Nie wiem po co ten tytuł

              

środa, 27 czerwca 2018

Letnie szorty

Opis z outfilm.pl:

NEPTUN (Brazylia)
Sandro samotnie chodzi na basen. Obserwuje tam mężczyzn, którzy go pociągają, jednak najbardziej podoba mu się młodszy od niego chłopak, Maicon.

BURZA (Francja)
Pewnej nocy przypadek połączył dwóch nieznajomych. Z ich wspólnej, bezcelowej wędrówki po mieście rodzi się prawdziwa namiętność, która może potrwać dłużej, niż tylko do świtu.

WTOREK PO POŁUDNIU (Brazylia, USA)
Dwóch obcych sobie mężczyzn spotyka się w mieszkaniu wspólnego znajomego. Jedno popołudnie sprawi, że zaczną odkrywać coraz więcej na swój temat.

Ten zestaw zapowiadano jako szczególnie pikantny. Zgoda, ale w jednej trzeciej, bo dwa pierwsze filmy epatują erotyką na poziomie Miley Cyrus, przy czym Neptun trochę jednak bardziej, bo pokazują w nim grupkę obmacujących się gołych facetów w saunie. Za to nie pokazują żadnej sensownej historii, a tylko Sandra, który patrzy wygłodniałym wzrokiem na obiekt swojej fascynacji. No i proszę, zaspojlerowałem ten film doszczętnie, choć bardziej wrażliwe podmioty być może dostrzegą poezję i metaforę w tych dziwnych ujęciach w lesie. Drugi film jest dość banalny, bo co to za odkrycie, że jak sobie poruchasz, to nie masz ochoty na masturbację. Niemniej pomysł, że można sobie w Paryżu urządzić kopulację pod nocnym niebem, a potem nago spać razem na chodniku, uznaję za awangardowy. Ostatni film ma rzeczywiście momenty pornograficzne, co wcale nie jest zaskakujące, jeśli się zauważy, że reżyserem jest Travis Matthews, znany z I Want Your Love. Intrygujące jest pytanie po co? Gdyby w filmie nagość i seks były tylko zasugerowane, nie zmieniłoby to w żadnej mierze jego oceny w moich oczach. Czy twórca liczy na szerszą widownię? Może lubi gorszyć? Jedno nie wyklucza drugiego, ale nie jestem przekonany, że te sceny seksu wnoszą coś istotnego do samego filmu. A że wcale mi nie przeszkadzają, a nawet są dość miłe dla oka, to inna sprawa. Problem w tym, że jeśli naprawdę zależałoby mi na oglądaniu seksu, to z pewnością nie oglądałbym Wtorku, który jest pozycją relatywnie cnotliwą w zestawieniu z repertuarem Pornhuba.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Death Drive

Jak wiemy od dawna, czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Człowiekiem jest L.E. Salas, który skłonił Dark Alley, producenta homo-pornografii, do zainwestowania w film i wynajęcia aktorów. Dzięki temu nie musiał się obawiać, że będą wstrząśnięci prośbą o pokazanie organów, a nawet ich użyczanie na potrzeby seksualne. Z góry jednak uprzedzę, że choć seks jest momentami ostry, oko kamery nie jest wystarczająco wścibskie, aby wypełnić standardy klasycznej pornografii. Filmowanie seksu nie uchodzi za sztukę wyrafinowaną, więc jeśli już wykonawcy pornograficzni postanowią zrobić coś naprawdę artystycznego, to klękajcie Jungi, Becketty i Greenawaye. Symbole i metafory w tym dziele głębią swoją na pewno przewyższają akt kopulacji analnej, a cóż dopiero mówić o moim prostym umyśle. Główna postać to Driver (pozostanę przy słowie angielskim, bo „kierowca” brzmi dziwnie w tym kontekście), który pod wpływem impulsu, po obejrzeniu na kamerce swoich świeżych wyczynów seksualnych, jedzie półnagi na pustynię w okolice Las Vegas, po której wędruje tak długo, aż pada na glebę. Tam znajduje go Tancerz o piersiach niemęskich, postać tajemnicza, być może personifikacja śmierci, który ratuje Drivera, bo zapewne to nie jest jeszcze jego czas. Reszty nie chciałbym już opowiadać, ale czekają nas atrakcje w rodzaju zwłok i migawek z kolejnego seksu grupowego, a na koniec jest twist, o ile można w ogóle użyć tego określenia do tej wątłej fabuły. Niby wygląda to dziwnie, bo czemu koniecznie mamy łączyć występy w filmach pornograficznych z popędem śmierci? Z drugiej jednak strony zastanawiająco często słyszymy o śmierci (relatywnie) młodych gwiazd kina porno. Może dlatego, że bycie relatywnie młodym w tej profesji najczęściej oznacza niestety śmierć zawodową...

Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu (Dorota Masłowska)

Masłowska jak zwykle wyzwala u mnie podejrzane instynkty. Pierwszy to panika wywołana poważnym defektem tej książki, która ma koniec, a przecież w połowie postanowiłem, że będę ją czytał do emerytury z przerwami na podtrzymanie procesów życiowych i zarobkowych, a potem - już tylko życiowych. Drugi lęgnie się w nieświeżej wołowinie w mroku mojej czaszki: chcę napisać coś jak ona, choćby jedno zdanie, które bym sobie wytatuował na czole lub nawet założył konto na fejsbuku i wpisywał w rubryce „rodzina i związki” obok wzoru chemicznego glukozy. Na pocieszenie przeszukałem sieć i zostałem niepocieszony, bo nikt nigdy nie wydał dawnych felietonów Masłowskiej z Wysokich obcasów (tam się ukazywały, jeśli dobrze pamiętam). Jeden z tekstów był poświęcony Balladzie o lekkim zabarwieniu erotycznym, zwiastunie jeszcze większych kuriozów medialnych, z którymi nie wiadomo co zrobić, bo przecież nie można obtoczyć w cieście, posypać kruszonką i podawać teściowej do kawy. Nie oglądałem Słoików ani Azja Ekspressu, ale czytam o tym do zaparcia tchu, wszak zetknąłem się z Sędzią Anną Marią Wesołowską, tandetnym teatrzykiem, i miałem też udział w stuporze wywołanym pierwszym Big Brotherem, antenatem Azji. Można na to niby machnąć ręką i inne gesty wykonywać stojąc po pas w szambie i do tego do góry nogami. W książce używane są brzydkie wyrazy na „p” i „k”, ale nie chodzi o poczciwe „pierdolenie” i swojską „kurwę”, lecz o „pis” i „kukiz”. W pewnych kręgach oznacza to przeobrażenie się Masłowskiej z osoby zabójczo, acz ożywczo inteligentnej w osobę źle podtartą po powrocie z wychodka. Jeśli teraz będą wołać: jebał cię pis, Masłowska, kukiz twoja tać!, to ja się nie przyłączę. Ostatni z tekstów jest przyswajalny zdecydowanie mniej więcej, co ma zadziałać na czytelnika odstresowująco. Ale nawet ten felieton mówi o czymś ważnym, uświadamiając nam, że Black Friday nie jest wcale tak wszechogarniający, jak nam się wydawało. Do tej pory bowiem wydawało nam się, że Black Friday jest znakiem nadciągającej apokalipsy, a jednym z jej jeźdźców jest Barbie na grzbiecie My Little Pony.

[122]
Znacie Bali, prawda? To to, co dają zawsze na zdjęciach w katalogu TUI jako „najpiękniejsze plaże Grecji” i „Egipt, twój raj na ziemi”. Biały jak śnieg piasek, morze koloru oczu Jezusa w Przebudźcie się, masa fajnych babeczek, a do tego piętnaście posiłków dziennie (kuchnia lokalna i europejska), klimatyzowany autokar i opieka pilota! Nikt nie wspomina, że po zrobieniu zdjęcia fotograf godzinami musi czyścić zalegające plażę zwłoki psów i stare klapki, oczywiście w Photoshopie.

[196]
Mój ulubiony indyk to taki, do którego wkłada się kaczkę, do której wkłada się kurczaka. Podawano go zresztą w Gotuj z H. Lecterem.

[284]
A zaraz za nimi jest, jak wiadomo, coś w rodzaju „Galerii autorskiej Elżbiety Tudorskiej”, czy coś takiego. W każdym razie w witrynie na sztalugach, wśród udrapowanych welurów wyeksponowane są obrazy przedstawiające różne łąki i konie w galopie, i tego typu rzeczy w tonacjach musztardowo-zbożowych. A ponieważ często przy mijaniu „Galerii autorskiej” towarzyszy mi spokrewniona dziewięciolatka, odbywamy ciągle tę samą rozmowę – dlaczego te obrazy nie są wcale aż tak piękne, skoro są aż tak piękne. I oprócz mojego głównego argumentu, że NIE SĄ, PO PROSTU NIE SĄ!!! – który jest silny, ale jakoś widocznie niewystarczający, przychodzą mi w sukurs jeszcze te słowa Kundery, że „kicz to świat bez gówna”. No ale że też nie chodzi o to, by w winnicy obok kamiennych schodków leżał teraz stolec; że gówno jest tu metaforą wszelkich rozpadów, rozkładów i procesów gnilnych, toczących rzeczywistość, i że całkowite usunięcie go widzowi z pola widzenia daje pewien rodzaj absurdu, zwany właśnie kiczem.
Jak dowiadujemy się później, „spokrewniona dziewięciolatka” zwraca się do autorki „mamo”. Dobrze, że nie „pani matko”.

[362, autorka o sobie w trzeciej osobie]
Na dalszych jego etapach badająca została więc rozpoznana na dworcu kolejowym i w chińskiej budce na osiedlu Retkinia. Wynik podwyższył jeszcze fakt, że ostatnie rozpoznania zostały dokonane w miejscach mało spodziewanych, przez jednostki w komfortowych strojach bawełnianych, zdradzających zainteresowania sportowe, samochodowe i rozrodcze, na niekorzyść innych zainteresowań.

[641]
Moim zdaniem każde drgnienie kondycji kobiety w tradycyjnej obyczajowości jest pozytywne. Stopniowo jednak, gdy wpatruję i wsłuchuję się w klipy świeżo upieczonych królowych disco polo, takich jak przytoczona Etna czy Eva Basta, oprócz wrażenia, że ktoś długo kozłował moją głową, a potem wrzucił ją do kosza, oraz że byłam w Hurghadzie, choć nigdy tam nie byłam, pozostał mi niepokój innego rodzaju.
Tu następuje analiza utrwalających patriarchat tekstów piosenek disco polo, którą pomijam.

[721, o serialu W labiryncie]
Widać czarno na białym (a biorąc pod uwagę kolorystykę serialu: brązowo na szarym lub cytrynowożółto na buraczkowym), że twórcy nie musieli walczyć o względy widza tak zaciekle jak teraz, a czas antenowy płynął sobie niespiesznie i leniwie jak woda w Zalewie Zegrzyńskim. Bądźcie gotowi więc na szafujące waszą uwagą dialogi, takie jak:
– On nie żyje.
– Nie żyje?
– Tak.
– A więc umarł?
– Zginął.
– Jest więc martwy.
– Tak. Niestety.

[950, o Kuchennych rewolucjach]
To, co uderza, to skrajna wulgarność języka. Latające w tę i we w tę „kurwy” nie dziwią, gdy konstrukty biznesowo-rodzinne ulegają apokalipsie; taki zresztą tembr narzuca sama prowadząca. Jednak przy niektórych bohaterach gangsterzy z Psów to ambasadorzy kultury, sztuki i dziedzictwa narodowego.

[1036]
(...) ludzie tacy jak ci nie mają w życiu miękko. Społeczeństwo nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, przechodzi na drugą stronę ulicy, nie odpowiada na pozdrowienia. Pracodawcy nie zatrudniają w handlu i usługach, przypisują od razu złe cechy charakteru: konfliktowość, nieumiejętność współpracy w grupie, wynoszenie ręczników z kibla, słaba znajomość Worda i jeszcze gorsza Excela.

[1259, o młodocianym sprzedawcy w Wólce Kosowkiej]
Patrzył na nas nieustępliwie, bez zachowania unijnych norm patrzenia się, poza tym cały czas kontrolował też parking i wzrokiem porozumiewał się z drugim.

[1267]
Najpierw popsuł się samochód i mechanik jako auto zastępcze zaoferował nam wywleczone z jakichś czeluści cinquecento. Staliśmy z otwartymi ustami, gapiąc się na odrapany, psu z gardła wyciągnięty samochód zabawkę, skłonny rozsypać się od pacnięcia ptasiej sraki.

[1319]
Fraza: „Tata zrobił kupę do bidetu”, choć o mniejszym potencjale gastronomicznym, również na trwałe wpisała się w naszą kulturę, i myślę, że wypłynie jeszcze kiedyś jako hasło w Kole fortuny w kategorii „cytat”.

[1375, o serialu Słoiki]
Ciekawie robi się też, kiedy improwizujący porywają się na stylizacje językowe, próbując odgrywać sposób, w jaki mówią na przykład ludzie ze wsi. Najczęściej obierając spontanicznie ścieżkę mieszania staro-cerkiewno-słowiańskiego ze swoją osobistą ekspresją językową:
„– Szczerze? Dobry Bóg mnie cię chyba zesłał, Aniela.
– Powiem może tak: sama nie będę krasuli doiła, taaak?”.
(...)
Warszawa natomiast to demoniczna metropolia, Nowy Jork Niziny Mazowieckiej, a może i nawet Garbu Łódzkiego, pełen występku, zboczeń, buddyzmu i wyścigu szczurów; świat, do którego akcesu bronią zdeterminowani, chorzy z ambicji pracownicy agencji reklamowych, fryzjerzy geje i bezdzietne dyrektorki kreatywne.

[1410, o Słoikach]
Ich targetem są „niemłodzi, niewykształceni, z niewielkich ośrodków”, „niełapiący się na Grę o tron i Stranger Things”. Ci, którzy chcą, żeby po prostu coś znajomo wrzeszczało i szarpało się w tle, kiedy jedzą wodzionkę.

[1415]
Gdyby Andrzej Żuławski nie poszedł na pogrzeb Ministerstwa Kultury, tobym sobie to spokojnie wytłumaczyła. Ale żeby nikt z Ministerstwa nie przyszedł na pogrzeb Andrzeja Żuławskiego, to już podważyło niedobitki mojej wiary w poczytalność nowych jego oficjeli. Jeśli był to świadomy akt – sromota, jeśli akt nieświadomości – jeszcze gorzej. Pocieszające jest tylko, że sam zainteresowany byłby pewnie takimi gośćmi zupełnie niezainteresowany.

[1481]
W tym świetle sceny miłosne z Szamanki, spazmatyczne i fizjologicznie lepkie, opatrzone rytmiczną, szamańsko-pogańską muzyką Andrzeja Korzyńskiego (z nieodłączną nutką fascynacji Casio), już nie szokują. Nie są bardziej pornograficzne niż standardowy klip Miley Cyrus, oglądany przez dzieci przy lepieniu z ciastoliny.

[1667]
W uśmiechniętej twarzy nie znajduję niczego znajomego, jednak on łapie mnie za ramiona w zażyłym geście, wskazującym na to, że sraliśmy razem za stodołą. Cóż, nie mogę tego wykluczyć; nie mogę też od razu zupełnie go przekreślić, bo komplementuje mój płaszcz, jednocześnie badając jego fakturę dłońmi. Tępo patrzę na swój płaszcz; jako obywatelka pierwszego świata, mam dużo płaszczy, bardzo dużo płaszczy, na różne pogody, na okazje, na nastroje; mam też depresję, więc nie wiem, który z nich włożyłam.

[1692, na poczcie polskiej]
A tam – zdroje dobra wszelkiego, iście statoilowy róg obfitości. Wszystko, co najpotrzebniejsze, wszystko, co kończy się w najmniej odpowiedniej chwili. Czyli znicze. Trochę kuchni, trochę mody, trochę antysemityzmu. Pozytywne autoafirmacje na każdy dzień roku błogosławionej Faustyny i Bikini Golgota świętej Ewy Chodakowskiej. Przy magazynie „Historia Prawdziwa. Numer specjalny. Niemcy, Ukraińcy, Żydzi. WBILI NAM NÓŻ W PLECY” jeszcze się opieram resztką silnej woli, ale „Manipulacji & Hipnozy”, dodatku „Super Expressu”, nie mogę już sobie odmówić.
(...)
W artykule Ezomieszczanie Jakub Bożek wykazywał, jak zawirowania historyczno-polityczne sprzęgają się z pobudzeniem ezoterycznym klasy średniej, która w okresach dziejowych turbulencji ochoczo zawierza swój los rozmaitym cudotwórcom, szamanom i tępicielom glutenu. „Manipulacja & Hipnoza” jest zjawiskiem w oczywisty sposób przynależnym do obrządku „jak trwoga, to do braku Boga”, choć stanowczo odcinającym się od konotacji ezoterycznych. Poradnik stylizuje się na publikację jeśli nie naukową, to przynajmniej popularnonaukową.

[1835, o zjawisku PUA, czyli pick-up artist]
Moim zdaniem jednak tajne komplety, na których młodzi mężczyźni nawzajem uczą się, jak manipulować kobietami i je wykorzystywać, to, co do siebie mówią, nie krępując się pozorami, a wręcz nakręcając się w ich dezawuowaniu, dają bardzo prawdziwy (bo niezakłócony polityczną poprawnością) obraz kondycji kobiet w tradycyjnej polskiej mentalności. W której kobiecość to nielogiczność, niezrównoważenie, nieopanowana biologia. Podrzędność – potrzeba mentora, patrona, lidera. Wreszcie: bezradność wobec instynktów własnego ciała. Można się pocieszać, że to nisza, strefa patologii. Ale przecież przez tych cynicznych dwudziestoletnich nerdów ryczy coś niesamowicie uniwersalnego: katolicko-sarmacka wąsata mizoginia, osłodzona rajstopami na ósmego marca i soczystym całusem w rękę. Ta sama, która ryczy przez Pawła Kukiza, gdy w roku 2016, w kraju Unii Europejskiej, z mównicy sejmowej upomina kobiety, że „trzeba było uważać, komu się dawało i jak się dawało”. I ta sama, w której ramach PiS gargantuiczne demonstracje przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej nazywa „wyprowadzeniem polskich kobiet na ulicę”. Jak olbrzymi, przemyślany, żmudny wysiłek edukacyjny musi zostać wykonany, by zacząć to zmieniać. Póki co jednak PiS-owska specjalistka od edukacji seksualnej ogłasza ścisły związek używania prezerwatyw z zachorowalnością na raka piersi.

[1847]
Jesień 2003 roku była jesienią tak niedawną, że widzę to wszystko jeszcze bardzo wyraźnie. Jednocześnie była jesienią tak bardzo dawną, że otwarto wtedy na Marszałkowskiej pierwszy w Polsce H&M.

[1964]
Oczy jej – cóż, z perspektywy czasu powiedziałabym, że miały czarne białka i białe źrenice, ale wiem, że to niemożliwe, więc powiem tylko, że nie były one zwierciadłem duszy.
Opis całkiem obcej autorce dziewczyny, która skorzystała z łazienki w jej mieszkaniu. Bo to był bardzo otwarty dom.

Pypcie na języku (Michał Rusinek)

Zawsze to miło, że komuś zależy na języku. Tego w buzi w zasadzie nie zauważamy do momentu, kiedy wyskoczy na nim pypeć, a w moim przypadku - kiedy sobie go przygryzę, co mi się zdarza tak często, że zaczynam podejrzewać siebie o niezdrowe skłonności natury autodestrukcyjnej. Z językiem mówionym jest według autora podobnie, choć pypeć jest wtedy metaforyczny. Z tym jednakże zastrzeżeniem, że Rusinek przyglądający się naszej mowie jest samotny w tłumie, oczywiście w sensie statystycznym, bo w swoim miejscu pracy może ulec złudzeniu, że język polski jest dla Polaków czymś istotnym. A złudzenia mogą być naprawdę miłe, co zdarzyło się Szymborskiej, która omówiła książkę o bukieciarstwie wschodnioniemieckich autorów z wieloma stronicami zapełnionymi nieaktualnymi informacjami na temat organizacji handlu kwiatami w DDR i ich cen. Wniosek: w ówczesnej Polsce nie było żadnego problemu z papierem. Wracając do tematu, książkę Rusinka polecam, a jeśli ktoś wolałby bardziej brutalne podejście do tematu, może sięgnąć po felietony Stillera wydane pod tytułem Pokaż język!

[406]
Grzegorz [Kasdepke - G.], stachanowiec spotkań autorskich, opowiadał, jak kiedyś pani bibliotekarka, wioząc go na spotkanie po krętych kaszubskich drogach, zaproponowała, że skoro mają trochę czasu, to ona chętnie pokaże mu swoją cipkę. Starając się ukryć przerażenie – najuprzejmiej podziękował, ale ona jęła go przekonywać, że mieszka niedaleko, mąż też się ucieszy... Zgodził się więc, nie chcąc wyjść na frajera. A ona z dumą pokazała mu kurkę, którą hodowała w ogrodzie. Przy okazji dowiedział się, że w tamtych częściach Polski nazywają w ten sposób również koszyczek na ofiary wrzucane podczas mszy.

[533]
Na pokazywanej niedawno w krakowskim Muzeum Narodowym wystawie „Ottomania”, skądinąd znakomitej, podpis pod jednym z obrazów zwracał naszą uwagę na „realistyczne przedstawienie smoka”. Właściwie, stojąc przed płótnem przedstawiającym jednorożca, moglibyśmy – zgodnie z tą samą logiką – zakrzyknąć: „jak żywy!”.

[581, jeśli nas ktoś na randce zapyta, co sądzimy o Alchemiku Coelho, którego nie czytaliśmy]
Przepraszamy, bierzemy telefon, wychodzimy do łazienki i zaglądamy do sieci. Tam czytamy, że powieść ta ma aż 209 stron (wszystkie streszczenia – góra jedną stronę) i opowiada o losach chłopca o imieniu Santiago, który „pochodził z niezamężnej (sic!) rodziny”. Pewnego dnia podszedł do niego starzec, który tak naprawdę był królem „ubranym jak zwykły biedak w szaty dla niepoznaki” (tu dyskretnie przyglądamy się w lustrze własnej garderobie) i zaczął mu opowiadać o swojej pierwszej przygodzie erotycznej. Chłopiec nie chciał słuchać, co nas, rzecz jasna, nie dziwi, ale „wewnętrzne bicie serca nakazywało mu wysłuchać starca”. Cieszymy się, że nie było ono zewnętrzne. Czytamy dalej. Nasz bohater „zapisał się do karawanny (sic!), która ruszała do Egiptu”, ale „karawana (sic!) była w stałym stresie, ponieważ w pobliżu według człowieka prowadzącego wielbłądy są nieustające walki klanów”. Trochę się już pogubiliśmy, omijamy więc na wszelki wypadek liczne zdania wielokrotnie złożone i czytamy sam koniec streszczenia, żeby wiedzieć, czy powieść kończy się happy endem. Od tego zależy przecież kierunek naszej randkowej konwersacji. Czytamy: „Santiago wrócił do domu oraz kupił sobie dużo owiec”. Spójnik „oraz” sugeruje, że happy endy były nawet dwa!

[795, o reklamie jednego z hipermarketów]
Sprzedaje się w nim ponoć produkty, za które „ręczy twarzą” Robert Makłowicz. Do tej pory ręczyło się raczej głową, co oznaczało mniej więcej tyle, że brało się za coś pełną odpowiedzialność i że było się gotowym oddać głowę katu, gdyby to coś nie spełniało oczekiwań. Jest w tym, rzecz jasna, retoryczna przesada. Ale „ręczenie twarzą” albo sugeruje – w wersji makabrycznej – że oddaje się katu tylko przednią część głowy, czyli bierze się mniej więcej połowę odpowiedzialności za reklamowane przez siebie produkty. Albo – wprost przeciwnie – wynika z tej frazy, że ręczy się tym, co się ma najważniejszego, czyli wizerunkiem właśnie.

[971, o ulotkach agencji „towarzyskich”]
Mam znajomą, która zbiera je i umieszcza w specjalnym klaserze. Kolekcję ma już imponującą, a w niej – białe kruki. Na przykład wizytówkę, na której napisano: „Nasze panie czkają na panów w każdym wieku”. Może to zwykła literówka, a może nie. Po pierwsze, preferencje seksualne bywają różne. To, co jednych śmieszy, innych może podniecać: jednego pejcz, innego czkawka.

[977, nadal o ulotkach agencji „towarzyskich”]
Na jednym z nich [okazów - G.] widnieje fraza: „Francuski bez w cenie”. Fraza na pierwszy rzut oka dość zagadkowa, wymagająca wiedzy i obycia. Dopiero konsultacje środowiskowe doprowadzić mogą dociekliwego, niewinnego czytelnika do rozwiązania zagadki. Otóż miłość francuską można uprawiać z zabezpieczeniami lub bez nich; tu firma nie żąda dodatkowego wynagrodzenia za tę drugą wersję.
Tymczasem tłumacz tekstów zamieszczonych w owym czasopiśmie wyraźnie nie odbył konsultacji środowiskowych. Fraza została przez niego przetłumaczona jako „French lilac included”.

[1301]
Znajomy zapisał sobie w telefonie – przy współudziale autokorekty – na liście zakupów „100 gramów drakuli” i do tej pory nie wie, o co mu chodziło.
Ta ja wyjaśnię, chodziło o rukolę.

[1304]
À propos: bywa, że autokorekta brnie w stronę polityki. W zdaniu: „Wczoraj było świetnie, dziś jest kac” dochodzi czasem do wniosku, że „kac” to tylko początek słowa „Kaczyński”, które tak naprawdę mieliśmy na myśli. Pozostawmy to bez komentarza.

[1345]
Ostatnio w internecie zaczęło krążyć zdjęcie dwujęzycznego menu chińskiej restauracji, w którym „Dania z kurczaka” przetłumaczono jako „Denmark from chicken”. Jest to dowód na to, że nie należy zbytnio ufać elektronicznym tłumaczom.

[1694]
Co jakiś czas media publikują rankingi najbardziej niebezpiecznych zawodów świata. Czytam je z niedowierzaniem, bo zwykle brakuje tam zawodu nauczyciela. Uprawianie go grozi przecież śmiercią lub przynajmniej trwałym kalectwem, a już z pewnością czkawką – ze śmiechu.
Nigdy nie zapomnę krztuszącej się nauczycielki angielskiego, kiedy moja licealna koleżanka – wzór cnót i niewinności – opowiadała z zapałem o złożonych stosunkach polsko-angielskich, posługując się słowem „intercourse”, mającym przecież wyłącznie seksualne konotacje.

[1712, co można znaleźć w zeszytach szkolnych]
Są wreszcie frazy przytłaczające nadmiarem oczywistości: „Chopin urodził się i umarł bezdzietny”.

[1729]
Pamiętam dialog z jakiegoś westernu: „Co robi twój brat?”. „Pracuje w barze”. Tymczasem w oryginale odpowiedź brzmiała: „He’s behind bars”, czyli „jest za kratkami”.
A ja słyszałem o polskim filmie z angielskimi napisami, być może Kutza. Jeden z górników pyta drugiego, jak do tego doszło (nieważne czego). Diabli wiedzą - słyszy w odpowiedzi. W napisach: „God knows why”.

Dobry troll (Jaś Kapela)

Z Jasiem Kapelą zetknąłem się już jakieś dziesięć lat temu, kiedy przeczytałem jego Stosunek seksualny nie istnieje. To było dawno temu, ale chyba dobrze pamiętam, że był to zapis rozmów dwóch erotycznych frustratów męskoosobowych i heteroseksualnych, przypominających Farah z późniejszej powieści Masłowskiej, która wyła „z bólu, zdradzona, oszukana, nieuprawiająca seksu!”. Książka okazała się nieoczekiwanie prorocza, bo podobno rośnie w siłę internetowa grupa tak zwanych przymusowych celibatariuszy (angielskie involuntarily celibate, od czego powstał skrót incel). Tym razem Kapela zajął się zjawiskiem, które już mamy, czyli trollingiem. Bohaterem Dobrego trolla jest Janek Małolepszy, wedle zamysłu autora modelowy troll, czyli osoba, która robi wiele, aby wkurzyć innych. Głosi szokujące opinie, przytacza niewygodne fakty i narusza swoim zachowaniem przyjęte powszechnie normy, jak na przykład to, żeby nie defekować publicznie. W przeciwieństwie do Stosunku mamy w tym przypadku nawet jakąś fabułę poświęconą życiu Janka od poczęcia do naturalnej śmierci, ale nie Janka, lecz trolla w Janku. Tak to ryzykownie interpretuję, bo nie wykluczam, że sam zostałem strollowany. Bo mnie łatwo strollować, jak zauważyłem ostatnio, kiedy stanowczo zbyt obszerny komentarz poświęciłem uwadze, że z Niemcami na mundialu wygrał kraj, który nawet ciężko na mapie znaleźć. Meksyk. Mniej mi jednak chodziło o to, że ta obserwacja jest masakrycznie debilna, bardziej o to, że to spotkało się z jakimś odzewem na moim „„ulubionym”” Twitterze (nie ma pomyłki w liczbie cudzysłowów). Pominięty lub nadużyty cudzysłów jest po części zasadą trollingu, dlatego z rozbawieniem wspominam bar, w którym w menu proponowano pierogi „ruskie” i kotlet „schabowy”. Autorowi należy przyznać, że pięknie strollował Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa, z którego otrzymał dotację za ancien régime'u w 2014 roku. I co się dziwić, że reżim poległ. Załączam dokumentację z wniosku.

[66, o poczęciu Janka]
Ojciec dymał moją matkę miarowo i stanowczo, niczym międzynarodowe korporacje polską gospodarkę.

[603]
Szkoła podstawowa numer 69 imienia Henryka Sienkiewicza powstała w ramach akcji „Tysiąc szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego”, w związku z czym wyglądała równie przygnębiająco i bezosobowo jak tysiąc innych szkół w Polsce. Oczywiście grono pedagogiczne starało się ten stan rzeczy zmienić i nadać naszej placówce bardziej osobisty wymiar, zachęcając aktyw uczniowski do brania udziału w dorocznym konkursie na portret Jana Pawła II, odbywający się pod hasłem „Jan Paweł II zawsze pierwszy!”. Powstające rokrocznie w efekcie konkursu prace były ozdobą kolejnych przeszklonych gablot wiszących na korytarzach.

[1217, odpowiedź Janka na zarzut nauczyciela o bezczeszczenie naszego świętego papieża]
Nie wierzę, że mógłby pan cokolwiek zrozumieć z sytuacji osób, które umierają w Afryce na AIDS karmione lokalnymi zabobonami z jednej strony, a globalną religijną dewocją z drugiej. Gdyby papież gwałcił osobiście afrykańskie dzieci, wyrządziłby znacznie mniej szkód, bo nigdy nie zdołałby ich zgwałcić tyle, ile umarło na AIDS.

[1534, odpowiedź Janka na uwagę o produkcji mydła z ludzi w rozmowie z nauczycielem]
Przecież obaj dobrze wiemy, że fabryka doktora Spannera, rzekomo produkująca mydło z ludzkiego tłuszczu, to mit wymyślony przez tę sentymentalną idiotkę Nałkowską, która wierzyła we wszystko, co się jej powiedziało. A jak się nie powiedziało, to sama sobie dopisywała – skontrowałem.

[1659, w szkole nie o wszystkim się mówi]
Nie uczyli też o tym, jak się ma ponoć bohaterska postawa rotmistrza Pileckiego do tego, że wysłał do Bolesława Bieruta prośbę o ułaskawienie, tłumacząc, że od początku śledztwa współpracował ze służbami, i nawet ujawniając miejsce przechowywania tajnego archiwum.
„Doniósł na koleżankę, Marysię Szelągowską, która została następnie skazana na karę śmierci. Dobrze, że nie mam takich kolegów”, podpisano „Marysia”, bo pod postami można się było też podpisywać, choć oczywiście prawie nikt nie podpisywał się własnym nazwiskiem.

[1787, Janek wprowadza Agatkę w zasady trollingu]
Jak mawiał kardynał Richelieu: „Jeżeli dasz mi sześć linijek napisanych przez najbardziej uczciwego człowieka, i tak znajdę w nich przyczynę do powieszenia go”. Zawsze lubiłem tę anegdotę, ale dopiero analizując z Agatką wszystkie te całkiem niewinne komentarze i bezczelnie wulgarne odpowiedzi, zrozumiałem, jak dużo jest w niej prawdy.

[3164]
Myślę, że wystarczy, jeśli uda nam się w choć jednej szkole wprowadzić lekcje z satanizmu, a już następnego dnia trzy czwarte polskich polityków ramię w ramię z Kościołem katolickim będzie błagało o likwidację obowiązkowej katechezy.
W krajach, gdzie serio traktuje się rozdział religii od państwa, jest to argument skuteczny. W Polsce nie.

piątek, 22 czerwca 2018

Plecami do mundialu

Nie oglądałbym, nawet gdyby Polska w finale grała z Rosją, mówi Kwiatek, którego patriotyzm wielki jest, ale jak widać, radykalnie antyfutbolowy, albo lepiej rzecz ujmując - futbolowo indyferentny. W dużym stopniu jest to też moje nastawienie, choć podejrzewam, bo tego nie sprawdziłem, że jednak taki finał bym obejrzał. Manifestacyjnie wybraliśmy się na trening w czasie meczu Polaków z drużyną Senegalu, było pusto, przyjemnie i nawet dość wesoło, bo jeden z trenerów bezwstydnie kibicował Senegalowi, choć meczu nie oglądał. Jak mi wyjaśnili koledzy z pracy, po meczu z Senegalem nie jest tak źle, bo w statystykach strzelonych goli mamy samobója (czyli razem dwa gole z trzech), a w drugim golu dla Senegalu była polska asysta. Dzień po meczu w drodze do pracy puszczam radio i - co za ulga - ucichły te nieznośne reklamy z triumfalnymi, chóralnymi okrzykami. Słyszę teraz, że nieśmiało wracają, ale dopiero po ewentualnej wygranej z Kolumbią spodziewam się ich ataku, szambo wyleje i żadnego wynurzenia z niego już nie będzie. Nadzieja jednak tli się skromnie, bo w czeluściach mego mózgu, nawet nie mózgu, gdzieś w synapsach dolnych kręgów czai się wspomnienie kolumbijskiego bramkarza Martineza, który w 2006 roku strzelił gola Kuszczakowi broniącemu polskiej bramki. Czy nasi komentatorzy przypomną tę chlubną kartę z dziejów polskiego futbolu? Inne piękne kuriozum w mojej pamięci to jedyny gol Furtoka strzelony ręką w 1993 roku w meczu z San Marino. San fucking Marino! Są jeszcze ci irytujący bardzo ludzie, którzy mówią, że po Krymie, Donbasie i Skripalu Rosja to nie towarzystwo, zgadzam się z nimi, ale jedzmy ładnie i nie garbmy się.

czwartek, 21 czerwca 2018

Jurassic World: Upadłe królestwo czyli Jurassic World: Fallen Kingdom

Poprzedni film zapamiętałem jako zabawny, dlatego wybrałem się do kina na ciąg dalszy. Tym razem zaapeluję do mojej osoby w przyszłości: odpuść sobie, nie warto, tak jak z tymi Avengersami, produkcyjniakami naszych czasów. Producenci dżurasików mają taki szablon Excela, w którym wpisują imiona bohaterek, ta dobra i martwi się o dinozaury, ta jest bezwzględną reprezentantką interesów korporacji, ta zakutą wojskową pałą, a ta śmiesznym ludkiem od komputerów. (Dzień kobiet każdego dnia!) Enter i wypluwa nam scenariusz. Bo tam też działa maszyna losująca, która wstawia nowe nieprzewidziane zdarzenia, a to przypalone naleśniki, a to atak serca, a tym razem wulkan, który ma zniszczyć wyspę dinozaurów. Trzeba je więc ratować, w tę akcję włączono Andy'ego z Parks and Recreation, bo mi się nie chce sprawdzać, jak nazywa się jego postać. I jak to zwykle bywa, dinozaury trzymane w klatkach muszą, mało, że muszą - mają obowiązek, a nawet świętą powinność wyjść z tych klatek, żreć ludzi jak popcorn lub przynajmniej ich tratować. Zdradzę pewien ważny szczegół, tym razem dinozaury wyszły na ląd stały w postaci Stanów Zjednoczonych, choć z migawek wyglądało, jakby już przepłynęły do Afryki. Jeśli są takimi dobrymi podróżnikami, to poproszę, żeby na wszelki wypadek wstąpiły do Hollywood i zjadły ekipę planującą kolejne dżurasiki.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger