Nie wiem po co ten tytuł

              

poniedziałek, 25 maja 2020

Wojciech Orliński mówi

Wygląda na to, że zakonnica z naszego ukochanego zakonu sióstr pregnantek przechodzących na pasach już weszła na te pasy, już 20 punktów procentowych spadło panu prezydentowi.
[X]

To, przyznaję, nawet lepsze od sióstr artykulantek z Dobrego omenu.

Maciej Głogowski mówi

Proszę o maile osoby, które mają następującą życiową sytuację. Naprawdę chciałbym wiedzieć, ile osób z państwa ma taką sytuację, proszę o mail na adres ekg@tok.fm. Wyobraźcie sobie państwo, że macie wspólnotę majątkową i wzięliście państwo kredyt na zakup nieruchomości, na przykład domu. Jako małżonkowie wzięliście ten kredyt i kupiliście tę nieruchomość, a następnie przeprowadziliście rozdzielność majątkową w taki sposób, że kredyt został u małżonka, a do drugiego małżonka trafiła ta nieruchomość. Ale ten małżonek z kredytem nie ma zabezpieczenia na ten kredyt, bo ta nieruchomość trafiła do drugiego małżonka. To jest ciekawa sytuacja. Mamy taki przypadek w Polsce, nawet członek rządu ma taką sytuację. (...) Czy państwu ktoś na takie rozwiązania pozwala? [X]

piątek, 22 maja 2020

Magiczne noce czyli Notti magiche

Jak przyjemnie utwierdzać się w stereotypie! Tym razem chodzi o pogląd, że komedie włoskie to nie są filmy do śmiechu. Kto, jak nie Dante ze swoją Komedią, najlepiej nam o tym przypomina. Nie znaczy to, że nie trafi się od czasu do czasu moment zabawny, ale to jakby przypadkiem, bo twórcom na ogół chodzi o co innego. A o co chodzi tym razem? O satyryczne spojrzenie na kino włoskie w roku 1990. No to mogiła, bo my, polskie wieśniaki, jesteśmy strasznie mało oblatani w realiach włoskiego przemysłu filmowego tamtych lat. Jeśli chodzi o domniemany uniwersalny wymiar tej opowieści, to nie można rzec, że go nie ma. Jest chyba jak najbardziej, utopiony w nieznośnym gadulstwie, przez cały czas ktoś coś mówi. Lektor powinien dostać za ten film podwójną stawkę, a biedny, oszołomiony widz nie może sobie (chwilowo jeszcze) dołożyć pamięci RAM do umęczonego mózgu, aby móc trawić na bieżąco tę gonitwę danych. Trójka głównych bohaterów to laureaci konkursu na scenariusz, fajtłapa z południa, toskański Casanova i mroczna panna z Rzymu, która unika podłużnych przedmiotów. No to żałuj, mówi Casanova. Wszyscy są podejrzani o morderstwo znanego producenta filmowego, a ich zeznania przed inspektorem (w trójkę naraz, bo takie miała włoska policja procedury) są kanwą opowieści. W myśl ogranych wzorców, żaden z nich mordercą nie był, choć każdy po trosze go zabił, jak nam na końcu ogłaszają z satysfakcją z głębi tego przesłania. Jako ubodzy duchem wolimy pomysł jednego z aktorów, który widział się w roli wyzyskiwanego, włoskiego robotnika eksponującego swój imponujący tors. Na ten film musimy jeszcze zaczekać.

Wesele na końcu świata czyli Top End Wedding

Biali rasiści powiedzieliby, że to jest kolejny akt kapitulacji. Jako komedia romantyczna film spełnia wszystkie Mamoniowe standardy, Lauren i Ned mają się poślubić i tuż po podjęciu decyzji zaczynają się piętrzyć trudności, które - co oczywiste - muszą doprowadzić do przedślubnego zerwania. Nawiązywanie do etniczności pomału staje się nową sztampą, ale przy okazji tego filmu nie należy z tego robić zarzutu. Problemy mogą pojawić się wtedy, gdy film aspiruje do rozliczania kolonizatorów z ich postępków wobec rdzennych mieszkańców. Ten nie aspiruje do niczego innego niż nostalgii za dawnymi obyczajami (szumnie nazywanymi mianem kultury), które dzisiaj praktykuje gromadka siwiutkich aborygeńskich babuń, nie szkodzi, że w ramach chrześcijańskich rytuałów. Podziw dla dawnych kultur nie powinien być bezwarunkowy. Nie powinien na przykład obejmować tlacatlaolli, potrawki z człowieka w kukurydzy, znanej wśród ludów pierwotnych Ameryki Południowej. Polskiego zwyczaju symbolicznego karania Żyda w trakcie obrzędów religijnych też nie byłoby mi specjalnie żal, gdyby go zaniechano. Wracając do filmu, jest całkiem sympatyczny, niektóre motywy komediowe są udane (zwłaszcza tatuś, który regularnie zamyka się w szafie i włącza If you leave me now), mamy ponadto szczyptę wspomnianej nostalgii oraz miłe wrażenie, że australijska przyroda sprzyja bosym spacerom po buszu. Nie rzucą się na ciebie pająki, węże, żaby i cała tamtejsza, słynąca z jadowitości fauna.

Isi i Ossi czyli Isi & Ossi

Wszystko niby gra w tym filmie, pomysł mieli dobry, choć zapewne niezbyt oryginalny, ale to jest ten rodzaj zarzutu, który chętnie się pomija, jeśli film nam się podoba. Isi to całkiem inteligentna dziewczyna, choć w sensie typowych standardów edukacyjnych – tępa jak półbut. Jej umysłowe niedostatki równoważy ambicja bogatych rodziców, którzy potrafili sprawić, że przeszła maturę, a teraz wysyłają ją na studia. A ponieważ są uparci, mająca inne plany życiowe Isi postanawia ich wkurzyć wiążąc się z Ossim, chłopcem ze społecznych dołów, w dodatku mającym nazwisko Markowski, zgroza. Ossi też ma coś do ugrania, bo Isi bez trudu podreperuje jego finanse, co za tym idzie – jego bokserską karierę. Zaczyna się od interesu, a skończy się tak, jak wszystkie romantyczne panny by sobie życzyły: miłość, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda. Ok, dobrze, przesadziłem, Boga w to nie wmieszali. Jeden ze stereotypów głosi, że kino niemieckie jest ociężałe, z czym się zgadzam mało entuzjastycznie, lecz tego filmu bronić nie będę. Chyba nie wiedzieli, na co się zdecydować. Wyszedł film z problemami z zabawnymi, przynajmniej z założenia, wstawkami. Temat styku różnych klas społecznych też mnie niezbyt pociąga, choć mam wrażenie, że to efekt polskiej idiosynkrazji. Z książki Hince'a o Queen utkwił mi w głowie ów fragment, w którym mowa była o pewnej niewieście, bodaj prawniczce pracującej dla zespołu, która pochodziła z wyższych sfer. Relacja w tonie: patrzcie, wysoko urodzona, a można z nią piwo wypić. Coś jednak może być na rzeczy.

Niewidzialny człowiek czyli The Invisible Man

Oglądanie filmu przeplatałem z rozmową na temat nieadekwatnych reakcji emocjonalnych, więc od razu zastrzegam, że tego tekstu nie należy czytać jeszcze bardziej niż innych wypotów na tym blogu. Taki szczegół nie powstrzyma mnie od pisania, skoro mottem epoki jest „Im bardziej Puchatek nie czytał, tym więcej dla niego pisano”. Pomysł tego filmu bardzo mi się spodobał, tylko żeby jeszcze to nie był thriller! Ale cóż by to mogło być w zamian? Romkom? Film kostiumowy? Dramat sądowy? Film o superbohaterze? Ostatnia opcja  wygląda niby sensownie, ale od jakiegoś czasu filmy o supermocnych istotach nużą mnie potwornie, jakby cała ta supermoc kierowała się na potęgowanie nudy. Po namyśle thriller to jednak nie taki zły wybór. Główna bohaterka Cecylka uciekła od swojego naonczas widzialnego faceta, kiedy jeszcze mogła go przejrzeć na wylot i stwierdzić, że to nie jej typ manipulatora. Z początku niewidzialny był bardzo dyskretny, więc mamy tę nieco nadużywaną, ale nadal atrakcyjną sekwencję, kiedy Cecylka nie wie, czy jej się tylko wydaje, a potem próbuje przekonać innych, że się jej nie wydaje, i tak dalej. Potem już robi się dosłowniej, a niewidzialność okazuje się łatwa w użyciu, więc każdy może być niewidzialny, babcia też. To prowadzi do określonych rozwiązań fabularnych. Wiadomo, o którą babcię nam chodzi.

On the Basis of Sex

Ruth Ginsburg, sędzia Sądu Najwyższego SZA, rzeczywiście wystąpiła w końcówce filmu, ale oczywiście kto inny odegrał jej młodszą wersję. Ale, ale, a tytuł? Jak pisałem, obywatele naszego kraju z radosną emotką na obliczu przyjmują presję na ich biegłość w angielskim. Ma mama ma jeszcze braki w słownictwie, bo kupuje masło orzechowe crunchy, choć wolelibyśmy smooth. Podejrzewam też, że mama przetłumaczyłaby tytuł na „Z powodu seksu”, więc zapewne spotkałaby się z łagodną reprymendą ze strony rodaków, słynących z sieciowego bon tonu. Mamo, nie. Przepisy, regulacje, umowy – to dla Amerykanina sfera nieomal sacrum, dlatego wyspecjalizowali się w dramatach prawniczych. Czy ktoś poza Kieślowskim próbował zrobić to w Polsce? Oj, durny ty, a Anna Maria?  Która już drugie pokolenie przekonuje Polaków jak powinny wyglądać porządne sądy... Wróćmy do tytułowego seksu, którego wiele w filmie nie zobaczymy. Zobaczymy natomiast naszą Ruth w trakcie walki o likwidację dyskryminacji prawnej ze względu na płeć, co przekłada się na setki konkretnych przepisów. Kobiety chętnie mówią o swojej dyskryminacji i jestem gotów do takiej dyskusji, ale po omówieniu punktu pierwszego, czyli niższego wieku emerytalnego dla kobiet. Temat wypracowania: dlaczego zróżnicowanie wieku emerytalnego ze względu na płeć nie dyskryminuje mężczyzn? Tego właśnie uczepiła się Ruth, kiedy znalazła (a raczej jej podsunięto) przepis dyskryminujący mężczyzn. W sensie finansowym chodziło o drobiazg, prawo do zwrotu podatku za opiekę nad starszą matką, które dziwnym trafem nie objęło nieżonatych facetów. Jeśli jednak wysoki sąd uzna, że to dyskryminacja ze względu na płeć, otwiera się puszka Pandory, jakby to widziała konserwa, lub – w oczach lewicy – droga do sprawiedliwej zmiany prawa, które w Ameryce lat siedemdziesiątych ciągle widziało kobiety jako własność męża. Błahostka to niby, ale karta kredytowa wydawana tylko na męża? Film jest niezły, jeśli chodzi o przemycenie w fabule argumentacji za równouprawnieniem. Jest to forma feminizmu, którą popieram i szanuję. Trzeciej fali, która widzi opresję, kiedy mężczyzna rozstawi nogi siedząc w metrze, a której nie przeszkadza los kobiet w szariacie, nie jestem już w stanie brać serio. Sztampa w filmie polega na tym, że trochę zbyt wiele jest tu postaci, które mówią: Ruth, daj spokój, to się nie uda, a potem jej kibicują. W tym znakomita jak zwykle Kathy Bates. Ogólnie rzecz biorąc, znowu jesteśmy przekonywani, że nie wystarczy sama słuszność sprawy, bo potrzeba jeszcze sprytu, aby ją przeprowadzić. My to już od dawna wiemy, niestety, a dziesięciolatki, którym taka nauka by się przydała, na pewno jej nie wchłoną oglądając ten film.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger