Piszę o Turandot, bo lubię tę operę Pucciniego, w przeciwieństwie do Cyganerii, do której jeszcze nie dojrzałem i nie rozumiem, dlaczego jest taka popularna i polecana ludziom, którzy zaczęli interesować się operą. Tytułowy spektakl można było obejrzeć w multipleksach, a inną wersję - na przykład w Operze Krakowskiej. W Weronie rzecz wystawił Zeffirelli (śp.) z budżetem, którego na pewno pozazdrościliby w Krakowie. Na pamiątkę zamieszczam tu parę klipów, w pierwszym widzimy przystojnych katów, którzy szykują się do uśmiercenia księcia Persji, bo ów nie rozwiązał zagadek Turandot. Lud Pekinu ekscytuje się zbliżającą się egzekucją.
Potem następuje chóralny śpiew w oczekiwaniu na egzekucję, która ma odbyć się po wschodzie Księżyca. I oto Księżyc wschodzi, a lud Pekinu na widok księcia Persji woła do księżniczki Turandot, aby okazała mu łaskę (efekt Rashōmon często obserwowany w badaniach opinii publicznej). W spektaklu krakowskim książę musiał siedzieć gdzieś na widowni, bo w tę stronę spoglądał lud.
W kolejnym fragmencie widzimy urzędników cesarza, Pinga, Ponga i Panga, którzy wcześniej śpiewali rzewnie o tym, że woleliby przebywać w swoich prowincjonalnych włościach, zamiast szykować się do kolejnej egzekucji (bo właśnie kolejny śmiałek chce zdobyć rękę Turandot). W spektaklu Zeffirellego jest to moment niezwykły, kiedy ukazuje się nam w całej okazałości cesarski pałac z monarchą na tronie. Ze spektaklu krakowskiego nie mogłem sobie przypomnieć tego cesarza - i słusznie, bo prawie go nie było, gdyż pojawił się w postaci jakiejś rozmytej tele-transmisji, zgodnej z ogólną koncepcją SF tego przedstawienia.
Na koniec już nie fragment, a gif, na którym możemy podziwiać kata znęcającego się nad biedną Liu, która przypłaci życiem swoją wierność wobec księcia i jego ojca. Czy za to okrucieństwo książę porzuci zamysł poślubienia księżniczki Turandot? Nie będę spojlerował.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brak etykiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brak etykiety. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 kwietnia 2024
niedziela, 31 marca 2024
Nostalgia - spektakl operowy na YT
Napisałem „spektakl operowy”, bo to nie jest żadna konkretna opera, ale spektakl, w którym wykorzystano wiele arii Verdiego z pierwszych parunastu jego dzieł. Tytułowa nostalgia odnosi się do roku 1968, czyli rewolucji seksualnej, której najjaskrawszymi konsekwencjami było powstanie przemysłu porno i swoboda zawierania wielu związków małżeńskich, osobliwie zabawna wśród prawiczków, których przedstawiciele wchodząc w drugie lub trzecie małżeństwo nie przestają głosić przekonań o wadze i ochronie rodziny. I - trzeba im przyznać - są konsekwentni, bo skoro rodzina jest tak ważna, to czemu poprzestać na jednej? Verdi zdumiałby się oglądając „Nostalgię”, ale my, widzowie polscy, wytrenowani przez Klatę, Kleczewską i Strzępkę, możemy raczej odetchnąć z ulgą. Widzimy, że treść arii przeważnie średnio pasuje do głównej narracji z wymyślonymi postaciami Laury i Claudia, ale reklamacji nie zgłaszamy. Zgłosimy za to pomysł na spektakl, w którym pieśniami z Rossiniego objaśnimy trudności w prywatyzacji przemysłu cukrowniczego na wschodzie Polski po roku 1989. Miły akcent polski związany jest z osobą reżysera, Krystiana Lady, który zrealizował projekt w brukselskiej operze De Munt. Przez jakiś czas można to obejrzeć tutaj.
piątek, 3 listopada 2023
Jak płakać w miejscach publicznych (Emilia Dłużewska)
Jak dowiemy się z książki, dziewiętnastowieczny niemiecki psychiatra Kraepelin podzielił choroby psychiczne na upośledzające umysł i upośledzające emocje. Swoją drogą, krótki esej o Kraepelinie, który pierwszy opisał wiele chorób, w tym psychozę maniakalno-depresyjną, jest znakomitą częścią opowieści. Autorka miała nieprzyjemność zapaść na taką właśnie psychozę, co nie od razu u niej zdiagnozowano. Na szczęście dla nas, czytelników, z umysłem Emilii jest w porządku, dzięki czemu możemy przeczytać tę niezwykle dowcipną, ale i poruszającą książkę. („Umysł w porządku” to straszliwe uproszczenie, a kto chce się przekonać dlaczego - marsz czytać książkę.) Zaskakujące, że na temat dość ciężki można było napisać tak lekko. Lektura nie jest długa, mnie wystarczył jeden dzień. Taką rzecz można napisać tylko raz w życiu, bo kolejna książka autorki musiałaby być sequelem (czyli powtórką z rozrywki) lub czymś zupełnie innym. Nie miałbym nic przeciwko tej drugiej opcji. A teraz garść cytatów.
Późny kapitalizm jest źródłem wielu wspaniałych wynalazków: od kryptowalut po bieżnie odchudzające dla psów.
Pochłaniają mnie powerpointowe prezentacje dowodzące, że Eurowizja jest częścią planu powszechnej sterylizacji, o czym świadczą tajne symbole ukryte w kostiumie reprezentantki Bułgarii.
(...) przed oczami przesuwają mi się kolejne jego [piekła] kręgi: blond rodzina w lnianych ubraniach i mokasynach; wieczór z winem, planszówką i rozpływaniem się nad nowym filmem Smarzowskiego; ludzie zwracający się do swoich dzieci w wołaczu; Tulipany Dwurnika pod podwieszanym sufitem; wysoko funkcjonujący alkoholizm i nisko funkcjonujące życie seksualne; szerowanie postów Krystyny Jandy…
(...) skoro przyroda traktuje mnie w taki sposób, to kończę z segregacją śmieci i niech sobie radzi sama.
Wiara, że wyleczy cię światło albo zestaw suplementów, jest dokładnie tak samo głupia jak wiara, że ktoś może zostać twarzą depresji. Równie dobrze można by wybierać twarz jedzenia chleba albo twarz wciskania drzemki w telefonie: to może być każdy.
Ilu freudystów trzeba do zmienienia żarówki? (...) Odpowiedź: przynajmniej dwóch – jeden wykręca żarówkę, drugi trzyma penisa, znaczy matkę, znaczy drabinę.
Odpowiedź: wystarczy jeden, to żarówka musi chcieć się zmienić.
Nigdy nie byłam królową asertywności. Ani księżniczką. W sumie daleko mi było nawet do zubożałej-szlachcianki-której-rodzice-rozsyłają-podrasowane-portrety-do-świeżo-owdowiałych-właścicieli-ziemskich-z-drugiego-końca-kraju-licząc-że-nie-będzie-im-się-chciało-tłuc-przez-trzy-dni-powozem-żeby-sprawdzić-towar-na-żywo-przed-zaręczynami asertywności.
Freud mówił, że człowiek zdrowy psychicznie to ten, który jest w stanie kochać i pracować, co samo w sobie pokazuje, że nie był jednak aż takim geniuszem, jak się zwykło mówić. Człowiek zdrowy psychicznie to ten, który jest w stanie prowadzić small talk i śmiać się na The Office.
Późny kapitalizm jest źródłem wielu wspaniałych wynalazków: od kryptowalut po bieżnie odchudzające dla psów.
Pochłaniają mnie powerpointowe prezentacje dowodzące, że Eurowizja jest częścią planu powszechnej sterylizacji, o czym świadczą tajne symbole ukryte w kostiumie reprezentantki Bułgarii.
(...) przed oczami przesuwają mi się kolejne jego [piekła] kręgi: blond rodzina w lnianych ubraniach i mokasynach; wieczór z winem, planszówką i rozpływaniem się nad nowym filmem Smarzowskiego; ludzie zwracający się do swoich dzieci w wołaczu; Tulipany Dwurnika pod podwieszanym sufitem; wysoko funkcjonujący alkoholizm i nisko funkcjonujące życie seksualne; szerowanie postów Krystyny Jandy…
(...) skoro przyroda traktuje mnie w taki sposób, to kończę z segregacją śmieci i niech sobie radzi sama.
Wiara, że wyleczy cię światło albo zestaw suplementów, jest dokładnie tak samo głupia jak wiara, że ktoś może zostać twarzą depresji. Równie dobrze można by wybierać twarz jedzenia chleba albo twarz wciskania drzemki w telefonie: to może być każdy.
Ilu freudystów trzeba do zmienienia żarówki? (...) Odpowiedź: przynajmniej dwóch – jeden wykręca żarówkę, drugi trzyma penisa, znaczy matkę, znaczy drabinę.
Odpowiedź: wystarczy jeden, to żarówka musi chcieć się zmienić.
Nigdy nie byłam królową asertywności. Ani księżniczką. W sumie daleko mi było nawet do zubożałej-szlachcianki-której-rodzice-rozsyłają-podrasowane-portrety-do-świeżo-owdowiałych-właścicieli-ziemskich-z-drugiego-końca-kraju-licząc-że-nie-będzie-im-się-chciało-tłuc-przez-trzy-dni-powozem-żeby-sprawdzić-towar-na-żywo-przed-zaręczynami asertywności.
Freud mówił, że człowiek zdrowy psychicznie to ten, który jest w stanie kochać i pracować, co samo w sobie pokazuje, że nie był jednak aż takim geniuszem, jak się zwykło mówić. Człowiek zdrowy psychicznie to ten, który jest w stanie prowadzić small talk i śmiać się na The Office.
środa, 5 lipca 2023
Arabowie w Galii (opera)
Jest to jedna z oper wystawiona w wersji koncertowej (czyli zero scenografii, sam śpiew i orkiestra) w ramach Royal Opera Festival. Twórca Pacini chyba trochę zapomniany, choć za życia twierdził, że skomponował sto oper. Pod względem muzycznym dostaliśmy dokładnie to, czego spodziewamy się po operach z pierwszej połowy XIX wieku. Jest pompa, dramat, uczucia wylewające się z krtani w pełnym ambiwalentnym spektrum: od miłości po nienawiść jednocześnie. Fabularnie jest to bardzo uzasadnione, bo Ezilda rozpoznaje w arabskim wodzu Agobarze swojego męża Clodomira, który rzekomo wiele lat wcześniej zmarł tuż przed objęciem galijskiego tronu. Kiedyś go kochała, ale najeźdźcy przecież nie może darzyć uczuciem. Opera jest tragiczna, więc będzie śmierć, ale - co nieoczekiwane - nie spotka ona niewiasty, lecz Clodomira-Agobara. Pod koniec Ezilda uświadamia sobie, że kocha, ale jest już za późno. Fabuła wygląda na opowieść z czasów Karola Młota, ale trzech groszy nie dam za jej zgodność z faktami historycznymi. Ponieważ nie ma gry aktorskiej ani kostiumów, nieco trudno jest pojąć, dlaczego nie od razu Ezilda rozpoznała męża. Czyżby wcześniej miał szyszak na głowie? Istotą festiwalu jest celebrowanie twórczości Rossiniego, ale tenże był słaby w chórach. Pacini za to chóry lubił, więc miałem radość - nawet wtedy, kiedy chór podwładnych Agobara podejmował decyzję o zamordowaniu swojego wodza - w pogodnej chóralnej kompozycji. Wyobraźcie sobie tekst do melodii refrenu Pszczółki Mai: ten wódz, którego chcemy zabić, to Agobar, ścięta mieczem będzie jego głowa, sztylet wbij mu tu i tam, radość wielką niosąc nam. W zakresie ruchu scenicznego spektakl ukradła jedna z chórzystek, która z nieznanych nam powodów pełzającymi ruchami robaczkowymi przedostała się ze sceny do klawesynisty. W sumie czemu nie, też bym podpełzł do takiego fajnego brodatego bruneta. Zdziwienie moje wywołała muzyka z puszki, którą puszczano od czasu do czasu. Dobrze chociaż, że śpiew był w całości na żywo, a Serena Farnocchia w roli Ezildy naprawdę nie szczędziła strun i momentami wychodziła poza rejestry uchwytne dla mojego ułomnego ucha.
wtorek, 4 lipca 2023
Kopernik (musical)
Nowy dyrektor Opery Krakowskiej ma wielkie ambicje promowania sztuki najwspółcześniejszej. Z jego inicjatywy powstała opera Wanda, a teraz musical Kopernik, którego krakowską prapremierę można było oglądać na dziedzińcu wawelskim (za stosowną opłatą). Kiedyś kwestie takie jak polskość Kopernika nie wzbudzały wielkich namiętności, ale po rozbiorach my, dumni Polacy, jesteśmy wyczuleni na próby przywłaszczania sobie Kopernika przez Niemców, na przykład. Protektorem Kopernika był jego wuj, biskup Watzenrode, wierny poddany Korony Polskiej, choć po nazwisku sądzilibyśmy, że to jakiś Krzyżak. Trudno rzec, czy historia Mikołaja nadaje się na musical. Kiedyś w końcu przeczytam tę biografię autorstwa Orlińskiego, ale po spektaklu muszę uważać, że był Mikołaj postacią dość nijaką, co najwyżej raz czy dwa postawił się wujowi, ale poza tym był zawsze szlachetny, oddany nauce i - Boże broń! - nie stawiał horoskopów (w co szczerze wątpię). Do wydania dzieła zdopingował starego już Kopernika Retyk, młody niemiecki uczony, któremu w jednej z pieśni kazano wstydzić się astrologii, jaką zdarzało mu się praktykować. Czy masturbacji też się wstydził? Na szczęście nie wszyscy są kryształowi niczym Kopernik, zwłaszcza jego brat Andrzej, który, nieszczęsny, zmarł na trąd, ale wcześniej użył sobie życia z białogłowami (i to z wieloma naraz, jak nam sugerują). Tymczasem Kopernik może i darzył uczuciem tę Annę Schiling, ale jako kanonik nie mógł tego uczucia skonsumować (to jest do sprawdzenia, bo przecież ówczesny kanonik nie był księdzem). Biedak Kopernik wypada blado przy takim Tycho Brahe, astronomie niewiele późniejszym, u którego w domu pijane łosie spadały ze schodów. Jak Cyceron o Kartaginie, tak ja przy okazji Kopernika zawsze postuluję, żeby nie ogłupiać dzieci rymowanką, że „ruszył Słońce, wstrzymał Ziemię”. To nadzwyczaj marnie oddaje istotę odkrycia Kopernika, czyli zmiany układu odniesienia, w którym opisujemy ruch planet w naszym Układzie Słonecznym. Oczywiście dzieci tego nie zrozumieją, ale jeśli już przytaczacie tę rymowankę, to dodajcie, proszę, że prawda jest nieco bardziej złożona, a jeśli się będą pilnie uczyć, to kiedyś ją zrozumieją. Musical jest ładną laurką, ale jednak laurką. Upewniłem się w jednej kwestii: aby w przyszłości sobie darować spektakle na dziedzińcu Wawelu. Zgoda, miejsce jest niezwykłe, ale też niezwykle słabo nadające się do przedsięwzięć scenicznych. Siedziałem w czwartym rzędzie, a i tak nie widziałem aktorów w całości, a sporą część sceny zasłaniała mi głowa gościa przede mną. Na razie tak mi się ostatnio kojarzy określenie „głowa wawelska”. Komfortu jako widz nie doznałem, ale może jako słuchacz - owszem? Wielkim znawcą nie jestem, ale wypadło lepiej niż się spodziewałem. Piosenki musicalowe są dość specyficzne, ni to pop, ni to coś ambitniejszego, jakby uboga siostra opery. W tym sensie Kopernik trzyma dobry poziom i chyba ma potencjał na parę przebojów.
Signor Bruschino (opera)
Spektakl zrealizowano w ramach Royal Opera Festival, organizator - Passionart. Przytaczam, bo podobno w naszym Tymkraju działa ustawa o ochronie tutejszego języka, a poza tym jest jakaś konstytucja, która nie przewiduje królewskiej egidy, pod którą - sądząc po nazwie - odbywa się impreza. Przedstawienie pokazano w Filharmonii Krakowskiej jako wersję półsceniczną. Byłem dość ciekaw tej formuły. Okazało się, że była scenografia, choć nie na bogato. Operę napisał Rossini, który tworzył do czterdziestki, skomponował blisko czterdzieści oper, a potem dał sobie spokój, choć coś tam jeszcze sporadycznie tworzył. Z tego co wiem, metoda twórcza Rossiniego nie wykluczała autoplagiatów, podobno w Cyruliku znalazły sie motywy z wcześniejszego Sigismondo (opery o polskim królu, która w sensie wierności postaciom autentycznym była bliska królowi Ubu). Pan Bruschino to opera komiczna, a perypetie są miłosne. Zakładam, że ustawa pozwala na spojlery w odniesieniu do dzieła sprzed dwustu lat, więc wspomnę, że tytułowy pan Bruschino został wplątany w intrygę, w ramach której niejaki Florville, zakochany z wzajemnością w Sofii, podaje się za syna Bruschina, a ów oczywiście nie przyznaje się do „syna”, więc wychodzi na okrutnego ojca. Ale kiedy okaże się, że jest mu to na rękę, przyzna się do ojcostwa. Zdolności aktorskie w operze nie są najważniejsze, ale akurat dobrze, że obsada się nimi wykazała, bo dzięki nim zadziałał efekt komiczny. Jeszcze rzadszy od dobrego aktorstwa w operze jest udział dyrygenta w zabawnych ustawkach, kiedy na przykład przegania Filiberta, który wściubia nos w partyturę, albo kiedy zwraca mu uwagę, żeby nie wczuwał się zanadto w rolę, przerywając jego arię z innej opery. Pana Bruschino zagrał młody baryton Emmanuel Franco, który wcielił się w postać starszą jakieś czterdzieści lat, więc w trakcie spektaklu chodził o lasce i utykał. Wyszło tak wiarygodnie, że nawet w trakcie spektaklu myślałem sobie, że to nie fair tak męczyć starszych ludzi i angażować ich do występów ponad ich siły.
czwartek, 18 maja 2023
Eurowizja 2023
Ta edycja wydała mi się słabsza. W zeszłym roku doszło do zdarzenia niespodziewanego w moim życiu, bo pierwszy raz zagłosowałem esemesowo, co wiąże się z wydatkiem paru złotych. W tym roku żadna piosenka mnie do takiego szaleństwa nie popchnęła - co nie znaczy, że nie kibicowałem nikomu. Słabość tegorocznej Eurowizji wiązała się z tym, że była dużo mniej muzycznie zróżnicowana, a poza tym przeważała maniera krzykliwego śpiewu w stylu zwycięskiej Szwedki (co może jest bardziej subiektywnym odczuciem niż prawdą, ale kto się przejmuje prawdą?). Poziom wokalny był dość dobry, zdecydowanie powyżej możliwości naszej Blanki z jej sympatyczną, choć nieco infantylną piosenką. Podobno niemiecka bulwarówka zarzucała jej, że jest klonem Britney Spears i ma zbyt krótką sukienkę. Czy tę bulwarówkę redagują dziennikarze wykształceni u Rydzyka? Według standardów wczesnych lat sześćdziesiątych prawie wszyscy na dzisiejszej Eurowizji to wyuzdane kreatury wulgarnie eksponujące swoje ciała. Niestety sprawdziło się moje pierwsze odczucie, jakie miałem po wyborze Blanki w preselekcjach - ona przepadnie. Gdyby wygrał preferowany przez publikę Jann, to nie byłoby lepiej, bo latoć obrodziło w niedorostków, którzy przepadli już w półfinałach. Przez moment wydawało się, że jej występ jest popularny, na co wskazywały statystyki sieciowe, ale zawsze wtedy w tyle głowy perfidny głosik mi szepcze, że oglądali ją raczej dla beki. Nie przepadam za szwedzkim popem i nie rozumiem, czemu Måns zwyciężył ze swoją piosenką w 2015, ale przyznam uczciwie, że piosenka Szwedki Loreen była dużo lepsza od tamtej. Swoją drogą, jak ona sobie nie wykłuła oczu z tymi szponami - chyba ją Matka Boska miała pod opieką. Kibicowałem jednak Finowi Käärijä w idiotycznej scenicznej kreacji, który miał duże szanse na zwycięstwo. Piosenkę miał fajną, ale zepsutą w drugiej połowie, kiedy znienacka zaczęły się dziecinne rytmy. A teraz wypunktuję sobie uwagi na temat wybranych utworów (pomijam omówione wyżej i te, które można sobie darować):
- Teya i Salena, Austriaczki z dowcipną piosenką „Who the Hell Is Edgar?”; okazuje się, że ma ona ciekawe przesłanie,
- „Évidemment” to piosenka Kanadyjki La Zarry reprezentującej Francję - przyjemnie rytmiczna, a występ kaskaderski, bo dziewczyna stała na jakimś słupie,
- „Break a Broken Heart” Andrew Lambrou (Cypr) - dość przeciętna, choć wokal dobry, a wspominam, bo to największe ciacho w tym roku,
- „Eaea” Hiszpanki Blanki Palomy - dobre połączenie folku z popem, a to lubię,
- „My Sister’s Crown” czeskiej Vesny - wpada w ucho, klimaty jakby ukraińskie czy słowiańskie,
- „Promise” australijskiego Voyagera - dobry gitarowy kawałek z piękną solówą w wykonaniu kobiety,
- „Because of You” Gustapha z Belgii - przyjemna, a wykonawca „jest członkiem społeczności LGBTQ+”, co było po nim widać, choć nie w wulgarny sposób (nb. ten inkluzywny język dzisiejszy ma urok urzędowej nowomowy - przypomina mi się skecz z Monthy Pythona, w którym facet dzwonił z prośbą o przyjęcie do grona homoseksualistów),
- „Soarele și luna” Mołdawianina Pashy - wyróżnia się na tle, z dziwnym wokalem w rodzaju głośnego szeptu,
- „Blood and Glitter” niemieckiego zespołu - zaszaleli w temacie strojów (na ich widok strwożone lechickie pacholęta zakrzyknęłyby: „Niemce!”), niby ostro grali, ale w gruncie rzeczy to był pop,
- „Carpe Diem” słoweńskiego Joker Out - solidny rockowy kawałek,
- „Mama šč!” Chorwatów Let 3 - największy odlot w niebezpieczne dla zdrowia psychicznego rejony; mnie się podobało, ale to jest bardziej kabaret niż muzyka na serio.
Jak co roku przyznaję nagrodę imienia Miecia Szcześniaka - otrzymuje ją Włoch. W tym roku biedny Cypr nie miał komu dać dwunastki, bo Grek odpadł w półfinale. Ukraina wysłała Afro-Ukraińca i wypadło blado, jakby na wszelki wypadek nie chcieli wygrać znowu. Dziewczę z Izraela chwaliło się, że dostało 12 punktów od Polski, co jest rodzajem triumfu po tym, jak w Holokauście zginęli członkowie jej rodziny. Wpisując się w narrację o „polskich obozach śmierci”, ładnie dziewczę realizuje hasło przewodnie Eurowizji: „United by Music”. Oczywiście przepraszam za te komentarze, ocaleli z Holokaustu są poza krytyką itd. Prezentacje wyników przez jury to zwykle nudy, ale podobnie jak w 2021 Islandczycy mieli super pomysł! (Link do 3:30 w relacji na jutubie. Nb. był to Hatari, który wystąpił na Eurowizji w 2019.) Prowadzący Graham Norton podsumował, że był to najwolniejszy striptiz, jaki widział w życiu, ale dowcip nie został przetłumaczony na polski w telewizji - za przeproszeniem - publicznej. Z odsuniętych w półfinałach najbardziej szkoda mi było reprezentacji San Marino.
poniedziałek, 17 kwietnia 2023
Kruchość wodoru. Demarczyk (Teatr Nowy Proxima)
Czemu nie twardość helu? - zapytałem. Nie ulega wątpliwości, że tytuł został zainspirowany „kruchością wodorową”, zjawiskiem zachodzacym w metalach pod wpływem wodoru. Z tego jednak nie uczyniono zadnej analogii, bo w sztuce ów wodór jest metaforycznym paliwem napędzającym silnik artystycznej kreacji, któremu w tym procesie potrzebny jest tlen. I teraz powoli staje się jasne, do czego zmierzamy. W artystycznym silniku pod nazwą Demarczyk zabrakło paliwa. Jedna z wybitniejszych polskich pieśniarek ma repertuar tak skromny, że można z nim się zapoznać w całości w jedno przedpołudnie, nie odkładając obiadu na porę późniejszą niż zwykle. W spektaklu usłyszymy wiele piosenek Demarczyk, ale jako ilustrację do „fabuły”, która jest bardzo nieoczywistym pomysłem na opowieść o artystce. Proponuję interpretację w stylu fantastyki naukowej. W dalekiej przyszłości będzie można wracać do procesów myślowych dawno zmarłych osób, odtwarzając je jako strumień świadomości. Przy czym dla dramaturgii oglądamy to jako interakcję między Demarczyk a jej, by tak rzec, dajmonionem w postaci raczej nieprzyjemnego faceta. W pewnym momencie zajrzymy nawet głębiej do głowy Demarczyk, co obróciło się w niezły dowcip. Aktorka Chlebny ma imponujący głos, a w ramach roli cały czas wymawia to słynne gładkie „ł”, jakie słyszeliśmy u Demarczyk. Wszystko byłoby pięknie, lecz przed jednym ostrzegam: nagłośnieniem. Siedziałem tuż przed rzężącym, przesterowanym głośnikiem i teraz już wiem, jak wyglądałby mój pobyt w piekle.
sobota, 8 kwietnia 2023
Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję (Łaźnia Nowa)
Okoliczności, w których powstał spektakl, są dość szczególne, bo reżyser Mateusz Pakuła najpierw napisał książkę, a potem przeniósł ją na scenę. Książka jest brutalną opowieścią o umieraniu jego ojca, u którego rozwinął się nowotwór niemożliwy do wyleczenia. Umieranie jest piękne w filmach holiłódzkich, ale nie w prawdziwym życiu, z jego wszystkimi wydzielinami w postaci krwi i kału. W spektaklu dominuje słowo, więc nie doświadczymy nawet ułamka tego, co było udziałem Pakuły. Ojciec umierał długo dłużej, niż to przewidywali lekarze, w mękach tak okropnych, że pomimo swego religijnego przywiązania do „wartości”, zaczął domagać się eutanazji, przywileju, którym w Polsce cieszą się koty i psy, ale nie ludzie. Pakuła stawia sprawę otwarcie mówiąc, że byłby gotowy to zrobić dla ojca, ale jedyną dostępną opcją było uduszenie poduszką - a tego nie był w stanie uczynić. Nie bardzo mnie interesuje dyskusja o moralnych aspektach eutanazji, ale gdybym mógł dokonać wyboru - podpisałbym zgodę na własną eutanazję, obwarowaną pewnymi dość łatwymi do sformułowania zastrzeżeniami. Nie rozumiem, czemu nie dana jest mi taka możliwość. Autor też tego nie rozumie, a w niedawnym wywiadzie wręcz stwierdził, że ta sprawa ostatecznie zachęciła go do pożegnania się z Kościołem katolickim i religią w ogóle. Nic więc dziwnego, że w spektaklu usłyszymy parę zjadliwych uwag przeciw katolicyzmowi alla polacca. Wracając do filmów, przypomina mi się świetna Inwazja barbarzyńców, w której przyjaciele chorego organizują mu eutanazję. Nawet jednak w tym filmie śmierć jest nieco ugłaskana - ale nie tak jak w obłudnym Joe Black, w którym pomysł na śmierć jest jakby wzięty z wiersza, który zamieszczam poniżej (z tomu „Późne słońce“ Marcina Orlińskiego).
piątek, 7 kwietnia 2023
Wanda w Operze Krakowskiej
Legenda o Wandzie ma branie w operze, zdarzyło mi się widzieć Vandę Dvořáka, a podobno istnieje parę innych, choć tylko na papierze. A tu mamy nową wersję w sensie muzyki, bo libretto zostało wzięte z misterium Norwida. Na dzieła współczesnych kompozytorów „poważnych” chodzi się z drżącym sercem, zwłaszcza kiedy się miało osobliwą przyjemność obcować z operą na podstawie Tanga Mrożka. Uff, jaka ulga, muzyka skomponowana przez Wnuk-Nazarową okazał się zaskakująco przystępna, jest atonalna (czytaj: niemelodyczna), ale przyjazna dla ucha. Jak ujęła to kompozytorka: atonalna, ale nie awangardowa. W wywiadzie po spektaklu wspomniała jeszcze o „wznoszących akordach molowych”, co doceni ktoś bardziej muzykologicznie ode mnie obcykany. Spektakl jest krótki, zaledwie godzina z hakiem, ale zrobiony na bogato: są chóry, znakomity balet germańskich wojowników i monumentalna scenografia. I to niesamowite zakończenie, kiedy wszystko gaśnie, muzyka powoli cichnie do zera, a na scenie zapada mrok. Tekst Norwida można przeczytać w kwadrans i nie przeczę, piękne to jest, ale jako dramat - no dramat po prostu. Trochę jak Odprawa posłów greckich Kochanowskiego, poezja pierwszorzędna, ale denna koncepcja sceniczna. Koncepcja, że Wanda naprawdę kochała tego Rytygera, ale postanowiła poświęcić życie, by uratować swój lud od groźby wchłonięcia uduchowionego pierwiastka słowiańskiego przez żywioł germański, może i da się wyczytać z tekstu Norwida, ale gratuluję każdemu, kto z tego powodu dozna artystycznej rozkoszy. W wielu momentach zdawało mi się, że więcej rozumiem z tłumaczenia na angielski, które było wyświetlane razem z tekstem polskim. Zaczyna się od tego, że lud pyta Grodnego o Wandę.
Czemu nie siaduje na przedwnijściu,Po chwili okazuje się, że Wandę ogarnęła „niemczyzna”, czyli małomówność spowodowana melancholią. Nadszedł dziarski Rytyger i „niemczyzna” przeszła, albo raczej - zamieniła się w uczucie do Niemca (ładne, nie?). Norwid nie zadał sobie trudu, by zdradzić czytelnikom, jakże to doszło do rozkwitu uczucia, czy były jakieś wyznania i drżenia serca. Tuż przed swym tragicznym końcem Wanda, było nie było poganka, wieszczy.
Błogosławiąc wracającym z pola
Po murawach, jak krople po liściu.
Dobrzy ludzie! Widziałam cień ogromny Boga,W tym dewocyjnym kontekście inaczej patrzymy na ofiarę Wandy. Jakże miło ze strony wzruszonego tym Rytygera, że miast złupić gród postanowił ruszyć na Rzym. A przestraszone lechickie pacholęta, które wcześniej zakrzyknęły „Niemce!”, mogły odetchnąć z ulgą.
Przechodzący po polach, jak szeroka droga.
A to był tylko ręki jednej cień; ta ręka
Jakby przebitą była, bo słońce padało
Przez wnętrze dłoni nawskróś, jak przez wypaść sęka.
Ja stałam i patrzyłam w to rozdarte ciało,
Jak ptak z ciemności w jasną pogląda szczelinę,
I dano mi jest wiedzieć to... że dla was zginę.
czwartek, 23 marca 2023
Berek, czyli upiór w moherze
Spektakl przyjechał z Warszawy i jest prequelem Berka 2, o którym wspomniałem tutaj. Bohaterami są sąsiedzi przez ścianę, moherowa Anna i tęczowy Paweł. Wskutek zajść dramatycznych, w ramach których Paweł będzie się opiekował kontuzjowaną starszą Anną, u tej ostatniej dojdzie do przemeblowania światopoglądu, w następstwie czego rydzykowa homofobka dołączy do chłopców i dziewcząt z parady gejowskiej. Spektakl jest zabawny, choć wolałbym słyszeć nieco więcej, bo częste wybuchy śmiechu następowały po kwestiach podawanych na poziomie głośności szumu skrzydeł motyla, który umierał nim doleciał do mych uszu. Może rację mają mędrcy i mędrczynie, którzy twierdzą, że ludzie boją się tego, czego nie znają, więc dlatego kierują się przeciw gejom (a raczej dają się kierować przez innych). Z zapamiętanych przeze mnie przykładów przytoczę relację Sledge'a, pastora baptystów, który stał się ateistą, a jedną z wielu przesłanek tej przemiany była myśl o sympatycznym geju, którego poznał. Jeśli taka osoba ma trafić do piekła, to coś tu nie gra. Życzyłbym sobie oczywiście, żeby wszystkie moherowe babcie (płci i wieku dowolnych) przeszły przemianę, jaka zdarzyła się Annie. Zauważmy, że mentalne spotkanie Pawła i Anny nie nastąpiło w połowie drogi, lecz w ogródku Pawła. Ów przecież ani trochę nie uległ Annie, nie stał się ani trochę religijny, nawet jednego paciorka nie odmówił. Zdaje się, że porządne mohery prychną pogardliwie na myśl o przesłaniu ogólnym sztuki Szczygielskiego. Zapewne ktoś już napisał sztukę pod tytułem Kadzidło na tęczową zarazę, w której Anna opiekuje się Pawłem, a ten przyjmuje do serca Jezusa, wyrzeka się swojego grzesznego stylu życia i doznaje duchowych aktów strzelistych odmawiając z Anną różańce i nowenny. To już oczywiście nie mogłaby być komedia, no chyba że taka w stylu Dantego. Taka właśnie przemiana duchowa byłaby dla moherów najzupełniej naturalna. Na poziomie podstawowym umysł tęczowy nie różni się od moherowego - oba chcą dominować. Takie stwierdzenie czyni ze mnie zboczeńca - w odróżnieniu od porządnego geja, który powinien zawsze twierdzić, że ma rację domagając się szacunku i zrównania w prawach. Być może ktoś mi zwróci uwagę na to, że światopogląd tęczowy nie zakłada żadnej dominacji, lecz zgodę na różnorodność: bądź gejem lub moherem wedle własnej woli. Przypomnijmy sobie jednak tytuł z Frondy: „Geje zabijają wolność w USA”, jak skomentowano legalizację małżeństw jednopłciowych w SZA. W tym sensie tęczowi jak najbardziej dążą do dominacji, której celem jest zniesienie dyskryminacji osób lgbt, tak drogiej moherowym sercom. Sformułowanie ponurej konkluzji tych wywodów pozostawiam jako zadanie domowe.
niedziela, 19 marca 2023
Baron cygański (Opera Krakowska)
Każdy pozazdrościłby Barinkayowi, który wraca na odzyskane włości po ojcu, niesłusznie skonfiskowane za rzekomą kolaborację z Turkami. W pamięci bohaterów jest jeszcze świeży epizod osmańskiej inwazji na Wiedeń. No, ale to w końcu operetka, tu nie chodzi o wielką politykę, lecz o coś znacznie większego - o miłość. Gdzie mieszka miłość? W operetce! Życie Barinkaya to nieustające pasmo sukcesów i szczęśliwych zdarzeń, szybko przejrzał na oczy, że córka Żupana to lafirynda, a za to udawana inna miłość okazała się prawdziwa, niby była Cyganką, ale okazała się księżniczką z urodzenia. Razem znaleźli skarb, który ofiarowali cesarzowej na obronę kraju, po czym Barinkay na czele Cyganów ruszył na wojnę, z której wrócił jako bohater. Wojna jak wojna - straszna jest, a jej okropieństwo sprowadza się do jednej ręki na temblaku (bynajmniej nie Barinkaya). Nie wiemy do końca, jaka to dziejowa konieczność spowodowała, że dzielni Austriacy bronili swojego kraju walcząc w Hiszpanii, taki widać urok imperiów. Widzimy to i dzisiaj. Spektakl krakowski jest zacny, napisów nie ma (ani lektora Szołajskiego), więc diwa Socha mogła - jak dla mnie - śpiewać paragrafy kodeksu drogowego lub przepis na babę ganusz. Powiedzmy przy tym jasno: diwa Socha to zapewne najlepszy krakowski głos, więc mniejsza o to, co śpiewa. Wszyscy oczywiście znamy największy szlagier z operetki Straussa, czyli „Wielka sława to żart”. Refren jest muzycznie banalny, ale kuplety - już mniej. Gorsze jest to, że ten polski tekst urąga rozumowi, bo czemu nagle on śpiewa o sławie i złocie, które krąży z rąk do rąk? I czemu nie przechodzi przez moje? Wypytywałem kogo się dało, czy naprawdę życie księcia jest warte losu błazna? Jakoś nikt nie powiedział, że wolałby być błaznem. (Uczciwie przyznam, że nie pytałem, czy woleliby być Stańczykiem, czy Januszem Radziwiłłem.) Po wielkich mękach znalazłem tłumaczenie na angielski (niemiecki zalicza się do języków obcych, które są dla mnie obce). Zdaje się, że polskich tłumaczy poniosła fantazja. Nie tylko poniosła, zrzuciła ze grzbietu na glebę i jeszcze się na nich wypróżniła. (Żeby nie było za dużo negacenia: doceniam polski wtręt w postaci „szarlatana i zaklinacza wężów, dostawcy rogów zacnych mężów”, czego w tłumaczeniu angielskim nie znajdziemy - i zapewne w oryginale również.) Oto tłumaczenie angielskie (autor Geoffrey Dunn). Przy okazji, „prophesy”, czytaj „profesaj”, znaczy przepowiadać.
[Barinkay]
Since I was left an orphan lad
long trips around the world I’ve had;
the first when I was young and poor,
with a menagerie on tour.
From killer whale to chimpanzee,
the livestock fairly took to me.
The rhino stroked my cheek politely.
The rattlesnake would rattle brightly.
The lion rolled me in the sand,
the tiger shook me by the hand,
I hugged the bears if they were Polars,
I brushed the alligator’s molars;
and the elephant said a ballad
while he was mixing me a salad.
Ah! Why be timid and shy?
How can you prophesy
that you’re aiming too high
till you try, till you try?
[Chorus and Barinkay]
Why be timid and shy?
How can you prophesy
that you’re aiming too high
till you try, till you try?
[Barinkay]
I travelled widely after that
as mountebank and acrobat,
and always got a good result
when I attempted the occult.
My incantations called up hosts
of very well connected ghosts.
Fire-eating was my next employment.
I swallowed swords with much enjoyment;
I frolicked on the high trapeze,
I juggled with the greatest ease,
I somersaulted fifty yards,
I was superb in tricks with cards
which I performed with fine perception
and absolutely no deception.
Ah! Why be timid and shy?
How can you prophesy
that you’re aiming too high
till you try, till you try?
[Chorus and Barinkay]
Why be timid and shy
How can you prophesy
that you’re aiming too high
till you try, till you try?
środa, 15 lutego 2023
Polemika z Poniedzielskim
Skąd nagle ta polemika? A stąd, że wybrałem się na występ artysty-pesymisty. Wątpię, że Poniedzielski zauważy tę polemikę, zwłaszcza że szanse, iż ujrzy ją na swoim „tablecie” (jak określił podkładkę z klipsem na luźne kartki), są marne niczym nadzieje na wystąpienie przejawów inteligencji w życiu - za przeproszeniem - publicznym. Bo - jak mówi - dominują u nas inteligenci skąpoobjawowi. I z tym zapolemizuję, albowiem mam większą niż Poniedzielski wiarę w człowieka, a powiem nawet więcej - większą wiarę w jego przewrotność. Uważam bowiem, że nasi inteligenci są nie tyle skąpoobjawowi, ile niepraktykujący. Powód jest prosty niczym przesłanie piosenek Żenka: jeśli schlebiasz pospolitym gustom i poglądom, prędzej znajdziesz poparcie przekładające się na monetyzację lub pozycję polityczną. Obecnie rządzący tylko udoskonalili to, co widzieliśmy wcześniej, a czego kwintesencją do dziś jest dla mnie Waldek Pawlak, jeden z większych politycznych sztywniaków, gibający się przedwyborczo do pieśni z nurtu disko polo. Dylemat „inteligent skąpoobjawowy czy niepraktykujący” wywołuje całkiem naturalne skojarzenie z Hippiaszem Mniejszym, jednym z dialogów Platona. Jak wszyscy pamiętamy, Sokrates męczy Hippiasza pytaniami. Czy lepszy jest ten biegacz, który przegrywa zawody, bo nie potrafi wygrać, czy ten, który przegrywa, choć potrafi? A zaraz potem: czy lepszy jest człowiek, który czyni zło nieświadomie, czy ten który ma tę świadomość? Ten, który nie jest inteligentny, czy ten, który z inteligencją się ukrywa? Pytania mają na celu wywołanie konfuzji u biednego Hippiasza. Na swój użytek znalazłem wyjaśnienie takie, że za każdym razem słowo „lepszy” odnosi się do innej jakości. Pierogi ruskie nie są lepsze od tartych buraków na tej samej zasadzie, na której filantrop jest lepszy od lekkoducha żyjącego z odziedziczonego majątku. Jako inteligent skąpoobjawowy tematu szerzej nie rozwinę, za to dołączę się do życzeń dla Poniedzielskiego, które jego wnuczka w wieku trzech i pół roku ujęła następująco: życzę ci, żeby ci było jakoś kiedyś.
poniedziałek, 26 grudnia 2022
O pierwszeństwie jaja przed kurą
Gdyby polskie dzieci były porządnie uczone teorii ewolucji, to zapewne nie mielibyśmy reklam, w których pada stwierdzenie, że nie wiemy, co było pierwsze, jajo czy kura. Zasadniczo odpowiedź, że jajo, bo już dinozaury w mezozoiku je składały, jest prawidłowa, ale doprecyzujmy: kura czy jajo, z którego wylęgła się kura. I tu odpowiedź wydaje się prosta, bo w którym momencie następuje zmiana genetyczna? Czy w przejściu od ptaka do jaja, czy od jaja do ptaka? Jasne, że tylko w tym pierwszym przypadku, więc jajo ptaka będącego ewolucyjnym przodkiem kury, będzie bliższe kury, niż ptak, który je złożył. Odpowiedź zatem jest: jajo było pierwsze. Ale to bujda, bo jest lepsza odpowiedź, a brzmi ona tak: pytanie o pierwszeństwo jaja czy kury nie ma sensu w świetle teorii ewolucji, bo zmiana gatunkowa nie następuje w ramach jednego pokolenia. Kiedyś chyba nieźle trafiłem estymując, że trzeba z pięćdziesiąt tysięcy pokoleń, by powstał nowy gatunek (pomijam tu dobór sztuczny).
„Tango” Mrożka w wersji operowej
Za spektakl odpowiada Warszawska Opera Kameralna, za muzykę Michał Dobrzyński, za reżyserię Maciej Wojtyszko. Spektakl wystawiono w Operze Krakowskiej na scenie głównej, czyli mało kameralnej. Muzyka to współczesny ful-hardkor, polegający na tym, żeby nie było nawet pół taktu miłej dla ucha melodii. Jeśli chodzi o reżyserię, to się nieco zawiodłem. Lepiej by było, gdybym nie pamiętał genialnego Kandyda, którego dawno temu zrobił właśnie Wojtyszko. Ogólnie wrażenia mam niedobre, począwszy od tekstu Mrożka, który podgryzły już mole. Przesłanie jest w sumie ciekawe, ale te postaci są takie papierowe, że zwisa mi raczej zdrada Eugeniusza, której dopuścił się na Arturze, kiedy są to personifikacje tendencji społecznych. Jest to w pewnym sensie odwrotny efekt Monty Pythona - ja naprawdę rozumiem, że to jest śmieszne, ale co poradzę na to, że to na mnie nie działa. Tak samo rozumiem poważną przestrogę z finału Tanga, ale przejęty nie jestem. Miejmy nadzieję, że reszta ludzkości jednak przejmie się mocniej i podejmie kroki zaradcze.
poniedziałek, 21 listopada 2022
Cyrulik sewilski (Opera Krakowska)
To zapewne opera równie przebojowa co Carmen. Jest prequelem Wesela Figara, na podstawie sztuki teatralnej tego samego gościa, który - jak już pisałem - byłby dzisiaj znany garstce filologów, gdyby nie miał szczęścia do operowych adaptacji. Krakowskie przedstawienie jak zwykle zrobione jest po bożemu, bez szczególnych dziwactw. Na scenie postawili dwupiętrową budowlę, na piętrze pomieszkuje ubezwłasnowolniona Rozyna, obiekt westchnień hrabiego Almavivy. Po wielu perypetiach dojdzie do ślubu, bo w tych czasach opery nie musiały być jeszcze tragiczne. Piękna była ta miłość Almavivy do Rozyny, więc tym bardziej możemy się uśmiechać z politowaniem wspominając Almavivę z Wesela, w którym hrabia szukał okazji do skoku na bok. Z muzycznych fragmentów warto wspomnieć o przebojowej uwerturze (znanej chyba każdemu, choć mogłyby być kłopoty ze wskazaniem źródła), o Largo al factotum, w której Figaro śpiewa „Figaro, Figaro”, i o La calunnia o plotce z charakterystycznym rosnącym napięciem. Wspominam o nich, by o nich pamiętać, a osobnikom rozważającym zainteresowanie się operą - podetknąć podnietę.
czwartek, 13 października 2022
Iwona, księżniczka Burgunda (Teatr Ludowy)
![]() |
| Robert Ratuszny, czyli Wincenty-Innocenty |
środa, 12 października 2022
Dyrektor teatru (Opera Krakowska)
Czy Mozart stworzył operę pod tytułem Spawacz okrętowy? Źródła milczą na ten temat, ale nie można wykluczyć, że... Za to z pewnością napisał Dyrektora teatru, przez wielbicieli właściwej klasyfikacji gatunkowej zaliczanego do śpiewogier, co oznacza, że będą kwestie mówione. I były, nawet przeważały. Opowieść o dyrektorze urządzającym casting do nowego teatru stała się pretekstem do odśpiewania paru arii z innych dzieł Mozarta, choć w oryginale Mozarta były jedynie utwory napisane na potrzeby tego przedstawienia. Aktorzy popisują się przed dyrektorem śpiewając pieśni między innymi z Don Giovanniego (La ci darem la mano - moim dyletanckim zdaniem równie banalna, co popularna), Czarodziejskiego fletu (aria Papagena, który śpiewa z ukochaną o przyszłym wspólnym domu, po którym biegają Papageniątka - to chyba tłumaczył Barańczak), Idomeneusza, król Krety (znakomita aria Elektry). Rozumiem, że widzowie mają być zaskoczeni, że zostali usadowieni na scenie, a aktorzy zajęli widownię, przez co biedne aktorki muszą cisnąć się między rzędami w rozłożystych sukniach. Takie wybiegi nie sprawią jednak, że dowcip sprzed ponad dwóch wieków wytrzyma próbę czasu. Nie wytrzymał, ale to nic, bo nie po to chodzi się do opery.
niedziela, 18 września 2022
Epoka diamentu (Neal Stephenson)
Zaskoczyło mnie nowe tłumaczenie The Diamond Age Stephensona. Czym mnie zaskoczyło? Tym, że powstało, bo onegdaj przeczytałem Diamentowy wiek w tłumaczeniu Jędrzeja Polaka, bardzo mi się spodobało, więc postanowiłem sobie odświeżyć czytając Epokę diamentu w przekładzie Wojciecha Szypuły. Polak miał chyba więcej polotu, zob. [3719] poniżej, ale szkoda mi życia, by porównać oba tłumaczenia z oryginałem, bo tylko w ten sposób można by rozstrzygnąć, które jest lepsze. To, że lepiej bawiłem się czytając Wiek niż Epokę, może wynikać z przyczyn różnych od jakości przekładu. Chwilowo nie jestem przekonany, że nowy przekład był konieczny, choć generalnie idea nowych tłumaczeń jest okej, a czasem nawet niezbędna, jak w przypadku Nietzschego, spolszczonego przez Staffa w stylu młodopolskim. Akcja powieści osadzona jest w niezbyt odległej przyszłości, bardziej parędziesiąt niż paręset lat od naszych czasów. Zamiast eksploracji kosmosu mamy niesamowity postęp nanotechnologii w świecie bez państw, których rolę przejęły klawy (od enklawy), społeczności rozrzucone po całym świecie zorganizowane według ustalonego modelu życia. Wiktorianie mają swoją królową, oczywiście Wiktorię, i starają się żyć nowocześnie, ale zachowując arystokratyczne formy i obyczajowość oryginalnej epoki wiktoriańskiej. Jednym z głównych bohaterów jest wiktoriański inżynier nanotechnolog Hackworth, który na zlecenie lorda Finkle-McGrawa sporządza Ilustrowany Elementarz Młodej Damy, interaktywną książkę edukacyjną dla wnuczki lorda. Kopia elementarza trafia przypadkiem do małej Nell żyjącej w okolicach Szanghaju, poza jakąkolwiek klawą, u boku trochę starszego, kochającego ją brata i matki, która nigdy matką być nie powinna. Nell okazała się bardzo zdolną uczennicą, a czytelnicy mogą razem z nią poznawać metody nauczania elementarza, które są czymś w rodzaju gry typu role-play o rosnącym stopniu trudności, również w sensie przyswajania przez czytających - to moje subiektywne odczucie, jakiego nie pamiętam z lektury sprzed lat. Hackwortha również czekają niezwykłe perypetie, z których najzabawniejsza to jego wieloletni pobyt u Bębniarzy, podwodnej sekty spędzającej czas na wymianie płynów ustrojowych podczas nieustannych orgii. Tak to wyglądało z pozoru, bo w istocie ten kopulujący tłum był rodzajem komputera pracującego nad... - tu się zatrzymam, a dodam jeszcze, że za sporą częścią opisanych zdarzeń czai się Chińczyk doktor X, chcący wprowadzić w życie swój niebezpieczny dla świata plan, którego częścią będzie organizacja o pięknej nazwie Pięści Słusznej Harmonii.
[973]
[973]
Ponieważ projekt, nad którym w tej chwili pracował Hackworth, Ilustrowany Elementarz Młodej Damy, był opłacany osobiście przez lorda Alexandra Chung-Sik Finkle-McGrawa, pieniądze nie grały roli.
U Polaka: Lekcyjonarz Każdej Młodej Damy.
[1448]
[1448]
Wiktoriański układ odpornościowy wykorzystywał mechanizmy darwinowskie do tworzenia zabójców przystosowujących się do ofiar, co było rozwiązaniem eleganckim i skutecznym, lecz zarazem prowadziło do powstawania tworów zbyt dziwacznych, by ogarnął je ludzki umysł – tak jak człowiek projektujący świat nigdy nie wpadłby na pomysł stworzenia golca piaskowego.
Zaprawdę, nikt nigdy nie wymyśliłby golca piaskowego. U Polaka jest bezwłosy kret, czyli to samo, ale wolę golca.
[1809]
[1809]
– Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka imieniem Pizda – powiedziała książka.
– Mam na imię Nell – zaprotestowała Nell.
Elementarz został wprowadzony w błąd przez kolejnego z wielu fagasów matki Nell, niemającego zahamowań w zakresie epitetów, którymi obrzucał dziewczynkę.
[3719]
[3719]
Woda, melasa, importowana papryka habanero, sól, czosnek, imbir, przecier pomidorowy, smar do osi, prawdziwy dym topolowy, tabaka, niedopałki papierosów goździkowych, męty z beczki po piwie Guiness Stout, odpady z kopalni uranu, wypełnienie tłumików, glutaminian sodowy, azotany, azotyny, azotony i azoteny, azotki i azetki, sproszkowane włosy ze świńskich nozdrzy, dynamit, węgiel aktywowany, główki zapałek, używane wyciory do fajek, smoła, nikotyna, jednosłodowa whisky, wędzone wołowe węzły chłonne, jesienne liście, czerwony dymiący kwas azotowy, węgiel bitumiczny, opad promieniotwórczy, tusz drukarski, krochmal, środek do udrażniania rur, azbest chryzotylowy, karagen, E320, E321 oraz aromat identyczny z naturalnym.
Jest to skład sosu McWhortera, z jakim spotkały się kubki smakowe Hackwortha w trudnej dla niego sytuacji. W tłumaczeniu Polaka mamy sos McWkurf-fera o następującym składzie.
Woda, czarna melasa, importowana papryka habanero, sól, czosnek, imbir, puree pomidorowe, smar do osi, prawdziwy dym z orzeszków hikorowych, tabaka, niedopałki papierosów goździkowych, męty pofermentacyjne piwa Guiness Stout, poślady uranu, mielone rdzenie tłumików samochodowych, glutaminian monosodowy, azotany, azotyny, azotanki i azotki, odżywki, pożywki, używki i niedożywki, puder z włosów ze świńskich nosów, dynamit, aktywowany węgiel drzewny, główki zapałek, używane wyciory do fajek, smoła, nikotyna, niestarannie rektyfikowana jęczmienna whisky, wędzone wołowe węzły chłonne, jesienne liście, czerwony dymiący kwas azotowy, węgiel bitumiczny, odpady radioaktywne, farba drukarska, krochmal, kret do rur, błękitno-chryzolitowy azbest, irlandzkie glony, BHA, BHT i naturalne dodatki smakowe.
[6027, o edukacji w wiktoriańskiej szkole]
Jest to skład sosu McWhortera, z jakim spotkały się kubki smakowe Hackwortha w trudnej dla niego sytuacji. W tłumaczeniu Polaka mamy sos McWkurf-fera o następującym składzie.
Woda, czarna melasa, importowana papryka habanero, sól, czosnek, imbir, puree pomidorowe, smar do osi, prawdziwy dym z orzeszków hikorowych, tabaka, niedopałki papierosów goździkowych, męty pofermentacyjne piwa Guiness Stout, poślady uranu, mielone rdzenie tłumików samochodowych, glutaminian monosodowy, azotany, azotyny, azotanki i azotki, odżywki, pożywki, używki i niedożywki, puder z włosów ze świńskich nosów, dynamit, aktywowany węgiel drzewny, główki zapałek, używane wyciory do fajek, smoła, nikotyna, niestarannie rektyfikowana jęczmienna whisky, wędzone wołowe węzły chłonne, jesienne liście, czerwony dymiący kwas azotowy, węgiel bitumiczny, odpady radioaktywne, farba drukarska, krochmal, kret do rur, błękitno-chryzolitowy azbest, irlandzkie glony, BHA, BHT i naturalne dodatki smakowe.
[6027, o edukacji w wiktoriańskiej szkole]
Zadaniem dziewcząt było przepisanie książek odręcznie i ułożenie schludnego stosiku zapisanych kartek na biurku panny Stricken. Książki najczęściej zawierały opisy przebiegu obrad Izby Lordów z XIX wieku.
piątek, 16 września 2022
Słowianie połabscy. Dzieje zagłady (Robert F. Barkowski)
Czyż to nie zastanawiające, że o Słowianach połabskich wiemy tak wiele już od IX wieku (choć wzmianki są i w VII), również o Słowianach wschodnich wiemy dużo więcej niż o ludności zamieszkującej wówczas tereny dzisiejszej Polski. Połabianie graniczyli z cesarstwem Karola Wielkiego, a Ruś miała kontakty z Bizancjum, natomiast ówczesne ziemie polskie były poza radarem jakichkolwiek kronikarzy. Nie znaczy to, że było tu bezludne pustkowie, ale poza świadectwami archeologicznymi nie mamy nic. Szkoda, bo archeologia to marna opowieść - o tym na przykład, że kultura pucharów lejkowatych wyparła kulturę amfor kulistych, ale gdzie tu pasja, polityka, namiętność, miłość i zdrada? Wszystko to znajdziemy w opowieści o Słowianach połabskich, którzy dzielili się na cztery grupy plemion, Obodryci i Wieleci na północy, następnie Stodoranie, a na południu - Serbo-Łużyczanie (nie należy ich szczególnie wiązać z Serbami z południa). Z nich wszystkich do dziś ocalały jedynie niedobitki Łużyczan z dwiema etnicznymi enklawami w dzisiejszych Niemczech, co jest zaskakujące o tyle, że ze wszystkich czterech grup plemion ci południowi ulegli najwcześniej i to bez szczególnego oporu. Komu ulegli? Cesarstwu niemieckiemu, za którego zaczęto wdrażać w życie doktrynę „Drang nach Osten”, być może tak jej nie nazywając. To niebagatelna zmiana, bo wcześniejsze cesarstwo Karolingów nie miało takich planów. Połabianie zamieszkujący tereny byłej NRD oprócz Niemców mieli innych sąsiadów: Danię, Czechy, Polskę (oczywiście w stosownym czasie). W tym gronie dochodziło do niemal wszelkich możliwych układów jednych przeciw innym. Słowianie wcale nie trzymali sztamy, bo albo Polacy w przymierzu z Niemcami atakowali Wieletów (zob. [2179]), a ci z kolei w 1003 roku połączyli się z niemieckim cesarzem Henrykiem II przeciwko Bolesławowi Chrobremu. Ciekawe, że Henrykowi, jedynemu niemieckiemu cesarzowi uznanemu przez Kościół za świętego, nie przeszkadzała komitywa z poganami przeciwko chrześcijańskiemu władcy. Cel uświęca środki, jak stwierdził autor. Innym razem Henryk zachował dziwną na świętego bierność, kiedy Wieleci napadli na Obodrytów mordując chrześcijańskich duchownych i niszcząc kościoły. Na nic się zdały apele biskupa wypędzonego z księstwa Obodrytów. Stały za tym pewne polityczne kalkulacje, w obliczu których pobożność schodzi na dalszy plan. Jak tu widać, część Połabian przyjęła chrześcijaństwo, w oczach reszty stając się zdrajcami wiary przodków. Generalnie jednak byli oporni, więc tym chętniej byli atakowani przez miłujących nieprzyjaciół chrześcijan. Z drugiej strony ci Połabianie wcale nie byli potulnym ludem, napadanym niesłusznie przez nieprzyjaciół. Co chwilę czytamy o łupieżczych wycieczkach Słowian na tereny niemieckie, a to zrabowali, a to wytłukli, a to spalili... Przypomina mi to argument z Ameryki Północnej, gdzie eksterminację Indian uzasadniano ich zbójeckim stylem życia (tyle że to przybysze zajmowali ich ziemie, więc analogia słaba). Przechodząc do szczegółów wspomnę o swoistej demokracji plemiennej u Połabian. Kiedy starszyzna plemienia uchwaliła decyzję, pytano wyrocznię, a wtedy wiec zatwierdzał jednomyślnie boski wyrok (który mógł być przeciwny postanowieniom starszyzny). A jeśli ktoś z wiecu wpadł na pomysł, by się sprzeciwić, był bity kijami po stopach tak długo, aż zmienił zdanie. I taką demokrację rozumiem, pod warunkiem, że będę wyrocznią. Teraz o Sławomirze, księciu obodryckim.
[411]
W 809 roku Drożko zmusił w końcu Godfreda do podjęcia rokowań pokojowych. Nie docenił jednak stopnia przebiegłości i wyrachowania wikińskiego króla. Ten bowiem wysłał jako posła i dyplomatę mającego prowadzić pertraktacje rozejmowe zawodowego mordercę do Reriku lub Mechlina. Udany zamach na Drożka pozbawił Obodrytów wielkiego księcia i zarazem wybitnego przywódcy, który przez czternaście lat kierował państwem. Następcą został jego brat Sławomir, ponieważ syn zabitego władcy, Czedróg, był jeszcze do sprawowania władzy za młody. (...) Nie wiemy, z jakich dokładnie powodów, czy wywołanych wewnętrznymi niesnaskami, czy też przekupieni i zachęceni frankijskim złotem niezadowoleni obodryccy możnowładcy wespół z paroma pomniejszymi książętami uwięzili i wydali Sławomira saskiemu pospolitemu ruszeniu bez walki. [931]Później Sławomir sprzymierzył się z Duńczykami przeciwko Frankom. Jednym z państw, jakie pojawia się w opowieści na scenie dziejów, było państwo wielkomorawskie, potęga, której przestraszyli się Frankowie. Cesarz Arnulf, lecząc dżumę cholerą, sprowadził do Europy Węgrów, którzy wprawdzie pomogli zniszczyć państwo wielkomorawskie, ale potem sami chętnie nękali cesarstwo najazdami (a Czesi i Połabianie nie utrudniali im przemarszu przez ich tereny). Czas na chwilę zadumy nad efemerycznością niektórych potęg. Państwo wielkomorawskie znikło z mapy na zawsze, ale czemu Polsce udało uniknąć się tego losu? Gdyby nie wsparcie Niemców udzielone Kazimierzowi Odnowicielowi, Polska mogła okazać się podobną efemerydą. Wszelkie argumenty o idei polskości decydującej o przetrwaniu są racjonalizacjami post hoc. Moja lekka obawa dotyczyła tego, czy książka nie jest wytworem jakiegoś turbolechity - ale nie. Autor sprawia solidne wrażenie, a to, że wspomina o nieszczęsnym Siemowicie, interpretuję przychylnie dla niego - w końcu najpewniej miał Mieszko jakichś poprzedników na swoim stolcu, nawet jeśli ich władztwo było dużo skromniejsze. Niech będzie, że był wśród nich Siemowit.
[411]
Główny gród Redarów wraz z legendarną świątynią – prawdopodobnie najważniejszy w federacji plemion Związku Wieleckiego, a później Lutyckiego – czyli Radogoszcz, nie został do dzisiaj odnaleziony pomimo szczegółowego opisu zawartego w kronice Thietmara.
[564]
[564]
Historię otwiera wzmianka z 632 roku frankijskiego kronikarza nazwanego później Fredegarem (Fredegarius Scholasticus). Została ona zamieszczona w IV księdze napisanej przez niego kroniki (Chronicon), dotyczy zaś rozpoczęcia wojny i wynikłych z tego walk pomiędzy królem
Samonem a królem Franków Dagobertem I z dynastii Merowingów. W ten sposób rzuceni zostajemy od razu na głębokie wody, ponieważ Samon byłnie byle kim, lecz władcą pierwszego królestwa Słowian Zachodnich, istniejącego w latach 624–658 w środkowej Europie. Królestwo Samona
obejmowało tereny późniejszych Czech, Moraw, części Austrii, Łużyc, Węgier oraz niewielkie obrzeża południowej Polski. Nic więc dziwnego, że tereny plemion serbskich na Połabiu, a także Dalemińców i Milczan, położone częściowo pomiędzy obu adwersarzami, wciągnięte zostały w wir działań
wojennych.
[852]
[852]
Sławomir udał się do obozującego w Verden nad rzeką Aller cesarza, by potwierdzić sojusz pomiędzy Obodrytami i Frankami. Gdy Sławomir nadciągał z obodryckim rycerstwem, doszło do kilku znamiennych
wydarzeń. Po pierwsze, w cesarskim obozie padł z wycieńczenia, ku wielkiemu zmartwieniu zgromadzonego wojska, biały słoń imieniem Abul Abbas, podarowany ongiś cesarzowi przez kalifa Haruna ar-Raszida. Był to pierwszy imiennie odnotowany przez kroniki słoń na północ od Alp, ulubieniec i maskotka Karola Wielkiego i frankijskiej armii.
Po drugie, duński król Godfryd został przerąbany na dwie części przez syna. Po trzecie, Wieleci zaatakowali Saksonię.
[1720]
[1720]
Biedni Wkrzanie, cóż oni tak naprawdę przeskrobali?
Cesarz niemiecki Otton najechał na nich dwukrotnie, w 936 i 954 roku. Autor sugeruje, że Wkrzanie mogli wchodzić w układy z sąsiadami ze prawego brzegu Odry, czyli przyszłymi Polakami, o których już za chwilę będą pisać kronikarze.
[1787]
[1787]
Otto, zwany Wielkim, dał się zapędzić w beznadziejną pułapkę. Z jednej strony, był otoczony bagnami, trzęsawiskami, mokradłami i sztucznie wzniesionymi drewnianymi barykadami obsadzonymi gęsto najlepszymi słowiańskimi łucznikami. Z drugiej strony, płynęła wartka rzeka [Reknica], a na jej przeciwległym brzegu stały nieprzebrane zastępy słowiańskiego rycerstwa obserwującego w milczeniu przeciwnika. Aż ciarki przechodzą na myśl, czym to się mogło zakończyć... nie byłoby cesarza... a Połabie stworzyłoby niezależne państwo... i te dodatkowe kąski: zdradliwy książę Czech, syn Ottona i podówczas jeszcze następca tronu niemieckiego Liudolf, wcielenie zła najgorszego Gero...
I ów Gero uratował cesarza, bo pod pozorem pertraktacji zdołał przekupić Ranów, fałszywych, jak się okazało, sprzymierzeńców Wieletów, którzy razem z Obodrytami trzymali Ottona w szachu.
[2179]
[2179]
W 991 roku ruszyła kolejna wielka polsko-niemiecka wyprawa na Połabie, tym razem już bezpośrednio na Brennę. Przygotowania do niej podjęto podczas zjazdu w Kwedlinburgu. W wyprawie wziął też udział nieletni cesarz Otto III oraz podstarzały już Mieszko, a wraz z nimi ogromna liczba rycerstwa i dostojników.
[3314]
[3314]
Na początku XV wieku zabroniono na Połabiu używania słowiańskiego języka podczas ogłaszania wyroków sądowych.
[3687]
[3687]
Tu składano Swarożycowi w ofierze najlepszy jego przysmak – duchownych chrześcijańskich, wijących się w męczarniach pod surowym spojrzeniem wielotwarzowego bóstwa. Ze źródeł wynikałoby, że Radogoszcz została zniszczona w 1068 roku podczas najazdu biskupa Burcharda z Halberstadt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














