Nie wiem po co ten tytuł

              
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 grudnia 2025

Przypływ (High tide)

On poznaje jego, od miłej rozmowy przechodzimy dość szybko do czynności intymnych. Lourenço jest imigrantem, który za niedługo będzie „nieudokumentowany”. Miał wprawdzie poślubić jakiegoś Marka z Oregonu, ale tamten puścił go w trąbę i nie daje znaku życia. Wtedy nasz imigrant poznaje Maurisa, przystojnego Afro-tubylca na wakacjach (bo w takiej wakacyjnej miejscowości przebywa Lourenço). To oczywiście jest komplikacja, bo Maurice wkrótce wyjedzie do tego swojego Nowego Jorku, a wątpliwe, żeby relacja pomiędzy nimi pogłębiła się w tym krótkim czasie do tego stopnia, aby zaczęli planować wspólne życie. I na tym wątłej podstawie widz ma się dać wciągnąć w historię. Widz trzymał się dzielnie, ale trochę jednak się wciągnął. [X]

Żywy czy martwy: Film z serii "Na noże" (Wake Up Dead Man: A Knives Out Mystery)

Wskutek nieszczęśliwego przebiegu zdarzeń odwołano katolicką mszę w Wielki Piątek. No, ale w Wielki Piątek nie odprawia się mszy! - zauważył dobrze zorientowany współwidz. Nieszczęśliwy przebieg oznaczał dziwną śmierć księdza. Na szczęście na miejscu mamy Benua Blanta, który za tatusiów miał Sherlocka H. i Herculesa P., a raczej miałby, gdyby tym panom przyszła do głowy myśl o wspólnym potomku. Tytułowy nieboszczyk zmartwychwstał i jakby zemścił się na mordercy? Nie on jeden, bo wraz z nim próbę wskrzeszenia wykonano wobec dwóch innych zmarłych: Doyle'a i Christie. Czułem ich obecność w salonie w czasie „przyjemnego odbioru”. Może jeszcze wina, Agatho? Poczęstuj się czipsami, Conanie. Niesamowite, że filmy z serii „Na noże” gromadzą taką znakomitą obsadę, choć ich koncepcja trąciła naftaliną już pięćdziesiąt lat temu. Kwestia „kto zabił?” nigdy mnie zbytnio nie pociągała, a tu ona właśnie jest pierwszoplanowa. Oczywiście mamy liczne podpuchy, ale przecież wiemy, że ten niby oczywisty pierwszy podejrzany, młody, skądinąd bardzo przystojny ksiądz, nie okaże się mordercą. Sprawa zostanie wyjaśniona do imentu, a o rozwiązaniu zadecydują szczegóły ukryte przed widzami. Ale oczywiście nie przed Benua. W tej roli znowu Craig, którego mam ochotę skomplementować za to, że potrafił nie grać Bonda. I w dodatku nie wstydzi się wieku. [X]

Dobrzy chłopcy (Hombres íntegros)

Historia jest trochę niezwykła, bo mało komu jednak zdarza się wplątać w morderstwo, ale jeśli rozpatrywać ją z punktu widzenia fabuł filmowych - jest całkiem przeciętna. Rzecz toczy się w środowisku liceum, a głównym bohaterem jest Alf, który ma dużo większą ochotę na zbliżenia intymne z Oliverem, szkolnym pariasem, niż z pannami, ale przed kolegami musi udawać. Czy ukrywanie swojej tożsamości prowadzi do opłakanych skutków? Mam nadzieję, że nie to chcieli nam przekazać twórcy. Cały wątek homo blednie wobec demaskatorskiej intencji filmu. A co zdemaskowali? A to, o czym i tak dobrze nam wiadomo: bogaci wykręcą się z najgorszych opałów. To, że Epstein się nie wykręcił, to tylko wypadek przy pracy.

The Critic

Film jest po trosze martyrologiczny, bo przypomnimy sobie, jak to paskudnie traktowano gejów w przedwojennym Zjednoczonym Królestwie. Tytułowy krytyk jest właśnie gejem, ale też bardzo wpływowym krytykiem teatralnym, którego recenzja ma szanse pomóc, ale częściej zaszkodzić produkcjom teatralnym. Groźba restrukturyzacji (eufemizm na wywalanie z roboty) podsuwa naszemu krytykowi pewien fortel, ale sprawa się pogmatwa i z czasem dojdzie do morderstwa. McKellen grywał już podstarzałych gejów, np. w Bogowie i potwory (bo on był stary już 27 lat temu!), z tego filmu do dziś pamiętam bardzo przystojnego Frasera i pewną scenę z wyrafinowanym prztyczkiem, że tak tajemniczo ujmę rzecz. Niczego takiego nie zauważyłem w The Critic, więc nie jest to może najlepiej zainwestowane półtorej godziny mojego życia. Ale bywały inwestycje dużo mniej trafione.

Mission: Impossible - The Final Reckoning

Po wielokrotnym tłumaczeniu, m.in. przez pendżabski i luo, tytuł polski brzmi: Akcja: Niemożliwa - Ostateczna liczba. Nigdy nie przepadałem za filmami z tej serii, choć nie umiałem tego sobie wytłumaczyć. I nagle mnie oświeciło: chodzi w zasadzie o wszystkie produkcje z Cruisem. Są one robione przez ludzi nadętych, którzy nie pierdnęli przynajmniej od dziesięciu lat. Nawet ten Pegg, który ma potencjał na comic relief, nic tutaj nie pomógł. Nie bardzo chce mi się wchodzić w detale fabuły, że tam jakaś sztuczna inteligencja chce zapanować nad światem, czemu można zapobiec skacząc do wulkanu lub nurkując nago w Oceanie Lodowatym, a wszystko udaje się w ostatniej nanosekundzie, zanim byłoby za późno. W imieniu ludzkości wystosuję taki oto apel do Cruise'a: kończ, waść, wstydu oszczędź. Nie znaczy to, żeby przestał w ogóle występować w filmach, ale może już nie jako zbawca świata. [X]

Materialiści (Materialists)

W roli głównej ta pani z wielu Twarzy Greya, wypadła dobrze w roli Łucji, profesjonalnej swatki, zatrudnionej na etacie w agencji matrymonialnej. Było trochę o jej sprawach zawodowych, ale więcej o jej życiu uczuciowym, bo wiecie, jak to tam mówią, lekarzu, lecz się sam, albo bez butów chodź. Z jakiegoś powodu zetknęła się ze swoim byłym facetem (Evans), z którymś kiedyś rozstała się po wielu kłótniach o podłożu ekonomicznym, przez co nie mam na myśli konfliktu keynesistki z marksistą, lecz spory o to, czy nas stać na taksówkę i sto tym podobnych rzeczy. Rozeszli się, a teraz Łucją zainteresował się uczuciowo Harry, nie byle jaki, bo nadziany, więc z nim na pewno nie będzie nieporozumień w przyziemnych kwestiach. Widz stoi przed dylematem: czy kibicować poprzedniemu, czy obecnemu. Nie jest to dylemat wart większej inwestycji czasowej, ale jak ktoś nie ma co robić z czasem, to może obejrzeć. [X]

Bugonia

Lánthimos zaszył się w swojej strefie komfortu, znowu Emma, znowu Plemons. Może dlatego ten film wyszedł mu stosunkowo mniej psychiczny od innych? Dwóch świrów teoriospiskowców porywa kobietę, która jest wysłannikiem obcej kosmicznej rasy kontrolującej ludzkość. Oczywiście chcą w ten sposób uratować ludzkość, ale nic z tego. Na sam koniec zostaniemy uraczeni słodkimi, niemal pastelowymi pocztówkami z zagłady. Nie ma w niej nic okrutnego, po prostu wszystkim ludziom wyłączono procesy życiowe. Cokolwiek robili, osunęli się na glebę, a jeden chłopiec na pannę, którą akurat wtedy bolcował. Zapodałem tu mega spojler, ale film jest na tyle ciekawy, że nadal warto go obejrzeć. Urocze są przerywniki z odliczaniem dni do zagłady z widokiem płaskiej Ziemi. Potwierdziła mi się kolejny raz cecha filmów Lánthimosa: nie bardzo wczuwam się w postaci. Owszem, są ciekawe, często zabawnie szurnięte, ale żebym się martwił, że komuś coś się złego stało lub stanie - takiej oryginalnej myśli nie miałem w czasie seansu.

piątek, 21 listopada 2025

Ostatni wiking (Den sidste viking)

Mam wrażenie, że obejrzałem nieco inny film od tego, który sugerowano w zwiastunie. Zwiastuny to w ogóle ciekawy temat, bo dość często zdarza się, że pokazują bardzo wypaczoną wersję filmu, a w dodatku, jeśli chodzi o nieudane komedie - często zdarza się, ze wszystkie dowcipy zawarto w zwiastunie. W zwiastunie tego filmu byli chyba jacyś wikingowie, których w samym filmie nie uświadczysz. Dowcip w tym przypadku jest ryzykowny, bo tak jakby śmiejemy się z wariatów, na co już Szymborska kręciła nosem, długo przed dzisiejszymi światopoglądowymi śnieżynkami. Ja nie miałbym oporów, żeby się pośmiać z powodów niestosownych, ale tu chodzi raczej o subtelny uśmiech niż głośny śmiech. Wariatem jest Manfred, grany przez Mikkelsena, którego przystojny brat przed odsiadką wyroku powierzył torbę z dużym zapasem gotówki. Kiedy po paru latach brat Manfreda wyszedł z więzienia, zamiast Manfreda zastał Johna Lennona, bo za niego zaczął uważać się Manfred. Brat musi więc wejść w urojenie Manfreda, jeśli chce odzyskać pieniądze ukryte nie wiadomo gdzie. Wszystko byłoby pięknie, bo wątek komediowy wygląda pierwszorzędnie i do tego oryginalnie, ale byłaby to dość okrutna komedia, bo pewne bandziory też wiedziały o fortunie brata i nie przebierały w środkach, aby ją zdobyć. Gdybym miał zaszufladkować ten film, zaliczyłbym go do komedii grozy.

czwartek, 6 listopada 2025

Riley

Ta produkcja jest trochę podobna do niedawno oglądanego Słonecznika, ale jednocześnie bardzo od niego różna. Tytułowy bohater to Dakota Riley, nastolatek, który próbuje robić to, co nastolatki zwykle robią, ale nie wszystko mu się udaje. Skoro film jest w ofercie Outfilmu, to całkiem jasne jest, że chodzi o zbliżenia intymne z jego rzekomą dziewczyną, która ma większy apetyt na seks od Rileya, ale nie może się jakoś doczekać niczego więcej niż krótkie pocałunki. To powinno być dla niej alarmujące. Jednym z trudnych etapów w życiu gejów jest przyznanie samemu sobie, że się nim jest. Ale to przecież nie powinno być nic trudnego, ani poważnego. Jednak ciągle jest, bo tak działa presja społeczna. Bywały ponoć kultury starożytne, jacyś Babilończycy lub Sumerowie, którzy nie mieli żadnego problemu z miłością par jednopłciowych - zgaduję, że to dlatego, że nie objawiła im się pewna religia miłości bliźniego (specjalnie duży cudzysłów). Ze starego serialu Szogun pamiętam sugestię pewnej Japonki, która proponowała głównemu bohaterowi seks z mężczyzną, aby zaspokoił jakże naturalną potrzebę współżycia (a wstrzymywał się od jakiegokolwiek seksu z uwagi na wyżej wspomnianą religię). Podobno Japończycy mocno się dziwili oglądając tę scenę, bo nic takiego nie miało prawa zdarzyć się w rzeczywistości. Z drugiej strony, to ich święto fallusa, z udziałem rodziców z dziećmi, jest nader wyuzdane na nasze europejskie standardy. Daleko odjechałem od samego filmu, który w zestawieniu ze wspomnianym Słonecznikiem wygląda jak „czegoś ćwierć, albo pół”, bo historia rozpięta jest na subtelnościach i niedopowiedzeniach.

środa, 5 listopada 2025

Uległość (Subservience)

Jak głosi znane laotańskie porzekadło, wystrzegaj się ludzi, którzy chcą cię uszczęśliwić. Nie przewidziano w nim istnienia robotów i sztucznej inteligencji, a przecież należałoby je także uwzględnić. Filmowy bohater Nick ma chorą na serce żonę i dwoje dzieci. Kiedy żona trafiła na dłużej do szpitala, na Nicka spadł ciężar opieki nad potomstwami, z których jedno, niemowlę jeszcze, zwane jest „utrapiątkiem”, zapewne z uwagi na płaczliwe usposobienie. Nick pracuje jako brygadzista na budowie, ale zarabia na tyle dobrze, że stać go było na sztuczną Alice, androidkę, która żadnej pracy się nie boi, a jej głównym celem jest uszczęśliwianie Nicka jako „głównego użytkownika”. Szkopuł w tym, że wizje cudzego szczęścia rozciągają się na szerokim spektrum, którego skrajność obejmuje euforię, jakiej doznawali w gułagach ludzie zesłani tam przez Stalina. Inna skrajność, pokazana w filmie, to zabawa organami, masaż członka i tym podobne, z czym Alice radzi sobie dobrze i to bez typowo ludzkich zahamowań. Film jest dość typowym dreszczowcem, z tymi głupkowatymi zwrotami akcji, kiedy wydaje się, że ktoś już został uśmiercony lub unicestwiony, a tu - siurpryza! - wstaje i ratuje kogoś w ostatniej chwili, ewentualnie nadal kogoś ściga z morderczym błyskiem w sztucznym oku. W roli głównej widzimy Morrone, słynnego amanta z 365 dni, który wypadł tu całkiem przyzwoicie. Jako ojcu dzieciom nie wypada mu niestety eksponować zanadto swojej imponującej sylwetki, ale zobaczymy ją w paru odsłonach ze szczególnym uwzględnieniem tatuażu przedstawiającego splecione węże na plecach (walczące o dostęp do jamki?).

środa, 22 października 2025

Sunflower

Krótko: jest to homo-martyrologiczny film australijski sprzed dwóch lat. Martyrologia najczęściej mnie drażni (jak w okropnej Filadelfii), ale w Słoneczniku nawet nie bardzo. Inna przykrość związana z oglądaniem filmów martyrologicznych to schematyzm: musi dojść do ujawnienia prawdy, po czym oglądamy reakcję otoczenia, rodziny, przyjaciół. Nie inaczej jest w tym filmie, ale pomimo tego udało się twórcom nawiązać więź ze mną jako widzem i przez te niecałe dziewięćdziesiąt minut przejmowałem się perypetiami Lea, ucznia liceum w Melbourne. Homofobia przybrała formę ostrą, czyli napaść fizyczną, ale cierpienia psychiczne są również mocne, czego bez spojlerowania nie da się uzasadnić. Po staroświecku uważam, że jeśli ktoś mi obcy, dla przykładu Jędraszewski, rzuci jakimś homofobicznym wysrywem, to sam sobie wystawia świadectwo. Publiczne okazywanie traum z tego powodu raczej mnie tylko bawi i irytuje jednocześnie. Za to homofobiczna reakcja ze strony kogoś mi bliskiego byłaby bolesna. Nasz Leo ma prawdziwe powody by cierpieć fizycznie i duchowo. Młody aktor w tej roli jest całkiem przystojny, bez fałszywego wstydu pokazuje zgrabny tors spacerując po polu słoneczników, które bujnie kwitną na antypodach. Są to ładne, metaforyczne sceny, choć rozszyfrowanie przenośni pozostawię już komuś bystrzejszemu.

poniedziałek, 20 października 2025

Sirât

O filmie nie da się bez spojlerowania powiedzieć więcej niż w ogólnie dostępnych omówieniach: ojciec (koło pięćdziesiątki) wraz z nieletnim synem przemierza pustynie Maroka w poszukiwaniu córki, która od długiego czasu nie daje znaku życia. Ale cóż ta hiszpańska dziewczyna robi w Maroku? Jeśli wierzyć filmowi, rzesze ludzi organizują w tamtejszych pustkowiach rejwy, czyli spotkania przy dudniącej basami muzyce. Oczywiście chodzi o ludzi młodych. W ten sposób szybko wchodzimy w specyficzny klimat, który zrobiłby na mnie większe wrażenie, gdyby nieco podkręcono głośność w kinie. Klimat filmowy jest sprawą specyficzną, niektórzy złapią, a tych, co nie, trudno obwiniać o brak wyrafinowania. Ci ludzie, tłumnie podrygujący w takt, przypominali mi Fabokle. Jakżebym chciał, żeby ta wzmianka nie wymagała objaśnień, bo przecież wszyscy Polacy jak jedna rodzina powinni wiedzieć, że chodzi o tłumy ludzików otumanionych podejrzanymi oparami, nucące unisono pieśń bez słów. Kiedy już załapiemy klimat, to się z nim żegnamy, bo historia zamienia się w kino drogi, której celem jest inny, lekko (a może ciężko) mityczny rejw w odległej prowincji. I tu następuje niespodzianka, bo scenarzyści wyciągają króliczka z kapelusza. Zarzut, że króliczek jest fabularnie jakby słabo uzasadniony, wydaje się niepodważalny. Oczywiście żartuję sobie z tym króliczkiem, bo wyciągane jest nie to sympatyczne stworzonko, lecz tarantule, rzucane potem w publiczność. A publiczność lubi to?

niedziela, 19 października 2025

Kto chce poślubić astronautę? (¿Quién quiere casarse con un astronauta?)

Hiszpańskie komedie na ogół wywołują opad rąk, a dla dowcipu chciałoby się dodać: i innych organów, co na meta-poziomie przybliża nas do hiszpańskiego humoru (bo aluzja do wzwodu zawsze bawi). Film (raczej nie) o astronaucie miewa dobre momenty, albo raczej linijki dialogowe, choć ogólny koncept jest głupszy od tapety w motylki. Główny bohater David marzy o ślubie ze swoim wieloletnim partnerem Quique, który na sformalizowanie ich związku nie ma najmniejszej ochoty. W tej sytuacji romantyk David samopas wyjeżdża do Las Vegas, aby wziąć ślub z kimkolwiek, kto się nawinie. Nie nadwyrężając zanadto naszej ćwierćinteligencji zgadujemy niemal na początku, że tym kimkolwiek będzie pilot Esteban, dobry znajomy Any, która pracuje w firmie Davida. Ten ostatni ma do biznesu stosunek niefrasobliwy, co będzie dramatycznym wątkiem pobocznym. Film nie jest rozrywką wyrafinowaną, ale ma szansę poprawić nastrój tym spośród widzów i widziń, którzy nie mają betonu pod czaszką i nie przeszkadza im widok przystojnych mężczyzn w miłosnych uściskach. Widokiem pindoli nie epatowano nas przesadnie intensywnie, raz tylko David zadyndał wstając z łóżka plecami do kamery. Nieźle jak na komedię romantyczną.

Wicked

Dawno, dawno temu, za siedmioma systemami leśnymi przeczytałem książkę Maguire'a o Złej Czarownicy z Zachodu. Na wszelki wypadek w ramach odświeżania wspomnień zapoznałem się ze streszczeniem tej książki, więc mogę teraz stanowczo oznajmić, że fabuła sfilmowanego musicalu ma z książką związek luźniejszy niż mój niegdysiejszy stolec po zjedzeniu nadpsutej mandarynki. Po prawdzie film jest ekranizacją pierwszego aktu musicalu, na drugi musimy zaczekać. Nie powinni odwołać przedsięwzięcia, skoro ta pierwsza część sprzedała się dobrze. Musical jest formą, która zawsze dystansuje nas nieco od jego przekazu, choćby nawet poważnego i kasandrycznego. Dlatego niegdyś doznałem poważnego zawodu oglądając nieszczęsne Dzieci kapitana Granta w wersji musicalowej. Dlatego także nie przepadam za pomysłem umuzycznienia książki o Złej Czarownicy, która to książka jest mroczna i poważna. Jednak jakoś udało się to po trosze pokazać w musicalu, kiedy śledzimy Elfabę w jej latach szkolnych, a właśnie zaczyna się nagonka na zwierzęta, które w krainie Oz bywają uczone i elokwentne, ale żeby uczyły ludzi w szkole - to już przesada. To mechanizm polityczny stary jak świat: zawsze dobrze mieć jakichś Żydów czy Ormian, których obwiniamy za nasze niedole. Czy w musicalu pokazali to dobrze? Rzecz dyskusyjna, bo zabrakło nieco szerszego tła tej sprawy. A jak tam ze stroną muzyczną? Chciałbym przyznać, że był pełen profesjonalizm, ale, kochani twórcy, Michelle Yeoh? Jeff Goldblum? Już ja chyba lepiej bym zaśpiewał. Poza tym jest świetnie, mimo że piosenka Jonathana „Bulge Guy” Baileya jest ekstrementalnie głupia - co z tego, że wykonana brawurowo. Przy tej okazji zamieszczę dość polityczny wpis Ariany, bo zadała w nim parę celnych pytań.

piątek, 26 września 2025

Wielka, odważna, piękna podróż (A Big Bold Beautiful Journey)

Tytuł odpala mi alarmowe kontrolki, ale o tym za chwilę. Oto historia dwóch samotnych dusz, Davida i Sarah, którzy spotykają się na weselu swoich znajomych. Nie są już młodzi, ale jeszcze nie starzy, a życie potoczyło im się tak, że nie mają nikogo bliskiego u swojego boku. Od razu zgadujemy, że los nie złączył ich przypadkiem, zwłaszcza że losowi dopomaga nieco dziwna firma wynajmująca samochody. Stoi za tym magia, która sprawi, że z wesela będa wracać jednym samochodem, mimo że mieli już rozjechać się każde w swoją stronę. Wyruszają więc w tę dziwną podróż, niczemu się po drodze nie dziwiąc. Gdybym mnie zdarzyło się natrafić na drzwi pośrodku lasu, po przekroczeniu których powróciłbym do swoich szkolnych lat, doznałbym poważnego szoku ocierającego się o katatonię. Jasne, że chodzi o metaforę, która ma zilustrować proces głębszego poznawania siebie nawzajem, a na bazie tego pomału i ostrożnie rodzi się między nimi uczucie. To akurat jest całkiem wiarygodne, bo w wieku zbliżonym do czterdziestki zanika skłonność do miłosnych afektów. Doceniam to szczególnie u Sarah, dalekiej od typowych, afektowanych, zakochanych postaci kobiecych z wielu innych filmów. Farrell w roli Davida też wypadł nieźle, choć do tej pory nie kojarzyłem go z takimi rolami. W pewnej scenie, bez szczególnej fabularnej potrzeby pokazał nawet zgrabną klatę, dobrze się trzyma jak na prawie pięćdziesięciolatka. Wracamy do kontrolek: po tym filmie przepalił mi się pindencjometr. Nie chcę przez to powiedzieć, że był zły, przeciwnie, jest lepszy od wielu romansideł, jakie widziałem, ale ten film to jest zdecydowanie jedno z romansideł i nic tu nie pomoże, że jest grą wyobraźni.

Porquoi pas!

W miejscu tytułu polskiego w Filmwebie wpisaliWhy Not!”. To staroć, który znalazłem na Arte, a przyciągnął mnie obrazek, na którym widać dwie osoby różnych płci okazujące czułość trzeciej z wyraźnie męskimi rysami twarzy. W roku 1977 nie był to zapewne wielki szok po czasach hipisów - określenie pasujące do dwóch członów trójkąta, ludzi dość wyluzowanych. Trzeci, nazwijmy go Fernand, jest nieco spięty, bo chciałby, żeby w ich wspólnym domu był jakiś elementarny porządek. Dobrze byłoby, gdybyś idąc z kuchni do łazienki nie potykał się o garnki, gitarę i stosy ubrań. Będą na tym tle napięcia, ale z tym się jakoś uporają. Każde z trojga ma jakąś przeszłość, porzucona żona z dziećmi, opuszczony mąż, który wciąż nie pogodził się z odejściem żony. W jednej ze scen zrozumiemy to dobrze: żona żyjąca teraz w trójkącie wywodzi się z innej mentalnej galaktyki niż jej drobnomieszczański mąż z przejęciem wysłuchujący opowieści swoich znajomych o ich życiowych planach obejmujących troskę o dobrą szkołę dla dziecka, którego się spodziewają. Nasza trójka spotyka się z różnymi reakcjami osób z zewnątrz, z których najostrzejsza to wyzywanie od pedałów, ale to raczej wyjątek, bo dominuje ostrożna tolerancja. Inspektor policji mający pytania do Fernanda z początku wygląda groźnie, ale z biegiem dni zmienia się w miłego znajomego. Gwoździem fabuły jest nieoczekiwane odejście Fernanda, co zniweczyło harmonię pożycia pozostałej pary - widać, że ten zrzęda był im potrzebny. Ostatecznie pytanie naczelne sprowadzi się do tego, czy z ménage à trois da się uczynić ménage à quatre. Jeśli chodzi o drażliwy temat czułości między mężczyznami, to nie jest on pokazywany w dosłowny sposób, ot raz zobaczymy jak leżą sobie w łóżku i jeden z nich kładzie głowę na torsie drugiego. W sumie sielanka, ale w głowie kołacze mi myśl, że nieco zbyt łatwo im idzie, bo w pożyciu trzech lub więcej osób jest dużo więcej okazji do konfliktów niż w przypadku pary. A może obecność trzeciej osoby tonuje nieprzyjemne zachowania? Aż chciałoby się mieć dodatkowe życie, aby to sprawdzić na sobie samym.

czwartek, 25 września 2025

Matador

Jest taki darmowy kanał ze skromną zawartością, nazywa się Arte, na nim znalazłem tę pozycję, którą obejrzałem kiedyś we wrocławskiej Hali Ludowej, tak dawno temu, że gdybym wówczas spłodził potomka, to dzisiaj mógłbym być dziadkiem. Nie jestem znawcą tematu, więc nie wiem na pewno, ale to właśnie chyba od tego filmu zaczęła się wielka międzynarodowa kariera Almodóvara. (Czemu nie od Rżnij mnie, rżnij mnie, rżnij mnie Tim!, który powstał osiem lat wcześniej?) W tym dziele zobaczymy młodego Banderasa, który gra Ángela, chłopaka przyuczającego się do występów na corridzie (śp.). Jego mistrzem jest Diego, były matador, który po poważnym wypadku na arenie musiał zrezygnować z występów. W tej roli zobaczymy doppelgängera Jeremiego Ironsa. Początek jest mocny, jak na tamte czasy, bo widzimy Diega masturbującego się do krwawych scen oglądanych na wideo. Potem mamy typowe dla Almodóvara fabularne zagrania. Ángel próbuje zgwałcić pewną pannę, trafia za kratki, a jego sprawę bierze adwokatka Maria, która ma obsesję na punkcie Diega, a sama jest dość mocno zaburzona. W dodatku zbliża się zaćmienie słońca, a wiadomo, że wtedy dochodzi do zdarzeń tragicznych. W filmie jest wiele innych dobrze zarysowanych postaci, w tym dwie hiszpańskie matki, jedna dewotka, a druga nadopiekuńcza. W epizodzie zobaczymy samego reżysera, który zagrał twórcę kreacji modowych. Film nie zestarzał się bardzo, ale widać, że w późniejszych produkcjach Almodóbara poziom profesjonalizmu był jednak większy. Dobrze od czasu do czasu obejrzeć taką szurniętą opowieść, a potem wrócić do naszej zwykłej szarej rzeczywistości z ruskimi dronami polatującymi nad krajem, wojną w kraju sąsiednim i ludobójstwem dokonywanym w bezpiecznej od nas odległości.

Złodziej z przypadku (Caught Stealing)

Kiedyś reżyser Aronofski zrył mi psychę filmem Requiem dla snu, więc chętnie oglądam jego rzeczy. Tym razem dostaliśmy coś w rodzaju kryminału, ale nie w tym sensie, że szukają mordercy. Główna postać to Hank grany przez Austina Butlera, którego mogliśmy podziwiać jako młodego Harkonenna w Diunie (część druga). Miał zaopiekować się kotkiem sąsiada, który musiał nagle wyjechać, a tu znienacka okazało się, że jakieś bandziory mają na pieńku z owym sąsiadem i bardzo chcą znaleźć pewien klucz w jego mieszkaniu. Nieszczęsny Hank nawinął się im pod buty i pierwsze spotkanie z nimi skończyło się tym, że Hank stracił jedną nerkę. Na jego miejscu byłbym bardzo przejęty, ale Hank jakoś łatwo mentalnie uporał się z tą życiową komplikacją. Na szczęście sprawą zajmie się kompetentna nowojorska policjantka... To był, proszę państwa, tak zwany przekąs. Będą ucieczki, pościgi, trupy, o czym trudno pisać bez spojlerowania. Klucz otwiera kłódkę do skrytki z cenną zawartością, co mnie nieco zdziwiło, bo w innych filmach kłódki rozwalają jednym kopem z buta. Dorobiłem sobie uzasadnienie na korzyść twórców, ale nie da się ukryć, że jest niedoróbka w scenariuszu. Innym razem Hank podejrzanie łatwo znokautował jednego z bandziorów, ale powiedzmy, że tym razem był już przygotowany na to, czego można się spodziewać. W ogólnym zarysie wiemy, że Hank jakoś wybrnie z opałów, w których się znalazł, a pod koniec nie przeszkadza nam, że jego ryzykowne zagrania doprowadzą do szczęśliwego końca, choć nie jest to do końca trafne podsumowanie. Jak na Aronofskiego film jest dość lekką rozrywką, ale to nie zarzut, bo najważniejsze, że kotek przeżył.

Star Trek: Sekcja 31 (Star Trek: Section 31)

Nie do końca zrozumiałem, czemu cesarzowa z innego wszechświata woli być szynkarką w jakimś kosmicznym barze w naszym prowincjonalnym świecie. Jest to mocno zblazowana pani grana przez Yeoh, którą wprawdzie lubimy, ale nie bezwarunkowo - musi się kobieta postarać, żeby zostać docenioną. Na samym początku obejrzymy coś w rodzaju castingu do tronu cesarskiego, a wygra typ bardziej okrutny i wyrachowany. Wolałbym nie być poddanym władcy wybieranego w taki sposób. Cesarzowa zgadza się przyłączyć do grupy obrońców galaktyki i tam się potem dużo dzieje, ale przyznam, że - jak zwykle - najbardziej walczyłem z sennością w czasie walk wręcz, bo choć w grze są jakieś cudowne bronie, to ten rodzaj konfrontacji fizycznej jest najbardziej popularny. Mały spojler: śliczny z buzi Zeph polegnie dość szybko, zapewne dlatego, że jego robocia powłoka dawałaby mu przewagę w pojedynkach typu MMA. Jak już przebrniecie przez te dłużące się walki, to w nagrodę zobaczycie cesarzową, która z osoby podstępnej i wyrachowanej zmienia się w empatyczną pindunię - i to bez jakiegokolwiek wyraźnego powodu. Dziękujemy ci scenarzysto Craigusiu za tę próbę wlania w nasze dusze pociechy odnośnie ludzkiej natury. [X]

wtorek, 23 września 2025

Motel Destino

Dużego budżetu ten film nie miał, więc nadrabiają czym mogą: nastrojem i nagimi ciałami. Główny bohater to dorodny chłopiec Heraldo, który podpadł niejakiej Bambinie, szefowej struktur przestępczych. Naprawdę, lepiej nie podpadać Bambinie, bo potem musisz się zaszyć w dziwnym miejscu i za bardzo nie wystawiać różków. Tym miejscem jest tytułowy motel, miejsce do przeżywania przelotnych miłości, które nie przetrwają jednej nocy, o jakiej napisano zgrabną piosnkę. Problem Heralda polega na tym, że jego miłość do żony właściciela motelu była nieco trwalsza, co może doprowadzić do niemiłych zachowań ze strony męża. Skromną zagadką jest umieszczenie filmu w ofercie Outfilmu, bo niby czemu? Bo jeden z recepcjonistów to gej? Bo właściciel tak jakby przystawiał się do Heralda, choć może nam się tylko wydawało? Wątek Bambiny rozwiązano bardzo dziwnie, a jeśli chodzi o stronę wizualną - nie da się zaprzeczyć, że Heraldo jest mniamuśny i na pewno godny przelotnej miłości. Tutaj można podziwiać jego heteroseksualne wyczyny.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger