Gorąco popieram twórcze przeróbki klasyków na scenę i teatr autorski. Paradoksalnie wymaga to jednak sięgnięcia po materiał inny niż już napisane sztuki teatralne, bo ciężko przerabiać Mickiewicza lub choćby Mrożka. Pomysł z Guliwerem wydał mi się fajny, bo już jako dziecię czytałem wersję dla dzieci właśnie, więc nie bardzo mogłem pojąć, o co właściwie wkurzona była na Guliwera cesarzowa Liliputów, kiedy ugasił jej płonący pałac. Spoiler alert: ze sztuki też się nie dowiecie. Spektakl ma dwie części, pierwsza jest, rzekłbym, niesamowita, bo jest to niejako komentarz na temat - ni mniej, ni więcej - ludzkości, jej historii, obyczajów i błędnych mniemań. Tym tematem można by zapełnić niejedną bibliotekę, a ja tylko wspomnę o pieniądzu, jak powiedziano, najlepszym świadectwie wzajemnego zaufania. Czy to nie dziwne, że umówiliśmy się, że jakieś papierki mają wartość, która kiedyś, owszem, wiązała się ze złotem gdzieś zdeponowanym, ale już się od kruszcu uwolniła i może teraz wznosić się i opadać swobodnie. Kto się temu dziwi, niech najpierw wytłumaczy, czy złoto ma jakąś wartość, która nie jest kwestią umowy. Dzisiaj widzimy dalszy etap uwalniania się pieniądza - obecnie tylko mniej więcej jedna dziesiąta globalnego zasobu pieniędzy jest powiązana z banknotami i monetami, reszta to zapis cyfrowy. Zapamiętałem też poruszający monolog aktorki Iwony Bielskiej o przebaczaniu za winy naszych przodków, co mnie ciągnie od razu do konkretu, czyli mordu w Jedwabnem. Czemu miałbym za to przepraszać i kogo? Jeśli przynależność do tej samej grupy etnicznej czyni mnie winnym, to... to proszę przemyśleć swoje moralne standardy. Sytuacja najczęściej nie jest czarno-biała, rozkwitający kult żołnierzy wyklętych wciąż potyka się o bardzo niemiłe detale biograficzne - walczył z komuną, ale czemu wyrzynał Białorusinów? Sprawa się komplikuje, jeśli bohater jednego kraju gdzie indziej jest uważany za zbrodniarza. Resentymenty sięgają daleko, dla Litwinów do dziś Jogaila to zdrajca narodu. Podsumowując, gdyby dzisiaj na Ziemię przyleciał intergalaktyczny Guliwer, to taką by mógł usłyszeć opowieść o naszej planecie. Niestety drugi akt sztuki był tym, czego się nieco obawiałem, czyli przeniesieniem powieści na scenę. Niby awangardowo, w Guliwera wciela się to jedna aktorka, to druga, ale coś nie zagrało. To coś, to przerost umowności - jeśli czytam, to sobie mogę wyobrażać, ale jeśli widzę na scenie, to już tak prosto nie jest. Nadal były niezłe momenty, na przykład kiedy Guliwer opowiada o rządach swojego kraju, w którym starannie wyedukowani przedstawiciele zasiadają w parlamencie, aby wspólnie kształtować prawa zapewniające wszystkim szczęście i dostatek. Śmiechom nie było końca. Z kolei zły moment to sam początek drugiego aktu, który zaczyna się czarno-białym francuskim filmem z czasów kolonialnych. Wyświetlają wprawdzie jakieś napisy, ale małe i niewyraźne. Paręnaście bezsensownych minut. Już tego nie pamiętam, czytałem dawno, może rzeczywiście „Podróże Guliwera” to dzieło tak mocno mizantropiczne, jak to pokazano na deskach teatru. Nie ma tej uśmiechającej się głębi myśli, której pragnęła Szymborska. Głębia jest smutna, schorowana i na ostatnich nogach jak wspomniana aktorka Bielska, która w drugim akcie miała niemal coś w rodzaju zapaści i ledwo dociągnęła do końca. Tym razem nie zemdlała. Z jednej strony bardzo to nieprofesjonalne, czy aktorzy nie przechodzą badań okresowych? Ktoś powinien powiedzieć, kobieto, odpocznij, zadbaj o siebie! Z drugiej strony oczywiście włącza się współczucie i refleksja o świetnym monologu z pierwszej części. Nie wszystkim się włącza i wtedy mówią o spektaklu bardzo przykre rzeczy.
środa, 29 maja 2019
Beata Szydło jedzie do Brukseli
W mózgowym zaćmieniu z okazji niebywałego sukcesu wyborczego Beaty Szydło postanowiłem porwać się na ułożenie huiku (specyficzny rodzaj haiku) na jej cześć.
Trybunał Stanu też się jej należy. A tym, którzy sądzą inaczej, zalecam ćwiczenia duchowe i umysłowe, w ramach których ujrzą, jak wspaniale Beata oczyści się ze wszelkich zarzutów.
poniedziałek, 20 maja 2019
Sam Seder mówi
Oto, co powiedział o żarcie Carla Benjamina, Brytyjczyka znanego z jutuba jako Sargon of Akkad. Żart dotyczył możliwości zgwałcenia jednej z parlamentarzystek.
Eurowizja 2019
Podobno tegoroczna Eurowizja stała na wyższym poziomie niż parę wcześniejszych. W zasadzie nie oglądam Eurowizji dla muzyki, a bardziej jako festiwal popowego kiczu, choć oczywiście doceniam niektóre kawałki bardziej niż inne. Jak usłyszałem, jury wystawia swoje oceny na podstawie wystąpienia organizowanego dzień wcześniej specjalnie dla jego członków z różnych krajów. Jest to mega głupie, bo przecież wszystkie te wystąpienia znane są wcześniej, a poza tym może hipotetycznie dojść do sytuacji, że w finale artyście pójdzie dużo lepiej lub dużo gorzej, więc oceny jury mogą być nieadekwatne do tego, co zobaczymy my, widzowie. Chętnie w ogóle skasowałbym jury, bo już mnie nieco nudzi przewidywalność niektórych krajów. Czy Grecy i Cypr zawsze muszą przyznawać sobie nawzajem wymarzone dwunastki? Czy kraje skandynawskie nie trzymają sztamy? Czy kiedyś Serbia da punkty Chorwacji i vice versa? Niby w tych jury są specjaliści, ale widać, że zamiast na pięciolinię patrzą raczej na linię polityczną. Głosy europubliki są dla mnie dużo ciekawsze. Miłe zaskoczenie jest takie, że publika polska przyznała dwunastkę Islandczykom, którzy w tym roku nie zaproponowali miłego europopu, lecz jego mieszankę z punkiem i innymi hardkorami. Przy okazji, chłopcy pokazali cojones, kiedy machali palestyńskimi flagami w czasie jednego z wejść. Na nasze pieniądze byłyby to transparenty z napisem „polish death camps”, pomijając kwestię, czy to jest w jakikolwiek sposób uzasadnione. Oprócz Islandii zdecydowanie podobała mi się Dunka (podróbka Katie Melua, ale nie szkodzi, to dobry wzór) i Słoweńcy z piosenką na bardziej intymne okazje niż ta. W kategorii wirującego seksu wygrywa Azer śpiewający falsetem - ze wstydem przyznaję, że jego piosenka przykleiła mi się do ucha. A zwycięski Holender? Nie był moim typem, ale chyba nawet jest lepszy niż mi się z początku wydawało, zwłaszcza jeśli się poczyta, o czym on śpiewa. W każdym razie zdecydowanie wolę jego zwycięski utwór od zeszłorocznego. Wróćmy do cojones, o których pisałem powyżej, ale i wcześniej, kiedy marudziłem, że Polacy nie umieją zrobić show. Okazuje się, że bardziej niż cojones trzeba pokazać żywą gotówkę, bo im lepszy show, tym większe koszty. A wiadomo, jak to jest, wydamy na Eurowizję, a następnego dnia w tabloidach będzie reportaż o pani Zofii z Sieradza, którą stać na purée z pół ziemniaka dziennie - i to bez dżemu. Prawdziwą rewelacją był gościnny występ Madonny, podobno wielką kasę wydali na to, aby mogła czuć się „zaszczycona” występem na Eurowizji. Rewelacja nie dlatego, że tak wielka gwiazda do nas zawitała, ale dlatego, że najzwyczajniej w świecie fałszowała. W nowszym kawałku pomógł jej doproszony wokalista i auto-tune. Na koniec oczywiście wspomnijmy, że Kurski zadziałał, jak się spodziewaliśmy: w powtórkach półfinału wycięto kawałek Dany International z całującymi się facetami. Tu linkuję pieśń dedykowaną Kurskiemu i całej tvp, której z przyjemnością ocierającą się o orgazm nie oglądam. A poniżej zamieszczam inspiracje dla Kurskiego do pracy nad sobą (Chingiz, Lazarev, Mahmood).


niedziela, 19 maja 2019
Manru (opera)
Operę skomponował Ignacy Paderewski, a premierę wystawiono w języku niemieckim w 1901 roku, choć jeszcze w tym samym roku była wystawiona wersja polska. Znawcą librett nie jestem, ale jeśli zestawić tekst tej opery z Królem Rogerem, to można przypuszczać, że Iwaszkiewicz pisząc Rogera popijał halucynogenne grzybki absyntem, a twórca Manru zajadał bigos z piwem. Ale szczęśliwie jednego uniknął - młodopolskiej maniery, wówczas wszędobylskiej. Tekst nie powala urodą, ale przynajmniej nie skrzypi poetycznością na siłę. Sama historia jest prosta, choć ma wymiar uniwersalny: Ulana, wiejska dziewczyna, zakochuje się w Cyganie Manru, przez co spotyka się z odrzuceniem, co jest również problemem Manru, który porzuca tabor dla ukochanej. Porzuca, ale nie do końca. Jak to zwykle w operze, postaci pierwszoplanowe mają przerąbane. Zwykle zanim umierają, rzecz poprzedzona jest długimi wstępami i ariami. Chora i umierająca Violetta w Traviacie niezmordowanie i przeciągle śpiewa o swojej niedoli do ostatniego tchnienia. A tymczasem w Manru wszystko rozgrywa się w ostatnich pięciu minutach, tak jakby Paderewski powiedział sobie „A, co mi tam!” (jak Cyganka Aza), „mam już dość tego cholerstwa, nad którym siedzę od ośmiu lat - finito!”. Muzycznie określiłbym operę jako hitową w porównaniu choćby z Tannhäuserem Wagnera, w akcie pierwszym i trzecim jest wiele wpadających w ucho arii i śpiewów chóralnych, które uwielbiam. Marszowy motyw z aktu trzeciego do złudzenia brzmi jak imperialny marsz z Gwiezdnych Wojen. Trudno podejrzewać kogokolwiek o plagiat, bo Manru to opera w zasadzie zapomniana, ale myśl jest pocieszna.
Muerte en Buenos Aires
Jeszcze raz niech dzięki będą opatrzności, że przeminęła moda kobieca z lat osiemdziesiątych. Nawet w Buenos Aires to mieli. Zaczyna się od trupa przy, którym czuwa policjant Ganso. Nieboszczyk pochodził z lokalnej arystokracji (w Argentynie podobno mają), a znany był również jako miłośnik chłopców, więc detektyw Chávez postanawia dokooptować sobie Gansa do współpracy, bo ów ostatni to młody i atrakcyjny koleś, który może pomóc w rozpracowywaniu sprawy w specyficznym środowisku. Sam Chávez ma żonę i dziecko i wcale nie podejrzewamy go o żadne ukryte motywy, całkiem inaczej niż w przypadku Gansa, który podejrzanie często bywa w różnych dziwnych miejscach i niby nie jest gejem, ale wydaje nam się, że chciałby wejść w intymne relacje z Chávezem. Wydaje się - to dobrze powiedziane. Kryminały bywają schematyczne, ten też po części taki jest, ale scena, w której uwolnione konie galopują po nocnych ulicach Buenos Aires, jest warta pieśni. Już wiemy z innej pieśni, że koni żal, zwłaszcza jednego, który... który ożyje w cudownej narracji redaktor Janickiej. Ja tylko jeszcze powiem, że jest twist w samym finale, choć nie dostarcza takiej satysfakcji jak odkręcenie dobrze zassanego słoika z ogórkami kiszonymi.
Cała prawda o Szekspirze czyli All Is True
To, że lubię Szekspira, wynika po części stąd, że znam go z tłumaczeń. Pisał niedługo po naszym Kochanowskim, więc poświęćmy chwilę na refleksję, jak oglądałoby się nam Szekspira, gdyby pisał po polsku w tamtych czasach. Łatwo by nie było, bo nie znam wielu ludzi, którzy dobrowolnie i z pasją zaczytywaliby się w Kochanowskim. Owszem, znamy tych parę wierszy, to „daj, czegoć nie ubędzie”, ale dłuższa lektura jest dość nużąca i wymaga wielu przypisów i objaśnień już na poziomie samego słownictwa. Tymczasem Szekspir tłumaczony współcześnie na pewno jest lepiej przyswajalny. Wyraźmy więc podziw dla świata angielskojęzycznego, że niezrażony archaizmem języka wciąż jest wierny Szekspirowi i otacza go swoistym kultem, w ramach którego nawet wybudowano replikę teatru The Globe w Londynie - ale i w Gdańsku! Dlatego też powstają wciąż nowe filmy o Szekspirze, ale - niestety - rzadko są ciekawsze od jego sztuk, jak zdarzyło się w omawianym przypadku. Tytuł polski jest średnio trafiony, bo sugeruje nawiązanie do jednej z wielu teorii spiskowych na temat autorstwa sztuk Szekspira. Niczego takiego w filmie nie ma, za to jest Szekspir, który wrócił do rodzinnego Stratfordu po katastrofalnym pożarze teatru - również dla jego wielbicieli, bo nic już potem nie napisał. Lata całe żył w Londynie, a rodzinę odwiedzał tylko okazjonalnie, za to oczywiście łożył na jej utrzymanie. Cóż, widzimy Szekspira emeryta, a poza dziadkiem Tapatikiem nie znam wielu interesujących postaci z tej kategorii. Uprawa ogrodu, rozpamiętywanie zmarłego przed parunastu laty syna i doraźne troski związane z córkami - jedna to stara panna, a druga to żona protestanckiego dewota - czyli emocje w rodzaju drożejącej pietruszki. Szekspira odwiedza hrabia Wriothesley grany przez McKellena, domniemany adresat jego nieheteroseksualnych sonetów. Uczucie było prawdziwe, lecz nieodwzajemnione, a pikanterii dodaje fakt, że sonety nigdy nie miały być ogłoszone. Dramat Judith, córki Szekspira, sprowadza się w istocie do tego, czego doświadczają masowo straumatyzowane amerykańskie nastolatki: tatuś nie poszedł na mecz baseballa, w którym grało dziecko. Psychoanalizy wtedy jeszcze nie było, ale i jest jednak szansa, że dziewczyna da sobie radę w życiu. Czego sobie i wszystkim życzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






