i jego bestia w erotycznej fantazji, ale to niewiele zmienia. Z innej beczki: Dyke Hard jest produkcją szwedzką, więc przez prawie cały film wyobrażałem sobie, że ogląda go Ingmar Bergman.
PS. Jeśli chodzi o stronę wizualną, nie zaryzykowałbym twierdzenia, że zostaliśmy rozpieszczeni doborem atrakcyjnej fizycznie obsady. Jest wprawdzie jeden niezły gej i jego bestia w erotycznej fantazji, ale to niewiele zmienia. Z innej beczki: Dyke Hard jest produkcją szwedzką, więc przez prawie cały film wyobrażałem sobie, że ogląda go Ingmar Bergman.
Aya Arcos
Bardzo niszowy film o beznadziejnej miłości, tak można by podsumować, a wchodząc nieco w szczegóły należałoby dodać, że miłość jest homoseksualna, między partnerami mocno różniącymi się wiekiem i bez gumki. Słowo miłość jest być może nadużyciem, bo nie podejrzewamy dojrzałego pisarza Edu o poryw namiętnego uczucia do młodego Fabia, który nawet czasami sprawia wrażenie, jakby mu zależało na Edu. A zaraz potem jasno daje do zrozumienia, że nic nie chce zmienić w swoim życiu, również sposobu zarabiania pieniędzy, czyli kurewstwa. Otwarcie należy powiedzieć, że akcja nie obfituje w zwroty, ani w momenty szczególnie dramatyczne, jest to zatem film niebezpiecznie bliski PSF. Także jeśli chodzi o dość niejednoznaczne zakończenie, choć trudno byłoby akurat o to mieć pretensje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




