Mija 20 lat i nic się nie zmieniło! Ciągle ten sam szantaż! Albo popierasz mniejsze zło, albo będzie rządził Kaczyński. Kurwa, no co to za wybór? Nie chcę wciąż patrzeć na coraz większe mniejsze zło (z wywiadu w Gazecie Wyborczej). A jeśli o osobach prostytuujących się mowa, to wybór jest niezły, Sławomirze. Mamy ofertę dla ciebie.
wtorek, 5 czerwca 2012
niedziela, 3 czerwca 2012
W życiu bym do teatru nie poszedł!
A jednak mnie namówili. Byłem na tej sztuce:
Angielski tytuł jest Spirit level, to zapewne jakaś gra słów, więc nie dziwne, że sztuka jest wystawiana w polskich teatrach pod różnymi tytułami (nb. ten drugi chyba jest bardziej do rzeczy), choć przekład tej samej tłumaczki. Teatr ma tę techniczną przewagę nad kinem, że nie trzeba wkładać okularów, a 3D jest. A ustępuje kinu tym, że nie ma zbliżeń i dynamicznych cięć. Sala momentami ryczała ze śmiechu, ale nastrój mi się nie udzielił, choć nie mam zastrzeżeń do sztuki, ani jako scenariusza, ani jako przedstawienia. Krótko o fabule: akcja toczy się w domu zamieszkanym przez parę duchów, byłych właścicieli, znanego pisarza i jego żonę, a wprowadza się nowa para, początkujący pisarz z żoną. Duchy są niewidzialne, ale umieją robić standardowe figle: przekrzywiać obrazy, przenosić szklanki i wpływać na ludzkie umysły. I tak pisarz-duch rozpoczyna współpracę z pisarzem żywym, przy czym ten drugi nie bardzo jest jej świadomy.
Angielski tytuł jest Spirit level, to zapewne jakaś gra słów, więc nie dziwne, że sztuka jest wystawiana w polskich teatrach pod różnymi tytułami (nb. ten drugi chyba jest bardziej do rzeczy), choć przekład tej samej tłumaczki. Teatr ma tę techniczną przewagę nad kinem, że nie trzeba wkładać okularów, a 3D jest. A ustępuje kinu tym, że nie ma zbliżeń i dynamicznych cięć. Sala momentami ryczała ze śmiechu, ale nastrój mi się nie udzielił, choć nie mam zastrzeżeń do sztuki, ani jako scenariusza, ani jako przedstawienia. Krótko o fabule: akcja toczy się w domu zamieszkanym przez parę duchów, byłych właścicieli, znanego pisarza i jego żonę, a wprowadza się nowa para, początkujący pisarz z żoną. Duchy są niewidzialne, ale umieją robić standardowe figle: przekrzywiać obrazy, przenosić szklanki i wpływać na ludzkie umysły. I tak pisarz-duch rozpoczyna współpracę z pisarzem żywym, przy czym ten drugi nie bardzo jest jej świadomy.
Praxis
I passed the test – mógłbym sobie powiedzieć jak Galadriela. Praxis wystawia bowiem naszą cierpliwość na poważną próbę, ja jednak obejrzałem całość. Człowiek wiele wycierpi, żeby zobaczyć trochę gołych ciał w końcowych partiach filmu. Czego my tutaj nie mamy! Nie mamy prosto opowiedzianej historyjki, ani nawet opowiedzianej w sposób poplątany (jak bywa u Tarantino). Mamy awangardową narrację, w której mistycyzm splata się z diagnozą psychiatry i Bóg wie, kto wie, co jeszcze. Ja jako cząstka kosmosu, moje życie jako następstwo ubiegłych miliardów lat i jako wkład w nowe millenia. Galileusz odkrył księżyce Jowisza, na Europie jest woda, i kto wie, czy za miliard lat tam coś nie wyewoluuje. W meteorycie z Marsa znaleziono ślady życia. Mówi się o pofragmentowanej osobowości, nawet nie chce mi się sprawdzać, czy to jest wymysł twórców. Bohater oznajmia, że umarł, chodzi po ulicach jak ten duch, ale nie bójmy się, że coś tu jest zanadto jednoznaczne. Te sceny jeszcze będą pięć razy zreinterpretowane, aby wizja zyskała na głębi lub choćby na jej pozorze. Dla zmylenia widza pojawiają się "rozdziały", jeśli dobrze pamiętam kolejność: piąty, dziesiąty, jedenasty, trzeci... Mój umysł płytki nie pojmuje zapewne przesłania tego filmu, które jest w istocie najbanalniejsze w świecie: dobrze jest kochać i być kochanym. Na to zgoda, na resztę – nie, nie i nie.
sobota, 2 czerwca 2012
Lucky Bastard
Wzdychał do Maryli, ale między westchnieniami zadowalał się aptekarzową Kowalską. Ubóstwił Izabelę, a jednak nie omieszkał wykorzystać życiowej szansy zbicia majątku żeniąc się z wdową po Minclu. Ten rwał dla niej nenufary w białym fraku, a ten dla niej fornali do pracy w polu zagania. Filmowy Rusty ma kochającego Daniela, ale kiedy wyjechał służbowo, dał się całkiem omotać przypadkiem spotkanemu Danny'emu. Rozterka życiowa znana zapewne już w czasach jaskiniowych: czy na miejsce tego pana u mojego boku znalazłby się kto inny, bardziej kochający i w lepszą maczugę wyposażony? W wielu przypadkach zapewne tak, ale w końcu zdecydować się trzeba. Tak naprawdę – nie trzeba, bo można być wiecznym singlem, ale nie o takiej sytuacji opowiada film. Danny jest byłym aktorem porno, nosicielem HIV i narkomanem, co wychodzi na jaw dość szybko. Życie z nim na pewno nie byłoby nudne, ale "nudne" w tej sytuacji to nie jest wcale taka zła alternatywa. Jak Rusty rozwiąże swój dylemat, redaktorko Janicka? Tak czy owak, widzimy, że narkomani i fachowcy od designu i renowacji bywają pięknie umięśnieni, choć scenariusz sugeruje, że mają sporo innych zajęć zamiast treningów. W kategorii zgrabnych ciał wymiata Dymkoski, odtwórca roli Danny'ego.
Zaduma! Refleksja! Skupienie!
...czyli wrażenia, jakich oczekujemy po Euro 2012. Meczów oglądać nie trzeba, a jeśli się ktoś zdecyduje – proponuję wyłączyć fonię, a w tle zapodać brzmienia w stylu następującym.
| Debussy – Clair de Lune | Schubert – Trio Es-Dur op. 100 |
Doniesienie na Boga do prokuratury
Zgodnie z artykułem 162 kodeksu karnego kto uchyli się od udzielenia pierwszej pomocy może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej i pójść za kratki nawet na 3 lata. Przy założeniu, że Boga obejmują te same standardy moralne co zwykłego Józka, oficjalnie zawiadamiam prokuraturę, iż Bóg wszechmogący jest podejrzany o wielokrotne popełnienie przestępstwa z artykułu 162. Osądzi się Boga i skaże na trzy latka, a po dwóch wyjdzie za dobre sprawowanie. Niezbadane są wyroki boskie i co ja tutaj wypisuję? To zbadajmy te wyroki. Zobaczmy, czy tsunami sprzed paru lat nie spowodowało śmierci małych dzieci, a jak nam mówiono, to był znak od Boga. Jeśli tak, to powyższe zarzuty z KK są przejawem miłosiernej powściągliwości z mojej strony. Dorzuciłbym też spowodowanie katastrofy budowlanej w Asyżu wskutek trzęsienia ziemi w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Co ciekawe, nie słyszałem hierarchy, który by w tym przypadku mówił publicznie o znaku. Rany boskie, co ja tu wypisuję, mierzę potrzeby serca racjami rozumu? A serce nie sługa, czasem wymaga defibrylatora, a w aspekcie religijnym – sporego zastrzyku publicznych pieniędzy co roku, nawet od osób, które takiej potrzeby serca nie czują.
7 dziewic czyli 7 vírgenes
Film, z którym mam lekki problem, bo nie jest dla mnie jasne, po co go zrobiono. Uniwersalna odpowiedź jest taka jak zwykle: żeby opowiedzieć swoją historię, jakakolwiek ona jest. Panie w kolejce do urologa i panowie w sklepiku z suplementami snują takie historie, a mniej lub bardziej przypadkowi adresaci grzecznie mówią "y-hm". Ale przecież filmowcy liczą na coś więcej niż "y-hm". Tu mamy opowieść o Tano, hiszpańskim nastolatku, który wychodzi z poprawczaka na dwie doby z okazji ślubu brata. Oczekuje paru chwil wytchnienia, a tu nic z tego. Absolutnie niczym nie zaskakuje nas ta wizja przepustki z poprawczaka: jest przyjaciel, który chyba jeszcze bardziej nadaje się do resocjalizacji, papierosy, narkotyki, kradzieże, seks, ale wszystko naznaczone niespełnieniem, rozczarowaniem lub tragedią. Żona brata jest ładną kobietą, ale brat jest głęboko nieszczęśliwy, nie wiemy czemu. Acha, myślimy, Tano będzie chciał stać się w końcu miłym i grzecznym chłopcem. Tę myśl jednak trzeba odrzucić po obejrzeniu filmu, do którego nie mam zastrzeżeń od strony realizacyjnej. Ponuro jest w tej słonecznej Hiszpanii. Y-hm.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








