Nie wiem po co ten tytuł

              

poniedziałek, 7 września 2020

Zabawa w miłość czyli The New Romantic

Jaki to facet, stary i jary? Jaki to obok podlotek? On jej pierścionki daje i tiary, ona się pręży jak kotek. Proszę nie mylić sugar baby z prostytutką. W obu przypadkach chodzi o seks za korzyści materialne, ale w pierwszym przypadku są one raczej rzeczowe niż pieniężne, a poza tym - nieregularne. Ot, teraz diamentowa bransoletka, a innym razem motorower. Studentka Blake prowadzi kolumnę w gazetce studenckiej poświęconą związkom damsko-męskim, a piszę tak zdając sobie sprawę z anachroniczności tego określenia. Przy odrobinie transpłciowej fantazji nie zaskoczy nas przecież związek dwóch panów, z których jeden urodzi drugiemu córeczkę, która wyrośnie na biskupa. Szkopuł w tym, że Blake nie ma specjalnie o czym pisać, bo jej życie erotyczne jest spełnione niczym marzenie Sasina o wyborach korespondencyjnych. Po niewielu przypadkach Blake poznaje starszego Iana i zostaje jego sugar baby. Warunki Ian ma niezłe, bo się dorobił majątku, więc go stać. Są jednak pewne granice, które romantycznej pannie Blake utrudnią przeżywanie radości w tym związku. W zakresie fabuły nie jest to film wybitny, za to ma świetne dialogi. Sama główna bohaterka wygląda na najniewinniejszą dziewczynkę w świecie, czego nie można powiedzieć o jej przyjaciółce, oburzonej, że Blake mogłaby spróbować ayahuaski bez niej. Postanowiłem zachować poniższy dialog między Blake a pewnym chłopcem. Zaczyna się od pytania zadanego przez Blake.
- Have you got any siblings?
- Got a half sister.
- Which half?
- Oh, my dad's. She's the worst person I've ever met. She's the worst person I've ever met in my entire life.
- Your dad got remarried?
- Yes.
- And how old is she?
- She's-she's three. But she acts like she's two. We have nothing in common.

środa, 12 sierpnia 2020

Niedzielny romans czyli A Sunday Kind of Love

Śmierć nazywa się Emma i ma fantazję pojawiać się wybranym osobom we własnej postaci, trudno odgadnąć dlaczego i po co. Tak się przynajmniej z początku wydaje, bo później historia się komplikuje, kiedy wychodzi na jaw, kim kiedyś była Emma. Ale bez obaw, wielkiej metafizyki w tym nie ma, a w sensie prawdziwie filozoficznym, nie disneyowskim - żadnej. Powodów do radości ze spotkania z Emmą jest niewiele, bo wiadomo, o co jej chodzi. Za to ona zaznaje dziwnej przyjemności spędzając dzień z Adamem, stawiając go przed dylematem: pośmiertna sława czy nudne życie. Flirt ze śmiercią sprawiłby Adamowi zapewne większą satysfakcję, gdyby nie kochał Tracy, przynajmniej deklaratywnie. Tytuł książki Saramago pasowałby tu dużo lepiej, bo na koniec mamy wrażenie, że śmierć jest mocno niezdecydowana i kręci gorzej niż politycy odwołujący epidemię tuż przed jej nasileniem. Film jest przyjemną bzdurką, wcale nie aż tak kiepską, jak nam sugeruje filmweb. Mocno bym się zdziwił, gdyby zawarte w nim rady życiowe w stylu horoskopów skłoniły kogokolwiek do przemyślenia własnego życia. To samo powtórzyłbym o filmie Joe Black, filmie tematycznie bliskim, choć miał dużo większy budżet i gwiazdy w obsadzie.

Tuż po weselu czyli Efter brylluppet

Jeśli myślicie, że macie pecha, bo jesteście dzieckiem w Bombaju, które - aby przeżyć - musi się prostytuować, to nic nie wiecie o życiu miliarderów w Kopenhadze. Temu udanemu filmowi należał się kopniak, bo początek sugeruje, że tematem będzie pomoc pozostawionym bez opieki dzieciom w Indiach. Bynajmniej, rzekłbym, że to bogacz Jørgen okazuje się pierwszoplanowym bohaterem, mimo że na wstępie kamera chodzi za Jacobem, który przyjechał do Danii, aby uzyskać fundusze na sierociniec w Bombaju. Zanim wyjechał, widzimy go otoczonego gromadką dzieci, z którymi ma świetny kontakt, a jednego z chłopców, którym zajmował się od maleńkości, traktuje wręcz jak syna. Ciekawy przypadek z tym Mikkelsenem grającym Jacoba, Tuż po weselu to w sumie staroć, rok 2006, potem było Polowanie (2012), w którym zagrał przedszkolankę, a rok później obsadzili go w serialu Hannibal, po którym Mikkelsenowi wpatrzonemu w dzieci zaczynamy przypisywać intencje kulinarne. Jørgen sprawia wrażenie kapryśnego dorobkiewicza, ale wkrótce dowiemy się, że to poza. Za Czubaszek powtórzę słowa Madonny, że pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają się bez niego obyć. Cha cha? Nikt zdrowy (w szczególności na umyśle) nie chciałby wejść w buty Jørgena. Jest w tym barszczu jeden zupełnie zbędny grzybek, a jest nim nieszczęście, które spotkało córkę Jørgena. Jej postać wydała mi się momentami źle napisana, rozumiem, że ma cierpieć, ale czemuż tak przeżywa wiadomość o biologicznym ojcu, którym nie jest Jørgen, o czym zresztą wiedziała już dużo wcześniej? W kinie mają być emocje, to są, nawet jeśli niezbyt uzasadnione.

niedziela, 9 sierpnia 2020

Rodzaj ciszy czyli Tiché doteky

Nie zauważyłem, kiedy sobie w Polsce tak świetnie przyswoiliśmy termin „au-pair”. Przyznam, że musiałem sprawdzić. Nawet nie wiem, jak to stosować, czy można powiedzieć, że Czeszka Mia została au-pair w zamożnym domu za granicą? Pod szumną nazwą kryje się zwykła służąca z zagranicy, która ma być traktowana jak członek rodziny, więc jada posiłki razem z „państwem”. Osobliwe jest to, że rodzice i dziecko mówią niemal wyłącznie po angielsku, choć nie jest to kraj anglojęzyczny, a w tym innym języku mówią tak niewiele, że trudno rozpoznać. Mia chodzi po mieście, zrobiłem stopklatkę i wyszło mi, że Ryga. Kto rozpoznaje łotewski, niech pierwszy rzuci we mnie słownikiem. Z początku rodzina wygląda dość zwyczajnie, ale z dnia na dzień robi się „zdziwniej i zdziwniej”, jak mówiła Alicja. Akcja przerywana jest późniejszym przesłuchaniem Mii, więc dość szybko dostajemy sygnał, że coś się musiało porąbać, ale twórcy obmyślili to sprytnie. Procenciki składają się powoli, od zera zdziwienia po pełne przegrzanie zwojów. Mia jest gotowana jak żaba, zanurza się w to szaleństwo coraz bardziej, a przesadnie rzecz ujmując, w jednej ze scen nawet dochodzi do seksu w stylu Gileadu z Opowieści podręcznej. Spokojnie, na końcu dostajemy wyjaśnienie, które nie tyle mi pękło balonik zauroczenia tym filmem, co go trochę sflaczyło. Ludzie bywają szaleni ot tak, bez wyraźnego powodu lub z powodów mniej egzotycznych niż w tym filmie, i to jest zwykle dużo bardziej fascynujące.

Nic do ukrycia czyli Le jeu

Po co filmować nowe wersje tego samego scenariusza? Może to głupie, pytanie, skoro nie dziwi nas, że po raz pińcetny wystawiają Hamleta. Jest jednak różnica, do teatru w Edynburgu raczej na Hamleta nie pojadę, a na włoski film Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie chętnie poszedłbym do kina w moim mieście. Powody dla powtórki z rozrywki widzę dwa: paru aktorów i cała filmowa ekipa sobie zarobi, a poza tym reżyser może mieć swój dobry pomysł na realizację. Od Raczka wiem, że polska wersja była ciężka, jak to ujął, u nas piją whisky, a w oryginale było wino. We Francji też jest wino. Z wersji włoskiej nie zapamiętałem rozmowy ojca z córką, która pytała, czy powinna iść do chłopaka, który akurat ma wolną chatę. Rozmowa trudna, ojciec sprawdził się w swej roli, tylko gdybym potem dowiedział się, że słuchali tego wszyscy znajomi, to bym się więcej do niego nie odezwał. Zabawę w ujawnianie przychodzących rozmów i smsów zainicjowała paradoksalnie żona, która miała coś do ukrycia, a podejrzewała męża. Była bezpieczna, jak się okaże. W wersji włoskiej nie zirytowała mnie sytuacja, kiedy skryty gej ma pretensje o homofobiczne docinki, które rzucali znajomi nie wiedząc o nim. Nie przepadam za tego rodzaju homomartyrologią. Te, powiedzmy, niedelikatne uwagi nie były aż takie obraźliwe, a przede wszystkim - nie były personalne. Jestem takim dziwnym homosiem, który lubi kawały o gejach, i w ogóle trudno mnie obrazić, stąd zapewne takie moje nastawienie. Zakończenie wydało mi się lepsze od włoskiego, które wydało mi się mętne, choć zapewne i tu, i tu chodziło o to samo, czego nie zauważyłem przez ociężałość umysłową. Przed chwilą przeczytałem swój tekst o filmie włoskim. Poza uwagami o tytule wszystko mógłbym tu powtórzyć.

Dyrygentka czyli De dirigent

Na hasło „film biograficzny” reaguję obniżeniem oczekiwań. Powód jest prosty, do scenariusza miesza się życie, autor średnio zdolny i dość przewidywalny. Na szczęście ma mało do powiedzenia i inni scenarzyści mogą zaszaleć. Film Amadeusz jest oparty na historii zmyślonej przez Puszkina, a z kolei Abraham Lincoln: Łowca wampirów na tym, że każdy kretynizm dzisiaj ujdzie (cóż, nie widziałem tego dzieła, może nawet nie jest złe w swej kategorii, ale postanowiłem tego nie sprawdzać). Nie znam historii Amerykanki Antonii Brico, która zrealizowała marzenie o zostaniu dyrygentką jeszcze przed drugą wojną, mogę więc tylko snuć przypuszczenia, co było zgodne z faktami, a co do tej postaci dopisali. W pierwszych minutach zobaczymy ją wpatrzoną w dyrygenta - dla mnie moment magiczny, dlatego daruję sobie deskrypcyjne banały, które mi się cisną na klawiaturę. Wydaje się, że cały wątek Antonii jako dziecka adoptowanego jest zgodny z prawdą. Kiedy to wychodzi na jaw, w filmach mamy zawsze obowiązkowo wstrząs dla postaci. Dla mnie by nie był, skoro mam kochających rodziców, a cóż z tego, gdyby nie byli biologiczni. Antonia tego powiedzieć nie może, jej rodzice na czułych nie wyglądają. W pewnym momencie rzekoma matka pokazuje córce spis wydatków na nią poniesionych. Wspominam, bo miałem w rodzinie podobny przypadek. Dalszy ciąg tej historii, kiedy Antonia dowiaduje się o swojej prawdziwej matce, wygląda na podkoloryzowany. W świecie mężczyzn miała pod górkę, to jasne, ale jest wrażenie, że w filmie tę sprawę mocno rozdmuchali, podobnie jak motyw poświęcenia szczęścia osobistego dla sztuki. Jest również możliwe, że Antonia była tak rezolutna jak ją sportretowano, w każdej sytuacji potrafi znaleźć robiące wrażenie słowa, co w życiu zdarza się rzadko. To mój pogląd po wysłuchaniu iluś wywiadów z aktorami, pornograficznych nie wyłączając. Przestałem ich słuchać już dawno temu, a mocno bym się zdziwił, gdyby dzisiejsi okazali się ciekawsi. Historia Antonii to historia emancypacji kobiet. W tym samym czasie słynna matematyczka Emma Noether w podobny sposób zmagała się z męskimi uprzedzeniami. Gdyby nie genialny Hilbert, zapewne nawet by jej nie zatrudnili na uczelni. (Ciekawe, że nie mamy takich skojarzeń z Curie-Skłodowską - czy słusznie?) Na zakończenie podają nam aktualną informację o uznanych dyrygentach, wśród których nie ma kobiet. Otwiera się piekielne pytanie: czy to efekt dyskryminacji, czy kobiecych predyspozycji? Może tego i tego naraz? Odpowiedzi proszę włożyć do zaklejonej koperty i wysłać Kotu Prezesa Polski.

Blog niecodzienny (Maria Czubaszek)

Za co kochamy Czubaszek? Janczarski już ujął to znakomicie, ja od siebie całkiem serio dodam, że za paradoksalne zbitki słowne, których była mistrzynią. Książka jest spisanym blogiem Czubaszek, prowadzonym około siedmiu lat. Po ebooku tego nie widać, ale to gruba pozycja. Brutalna prawda jest taka, że wena przylatuje, kiedy chce, a wpisy na blogu mają pojawiać się regularnie, przynajmniej tego się trzymała autorka. Niezdyscyplinowana wena nie zawsze dostarczała. Odradzam czytanie ciurkiem, dobrze jest te krótkie teksty połykać po parę naraz, a lekturę przeplatać z czymś innym. Blog skończył się w roku 2014, ale autorka dożyła wyborczej wygranej „P”i„S”-u, przed którą wyrażała umiarkowaną obawę. Z opowieści męża Karolaka wiemy, że to nie papierosy ją zabiły. Miłość Czubaszek do nich była więc odwzajemniona. Teksty Czubaszek są lekkim komentarzem do bieżących spraw politycznych, ale częściej - do wypowiedzi celebrytek (i celebrytów). Szybko gasną te gwiazdy, kto dziś pamięta o Eli Jakubiak, Joli Rutowicz, Reni Beger lub Nelli Rokicie. O tę lekkość było nieco trudniej w kwietniu 2010 roku, wówczas Czubaszek na jakiś czas spoważniała, ale i w innych momentach powaga dochodzi do głosu. Nienachalnie wszakże.

[6]
Od dwóch dni chodzi za mną słoń. W zasadzie powinnam się ucieszyć, bo jak wiadomo, słoń przynosi szczęście. Pod warunkiem jednak, że ma do góry trąbę. Niestety. Ten „mój” w ogóle nie ma trąby. Nie ma również ogona i nóg. Jak więc może za mną chodzić? Chyba tak, jak np. pierożki z mięsem czy knedle ze śliwkami.

[47]
Pieniądze szczęścia nie dają. „Ale pozwalają – twierdzi Madonna – obyć się bez niego”.

[55]
(...) kobieta może obejść się bez futra przez całą (nawet najbardziej mroźną) zimę. Natomiast zwierzątko futerkowe nie przeżyje bez futra nawet jednego dnia. Nawet w lecie.

[113, mój ukochany cytat z Czubaszek, pojawił się w blogu]
Alicja stawała na głowie, żeby stanąć na nogach, ale wciąż nie wiedziała, na czym stoi.

[137]
- (...) Poza tym mężczyźni wolą blondynki. [Mówi córka sąsiadki.]
Powiedziałam, zgodnie zresztą z prawdą, że znam osobiście paru, którzy wolą blondynów.

[173]
Real dobry jest dla Jerzego Dudka. Nawet jeśli będzie grzał ławkę, i tak będzie miał życie jak w Madrycie! Tyle tylko, że mnie to nie dotyczy. Bo Real Madryt interesuje mnie dokładnie tak, jak ja interesuję Real Madryt.

[303]
Człowiek zniesie wszystko z wyjątkiem jajka.

[536]
- (...) Na pewno nie lubię kogoś tylko dlatego, że jest kobietą, czy tylko dlatego, że jest facetem. „Są kobiety (jak śpiewa Maria Peszek) pistolety”. Ale moim zdaniem są i pasztety. Niestety.
– Ale są również − zdenerwowała się [córka sąsiadki] − męskie szowinistki!
   Fakt. I choć osobiście za taką się nie uważam, myślę, że jest to jeszcze jeden argument przeciw parytetom dla kobiet na listach wyborczych. Bo nie wiem, jakie kobiety dostaną się do parlamentu.
   Skoro teraz ministrem do spraw kobiet jest pani Elżbieta Radziszewska, która lubi polować i której, jak pisała Kazimiera Szczuka, „loczek na głowie nie zadrgnie, kiedy kropnie w sarenkę”, to ja dziękuję...

[657]
– Myślałam − nabzdyczyła się [córka sąsiadki] − że rozmawiamy poważnie. Że kobieta może robić, co zechce.
– Oczywiście! Byleby było smaczne.
   Przepraszam. W poniedziałek napiszę sto razy, że to nie moje. Ale też dobre.

[665]
Ostatnio jestem na przykład pod wrażeniem reklamy (nie pamiętam czego), w której ładna, młoda kobieta pyta (w domyśle swego partnera): „Co przykuwa twoją uwagę? Moje spojrzenie? Moje lekkie kroki w tańcu? Bo na pewno nie moje lekkie nietrzymanie moczu...”.

[760]
– Każdy się może przejęzyczyć. Jak pewien pan, który przy gościach powiedział żonie, że jest idiotką, starą krową i nie może już na nią patrzeć! A chciał, jak potem tłumaczył, poprosić ją tylko o sól. Po prostu się przejęzyczył.

[767]
Polska jest państwem prawa, Murphy’ego niestety

[896]
Platforma jest najlepsza. W czym utwierdził mnie przewodniczący Jarosław Kaczyński, mówiąc (na PiS-owskim kongresie młodych w Warszawie), że są dwie Polski. Syta (ta PO) − świętująca w Gdańsku i ta PiS-u, Polska przyszłości.

[909, PJN - kto to jeszcze pamięta?]
– Myślę, że jeszcze mogą się zmienić. Dlatego nie wykluczam, że PJN będzie na drugim miejscu.
– A na pierwszym? [Pyta córka sąsiadki.]
– Wszystkie pozostałe.

[1049]
Zdaniem Stanisława Jerzego Leca „prawdziwego mężczyznę można poznać nawet wtedy, gdy jest nagi”.

[1144]
– Nie dość, że człowiek jedną trzecią życia przesypia – zauważyła refleksyjnie córka mojej sąsiadki – to jeszcze najczęściej nie z tym, z kim trzeba.

[1151]
Posłanka Krystyna Pawłowicz wie na przykład, że w związkach partnerskich nie ma współżycia, tylko, jak powiedziała wczoraj, „jałowe wykorzystywanie partnera”.

[1189]
Moja osoba, jak by powiedział jeden z posłów, nie posiada takiej wiedzy.

[1231]
– A co by pani powiedziała, widząc na kucyku starego konia?
– Żeby spadał.

[1304, o politykach]
Na szczęście nie po urodzie, lecz po owocach ich poznacie. Najczęściej po gruszkach. Na wierzbie.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger