Nie wiem po co ten tytuł

              

poniedziałek, 24 lutego 2020

Dlaczego nie mogę być chrześcijaninem, a tym bardziej katolikiem (Piergiorgio Odifreddi)

Autor jest matematykiem, który postanowił dać odpowiedź na pytanie, czemu nie jest chrześcijaninem. Ja mam dużo krótszą: bo nie zostałem przekonany. I jest to w sumie odpowiedź tylko trochę prawdziwa. Jak niemal wszyscy, swój pogląd na religię wyniosłem z domu, ale świadomym ateistą zostałem dopiero po przeczytaniu Boga urojonego, czyli jakieś 15 lat temu. Wcześniej na pytanie o Boga zapewne odpowiadałbym podobnie jak Peterson. Teraz jestem ateistą, który chętnie by został przekonany, ale warunek wstępny do jakiejkolwiek dyskusji jest taki, że chcę usłyszeć argumenty za konkretnym Bogiem (żadne Kalāmy, żadne ontologiczne), a szerzej rzecz ujmując: specyficzne dla danej religii (czyli w przypadku chrześcijaństwa takie, których nie mają muzułmanie, hinduiści, buddyści, mormoni, zoroastrianie, animiści lub czciciele Mbombo). Precyzując: jestem ateistą teraz, bo nie zostałem przekonany. Argumentacja Odifreddiego dotyczy w zasadzie tylko chrześcijaństwa, ale nie podejrzewam, by skrycie był wyznawcą Mahometa. Trzeba mu przyznać, że w temat wgryzł się sumiennie, do tego stopnia, że docenił to emerytowany papież BXVI i wszedł z autorem w polemikę, która ukazała się później w postaci książkowej. Może ktoś kiedyś to wyda w Polsce, wtedy być może zmienię mój pogląd na dyskusję teologa z ateistą, który wydaje mi się dialogiem niemego z głuchym. Niemy nie ma nic poza autorytetem Biblii, na który głuchy jest głuchy. Odifreddi zaczyna od Biblii, a jaja zaczynają się już w pierwszym zdaniu z błędem gramatycznym: „na początku bogowie stworzył niebo i ziemię”. Już kiedyś wcześniej czytałem o tym, że początek Księgi Rodzaju jest zlepiony z pieśni Elohisty i Jahwisty, stąd te sprzeczności w pierwszych rozdziałach. Teologowie potrafią to wszystko wytłumaczyć, ale czemu jest taka potrzeba interpretacji, skoro dziecko w trzeciej klasie dostałoby pałę za podobnie nieskładną opowieść? Jednym z moich ulubionych fragmentów Biblii jest pojedynek na węże Mojżesza i kapłanów egipskich przed tronem faraona. Kij Mojżesza rzucony na ziemię zamienia się w węża, który pożera węże podobnie uczynione przez kapłanów. O czym to świadczy? Naturalnie o tym, że racja jest po stronie Mojżesza, ale też o tym, że z początku wiara w Jahwe miała charakter henoteistyczny (lud Izraela czcił jednego Boga, który nie był jedynym w ogóle), stąd potrzeba pierwszych przykazań w dekalogu. Z komunistycznego podręcznika historii pamiętam stanowcze stwierdzenie o wyższości religii monoteistycznych nad politeistycznymi. Skąd to przekonanie? Przecież jeśli mój bóg jest jednym z wielu, to rozsądnie jest szanować wyznawców innych bogów, jeśli liczę na to, że oni mnie też będą szanować. W monoteizmie, zwłaszcza z ambicjami misjonarskimi, nie widzę podobnej motywacji.

[8]
Wśród licznych reakcji, z jakimi się spotkałem, szczególnie zabawna jest nagana auditu horribilia, udzielona mi w języku łacińskim i opublikowana na oficjalnej stronie internetowej Stolicy Apostolskiej, gdzie zresztą widnieje do dzisiaj. W naganie określono Dlaczego... jako „pomówienie” i „broszurę o charakterze przestępczym”. Przyrównano mnie tym samym do ówczesnej piosenkarki Carli Bruni i reżysera filmów pornograficznych Tinto Brassa.

Ktoś jednak docenił moją książkę, która po dziś dzień jest bestsellerem. Jak na ironię w tym samym okresie ukazał się Jezus z Nazaretu Josepha Ratzingera i przez wiele tygodni oba nasze dzieła zajmowały na zmianę pierwsze miejsca w rankingu bestsellerów we Włoszech.

[15]
Co więcej, także i słowo kretyn [włoskie cretino – przyp. tłum.] pochodzi od słowa „chrześcijanin” (poprzez francuskie crétin, wywodzące się od chrétien).
(...)
W istocie, jako Europejczycy (z greckiego eurys ops, „ludzie o szerokich twarzach”) jesteśmy przecież dosłownie „buźkami”, lecz nie upoważnia to do wyciągnięcia wniosku, jakobyśmy wszyscy mieli naiwny, kretyński wyraz twarzy, a w związku z tym, jako Europejczycy, nie mieli prawa nie uważać się za chrześcijan (nawet jeśli niektórzy już tego dokonali przy wykorzystaniu niewiele bardziej finezyjnej argumentacji).

[53]
cohen – „kapłan”

Przy okazji zainteresowałem się popularnym żydowskim nazwiskiem Shapiro (w Polsce oczywiście Szapiro, znane mi ze słyszenia). Okazuje się, że nie ma jednoznacznej etymologii.

[57]
(...) mieszkańcy miasta [Jerycha- G.] zostali dosłownie wyrżnięci w pień, „przeznaczyli na śmierć ostrzem noża wszystko, co było w mieście: mężczyzn i kobiety, młodzieńców i starców, woły, owce i osły” [Joz 6]. Z pewnym zakłopotaniem komentuje te zdarzenia Konferencja Episkopatu Włoch: „chodzi o obyczaje zgodne z czasami antycznymi, których źródłem były niedoskonałe jeszcze reguły moralne, w oczekiwaniu na postępy w przyszłości” [Joz 6, 17].

[60]
To właśnie o tym psalmie [83] niezastąpiony Jan Paweł II miał powiedzieć podczas audiencji generalnej w dniu 28 sierpnia 2002 roku, że „chodzi o pełną słodyczy pieśń, przepełnioną mistyczną tęsknotą za Bogiem życia, któremu wielokrotnie zostaje oddana cześć jako »Panu Zastępów, czyli Panu gwiezdnych orszaków, a więc wszechświata«”.

Poza non sequitur owego „czyli”, a także jakże absurdalnym zrównaniem „Zastępów” z „życiem”, papieski komentarz nie jest zaskoczeniem.

„Pan Zastępów” to figura bojowniczego Boga z Bibli, szczególnie odrażająca dla autora. Mnie ujęło zauważenie owego non sequitur, znaku firmowego JP2.

[70, egipska Księga umarłych jako inspiracja dla Dekalogu]
Wśród owych inwokacji znajdujemy następujące, które, w głównej mierze przewidują czyny miłosierne:

O biegaczu, który pochodzisz z Heliopolis,
nie dopuściłem się nieprawości.
O Jasności, która przybywasz ze źródeł Nilu,
nie kradłem.
O twarzy okropna, która przybywasz z Rosetau,
nie zabiłem.
O łamaczu kości, przybywający z Herakleopolis,
nie powiedziałem fałszywego świadectwa.
O niegodziwy, przybywający z Busiri,
nie pożądałem rzeczy bliźniego.
O ślepy, który przybywasz z rzezi,
nie obcowałem z kobietą bliźniego.
O dowódco, który przybywasz z Nu,
nie bluźniłem.
Lecz dałem chleb głodnym,
wodę spragnionym,
ubrania nagim.

Zaprawdę powiadam wam, Terlikowscy, że nie ma innego źródła moralności niż chrześcijaństwo.

[84]
Dowodem [na dziewictwo - G.], jaki teściowie mogli dosłownie „rozłożyć przed starszymi miasta”, była tkanina nosząca ślady krwi z nocy poślubnej [Pp 22, 15]. Oczywiście dowody takie przechowywane były po wsze czasy, wzorem Moniki Lewinsky, nawet jeśli trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób mogły one stanowić dowód bez możliwości wykonania badań DNA, które przede wszystkim potwierdzałyby, że są to ślady krwi ludzkiej, a nie na przykład jodyny, tak jak w przypadku Ojca Pio, albo że była to krew kobiety, a nie mężczyzny, jak w przypadku płaczącej Madonny z Civitavecchia.
[93]
Święte Oficjum Piusa IX 20 czerwca 1866 roku wydało instrukcję, która głosiła:

Niewolnictwo samo w sobie, biorąc pod uwagę jego podstawową naturę, nie jest całkowicie przeciwne prawu naturalnemu i boskiemu. Możemy wskazać wiele uzasadnionych powodów dla istnienia niewolnictwa i zarówno teologowie, jak i komentatorzy świętych kanonów do tych powodów się odnosili. Nie jest sprzeczny z prawem boskim fakt, iż niewolnik może zostać sprzedany, kupiony, wymieniony czy też sprezentowany.

[100]
Jednak [wobec braku innych źródeł- G.] oznacza to, że mówiąc o Jezusie, możemy odwoływać się jedynie do wewnętrznych źródeł Nowego Testamentu. W konsekwencji, stosując te same parametry oceny, należy uznać, że Mahabharata czy też Iliada są dowodem na to, że bogowie hinduscy lub greccy żyli naprawdę, a przecież, i słusznie, żaden z chrześcijan nie zgodziłby się z taką interpretacją.

[113]
...Ewangelii Jana, gdzie Żydzi zwracają się do Jezusa słowami: „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?” [J 8, 57].
[118, o złotej regule Jezusa]
Dużo mniej agresywna jest wschodnia reguła, którą odnajdujemy w Analektach Konfucjusza, w buddyjskiej Mahabharacie: „Nie czyń drugiemu, co jest tobie niemiłe”, nawet jeśli i to pouczenie może skutkować podobnymi paradoksalnymi interpretacjami. Tego typu zalecenia powinny być w naturalny sposób wspierane jakąś dodatkową klauzulą w rodzaju: „Czyń innym to samo, co chciałbyś, by czyniono tobie, pod warunkiem, że i oni tego pragną”.

„Paradoksalne interpretacje” odnoszą się do masochisty wcielającego w życie złotą regułę.

[120]
„Wam dano poznać tajemnice królestwa Bożego, innym zaś w przypowieściach, aby patrząc nie widzieli i słuchając nie rozumieli” [Mt 13, 10-17; Mk 4, 10-12; Łk 8, 9-10].

Z takim podejściem Jezus nie powinien być zatrudniony jako katecheta nawet w wiejskiej podstawówce.

[123]
Żebyśmy się dobrze zrozumieli, praktyki te [chodzi o egzorcyzmy - G.] nie pojawiają się wyłącznie w filmach klasy B, gdzie dokonywane są przez przedstawicieli kleru o wątpliwym zdrowiu psychicznym, lecz są przeprowadzane w Watykanie, przez Jego Świątobliwość. Ostatnio takie zdarzenie miało miejsce 6 września 2000 roku i przeprowadził je papież Jan Paweł II, jak się wydaje, bez zamierzonego efektu.

[127]
W 1263 roku, podczas gdy jeden z kapłanów, wątpiący w przeistoczenie, odprawiał mszę w miejscowości Bolsena, hostia zaczęła krwawić, na pamiątkę czego do dzisiaj wspomina się o tym podczas święta Bożego Ciała ustanowionego rok po tym zdarzeniu przez papieża Urbana IV. Aczkolwiek, w roku 1823, Bartolomeo Brizio odkrył bakterię serratia marcescens, która w okresach upałów i w miejscach wilgotnych powoduje pojawienie się na chlebie i innych wyrobach piekarskich oraz cukierniczych czerwonego, galaretowatego nalotu, nie bez powodu nazywanego pałeczką cudowną, który naiwni mogą uważać za prawdziwą krew.

[149]
„Zejdź mi z oczu, szatanie; jesteś mi zawadą, bo nie myślisz tego, co Boże, ale to, co ludzkie” [Mk 8, 33]. Cóż za wspaniała inwestytura, podczas której pierwszy papież zostaje porównany do diabła bezpośrednio przez swojego pryncypała.

[150]
I to on [św. Piotr - G.] też spowodował gwałtowną śmierć Ananiasza i Safiry, karząc ich za to, że nie przekazali wspólnocie całej kwoty pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży własnej posiadłości, co spowodowało, że „strach wielki ogarnął cały Kościół i wszystkich, którzy o tym słyszeli” [Dz 5, 1-11].

Co za budujący epizod, w odniesieniu do którego oficjalny komentarz Komisji Episkopatu Włoch podkreśla jedynie, iż „po raz pierwszy wspólnota chrześcijańska zostaje nazwana Kościołem”.

[153]
„Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela” [Mt 10, 5 i 15, 24].

Braun, Hołownia, Terlikowski, Godek, wy zaginęliście z domu Izraela?

[166]
W każdym razie jest pewne, że kiedy w 1498 roku Portugalczycy dotarli do Wybrzeża Malabarskiego, do ówczesnej Kerali, napotkali tam 2 miliony rdzennych chrześcijan, którzy wykazywali związki historyczne z apostołem i wszyscy podlegali jednemu biskupowi. Oczywiście sprawowane przez nich obrządki były absolutnie niezgodne z tradycją katolicką, ponieważ ich wiara chrześcijańska mieszała się z obrządkiem żydowskim, a także z indyjskim systemem kastowym. Rzecz jasna Portugalczycy próbowali ich „nawrócić” z pomocą Trybunału Inkwizycyjnego w Goa, doprowadzając jedynie do wielkiego zamieszania w głowach wiernych.

[194]
Nietsche

Nietzsche!

[205]
I nie istniałaby też możliwość samej eucharystii, ponieważ skoro nie ma sposobu, by sprawdzić po konsekracji, czy substancja hostii jest istotnie cielesna, nie można też sprawdzić wcześniej, czy była chlebem, a tak być powinno, by pozostać w zgodzie z regułami gry.

To fragment argumentacji arcybiskupa Canterbury z wieku XVII, czyli już jakiś czas po przejściu Anglii na protestantyzm. Rzecz skierowana była przeciw transsubstancjacji. Przy tej okazji mam pytanie: czy istnieje test, który pozwala odróżnić hostię przeistoczoną od zwykłej? Albo: czy katolik jest w stanie odróżnić hostię przeistoczoną od zwykłej w trakcie jej przyjmowania?

[206]
Tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia [1 Kor 7, 32-33, 35 i 38].

I to się powinno czytać na ślubach kościelnych zamiast jakichś hymnów o miłości, którą św. Paweł rozumiał chyba inaczej niż miłość małżeńska. Nb. poślubienie przez mężczyzn swojego chłopaka wydaje się opcją słuszniejszą.

[212]
Jan Paweł II w okresie swojego pontyfikatu ogłosił 1338 błogosławionych i kanonizował 482 świętych, czyli on sam jeden ogłosił błogosławionymi 1319 i kanonizował 296 postaci więcej, aniżeli wszyscy jego poprzednicy od roku 1588, roku, w którym Sykstus V ustanowił Kongregację Kultu Bożego i zdefiniował nowoczesne procedury.

Szło mu dobrze, bo zniósł adwokata diabła.

[216]
Ten ostatni zresztą [ojciec Pio - G.] został oficjalnie zdemaskowany przez Świętą Kongregację Nauki Wiary 31 maja 1923 roku, jednakże w 1964 roku, w sposób nieoficjalny, papież Paweł VI przywrócił go do łask w zamian za przeniesienie na własność Stolicy Apostolskiej jego licznych operacji finansowych. W 2002 roku został on kanonizowany przez Jana Pawła II, dwa lata po tym, jak został beatyfikowany podczas jednej z najbardziej medialnych ceremonii Roku Jubileuszowego 2000.

Money, money, money...

[226]
Kościół rzymski nigdy nie pobłądził i po wszystkie czasy – wedle świadectwa Pisma św. – w żaden błąd nie popadnie.

Jest to jedna z tez z Dictatus Papae Grzegorza VII z roku 1075. Ja tymczasem ogłaszam nieomylność tego blogu.

[236]
Podobnie i my używamy odpowiednio określeń racjonalny w pierwszym z przypadków i nieracjonalny w odniesieniu do drugiego.

Porażka tłumacza, bo chodzi o liczby wymierne i niewymierne, po angielsku odpowiednio rational I irrational (po włosku zapewne podobnie).

Balet pań niewdzięcznych, Vanda, Królestwo, Ariadna na Naxos

Chłopak Vandy (Piotr Buszewski)
Chodzi się do teatrów i oper. Balet - wbrew nazwie - to opera Monteverdiego, czyli jeszcze z szesnastego wieku, kiedy operę rozumiano całkiem inaczej niż trzy stulecia później. Temat można by opisać poprzez nawiązania do literatury polskiej: pierwsze to fraszka Kochanowskiego Daj czegoć nie ubędzie, a drugie to słowa z Dziadów części drugiej o dziewczynie: Oleś za gołąbków parę chciał ją pocałować w usta, lecz i prośbę, i ofiarę wyśmiała dziewczyna pusta. A u Monteverdiego na ten temat śpiewają Venus, Amor i Pluton, który więzi niewdzięczne, to znaczy takie, co dawać nie chciały. Oprawa sceniczna miała charakter industrialny, postaci były przyodziane w kombinezony robocze, jakby problem zaspokajania potrzeb seksualnych był obwarowany zapisami BHP (lub taki był postulat twórców). Swego czasu moja koleżanka Joanna zwykła śpiewać arie operowe przy zlewozmywaku. W Balecie mieliśmy kobietę z mopem, która śpiewała najładniejsze arie. Czyżby Joanna?

Vanda to kolejna radosna głupotka w ramach Opera Rara, jeśli przyjrzeć się librettu. Skomponował to Dvořák, muzycznie było ok, a choć trudno mówić o nawiązaniu do historii Polski, można zbadać, jak to ma się do legendy. Czeska wersja Vandy, królowej Polski, rzuca się do Wisły, bo tak obiecała swoim bogom. Ho ho, taki numer wyciąć od zawsze katolickiej Polsce? Taki paszkwil napisać? Fajnego chłopaka miała Vanda, ale nie pasował kapłanowi, bo z ludu był. I co z tego, że smoka pokonał? Nie kojarzyliście smoka z Vandą? Wasz błąd.

Królestwo to sceniczna przeróbka duńskiego serialu von Triera w Teatrze Starym. Pewne techniczne rozwiązania były dla mnie nowością. Aktorzy wychodzili poza scenę i część akcji odgrywali do kamer rozmieszczonych w foyer, a obraz był rzucany na scenę. Ani to pomogło, ani zaszkodziło. Serial zapamiętałem ze swoistego, absurdalnego humoru, absurdalnej powagi zresztą też. W spektaklu było tego jakby mniej, więc zanim doszło do znakomitej sceny z relacją z wizyty ministra, mój umysł ulatywał w strefy Swedenborga, albo coś mi się przywidziało. Trudno mi się ekscytować tym przedstawieniem, skoro sam serial był już bardzo tak udany, że trudno go pobić. A jeśli ktoś nie widział serialu, to bardziej polecam serial niż spektakl.

Ariadny nieco się bałem, bo to Richard Strauss, więc jeśli byłby uczniem Wagnera, to mogłaby być powtórka z Tannhäusera. Nie była. Pierwszy akt ma charakter wręcz komiczny, bo planowane jest przedstawienie Ariadny na Naxos, o nieszczęsnej księżniczce, pozostawionej na wyspie przez niewdzięcznika Tezeusza, któremu przecież pomogła swoją nicią. Ale co to za temat? Co za historię można opowiedzieć o samotnej dziewczynie uwięzionej na wyspie? Nic dziwnego, że sponsor domaga się drugiego przedstawienia o rozpustnej Zerbinetcie. Tyle że z powodu fajerwerków zaplanowanych na dziewiąta z braku czasu trzeba oba spektakle połączyć w jeden. Drugi akt to opera właściwa, w zasadzie nie ma co tu opowiadać. Ale spróbuję. Zerbinetta została obsadzona w roli pocieszycielki Ariadny, przypływa, większego sukcesu w pocieszaniu nie odnosi i odpływa, no i ch..., że Ariadna tam została bez jedzenia w jaskini. Ale oto przybywa Bachus i po długich ariach zabiera Ariadnę do swoich boskich posiadłości. Niektóre elementy scenografii były bardzo pomysłowe, a w czasie arii Ariadny i Bachusa ich jakoby wyidealizowane i odmłodzone postaci pokazywały się na podwyższeniu. Mieliśmy więc dwóch Bachusów, jeden śpiewał, drugi pokazywał piękną muskulaturę. Drugi ukłon w stronę LGBT to był pocałunek Zerbinetty i Kompozytora. Oboje grani przez kobiety. Deszcz nie spadł.

120 uderzeń serca czyli 120 battements par minute

Nie potrzebuję filmów o AIDS, żeby zdawać sobie sprawę z grozy lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w społeczności gejów. „Gay” znaczy wesoły, a w tamtych czasach najczęstsze imprezy, na które chodzili geje, to były pogrzeby. Jeśli jakiś ksiądz czy biskup wyskoczy z fanzoleniem, że kara za grzechy, to niech się poczuje kopnięty w dupę, bo na głowę za późno. Główna część fabuły poświęcona jest francuskiej filii amerykańskiej organizacji ACT UP (to skrót z angielskiego, sam w sobie znaczący), która w dość brutalny sposób domagała się od państwa i korporacji farmaceutycznych działań w celu ratowania ofiar AIDS. Niekoniecznie tylko gejów, bo wśród członków ACT UP byli też narkomani i hemofilitycy, którzy dostali zakażoną krew. Zgoda, że metody ACT UP mało przypominały wytyczne Gandhiego lub Martina L. Kinga, ale to był krzyk rozpaczy, każdy dzień odwleczonych badań nad nowymi terapiami oznaczał nowe ofiary, to samo dotyczyło rządowej bezczynności w prowadzeniu akcji uświadamiającej (bo, panie, trzeba by w szkole o seksie analnym mówić!). W takiej sytuacji trudno zachować stoicki spokój. Tego spokoju nie było również w trakcie zebrań ACT UP, których rekonstrukcję mamy w filmie. Siebie nawzajem też ostro atakowali, choć często miałem wrażenie, że niepotrzebnie, że dyskusje były chaotyczne i nie zawsze produktywne. Wśród bohaterów najwięcej uwagi poświęcono parze Nathana i Seana, z których pierwszy miał szczęście uniknąć zarażenia. Nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że ich pożycie nie było długie i szczęśliwe. Koniec jest trochę przygnębiający, choć budujące jest wsparcie, którego udzielało sobie nawzajem towarzystwo z ACT UP. Film zdobył Grand Prix w Cannes w 2017 roku, co mnie lekko zaskakuje. Podejrzewam, że bardziej zagrała tutaj słuszność tematu niż rzeczywista wartość filmu, który niemniej oceniam dobrze, zwłaszcza w tych momentach, kiedy zbliżamy się do bohaterów. W tych innych, przypominających zebrania partyjne, jest już nieco gorzej, choć w sumie ciekawie było się czegoś dowiedzieć o ACT UP, które już mi się obiło o uszy. A teraz o oczy.

Dżentelmeni czyli The Gentlemen

Po co robić film z oryginalnymi postaciami? Jakie szanse ma taki produkt, który nie jest kolejnym sequelem, ani ekranizacją komiksu? W Polsce chyba niewielkie, choć zrobił to Guy Ritchie, a nie warto nie chodzić na jego filmy (z wyjątkiem bajek dla dzieci, które zdarza mu się robić). Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, nieprawdaż. No to od początku widać, że z tym dżentelmeństwem jest słabo, bo pieniądze to siła napędowa fabuły. Gdyby opowiedzieć tę historię chronologicznie i po katolicku, to wyszłaby powiastka o szlachetnym Amerykaninie Mickey'm, który z udziałem podupadłych wyższych sfer zorganizował w Wielkiej Brytanii sprawnie zarządzaną produkcję marihuany. Mickey chce właśnie wycofać się z branży, więc myśli o sprzedaży interesu, ma nawet kupca, ale ktoś mu miesza szyki, wchodzą mu w paradę Chińczycy i Rosjanie. Gdy to piszę, przypomniałem sobie, że temat narkotyków jest na ogół dla mnie ciężkostrawny. Serial o Escobarze, rzekomo znakomity, porzuciłem po paru odcinkach. Za to byłem fanem Trawki, a powód chyba był taki, że w tym serialu temat narkotyków był w sumie poboczny. Podobnie jest w Dżentelmenach, równie dobrze mogłoby chodzić o... Hm, nie wiem o co, bo uprawa marihuany i handel nią to biznes, który w obecnych czasach ociera się o legalność, a pomimo lansowanych w TVN tez o szkodliwości marihuany, pozostaję do nich nieprzekonany. Siłą filmu Ritchiego jest nie tyle fabuła, co sposób jej odsłaniania. Zaczyna się od rozmowy Fletchera z Rayem, w której ten pierwszy przedstawia rekonstrukcję zdarzeń, których ujawnienie miałoby zagrozić Mickey'emu, pracodawcy Raya. Potem następuje korekta historii według Raya i tak parę razy zmieniają się szczegóły istotne dla fabuły. Szczegół mniej istotny to subtelne aluzje Fletchera względem Raya. Ów rzecze, że koniec na dzisiaj, idę do łóżka, na co Fletcher pyta, czy może dołączyć. Zwłaszcza że żadnej pani Rayowej w pobliżu nie widać. (Hej, producenci filmów dla dorosłych, jest okazja do zrobienia pornquela.) Pamiętacie, jak niegdyś Farrell ukradł film? Chyba zrobił to znowu, bo wcielił się w postać Trenera, który odstawia niesamowite (i, by tak rzec, świńskie) numery, jeśli jest zmotywowany. Ta jedna postać wystarczy, żeby polecić ten film. A inne też radzą sobie niezgorzej.

Intryga czyli La macchinazione

Gdyby Pasolini był panteroseksualny, to film na pewno znalazłby się w filmowym serwisie dla panteroseksualistów (czyli ludzi mających pociąg do żyraf, z łaciny: panthera - żyrafa). A ponieważ Pasolini był, jaki był, trafił do outfilmu. Wśród charakterystycznych cech jego twórczości mamy śmiałość w pokazywaniu scen seksu, ale spokojnie, jest to w 99% seks hetero, tylko gdzieś w Salò, ostatnim filmie reżysera, pokazano seks homo. Ale to nie jest główny powód, aby nie polecać tego filmu na niedzielne popołudnie w gronie rodzinnym. W Kwiecie tysiąca i jednej nocy pada z kolei propozycja, aby jeden z bohaterów pobaraszkowal z innym, ale bardzo taktownie odmówił. Intryga poświęcona jest morderstwu na Pasolinim, a jak wyjaśniono pod koniec, całkiem niedawno znaleziono ślady DNA paru osób na ciele zmarłego, co oczywiście stawia pod znakiem zapytania ustalenia śledztwa, według którego zabójcą był Pino Pelosi, w filmie sportretowany jako pracownik branży seksualnej z ambicjami aktorskimi. W każdym razie nie traktuję opowieści jako wierny zapis zdarzeń, a raczej jako racjonalne przypuszczenie. Komu i czym podpadł Pasolini? Nie chodziło o jego twórczość ocierającą się o pornografię, ani nawet o Salò, które było wymierzone w faszystów (ideologia wciąż żywa w ówczesnych Włoszech). Komunista Pasolini zaczął bawić się w dziennikarza śledczego, który w demaskatorskiej powieści opisuje wpływy i działalność Cefisa, jednego z najbogatszych Włochów w tamtych czasach. Być może szkoda było jego talentu na coś takiego, ale cóż, spiritus flat ubi vult. Jeden z komicznych zwrotów, ale przy tym dość przebiegle pomyślanych, polegał na zatrudnieniu Pina w filmie (nie Pasoliniego). Sprawa jest niebanalna, bo jeśli istnieje narząd decydujący o dobrej grze aktorskiej, to Pinowi rozdeptał go słoń. Pasolini miewał szokujące poglądy, na przykład ten, żeby robotnicy nie kształcili się zbytnio. Szkoła w jego pojęciu utrwala system kapitalistyczny, więc im jej więcej, tym mniejsza wola walki o zmianę systemu. Coś w tym jest, dzisiejsza polska szkoła to sale katechetyczne z niemal zbędnymi dodatkami w postaci matematyki czy chemii, a i tak podobno słabo wychodzi, bo religijność spada. Pomijając te okoliczności zgadzam się z Pasolinim z innych powodów: z rozkładu Gaussa wynika, że edukacja poważniejsza niż zawodowa w przypadku około 40% populacji jest marnowaniem pieniędzy i czasu, zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Gdzieś na początku filmu słyszymy cudowną frazę o Włoszech „wyzwolonych pod koniec drugiej wojny”. Kto był okupantem? Jakby miejsce było jeszcze wolne, to zgłaszam Polskę.

sobota, 22 lutego 2020

Jordan Peterson o chrześcijańskiej etyce

Jordan Peterson zasłynął kiedyś, gdy otwarcie przeciwstawił się prawnemu nakazowi w Kanadzie, aby zwracać się do obywateli używając preferowanego przez nich zaimka. Jeśliby chodziło tylko o to, że (na oko) brodaty facet chce, aby mówić do niego per „ona”, to powiedziałbym, że reakcja Petersona jest lekko przesadzona. Jeśli jednak naprawdę istnieje około siedemdziesięciu płci, co lansują tumblry i fejsbuki (choć nie we wszystkich krajach), a każda z tych płci chciałaby mieć swój unikalny zaimek, to sprawa się komplikuje. Tak oto Peterson zyskał sławę, więc naturalnie postanowił ją wykorzystać, i po chwili, niczym posła Dziewulskiego onegdaj, wszędzie go było pełno, ku uciesze licznej rzeszy internetowych fanów. Nie zaliczam się do nich, bo jakiś czas temu zobaczyłem Petersona, który odpowiada na pytanie, czy wierzy w boga lub Boga. Jeśli facet około sześćdziesiątki musi tak ciężko myśleć, żeby odpowiedzieć na tak proste pytanie, a po długiej chwili wyciska z siebie odpowiedź, że w zasadzie nie wie, to znaczy, że wielkim myślicielem nie jest. Za to lansuje pogląd o uniwersalizmie chrześcijańskich wartości, bo niby każdy, kto nie zabija, nie kradnie, nie mówi fałszywego świadectwa, czerpie z chrześcijańskiego światopoglądu. Tak jakby te podstawowe moralne zasady były rzeczywiście chrześcijańskim wynalazkiem... Peterson, choć raczej niereligijny, robi przy tym to, co zwykle robią członkowie jakiejkolwiek religii - wybiera to, co mu się podoba. Gdyby etyka chrześcijańska była tak uniwersalna, to należałoby za wartość powszechną uznać homofobię wpisaną w chrześcijaństwo. Być może ktoś kiedyś zadał mu o to pytanie, na które nie widzę sensownej odpowiedzi. Przypomnijmy, że ta chrześcijańska homofobia dobrze przyjęła się w Indiach i w Afryce, a w tej ostatniej krzewi się radośnie dzięki działalności między innymi Kościoła katolickiego. W Indiach jest to spuścizna kolonialna, powoli i z trudem przezwyciężana.

piątek, 21 lutego 2020

Amputacja dłoni jako duchowe ubogacenie

A więc obejrzałem dwa filmiki z debaty z Hege Storhaug, której książkę właśnie czytam (pierwszy, drugi). Filmy pochodzą z jutubowego kanału, prowadzonego przez Fadela Solimana, który jest rzecznikiem islamu. Należy docenić, ze zaprosił Hege, o której na pewno wiedział, że nie będzie mówiła przyjemnych rzeczy o islamie. Hege odkładamy na bok, na pewno o niej jeszcze napiszę, a tymczasem przytoczę perły duchowego ubogacenia z argumentacji Solimana, muzułmanina otwartego i postępowego - w swoim mniemaniu. Śmieszna jest ta wasza europejska wolność słowa, rzecze Saliman, skoro przecież ma ona swoje ograniczenia, jak choćby dziecięca pornografia (no, fakt, kiedy wyszło na jaw, że Amerykanie w Afganistanie spokojnie patrzyli na tamtejsze pedofilskie zachowania typowe dla tubylców, mały huczek się zrobił). A to wasze potępienie dla szariatu, który przewiduje ucinanie rąk, jest po prostu niedorzeczne. Bo wyobraźcie sobie człowieka, który miałby pójść do więzienia na dwadzieścia lat i już nigdy nie zobaczyć żony ani dzieci. A zamiast tego ucinamy mu rękę i jest ukarany, nie idzie do ciupy, nie musimy go tam utrzymywać, nie traci rodziny, typowa sytuacja win-win. Z kolei to wasze potępienie dla wielożeństwa jest równie nieprzemyślane. Otóż mam wśród znajomych kochające się małżeństwo, które niestety nie miało dzieci, bo żona okazała się bezpłodna. I wiecie co zrobiła? Sama znalazła mężowi drugą żonę, zorganizowała im muzułmański ślub, a wdzięczna druga żona nazwała córkę po pierwszej. (Zdaje się, że gdyby mąż był bezpłodny, opcja poślubienia drugiego nie wchodzi w grę według szariatu. Czepiam się.) Do dyskusji włączyła się muzułmanka, która zarzuciła Hege, że pragnie ją uszczęśliwiać na siłę, podczas gdy noszenie nikabu jest dla niej radosną manifestacją religijnej przynależności. Nie mamy podstaw, aby jej nie wierzyć, ale droga pani niewiasto, czy twoja córka, siostra lub kuzynka zyska twoją akceptację, jeśli będzie chciała się ubierać po europejsku? Ma rację trzeci dyskutant, Jonas Jakobsen, że nie można nikogo czynić wolnym wbrew jego woli, a przy okazji wskazywał na sprzeczność, jaką w liberalnej demokracji jest instytucjonalne przeciwstawianie się religii, która w naszym rozumieniu ogranicza prawa jednostek ją wyznających. Wniosek mój jest ten, że taka demokracja musi przegrać, bo albo przestanie być liberalna, albo zostanie obalona przez szariat. A teraz czas na rysowanie Mahometa, pokój niech będzie z nim.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger