Nie wiem po co ten tytuł

              

wtorek, 30 kwietnia 2019

Profesor Krzysztof Maria Szczerski mówi o katolickich paszportach

Ktoś w Newsweeku niedawno chyba nadrobił zaległości i przeczytał książkę Szczerskiego wydaną w 2017 roku. Gdyby nie był to dostojnik prezydencki opłacany z moich podatków, to bym go sobie gdzieś postawił w mózgu w kąciku osobliwości i się nie przejmował. Dostojnik czy nie, trafił do kącika, ale to, co mówi, nabrało, że tak powiem, znaczenia państwowego. Marzy się Szczerskiemu katolicki paszport, w którym będą „modlitwy i prawdy wiary”. Wiele by można tu pisać, ale powiedzmy jasno, że Szczerski wykazuje małość ducha, jeśli chodzi o poziom religijnej edukacji w Polsce, bo jeśli ta edukacja w czasie tych ponad pięciuset godzin nie jest w stanie spowodować, że obywatele znają na pamięć owe podstawowe modlitwy i prawdy, to znaczy, że wyrzucamy pieniądze w Kościół. Poza tym wykazał się małością rozumu, bo zaręczam, że jestem w stanie za pomocą szybkiej kwerendy w sieci ustalić bez trudu, czego owocem jest Jezus i co ma być w Niebie, jako i na Ziemi. Zaliczam religię do zjawisk psychiatrycznych, ale mniejsza o to, bo tu mamy do czynienia z psychiatrycznie innym przypadkiem, a mianowicie nachalnym narzucaniem światopoglądu. Skoro uważam, że szalone byłoby urzędowe propagowanie ateizmu (czyli paszporty z cytatami z Hitchensa, dajmy na to), to konsekwentnie uznaję pomysł Szczerskiego za pierdolnięty. Chyba że mógłbym sobie obstalować taki ateistyczny paszport na własne życzenie - zabawna myśl - wtedy wycofam te słowa.

Cas

Sjors i Pepjin są słodką parą, która wiedzie sielski żywot w którymś z holenderskich miast. Jak niemal wszyscy filmowi geje w dzisiejszych czasach planują skomplikować sobie życie starając się o dziecko metodą surogacji, jak to ujęto w filmie. Zanim do tego jednak dojdzie przez ich życie przewinie się Cas, młode chłopię. które przyjechało do wielkiego miasta po nauki lub jakiś dżob, co nie jest do końca jasne. Przygarnął je do wspólnego mieszkania Sjors, nie konsultując tego uprzednio z Pepem - i w ten sposób zaczynają się problemy pierwszego świata. Chwilowo Cas nie myśli o innej miejscówce, choć wie, że kiedyś go wyproszą. Dojdzie do nieuniknionego, czyli trójkąta, a wszystkim wiadomo ze szkoły, że rozwiązywanie trójkątów nie tylko w geometrii bywa zadaniem niebanalnym. Po drodze będzie parę zabawnych ujęć rosnącego napięcia seksualnego, kiedy Pep będzie się z niepokojem przyglądał dziwnie bliskim relacjom Sjorsa z Casem, a potem w tej roli będzie Sjors. Jak było do przewidzenia, rzeczywiście nastąpią nieoczekiwane rozwiązania, w których Cas uczestniczył bardziej jako katalizator aniżeli siła sprawcza. Film jest telewizyjny i króciutki, ale w Ameryce swobodnie wystarczyłoby im materiału na długi metraż. A że niektóre problemy bohaterów wydają nam się sztuczne, to nic, bo w końcu film jest jedną ze sztuk.

Męczennik czyli شهيد

Outfilm potrafi zaskakiwać, nieprawdaż. Zdaje się, że jeśli w tym filmie upatrywać jakiejkolwiek wartości, nie jest nią fabuła, więc nie będę się szczególnie ograniczał w jej omawianiu. Zresztą co tu omawiać, około dwudziestoletni Hassane wychodzi nad morze z przyjaciółmi, tonie, a potem odprawiane są czynności stosowne do sytuacji - tak, jak to zwykle robi się w Libanie i wszędzie indziej, tyle że z domieszką kolorytu lokalnego. Okazuje się, że wedle szariatu topielcy są uznawani za męczenników, ale wiadomo jakby, że to ściema, bo z syna, który - dajmy na to - z pasem szahida wysadza w powietrze chrześcijański kościół, można być dumnym, ale jak być dumnym z syna utopionego? (Dygresja: szahid znaczy właśnie męczennik.) Okej, jest koloryt lokalny, czy coś poza tym? Hm, wielbiciele wzruszeń, z których znany jest outfilm nie znajdą tu wiele dla siebie, bo nic nie wskazuje na żadne homoseksualne uczucia lub sprawki żadnego z bohaterów. Owszem, kamera z lubością pokazuje mistyczne podwodne ujęcia nagiego Hassana, ale nic poza tym. Film jest ponury, więc za Gimlim powtórzymy, że więcej radości znajdziesz na cmentarzu. Choć sam tego nie doświadczyłem, mogę jeszcze dodać, że film ma niezwykły potencjał usypiający, bo u niektórych wywołał ziewanie tak szerokie i przeciągłe, że bez trudu zdołałbym dwa wieśmaki upchać.

Zagubiony czyli Redwoods

Boy-Żeleński kiedyś poświęcił felieton lub dwa literaturze mniejszości seksualnych. Były to opowiastki w stylu tej o dwóch młodzieńcach, z których jeden skoczył do wody, ale nie wypływał dłuższą chwilę, drugi go uratował, a wtedy ocalony spojrzał w oczy ratownika i tak zaczęła się miłość. Niewinne to było i naiwne, ale do dziś tego rodzaju twórczość niesie natchnienie kolejnym pokoleniom artystów. Zagubiony to niemal bajka, ale nie od Grimmów, lecz Andersena, gdzie często nie ma złego wilka, bo nieszczęścia mają charakter sił natury bądź uwikłania w jakieś okoliczności życiowe. Everett jest uwikłany w związek z Milesem i to dość poważnie, gdyż wychowują razem syna, który wygląda na jedyne spoiwo ich zatopionego w prozie życia związku. Zamiast czułości i pocałunków Miles ma dla Everetta „to-do list”, czyli listę rzeczy do zrobienia w czasie, gdy on z synem będą na tygodniowym wyjeździe. Cóż się dziwić, że kiedy w uliczkę domu Everetta zabłąka się Chase poszukujący hotelu, po pierwszym wejrzeniu będą już wiedzieć, że są oni tymi platońskimi połówkami, które do siebie doskonale pasują. Everett ma więc przed sobą dylemat Anny Kareniny, a ludzie myślący - mniej więcej trzy opcje dalszego rozwoju wypadków. Zakończenie jednak mocno zaskakuje i to do tego stopnia, że nie zdołaliśmy przygotować łez do wylania, więc wyszliśmy na gruboskórnych prymitywów. Po czymś takim należałoby zerwać znajomość ze sobą, co zrobię niezwłocznie zaraz po powrocie z Jamajki.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Tajemnica objawienia czyli L'apparition

Temat strasznie ryzykowny, a przy tym raczej zniechęcający, bo cóż ciekawego można opowiedzieć o objawieniu, jakie miała młodziutka Anna gdzieś na francuskiej prowincji. Okazuje się, że można, choć nie ma seksu, ani Hemswortha w obsadzie (bzdurę tu palnąłem, bo akurat żaden z Hemsworthów w obsadzie nie wróży dobrze dla filmu). Dziennikarz Jacques został poproszony przez jednego z kardynałów o kierowanie komisją kościelną, która ma zbadać autentyczność objawień. Trochę dziwne, skoro Jacques nie jest wcale osobą wierzącą, ale jest w tym pewna logika: sceptyk prędzej znajdzie dziurę w całym. W skład komisji wchodzi między innymi ksiądz, psycholog i teolog. Kiedy przybywają na miejsce, są traktowani bardzo nieprzyjaźnie, wręcz wypraszani z kościoła, bo ich zadaniem jest w zasadzie podważenie dość dobrze rozwiniętego kultu, który przyciąga wielu pielgrzymów. Sama Anna pozostaje pod opieką księdza Borrodine'a, który jest lekko zbuntowany wobec władz kościelnych. W swoim dziennikarskim śledztwie Jacques odkrywa tropy lekceważone przez pozostałych członków komisji, a jakimś dziwnym trafem zdołał przekonać do siebie Annę, która spotyka się z nim dość często poza protokołem. W czasie jednej z przechadzek po górach Anna opowiada historię pewnego handlarza antykami, który przejął sklep po zmarłym ojcu i znalazł w szufladzie kopertę z napisem „nie otwierać”. Uszanował wolę ojca, ale po wielu latach, kiedy osiągnął wiek, w którym zmarł jego ojciec, postanowił zajrzeć do koperty. Znalazł w niej wiele nalepek z tekstem „nie otwierać”, które ojciec przyklejał na szkatułki w sklepie. Jeśliby skończyło się nawróceniem Jacquesa lub wykazaniem fałszywości objawień (na przykład poprzez odkrycie jakiegoś moralnego upadku Anny), mielibyśmy dość tanią historyjkę. Zaskoczenie polega na tym, że za objawieniami stało pewne (szlachetne) oszustwo, choć miały ono rzeczywiście miejsce. Trochę niejasne jest czemu Anna podjęła się swojego brzemienia i stała się popularna na niezbyt sobie miły sposób, co by jej nie spotkało, gdyby po prostu zachowała milczenie. Cóż, była to naprawdę osoba z powołaniem, chociaż nie jest to rodzaj powołania, który by mnie przyciągał. Przesłanie Anny jest papieżowo-franciszkowe, czyli nie bądźmy obojętni na cierpienie innych i kierujmy się w życiu miłością. Ja to rozumiem i popieram, ale jakby trochę temat pogłębić, to ta objawiona miłość zazwyczaj jest dość wykluczająca, bo nie obejmuje gejów. Ależ obejmuje, odpowiedzą mi wierzący, bo Chrystus zaprasza do siebie wszystkich. Może i tak, ale żeby być gejem zaproszonym do Chrystusa, to w istocie trzeba odrzucić wszystko, co się wiąże z byciem gejem. Trzeba wyrzec się siebie, ale właściwie dlaczego? Bo Boga obraża pewien sposób używania organów płciowych, choć trudno pojąć, jakiej realnej szkody doznaje postronny Kowalski z tego tytułu? Jeśli chodzi o objawienia, to jako sceptyk tutaj zadeklaruję, że nawet w nie wierzę, ale jako prywatne fenomeny psychiczne lub psychologiczne. Niestety objawienia są w różnych religiach i jeślibym miał brać serio objawienia tylko jednej religii, to musiałbym wiedzieć dlaczego tej właśnie. Gdyby to jeszcze Maryja objawiała się hinduistom lub buddystkom, musiałbym przyznać, że coś jest na rzeczy. To byłby etap pierwszy, bo potem jeszcze jest pytanie, czemu miałbym uznać tak zwaną prawdę objawioną. Jak mówią, jest prawda, tyż prawda i prawda objawiona. Teologiem nie jestem, ale wydaje mi się, że Anna w czasie swojego wystąpienia mocno zaheretykowała, kiedy stwierdziła, że tylko (!) Matce Bożej zawdzięczamy zbawienie. Za moich lat dziecinnych dogmat głosił, że tylko Jezus zbawia, ale ja głupi jestem. Wraz z popularnością Anny rozkręcił się przemysł dewocyjny, w jednej ze scen biedaczka ma dotykać tandetnych figurek Matki Bożej, które w ten sposób zyskają na wartości, nie tylko duchowej. Na domiar piękności dodajmy jeszcze, że oprawa muzyczna jest znakomita. Polecam, oczywiście. [X]

The Art of Being Straight

Krótki film o seksualnym rozchwianiu dwudziestoparolatków, obsypany nagrodami. Brian przyjeżdża do Los Angeles, zatrzymuje się u kumpli i znajduje pracę w agencji reklamowej. Twierdzi, że jest hetero, ale, kurczę, co chwila ktoś go pyta, czy jest gejem, koledzy podejrzanie często czynią aluzje do gejostwa, a jego szef przykleił się do niego, zaprasza na lancze i do domu, wszyscy wiedzą po co. No i zalicza Briana, a już niedługo potem przystawia się do nowego pracownika. Takie to były standardy etyczne w tej zamierzchłej epoce telefonów z klapkami. Dzisiaj nie wypłaciłby się z odszkodowaniem za molestację. Nie jest całkiem pewne, czy szef nie liczył na trwalszy związek, skoro proponował Brianowi post-seksualną randkę, lecz spotkał się z odmową. Kumpela Briana z kolei mieszka ze swoją dziewczyną i powinno jej być dobrze, ale do domu obok wprowadził się ciachowaty i rezolutny nauczyciel historii (na obrazku), który ją pociąga, choć nie powinien przecież. Oj, za dużo tu chyba napisałem, ale nic to, bo film się broni bardzo dobrymi dialogami, dla których warto go obejrzeć. Potencjalnych widzów przestrzega się, że film zostawi was z większa liczbą pytań niż odpowiedzi. Główne pytanie jest takie: fajnie, ale co z tego?

czwartek, 18 kwietnia 2019

Hellboy

Może powinienem być bardziej asertywny i powiedzieć „Hell, no!” na sugestię obejrzenia tego filmu? Dawno temu widziałem innego Hellboya, który uchodził za udanego, ale mnie jakoś mało obszedł. W tym Hellboyu jest w zasadzie podobnie, ale nieco głupiej, bo cały czas musi się coś dziać, nie ma chwili przerwy. Jakieś debilne towarzystwo wynajmuje Hellboya do brudnej roboty, ale tak naprawdę to chce go wykończyć, podczas gdy świnkowate monstrum próbuje wskrzesić wiedźmę Nimue, przed wiekami zabitą przez króla Artura. Kiedy Hellboyowi urywa się trop, to oczywiście wciąga go do swojej chatki Baba Jaga (nie żart) i próbuje ubić swój interes w zamian za informacje. I oczywiście kończy się bójką. Baba Jaga podpadła, bo próbowała wskrzesić Stalina, a przy narodzinach Hellboya (a precyzyjniej, przy jego przywołaniu na nasz świat przez nazistów) pomagał Rasputin, wśród postaci jest też Leni Rafenstahl (wyczytałem, ale nie zapamiętałem z filmu). Wszystko zgodnie z prawem: im więcej CGI, tym głupiej. Domyślam się, że w komiksie też tak było, i co się czepiam, ale mam to gdzieś. Do gimbazy, która zapewnia takim filmom kasowe sukcesy, wołam de profundis: nie idź tą drogą! Albo idź, ale beze mnie. (Już widzę, jak ona się tym przejmie.)
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger