Nie wiem po co ten tytuł

              

sobota, 2 czerwca 2018

Życie seksualne cywilizowanych

Akcja rozgrywa się na współczesnym amerykańskim kampusie uczelnianym w Cincinnati. Dla uproszczenia przyjmijmy, że nasi bohaterowie to studenci Jan Kowalski i Maria Nowak (w oryginale brak imion). Jan budzi się rano w łóżku obok Marii, która jeszcze śpi. Niewiele pamięta z tej nocy, Maria zapewne też, bo oboje przesadzili poprzedniego wieczora z alkoholem. Do tej pory nie byli parą, więc byłby to ich pierwszy raz, o ile do czegokolwiek doszło. Po krótkim namyśle Jan wstaje, ubiera się i biegnie do uczelnianego biura do spraw dyskryminacji seksualnej (Title IX office) aby zgłosić przypadek seksualnego molestowania. Byłby szalony, gdyby tego nie zrobił, bo jeśli Maria by go ubiegła, miałby przerąbane. Tu naprawdę liczy się pierwszeństwo. Powszechnie znany jest fakt, że Maria zgłosiła już wcześniej napaść seksualną (która mogła być opowiadaniem świńskich kawałów, ale tego nie wiadomo) wobec innego faceta, który został wskutek tego relegowany z programu ROTC (coś w rodzaju kursu militarnego dla studentów). Teraz komisja uniwersytecka będzie musiała rozstrzygać, czy skarga Jana dotyczy rzeczywistego nadużycia, czy też jest rodzajem zemsty za pokrzywdzonego kolegę. Jakieś pięćdziesiąt lat wcześniej rewolucja obyczajowa zniosła uczelnianą kontrolę obyczajności w duchu religijnym, a teraz proszę, kontrola wróciła, choć z krańcowo różnym uzasadnieniem.

A teraz parę słów o zjawisku gender. Nikt w miarę zorientowany nie zaprzeczy, że istnieje coś takiego, jak społeczna konstrukcja ról płciowych, która ma wymiar ideologiczny z odcieniem konserwatywnym. Kobieta ma być matką wychowująca dzieci i czekającą z obiadem na męża-żywiciela rodziny. Nie opisuję stanu faktycznego, ale pewne tradycyjne wyobrażenia, które mają tę pozytywną właściwość, że nie ignorują biologii. Tymczasem gender oderwany od biologii stał się rodzajem radosnej twórczości. Sięgnijmy do listy płci zatwierdzonej przez Tumblra. Abimegender - płeć głęboka, dogłębna i nieskończona. Astergender - płeć gwiezdna i niebiańska. Brevigender - płeć niestabilna, ciągle zmieniająca się. Condigender - płeć warunkowa. Są też Tumblrowe seksualności. Aliquaseksualność - odczuwanie pożądania pod pewnymi warunkami. Cupio - brak pożądania wobec jakiejkolwiek płci połączony z tęsknotą za związkiem romantycznym. Lamvano - chęć bycia adorowanym bez odwzajemniania. Nie mam siły na więcej tych głupot. To nie wolność, to dowolność, jak Achmatowa skomentowała dadaistów.

piątek, 1 czerwca 2018

Deadpool 2

Ja wiedziałem, że tak będzie. Bez efektu zaskoczenia, jaki był przy pierwszej części, film wyda się dużo słabszy. Ale nie sądzę, że tak jest naprawdę, bo gdyby je zamienić miejscami w czasie, wyszłoby mniej więcej na to samo. Gdyby Deadpoola 2 pozbawić humorku, wyszłaby sztampowa historyjka o tym, jak pewne otyłe dziecko z supermocą miotające ogniem zostanie przez Deadpoola i spółkę sprowadzone na dobrą drogę, a to głównie dzięki temu, że Deadpool złoży siebie w ofierze. Humorek jest nawet miejscami irytujący, kiedy nie ustaje nawet po śmierci bliskiej Deadpoolowi osoby. Zabawa jest głównie słowna, to znaczy w dialogach, ale bywa sytuacyjna, kiedy Deadpool montuje „supermocną” drużynę do starcia z Cablem, z której większość w pewnym sensie daję nogę zanim w ogóle doszło do czegokolwiek. Zobaczymy też, co się stanie z Deadpoolem rozerwanym na dwie części przez Jaggernauta, bestię, której głosu użyczył Reynolds. W roli barmana Weasela wystąpił T.J. Miller, który podobno miał zarzuty o molestowanie. A wydawało mi się, że to nie przejdzie w naszych czasach polit-poprawnej świętoszkowatości. W napisach końcowych powtykano parę dowcipów. Wolverine (dysponujący tą samą co Deadpool supermocą) rozbawił mnie umiarkowanie, ale za to doceniam strzał w tył głowy Reynoldsa trzymającego w ręku scenariusz Green Lantern, bardzo kiepskiego filmu z jego udziałem. Muzyka jest rozmaita, a moją uwagę zwróciłem na Tylera Batesa, który skomponował utwór o rozmachu Carminy Burany z następującym tekstem:
Fighting dirty (x8)
You can't stop him
You can't stop this motherfucker
Holy shitballs (x8)
Oh holy shitballs (x9)
Oh holy shit
Święte gówniane kulki - podpowiada tłumacz Google'a.

Konformista 2029 (teatr Łaźnia Nowa)

Po każdym takim spektaklu Stanisławski wwierca się coraz głębiej w stronę płynnego jądra Ziemi. Mnie to akurat nie przeszkadza, bo scena będzie zawsze co najwyżej imitacją rzeczywistości. Jak po wynalezieniu fotografii malarstwo uciekło od realizmu, tak dzisiejszy teatr nie może udawać filmu. Nie będę się więc czepiać strony formalnej przedstawienia, ale skupiłbym się na samym tekście, opowieści z czasów włoskiego faszyzmu przerobioną na nasze realia w niezbyt odległej przyszłości. Faszyzm będziemy mieli, tak? Czy to krakanie nie jest na wyrost? Może i jest, ale jak to wiemy z historii, jest albo za wcześnie, albo za późno, nigdy w sam raz. Jakkolwiek będzie, twórca spektaklu zawsze się obroni. A nie krakałem? - powie, jeśli się spełni. Ocaliłem nas! - jeśli nie. Mam wrażenie, że powieść Moravii, czyli pierwowzór literacki spektaklu, była z góry pomyślana jako moralitet. Oto Marcel Klerykoski (oryginalnie Marcello Clerici) zdradza pocałunkiem profesora Quadriego (oryginalnie Quadriego), zupełnie jak postaci z pewnego popularnego mitu. Ten szkaradny plan był uzasadniony tym, że biedni faszystowscy agenci nie umieli zidentyfikować Quadriego bez pomocy jego byłego studenta. Wybaczcie mi proislamscy, feministyczni obrońcy gejów, ale mam jednak lepsze niż Moravia zdanie o faszystach. Jak widać realia polskie zostały zasygnalizowane zmianą imion bohaterów, ale to nie wszystko, bo w genialnej scenie Klerykoski z agentem wywiadu odstawiają coś w rodzaju patriotycznego, polskiego baletu, ale ku naszemu strapieniu w roku 2029 nadal kluczową sprawą będzie przekazanie listu od Quadriego. Papierowego. Z jakiegoś powodu nie można było uwspółcześnić fabuły. Powody są głębokie jak studzienka, podobnie jak decyzja o obsadzeniu niepełnosprawnego Globisza w roli Quadriego. Nie da się tego powiedzieć w miły sposób, ale wolałbym nie. Niemniej pewne plusy widzę, na przykład tę śmieszność, kiedy system jako poważne zagrożenie identyfikuje postać tak nieporadną. Do oryginalnego faszyzmu tej maksymy bym nie przypiął, ale w wydaniu polskim możemy się spodziewać tego, że będzie silny wobec słabych, słaby wobec silnych. Quadri Globisza wtedy pasuje. Przy okazji zdementuję popularny fake news, czyli gówno-prawdę: Szymon Czacki grający Klerykoskiego nie wystąpił w Płynących wieżowcach.

wtorek, 29 maja 2018

Han Solo: Gwiezdne wojny - historie czyli Solo: A Star Wars Story

Disney jest bliski efektu Marvela, który doprowadził do tego, że filmy o superbohaterach stały się pospolitsze od kiełbasy zwyczajnej. Na razie filmy z serii Gwiezdnych Wojen utrzymują wysoki status polędwicy wędzonej, ale prosciutto di Parma już nie. Han Solo to postać barwna i na pewno zasługuje na odrębny film. W tej części zobaczymy, jak doszło do spotkania Solo z Chewbaccą i Lando Carlissianem, tego ostatniego zagrał Donny Glover znany mi z serialu Community, co bardzo mnie ucieszyło. Oczywiście były też inne postaci, jak Beckett lub Qi'Ra, których nie kojarzę z wcześniejszych produkcji opowiadających o czasach późniejszych. Historia bezczelnego złupienia drogocennego paliwa coaxium, w którą wmieszał się Solo, jest wciągająca, ale po części przewidywalna, bo przecież wiemy, że Solo z Chewbaccą muszą na końcu odlecieć Sokołem Millenium w kierunku Tatooine. Czuję, że możemy liczyć na kolejny film o Solo, bo scenarzyści zaszaleli pokazując Dartha Maula, który jakieś dwadzieścia lat wcześniej został malowniczo przepołowiony przez Obi-Wana. Zawsze żałowałem, że Maul zginął zanim dał się bliżej poznać, bo doceniałem jego specyficzną urodę. Ciekawe, czy doczekamy się wyjaśnienia, skąd wziął się zrośnięty Maul. Podobnie wciąż czekamy na opowieść o Snoke'u, który wzorem Palpatine'a wziął odległą galaktykę za twarz, a przecież po obaleniu Imperium miało być na wieki ślicznie i demokratycznie.

poniedziałek, 28 maja 2018

Kochankowie czują bluesa czyli Even Lovers Get the Blues

Kochankowie może czują, ale czy ja poczułem? Zawyłem w momencie, w którym film na parę minut zmienił się w musical, kiedy byłem dość pewny tego, że oglądam porządny, półpornograficzny film nie wiadomo o czym. A tu taka wpadka! Przesadzam oczywiście, film jest o czymś, a konkretnie o seksie w związkach. Partner Any zaliczył zgon po seksie z nią, a po jego enterrement puszczają jej hamulce, dzięki czemu ubogaca się seksualnie z wieloma partnerami. Panna Léo i jej partner Louis prowadzą spór o spłodzenie potomstwa. Najciekawszy jest przypadek Graciana, który próbuje urozmaicać sobie seks z Dalhią przebierając się za strażaka, co się zresztą średnio udaje, choć doceniliśmy całkiem ładny wzwód. Bardziej udaje się seks Graciana z gejem Arthurem, który dostaje miejsce na kanapce w mieszkaniu Graciana i Dalhii, choć na problemy wywołane tym ménage à trois trzeba będzie trochę zaczekać. Co to wszystko znaczy? Lubię się zastanawiać nad takimi kwestiami, ale tę odłożę chwilowo na bok, bo najpierw muszę przemyśleć Aquamana, który w pornograficznej przeróbce Marvela oddał się Batmanowi, Supermanowi i Zielonej Latarni, choć nie wiem, czy w tej kolejności.

piątek, 25 maja 2018

Wszystko o mojej matce (teatr Łaźnia Nowa)

Autorzy na pewno się ucieszą, jak ich tu zacznę etykietkować, ale taka ich dola. Gdyby dali pół litra Felliniemu i kazaliby wystawić Kartotekę Różewicza, to mogłoby wyjść Wszystko o mojej matce. W podsłuchanych po spektaklu rozmowach słyszałem o wzruszeniu. To dość dla mnie tajemnicze, bo tematem przedstawienia, przynajmniej dla mnie, jest ta bolesna świadomość, że tak naprawdę o zmarłej matce nie da się opowiedzieć. Wzruszyć tym się nie umiem, ale rozumiem w czym rzecz. Twórcy nawiązują do starego triku - nie wiesz jak o czymś mówić, więc mów o tym, że nie wiesz. Większa część scen to historia powstającego spektaklu o dwóch zmarłych na raka matkach, przekomarzania aktorek z reżyserem lub wymyślone wywiady z twórcą-synem, który w rozpaczy zmyśla jakieś bzdury o tym, jak to w jego domu wszyscy chodzili nago. Jest też rozmowa z jedną z matek, a jeśli się czegoś z niej dowiadujemy, to tego, że mama niewiele ma do powiedzenia, ale zdołała sobie samej zaprzeczyć w ciągu paru minut. Co to za życie - kocham życie. W tej sytuacji ucieczka w ironię nie razi mnie wcale, a w paru momentach jest to ironia dobrej próby. Szczegół techniczny: aktorzy korzystali z nagłośnienia, które sprawia, że słychać ich dobrze, za to czasami nie bardzo wiadomo, kto mówi, bo głos dobiega zewsząd.

PS. Wszelkie podobieństwo spektaklu do filmu Almodóvara o tym samym tytule jest przypadkowe albo wydumane.

czwartek, 24 maja 2018

Drood (Dan Simmons)

Chwila szaleństwa. Ulica Szydło, kawalerka w Wałbrzychu. Masłowska zjadła właśnie kaszankę ze świnki morskiej, popiła denaturatem, wykręca numer telefonu i umawia się z Tokarczuk, którą właśnie planuje zamordować. Zamawia Ubera, choć mogłaby pójść pieszo, bo Tokarczuk przecież nie mieszka daleko od niej... Gdyby jeszcze zgrać szczegóły z danymi biograficznymi, to napisalibyśmy coś w rodzaju Drooda, ale dość dużo czasu by nam to zajęło, bo trzeba by zapełnić ponad osiemset stron. Książka Simmonsa nie jest fantastyką naukową, lecz pseudo-pamiętnikiem dziewiętnastowiecznego angielskiego pisarza Collinsa przeznaczonym do publikacji po ponad stu latach. Głównym bohaterem historii jest Dickens, o którym pamięta się do dziś, choć w swoich czasach obaj autorzy byli niemal tak samo popularni. Gdybym fascynował się postacią Dickensa, zapewne czytałoby mi się dużo ciekawiej. Bez tej fascynacji też da się przeczytać, za to z nawracającą myślą, że jest wiele innych książek, które by mnie bardziej wciągnęły. Nie rozumiem, czemu powieściowemu Collinsowi tak bardzo zależy na stworzeniu tego tekstu dla późnego wnuka, w którym nie widzę żadnego doniosłego przesłania, a mroczna tajemnica jest spowita oparami opiumowego dymu, laudanum i mesmerycznych sztuczek na umyśle. No cóż, wychodzi na to, że makabryczny Drood mógł być tylko urojeniem Collinsa. A nie było to jedyne urojenie Collinsa. Ale czy na pewno urojenie? Kiedy Collins przeprowadził się do nowego domu, okazało się, że na schodach do piwnicy coś chrobocze. Collins zszedł tam, po czym wybiegł z krzykiem i kazał służbie deskami zabić wejście. Jakiś czas później skorzystał z tych schodów, aby pozbyć się niewygodnej osoby, bo to był świetny sposób na problem zwłok, które zostawały po prostu pożarte. Tajemnica schodów pozostanie do końca niewyjaśniona, jak wiele innych. Wydaje się jasne, że chciał Simmons opowiedzieć historię o mrocznym Londynie ery wiktoriańskiej, w którym największe bogactwo otoczone było przerażającą nędzą, a świat najlepszych manier ocierał się o zgniliznę moralną i kryminalną. Ale to przecież żadna nowość. Dickens jako dziecko i młody człowiek zakosztował smaku biedy, więc nic dziwnego, że propagował reformy społeczne na rzecz ubogich warstw społecznych. Ale jednak w pewnych rozsądnych granicach.
Cztery lata wcześniej, jesienią 1865 roku, tłum Czarnych z Jamajki przypuścił szturm na gmach sądu w Morant Bay. Eyre, tamtejszy gubernator, osobiście dopilnował tego, żeby czterystu trzydziestu dziewięciu z nich rozstrzelano lub powieszono, a dalszych sześciuset wychłostano. Co bardziej naiwni liberałowie skrytykowali zachowanie gubernatora, natomiast Dickens przyznał, że żałuje, że zemsta i kara nie były bardziej dotkliwe.
– Jestem całkowicie przeciwny – mówił wówczas – takiemu programowemu współczuciu dla Czarnych, tak samo jak dla dzikusów czy dla diabła. Moim zdaniem, traktowanie Hotentotów w taki sposób, jakby niczym nie różnili się od odzianych w czyste koszule ludzi z Camberwell, jest moralnie niewłaściwe...
Podczas indyjskiego powstania sipajów – na długo przed tym, jak się z Dickensem poznaliśmy – dopingował brytyjskiego generała, którego odpowiedzią na rebelię było przywiązanie zbuntowanych Hindusów w poprzek wylotu luf armatnich i odesłanie ich „do domu” w kawałkach. Ostrze swojej złości i pogardy w
Samotni i tuzinie innych powieści zawsze kierował raczej przeciw skretyniałym misjonarzom, którzy bardziej troszczą się o los brunatnych i czarnych tubylców za granicą, niż przejmują kłopotami porządnych Anglików i Angielek i ich białych dzieci tutaj, w kraju. [13553]
We wspomnianej w powieści książce Mąż i żona Collins wyśmiewa tak zwane muskularne chrześcijaństwo. Wygląda na zmyślenie, ale ku mej radości to rzeczywiście miało miejsce. A wydawało się, że kult mięśni jest wytworem naszych czasów.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger